Biało

Nie wiem, czy to wydarzyło się naprawdę.

Z dzisiejszej perspektywy trzy miesiące śniegu wydają się mitem wyciągniętym z jaskiń prastarych Słowian, bajaniami pt. “kiedyś to były zimy, że hej”.

Budził mnie odgłos drewnianej łopaty, szorstko sunącej po betonie. W ciemnościach dozorcy wykonywali żmudną pracę, efekty posypywali piaskiem jak cukiernik tort wiórkami kokosowymi. 

Śnieg kojarzy mi się z całą gamą dźwięków.

Skrobanie szyb samochodów grzejących się na parkingach przy włączonych silnikach. Pisk zmarzniętych pasków klinowych.

Tupanie na klatce, ilekroć ktoś wchodził na budynku. Otrzepywanie na wycieraczkach butów, czapek i szalików. 

Cicha noc przerywana skrzypieniem zmarzniętego puchu, ugniatanego krokami przechodnia.

***

Na specjalne okazje miałyśmy małe królicze futerka. Żałuję, że nie mam w nim żadnego zdjęcia, musiałyśmy wyglądać jak łaciate zwierzątka.

Na codzień pikowane poliestrowe, skrajnie niewygodne kombinezony na szelkach. Do tego jednopalczaste rękawice na sznurku, który się rozciągał od wilgoci, przez co łapki wisiały po kolana.

Byłam małym Eskimosem, który rozróżniał wiele rodzajów śniegu. Każde dziecko wiedziało, co oznacza żółty, dlatego trzeba było starannie wybrać miejscówkę na orzełka.

Wielkie tłuste mokre kawałki lecące z nieba łapaliśmy na język.

140

Zmrożony, lśniący jak brokat pyłek często krył pod spodem ślizgawkę. Dzieci jeździły, dorośli klęli kiedy dali się złapać w tę pułapkę, co nieraz kończyło się złamaniem.

Breja zbierająca się wokół wydeptanych ścieżek, jak tor przeszkód ciemne kopczyki do przeskakiwania.

Taki, z którego da się ulepić bałwana i ten zbity w kamienie, z którego trafienie śnieżką oznacza siniaki.

Hodowałam wzory na szybie. Zwykłe, nie mrozoodporne szkło pokrywało się lasem gwiazdek i lodowych paproci. Wyobrażałam sobie małe krasnoludki wychylające się z tych białych “krzaków”.

Chuchałam na okna i na parze pisałam palcem zaklęcia. Rysowałam serca.

Nie wiem, czy tez tak macie, że przy pierwszym śniegu myślicie marzenie. Do dziś w to wierzę i praktykuję.

***

Uwielbiałam wracać po zabawie z podwórka, w domu zdejmowaliśmy przemoczone ubranie, włosy od wilgoci i czapek sterczały na wszystkie strony. Czasem trzeba było włożyć przemarznięte stopy do miski z ciepłą wodą.

I nie wiem, czy bardziej tęsknię za zimą, czy za dzieckiem, którym byłam.

Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.

Piękno

Nie wszystko można mieć. Na przykład bardzo chciałam Sabotage Beastie Boys na swoim weselu, ale jakoś nie wyszło.

Podobnie z urodą. Brunetki chcą być blondynkami, niscy chcą być wyżsi, wysocy- niżsi.
Ja marzyłam o kręconych włosach, natura niestety obdarzyła mnie azjatyckimi gładkościami.

Przed studniówką 2 (DWA) dni trzymałam wałki na piankę. Po rozpuszczeniu zostało mi tylko upięcie, bo nic to nie dało.

Ostatnio ponowiłam próby posiadania fal syrenich. Z tym, że nie mam w domu lokówki. Nic to, kiedy wpisze się w YouTuba “loki prostownicą” wyskakuje miliard filmów instruktażowych. Dziewczyny robią sobie boskie burze afro.
W moim wykonaniu z łazienki co 3 minuty padało sakramentalne “kurwa mać”, poprzedzane swądem spalenizny.

We fryzjerstwie mam jednak spore doświadczenie od dziecka. 

W przedszkolu wymyśliłam, że sprawię lalkom Barbie siostry fryzury a’la Marie z Roxette (a Roxette to byli moi bogowie). Także blondyny dostały makeover na zapałkę.

113

Niczego się nie nauczyłam na błędach i we wczesnej podstawówce, oglądając w tv jakąś bajkę w stylu Troskliwych Misi, zauważyłam, że ktoś nieopatrznie zostawił w moim zasięgu nożyczki. Postanowiłam więc poprawić sobie bez lusterka wszelkie krzywizny grzywki. Pół roku w opasce na czole to coś, do czego można się przyzwyczaić.

Zresztą nie był to jedyny przypadek, kiedy nosiłam tę ozdobę.

Bawiąc się pewnego pięknego dnia w kosmitów, przyssałam sobie do głowy, między brwiami, termometr akwarystyczny, wykradziony wprost ze szklanego domu naszych skalarów, gupików i glonojadów. Kiedy ściągnęłam gumowy krążek, okazało się, że mam na czole flagę Japonii- idealnie okrągłe czerwone koło- krwiak.

Mogło być dużo gorzej. I było.

U kosmetyczki, do której chodziłam w liceum, podpatrzyłam ogrzewane okłady na cerę.
Postanowiłam zaoszczędzić sobie trochę pieniędzy i wykonać coś podobnego w domu.
Zamoczyłam ręcznik w wywarze z rumianku i położyłam na własną niewinną twarz. Dla wzmocnienia efektu, niczym wisienkę na torcie, na MOKRYM ręczniku umieściłam poduszkę elektryczną. Podłączoną do prądu.

Może to życie moje takie jest, bo w młodości kopnęło mnie w głowę.

Warszawo

Wysiadłam z pociągu z dwiema torbami. Trochę ubrań, kosmetyki, bardziej przypominało to wycieczkę niż przeprowadzkę. Gdzieś pod skórą miałam wrażenie, że to na chwilę, że uszczypnijcie mnie, zamiast strachu czułam desperację.
To mogło być 12 lat temu. Nikt nie miał gps’a, google mapsa, internet w telefonie był kosztowną zabawą. Pamiętam komórkę z klapką, jaka mi wówczas towarzyszyła.
Miałam papierową mapę miasta.
Sprawdzałam wcześniej w komputerze rozkład autobusów i kombinowałam (połączenia same się nie synchronizowały). Rysowałam kolorową kredką na mapie, albo przepisywałam do notatnika.
Do pierwszej “prawdziwej” pracy miałam bardzo daleko. Jechałam ponad godzinę w jedną stronę, w tłumie, ściśnięta jak śledź w puszcze z rolmopsami. Spoconymi, zmęczonymi i skacowanymi rolmopsami.
Spanie w warunkach polowych. Pieniędzy wystarczyło na połowę łóżka w pokoju dziennym. Na łazienkę bez pralki i wiecznie zasyfioną kuchnię, w której można było prędzej zwymiotować z obrzydzenia, niż zrobić sobie posiłek.
Pijackie weekendy, kończące się kacem gigantem. Poczucie wolności. Jabłka na śniadanie, obiad i kolację pod koniec miesiąca. 

Pamiętam, że czułam się powolna, ociężała. W supermarkecie ludzie popychali mnie wózkami. W metrze zniecierpliwieni trącali bez słowa. Wszyscy strasznie stresowali się na obsługę, na głos wyrażali niezadowolenie, kłócili się z obcymi i dla mnie to była egzotyka.
Ale też zagadywali do siebie, łatwiej niż w rodzinnym mieście było kogoś poznać na koncercie, w barze, w sklepie.

Kolejne mieszkania, coraz lepsze. Własny pokój, święty spokój, własny porządek i swój bałagan. Moje krzesło, przytargane ze śmietnika. Moje książki na półkach dające namiastkę domu. Mój garnek. W końcu nikt mi nie podbiera kosmetyków, nikt nie zostawia uwalonych talerzy na tydzień, nie muszę martwić się, że z czyjegoś pokoju śmierdzi. 

Był właściciel, który pijany spał pod drzwiami, bo zapomniał, że już tu nie mieszka, że wyprowadził się do Belgii. I jego straszne obrazy, które zdejmowałyśmy jak tylko wychodził. I stolik- pień, nazwany przez nas “mrocznym pniem na kółkach”, z którego śmiałyśmy się z gośćmi. Weekendy spędzone w łóżku, w końcu bez obawy, że ktoś wpadnie do pokoju.

79bf8743150247-57e4dd80f22a2-1

Były szafki, które same się otwierały w nocy.

I korki strzelające, gdy włączyło się na raz pralkę i laptopa.

Było spanie wśród pudeł, w jednym pokoju z kotem, przez kilka miesięcy oczekiwania na odbiór swojego mieszkania.

Kilka lat na materacu położonym na podłodze w bloku, w dzielnicy, której nie potrafiłam ocenić czy się opłaca, czy warto tam kupować, po prostu było niedrogo. 
Rzeczy na piwnicznych regałach z Ikei. Lata z meblami przytarganymi z wystawek. Własne obrazy na ścianach.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz, niechcący przyznałam się do tego miasta. Na Openerze w Gdyni ktoś mnie zapytał skąd jestem i ku mojemu zdziwieniu z ust wypadło: “z Warszawy”. 

Rysowali mi tutaj stary samochód, który był na obcych rejestracjach, a teraz na wyjeździe boję się, że porysują mi obecny, bo jest na warszawskich. Na Śląsku słyszałam przez okno, że kto to stoi na tych blachach pod blokiem.

Po dwóch- trzech latach przestałam już przyjeżdżać o każdej możliwej okazji do rodzinnego miasta. Po pewnym czasie okazało się, że tu mam więcej przyjaciół, że tu wracam do domu, stąd wyjeżdżam w obcość. Zapominam nazwy ulic i nie wiem jak gdzieś trafić w Białymstoku, już tam nie pasuję, nie rozumiem, może za szybko chodzę i za dużo się stresuję, może nabrałam trochę tej stołecznej bezczelności, i jak ktoś mówi “centrum”, to widzę centrum Warszawy. 

Nie wiem po co miałabym chcieć więcej. Wracam z Tokio czy Londynu i to prawda, że Warszawa staje się mała, pusta i bardzo postsowiecka, ale tu wiem jak się rozpychać łokciami, kiedy się poddać, gdzie można popłakać, a gdzie wypić krwawą mary.

 

Dzieło

Zawsze w takich momentach zaczynam oglądać ogłoszenia o pracę. Miła posadka, od tej do tej, średnia lub niezła pensja co miesiąc, ubezpieczenie.

Nie żył, kto w Polsce nie pracował na freelansie. Nie zaznał smaku adrenaliny, kto na umowie o dzieło nie zachorował, nie złamał nogi, nie miał raty kredytu do spłaty, podczas gdy “księgowa klienta wyjechała na wakacje”, “zapomniała zrobić przelew”, albo zwyczajnie nie odbiera telefonu.

Praca w strefie zleceń to kręgi piekła, o jakich nie śniło się tym, co siedzą w budżetówce.

Czasem żyjesz jak król, jak cesarz wszechświata, Bill Gates własnej dzielnicy. Trafia się duże zlecenie, przychodzi milusia zaliczka, to poszalejesz i se zapłacisz rachunki. Szerokim gestem wykupisz kotu- cukrzykowi zapas insuliny. Niech ma. Zapełnisz lodówkę. W weekend pójdziecie do kina i na obiad.

Częściej jest tak: zapitalasz, jeździsz na spotkania, dostajesz tonę maili, telefonów, w których mówią ci, jak ma być i że o gustach się nie dyskutuje. Wylewa się z ciebie bełt przetrawionych wyobrażeń ludzi wychowanych w pastelowych blokach, w szarych blokach, na marzeniach o luksusie w wersji z Dynastii. Wylewa się, ale robisz. Ileś opcji, klient nasz pan. 

W końcu nadchodzi dzień płatności. 

Wtedy dowiadujesz się, że termin na fakturze to sugestia. Że zapłacenie w ogóle to jest opcja. Można tak, a można nie. Że nagle wszyscy chorują. Rodzą dzieci. Dostają miesiączki. Dokładnie w momencie, w którym czekasz na przelew.

Trochę ci głupio, ale się upominasz. Tak tak, zapłacimy, noproblemo.

37629a43816671-57fdd49284ade

Potem gorzej, bo bank do ciebie dzwoni, że gdzie ratka. Kończy się OC, więc nie jeździsz samochodem. Naruszasz konto oszczędnościowe, bo trzeba iść do dentysty. Jak masz działalność, to skarbówka szybko blokuje ci konto, bo nie zapłaciłeś vatu od kwoty, która nigdy nie wpłynęła na twój rachunek.

Klientka mówi, że jej niezręcznie, że się tak upominasz. Czujesz się jak debil. Jak nędzarz, mimo, że na papierze kwoty pięciocyfrowe. 

Czasem trafiasz na takich milusich, co nie zapłacą w ogóle. Jedni powiedzą, że uważają, że “już wystarczająco w ich ocenie przelali”, inni przestaną odbierać telefony, w końcu napiszą maila jak im się dzieło nie podobało. 

Czasem pójdziesz do sądu i przez trzy lata będziesz płacić za prawnika, żeby odzyskać kilkaset złotych. Częściej machniesz ręką, karawana jedzie dalej.

W końcu przychodzi przelew. Znowu jak król złoty- spłacasz debety, rachunki, ratki, odsetki karne, wysyłasz potwierdzenia, odkładasz coś tam na czarną godzinę, wiesz że ta nastąpi szybciej niż później, czarne godziny zawsze nadchodzą znienacka, z kolejnym “urlopem w księgowości”.

W rubryczkach “dochody” wychodzą ci ładne sumki i myślisz, że jesteś chyba jakąś pierdołą życiową, liczysz i planujesz, powinno stykać, powinno zostawać, jest w tabelkach. A potem dostajesz 3 przelewy z dwutygodniowym opóźnieniem, czwarty w ogóle nie wyszedł i już wiesz, że bez dociskania się nie obejdzie.

Spotykasz znajomego, on ci mówi: “Ja już dawno na Polskę nie robię, chyba bym życiowej kurwicy dostał. Wysyłam do Francji wykonaną robotę, zaraz jest wypłata, nikt nie dyskutuje, nikt się nie wykłóca”. 

Co jakiś czas oglądasz więc opcje pracy na etat, opcje pracy na zagranicę. Kiedyś frustracja przeleje się ponad to, co możesz znieść i po prostu to zrobisz.

Lata

Trudno mi zrobić podsumowanie roku 2017 bez kontekstu jego poprzednika- 2016. Nie da rady zamknąć się w 365 dniach, odciąć krechą jeden okres od drugiego.

Rok temu zdecydowałam, że moje rysowanie to trochę za mało. Niezbyt wiedziałam, co zrobić z wykupioną impulsywnie domeną seaofgray.com.

Nie miałam planu.

Pod wpływem 2016, który mi skopał dupę tak bardzo, że nie dałam rady się podnieść, po bezsennych nocach, złości mieszanej z poczuciem krzywdy, odkryciu w sobie całego wiadra emocji, które ciężko zaakceptować, żalu, po utracie zaufania do wielu osób, które w trudnych chwilach nie wiedziały kiedy zamknąć japę, już nie mówią o wsparciu, po urwaniu paru kontaktów i smutnej refleksji, że wybieram sobie na znajomych totalnych narcyzów i plotkarzy, po wielu nocach przepłakanych w poduszkę, chwyciłam za pędzel.

Przypomniałam sobie, co porzuciłam, co było moją pasją. Na początku rysowałam i malowałam jak szalona. Trzeba było odreagować miesiące kotłowaniny, wyrzucić splątane emocje. 

Do szuflady nigdy się nie sprawdza. Bądźmy szczerzy- twórczość bez pokazywania nie istnieje. Emocja bez uzewnętrznienia, bez odbiorcy jest tylko echem.

Wrzucałam sobie na tego bloga kiepskiej jakości skany i kilku znajomych nawet to oglądało. 

Rok temu postanowiłam, że będę też pisać. Że rysunek to za mało, że siedzi we mnie dużo słów i zdań, pewnie trochę grafomańskich, ale internet jest demokratyczny i przyjmie wszystko, nawet najgorsze wypociny i najgłupsze myśli.

131

Autoterapia zadziałała. Czuję się jakbym pokonała przepaść. Jakbym kawałek po kawałku wygrzebała się z jakiejś olbrzymiej ciemnej jamy. 
2017 to rok w którym uczyłam się godzić z różnymi rzeczami, na które nie miałam wpływu, w którym uporządkowałam wiele swoich relacji i zdecydowałam, co jest priorytetowe, kiedy powiedziałam na głos na co się nie godzę, czego nie dopuszczam. Że nie ma miejsca już na żadne hieny i pijawki, że nie zgodę się na wykorzystywanie, na gnębienie, na błyszczenie moim kosztem.

I tak się złożyło, że dzięki tej stronie poznałam też trochę fajnych ludzi, że prowadzenie tego bloga stało się świetnym oderwaniem od codzienności. Autoterapia zmieniła się w małą społeczność. 

Czego życzę sobie w 2018? Nie mam życzeń typu “żeby coś konkretnego się stało, żebym coś dostała”. Chcę nauczyć się w pełni cieszyć tym co mam. Nie tęsknić do spraw poza moim zasięgiem, nie płakać za brakiem. 
Mam nadzieję, że będziecie mieli ochotę mi  tym towarzyszyć.

Present perfect

Czytam przedświąteczny internet i mam wrażenie, że panuje ogólnospołeczne przekonanie, że Święta trzeba “jakoś przeżyć”. Tysiąc poradników co kupić, komu kupić, gdzie kupić, za ile kupić. Dominuje elektronika i luksusowe kosmetyki, kaszmirowe szale, notesy za 150 zł, perfumy, albo “zrób to sam” skarpetkowe króliki czy muszelkowe bransoletki.

Podzielę się moją może niezbyt popularną postawą: lubię Święta i lubię dawać prezenty, bo lubię osoby, którym je sprawiam. Nigdy nie potrzebowałam żadnej ściągi, poradnika “co teściowi, co koleżance”. U mnie kolekcjonowanie prezentów zaczyna się na początku grudnia. Mam dużą rodzinę po obu stronach. Do tej “rodzonej” dochodzą partnerzy, coraz więcej dzieci, także nie wyobrażam sobie kupowania dwudziestu produktów typu “zmieść się w stówie”. 

Z racji, że potrafię coś tam narysować, zdarza się, że daję prezenty robione ręcznie, natomiast mieszczą się one w ramach moich umiejętności, nieporadnie wystrugana laurka może być urocza w przypadku dziecka, ale nie porwę się na dłubanie swetra krzywulca, bo i po co komu coś takiego w szafie. Moja teściowa dzierga ładne kapcie, lubię ładne kapcie, ale sama nie zdobędę się na tego typu wyczyn, bo nie życzę nikomu kształtu zdechłych kartofli na stopach.

To, co inni określają jako utrapienie, świąteczną gorączkę, ja celebruję. To chyba jedyna pora roku, kiedy lubię chodzić po centrach handlowych, fajnie mi brzmią Xmas songs w sklepach. Robię sobie listę i odhaczam, szperam, kieruję się intuicją. Czasem są zamówienia na coś konkretnego, ale ja akurat za tym nie przepadam. Dla mnie dawanie prezentu to jest właśnie połączenie tej części “to ode mnie” z “myślę o Tobie”, gdy obdarowujący łączy swoją energię z obdarowywanym. Bo kurczę, jak coś chcę, to sama sobie kupię, a traktowanie świąt instrumentalnie, aby akurat spełnić listę życzeń, w moim przypadku odziera sprawę z romantyzmu.

13234945298783-582c0dacdef5e

Nie jest mi szkoda poświęcić czas na bliskich, na to, żeby znaleźć dla nich coś, co mi z nimi koresponduje. Trzeba tych bliskich tylko lubić i znać. Niektóre podarunki mają charakter symboliczny, “szkoda, że już nie piszesz, kiedyś ładnie pisałaś”- w przypadku oprawionego w skórę notatnika, inne nawiązują do naszych wewnętrznych żartów, czy sytuacji, których reszta świata nie zrozumie. Często daję książki, mam przeczucie, że akurat dana pozycja pasuje mi do tej osoby. Czasem lepszy kosmetyk- “stara, jesteś zaharowana, daj coś dla swojego ciała”. W prezentach lubię to szaleństwo niespodzianki, to że trzeba się otworzyć na okazanie uczuć przez drugą osobę w sposób taki, jaki ona chce nam to dać, utratę kontroli nad tym, co do siebie dopuszczamy. Jedna osoba daje to serce, a druga otwiera swoje, górnolotnie mówiąc.

Ja nie “odbębniam”. Nie musi być dla mnie “bezbolesne”, “łatwe” i “szybkie”. Nie cierpię podejścia “trzeba dać, to hurtem zamówię z allegro 10 zestawów kubków”. 

Daję te prezenty tym, których kocham, może nie zawsze to jest łatwe, ale myślę, że wystarczy włożyć minimum wysiłku w poznanie drugiej osoby, aby wiedzieć np, że nie lubi durnostojek, albo że nie ma wanny więc płyn do kąpieli to średnio. Dla mnie Święta to nie jest okres, gdy wszyscy kupują mi rzeczy z listy, na które było szkoda kasy, tylko pokazujemy, że o sobie myślimy, pamiętamy, staramy się. Zawsze mi przykro, jak dostanę coś “na odpierdol”, chociaż bardzo rzadko to się zdarza, z większości prezentów totalnie się cieszę, bo moim zdaniem na tym polega przyjmowanie czyichś uczuć, “biorę Cię jaki/ jaka jesteś, widzę że się starasz, to ciekawe jak postrzegasz moją osobę, fajnie, że włożyłaś w to serce”. 

List do Świętego Mikołaja piszą dzieci, dorośli mogą przenieść dawanie i otrzymywanie na inny poziom.

Ciemność

41% skazanych za gwałt w Polsce dostaje wyroki w zawieszeniu (w Wielkiej Brytanii dla porównania to 4%). W 2014 roku (z którego mam dane) łącznie skazano 651 osób.  Średnia wyroków za gwałt ze szczególnym okrucieństwem to 3 lata (Francja 9 lat, Wielka Brytania 7). 67% spraw o gwałt rozpatrywanych przez prokuratury jest umarzana i nie trafia nawet do sądów. Prokuratura Praga Południe hojnie umorzyła 91% postępowań o gwałt. Wg Komendy Głównej Policji w roku 2014 doszło do 1329 przypadków gwałtu (zgłoszonych). Z badań ankietowych Fundacji STER wynika, że 94% przepytanych kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej, nie zgłosiło tego na policję. Wg tych badań 22% kobiet zostało zgwałconych, 23% doświadczyło próby gwałtu, 37% było ofiarami tzw. “innej czynności seksualnej” wbrew swojej woli, a 87,6% Polek doświadczyło molestowania seksualnego. Rocznie około 400 kobiet traci życie w wyniku przemocy domowej. Z danych Niebieskiej Karty wynika, że co rok 58 000 kobiet pada ofiarami przemocy domowej. 

Szacuje się, że od 2 do 10% oskarżeń o gwałt jest fałszywych. Są to np nastolatki w konflikcie z rodzicami, w niechcianej ciąży, kobiety, które oferowały seks za pieniądze lub narkotyki i nie dostały zapłaty. Wśród tych oskarżeń zdarza się, że kobieta (lub tez mężczyzna) cierpi na zaburzenia psychiczne- paranoje, syndrom munchausena. Dosyć rzadko są to zemsty na byłych kochankach. Najczęściej nie są to sprawy, które są przeżywane publicznie, medialnie.

Tyle danych.

Następnym razem jak na internetowym forum jakiś gnój wyjedzie z “Polkami, które wg statystyk są w super sytuacji na tle innych krajów Europy” możecie śmiało rzucić, że 17 prokuratur w Polsce umarza 90% przypadków zgłoszonych przestępstw na tle seksualnym. W statystyce krajowej zostaje 33% zgłoszeń (z tych 6% w ogóle zgłaszanych). z czego połowa kończy się skazaniem, a większość śmiesznymi wyrokami.

Wiecie jaki finisz miała medialna sprawa tłumaczki zgwałconej przez kolegów na wyjeździe firmowym? Dla sprawców zawiasami, dla ofiary- 500 zł karą nałożoną przez sąd za to, że nie miała siły stawić się na przesłuchanie przestępców.

Jawi się nam piekło. 

87618d41907695-57b957a124bbd

Była akcja #metoo, radośnie obśmiana przez przedstawicieli płci męskiej, że nie mogą sobie podrywać, bo molestowanie. Wiecie kto nie brał udziału w tej akcji? Moje koleżanki, które wiem, że doznały gwałtu. Z których żadna nie wylądowała w sądzie. Bo nie wierzą w sprawiedliwość, w skazanie, a nie chcą dokładać sobie traumy. Nie pisały #metoo, bo publiczne przyznanie się do gwałtu to jest piętno, a one chcą normalnie żyć. 

Czy to umniejsza codziennemu “zwykłemu” molestowaniu? Nie. Nie chcę proszę szanownych panów być sobie klepana po dupie, obrażana, macana. Jak będę miała ochotę na flirt czy na ocieranie, to dam znać, nikt nie musi podejmować tej gry bez mojej zgody, jestem świadoma czy mi się coś podoba. 

Wyśmiewanie, które się pojawiło w internecie po zeznaniach członkini partii Razem, dotyczące urody, to dodatkowe dojebywanie ofierze. Otóż gwałcone są nie tylko piękne kobiety. Molestowane nie tylko Barbie z silikonami, na które “ktoś zechce łaskawie spojrzeć”. Molestowanie to nie jest wyraz uznania dla walorów damskich. Z przemocą seksualną spotykają się dzieci, nastolatki, żony, matki, grube, chude, stare, z dużym nosem i krótkimi włosami, ubrane w dżinsy i sukienki, w grube kurtki i czapki. 

Potem pojawił się artykuł na “Kulturze Liberalnej” i cały ten syf, jak to ofiara ma udowodnić winę sprawcy, jak fałszywe oskarżenia szkodzą sprawie, feminizmowi w ogóle.  Napisany przez faceta of kors. Wiadomo nie od dziś, że mężczyzna, jak nikt inny nauczy nas, głupie kobiety, jak mamy rozmawiać o naszych traumach.

Wiesz co Kulturo Liberalna- fuck you. Przeczytajcie statystyki powyżej.

Czy ofiara ma w trakcie gwałtu zrobić selfie? A dziecko- kiedy spotka się z pedofilem, jak ma przedstawić swoją krzywdę?

I te wszystkie głosy “mężczyźni też są ofiarami!”. Kurwa mać. Nie może być jednej rzeczy dotyczącej kobiet (90% ofiar przemocy domowej to “przypadkiem” kobiety), żeby choć raz nie było o facecie! Żeby biały mężczyzna nie musiał krzyczeć, że “on też tu jest” i rozmywać problem.

A problem jest taki, że Polki żyją w piekle. Że jeśli coś złego je spotka, to zdane są na milczenie, bo jak widać, robi się z nich konfabulatorki, kłamliwe mściwe suki, albo wariatki zazdrosne o byłego. Za dużo Pasikowskiego w młodości się naoglądaliście panowie. Co więcej bardzo jasno przebiega tu linia podziału płci. Jak widzę, że komentarz jest pisany przez mężczyznę, to w większości będzie to komentarz broniący sprawcy. 

Wiecie, życzę Polkom przyszłości, aby kiedyś, gdy spotka je przemoc, społeczeństwo stanęło po ich stronie, przytuliło i pogłaskało, a sprawca niech drży. Wtedy może będzie zgłaszane 90% takich przypadków, a panowie się nauczą gdzie kończy się ich ciało, a zaczyna nietykalność cielesna kobiety.

 

Winne przyjemności

Oglądałam Kirsten Stewart na laptopie, zapijając tanią łiski Grant’s z Lidla w promocji (na szczęście z okazji Świąt przeceniają wszelką wódę), film był nudny, więc przewijałam w międzyczasie fejsa, instagrama, stalkowałam gwiazdy na Pudelku i dopadł mnie wyrzut sumienia. Jeden. Dopadł na chwilę, spowodowany “spojrzeniem na siebie z zewnątrz”, ale za chwilę go uciszyłam, w imię “akceptacji własnych słabości” i “docierania do prawdziwego ja”.

To się nazywa “guilty pleasures”, ale ja nie mam wyrzutów sumienia. 
Wokół jest tyle autokreacji, idealnych zdjęć, gdzie nawet bigos wygląda fotogenicznie, a nie standardowo- jak wymioty w misce, leży sobie na pięknym talerzu obok koca, bombki i książki o rozwoju osobistym, ja mam odruch “w tył zwrot, naprzód marsz”.
Kiedy Ci kaktus usycha, pralka wypluła ulubiony sweter w stanie skurczonym tak, że możesz go podarować czterolatkowi, odpadł lakier od paznokci ukazując wcześniejsze warstwy, jak przekroje skorupy ziemskiej w podręczniku geografii, bo nie chciało Ci się zmywać, więc dokładasz i dokładasz, kiedy na obiad zjadasz popkorn z mikrofali, a na basen nie idziesz, bo nie chciało Ci się ogolić nóg (od dwóch tygodni), to nie dołuj się, tylko kilkadziesiąt osób w naszym 35- milionowym kraju ma statusy zaczynające się od “poniedziałkowy poranek w Nowym Yorku, zostawcie łapkę w górę”.

Średnio widzę kupowanie marmurowego blatu do kuchni tylko po to, żeby kubek z kawą wyglądał na nim ładnie na zdjęciach, przynoszę więc ulgę Wam wszystkim śpiącym w niedopasowanej piżamie, wychodzącym do sklepu w czapce przykrywającej tłuste włosy i płaczącym na 2398861 odcinku Mody na Sukces. Przynoszę listę “wstydu”, czyli, co w życiu daje mi radość, a jest daleko od udawanego świata smutnych pozerów.

15

Zacznę z grubej rury- w każdy poniedziałek rano oglądam Kardaszianki. Jestem uzależniona. Patrzę na ten botoks, na te problemy z dupy, na to pławienie się w hajsie, z którym ci ludzie nie wiedzą już co zrobić, co jeszcze kupić, co wyrzucić, co przechlać i wciągnąć, żeby jakoś ten nadmiar zużyć. A on napływa i ich podtapia Niagarą zielonych papierków, brylantów i złotych łańcuchów. I wiecie co mi w tym robi dobrze- że oni wcale nie są szczęśliwsi niż my. Patrzę sobie na ten obraz pod mikroskopem, na te ich rozwody, uzależnienia, kolonoskopie i porody i daje mi to proste szczęście. 

Drugą pokrewną przyjemnością jest oglądanie vlogów o malowaniu się. Ja nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w makijażu, szczerze mówiąc, ponad 5-10 minutowy standard, pacnąć podkład, tusz, coś na policzek, i jak mam więcej czasu to szminkę, nie chce mi się wychylać. W jakiś sposób obserwowanie, jak panie nakładają na siebie kolejne warstwy, jest wciągające. Robią to z taką powagą, jakby to było rzeczywiście ważne, używają słów “tym cieniem można budować”, “róż jest dobrze napigmentowany”, “w tę bazę warto zainwestować”. Przysypane tonami szminek, błyszczyków, rozświetlaczy, latami nie robią nic innego, tylko się malują. I to jest fascynujące. 
Teraz zaczął się sezon na otwieranie kalendarzy adwentowych na vlogach i ja mam takie przeczucie, że to wszystko wyląduje w koszach na śmieci. Niech ktoś zrobi otwieranie kalendarzy z alkoholem. Live. Całych na raz. Oglądałabym.

Jak jesteśmy już przy ważnych tematach z internetu- kłócenie się na fejsie. Mój boże. Niech no pojawi się temat aborcji na Wysokich Obcasach. Nie da się powstrzymać tej lawiny. A weź i mnie przegadaj, do ostatniego trupa. Nie powinnam, ciśnienie skacze, ale mój mały wewnętrzny fejsbukowy patrol nie potrafi odpuścić. Nie śpię, bo kłócę się o prawa kobiet. Nałóg. Internetowy obywatel. 

Z interakcji międzyludzkich to lubię niezobowiązujące rozmowy ze starszymi paniami. Najczęściej w warzywniaku, albo na ciucholandzie. Lgniemy do siebie. Ostatnio moja mama mi powiedziała, że jestem mentalnym emerytem. Trudno, biorę to na klatę, proud to be old.

W temacie bazarów- lubię wydawać pieniądze na straganach. Żyłkę przekupy odziedziczyłam po dziadku, który mnie zabierał na targ w dzieciństwie. Mało kupowaliśmy- jakiś flek do buta, żarówkę, jabłko, ale co się dziadek nagadał, natargował, to jego. I mi tak zostało, sorry sprzedawcy w Marrakeszu, nie chciałam wam tego robić.

Żeby nie było za słodko, to zwierzę Wam się, że czerpię dużą satysfakcję z “mrocznych myśli”. Pewnie jest na to jakaś nazwa zaburzenia, ale kiedy mi źle, to sobie wyobrażam jak umarłam i wszyscy płaczą i “mają za swoje, mogli być dla mnie mili, a teraz wącham kwiatki od spodu”. Pogrzeb mam zaplanowany od a do z, gdyby ktoś pytał, to mogę wysłać szczegółowe instrukcje pochówku. Fajnie by było, gdyby się zjawił Benedict Cumberbatch i uronił łzę, że szkoda, że mnie nigdy nie poznał.

A jeśli jesteśmy przy mroku, jak jadę samochodem i leci “Nothing else matters” Metalliki, to śpiewam. I płaczę.

 

Dzień

Stanisław obudził się o świcie. To była pora dnia, którą najbardziej cenił- ciszę, spokój, tak zwaną chwilę dla siebie, zanim rzeczywistość postawi go na nogi, zawlecze do szeregu i zrobi musztrę.
Jego żona Alicja przewracała się na drugi bok, wydając dźwięki zadowolonego z siebie hipopotama- innymi słowy chrapała tak, że wszystkie włosy stawały dęba na jej bujnie porośniętych nogach.
W ciemności zrobił sobie kawę, piętnaście minut spoglądania przez okno, zanim się zacznie.
Pierwszy był Dziedzic. Dobudzić toto bez awantury graniczyło z cudem, a Stanisław w cuda nie wierzył, wierzył w silną konsekwencję. Dlatego nie ugiął się ani na moment, gdy Dziedzic zaproponował na śniadanie ciastka w czekoladzie, argumentując “a mama mi pozwala”. Stanisław machnął ręką zniecierpliwiony, notując wczorajszy wieczór, gdy jego żona, lekko zawiana po imprezie integracyjnej, obiecywała wszelkie cuda świata płaczącym dzieciom. A dzieci płakały, bo znowu mama zapomniała o przedstawieniu w szkole, z czego wynikła seria negocjacji, przekupstw i przyrzeczeń.

Mała Księżniczka wyleciała jak z procy, demonstracyjnie ogłaszając, że nie ma pracy domowej na plastykę, więc zamiast wrzucić kanapkę na ruszt, Stanisław spędził ostatnie dziesięć minut poranka na wyklejaniu Pani Jesieni z liści juki, bazylii oraz laurowych Kamis. 
Nie zdążył się nawet ogolić, na szczęście poprzedniego wieczora wyprasował rzeczy swoje i Alicji, gdy w drzwiach pojawiła się jego żona. Całe szczęście kupił jej nowe rajstopy w dużych paczkach i nie chodziła już w tych pozaciąganych.

-Czy możesz dziś zawieźć dzieci do szkoły? Mam ważne zebranie, mój awans może od tego zależeć- odezwała się na dzień dobry.

-Tylko wezmę samochód, ok?

-Wiesz przecież, jak na mnie patrzą koleżanki, kiedy podjeżdżam autobusem, to tylko cztery przystanki, dasz radę! I tak masz po drodze.

Stanisław znał tę rozmowę, nawet nie drążył tematu, wiedział, że kolejna, taka sama kłótnia o to, czyja praca jest ważniejsza, będzie tylko stratą kolejnych cennych minut.

Alicja wyleciała jak z procy, bez śniadania, rzucając, że zje na stacji benzynowej, a on pomyślał tylko, że znowu na kolację będzie miał zeschnięte kanapki- niedojadki.

Po wczorajszym wieczorze dzieci były trochę nie do ogarnięcia, co znaczyło, że w autobusie znowu wszyscy patrzyli na niego wilkiem. Jakaś kobieta przez telefon wyraziła swoje niezadowolenie, że “bachory nie dają jej porozmawiać, więc zadzwoni później”, inny “perfekcyjny ojciec” karcąco wykrzywiał usta w kurzą dupkę, a jakiś stary dziad uraczył go poradą, że “powinien pilnować swoich dzieci”. “Dzięki kurwa za naukę, sam bym na to nie wpadł”, pomyślał Stanisław i tylko złapał Dziedzica za kaptur w ostatniej chwili, chroniąc go przed wyrąbaniem głową w kasownik.

W drodze do pracy, uwolniony od potomstwa spoglądał tępo przez okno autobusu na Warszawę, usiłując w myślach zorganizować porządek tego dnia.

Wtem kolano. Złożył nogi bliżej jedna drugiej. Znowu kolano. Nogi w lewo, poranna gimnastyka. Szybkie zerknięcie ponad prawe ramię. Na siedzeniu obok rozmościła się wygodnie paniusia, lat około 50, dezodorant to taki dinozaur z okresu jury, brudnymi pazurami dłubała sobie w zębie. Rozkrok przekroczył dawno neutralne 45 stopni, niebezpiecznie zbliżał się w stronę szpagatu.

163

Stanisław poczuł mdłości, wysiadł dwa przystanki wcześniej. 

-A co pan taki smutny, uśmiechnie się!- usłyszał za plecami. Słowa wypadały z paszczy przystankowej żulicy, od 9 rano z obowiązkową puszką piwa “Mocne Dębowe” oraz wiszącym bezwładnie szlugiem z jej warg. -Ja znam sposób, żeby ci poprawić nastrój, chłopaczku! Niezłą masz dupę!- rechot towarzyszył Stanisławowi, zanim żulica znalazła sobie następnego chłopaka do zaczepek, padło na piętnastoletniego blondynka ze słodką grzywką, zupełnie czerwonego na twarzy w reakcji na “awanse”.

W pracy jak zwykle: “Staszku przynieś to, Staszku skseruj, Staszku skarbku zanieś to do księgowości”. Żadna z tych rzeczy nie należała do jego obowiązków, ale wiedział, że przy odmowie zyska miano gbura i na dłuższą metę nikt nie będzie chciał awansować “niemiłego” mężczyzny. Nie w firmie złożonej głownie z kobiet.

Koleżanki znad komputerów, na których ekranach jako tapety poustawiały zdjęcia jędrnych męskich pośladków (oczywiście implanty, naturalne tyłki są takie nieatrakcyjne) przerzucały się historyjkami z wczorajszej imprezy (na którą on nie poszedł, bo teatrzyk szkolny). Która spiła kolegę, która się z kim przelizała, kto jest sztywniakiem i nie chciał zatańczyć “przytulanga”.

Po lanczu poszedł do szefowej “po prośbie”, zadzwonili ze szkoły, że Mała Księżniczka wymiotuje i trzeba ją zabrać.

-Dlatego właśnie nie lubię zatrudniać mężczyzn, ciągle im dzieci chorują. Ale co zrobić, ktoś musi nam ubarwiać to biuro, służyć za ozdobę w miejscu pracy. Człowiekowi też należy się czasem, żeby sobie popatrzyła, nie?- i tu nastąpiło mrugnięcie okiem i rzut oka na rozporek Stanisława.

Na szczęście szefowa pozwalała czasem pracownikom płci męskiej na takie zwolnienia, ZUS płacił, uff, kobiety nie mogły liczyć na tego typu czas z dziećmi.

Wieczorem, kiedy już zrobił kolację i położył spać potomstwo, zjawiła się Alicja. Padła na łóżko wykończona. Chciał jej opowiedzieć o dniu, jednak powstrzymało go donośne chrapanie. Dziś nie będzie seksu, z czego się nawet ucieszył, bo przestał brać zastrzyki hormonalne, po których puchnie mu całe ciało, a jego małżonka “nie lubi” prezerwatyw. Wizja kolejnego potomka wprawiała go w spazmy, także nie kochali się prawie wcale, poza dniami niepłodnymi wyliczonymi przez aplikację, trudno było o miłość. Podejrzewał czasem, jak jego temperamentna żona zaspokaja swoje potrzeby, ale nic nie mówił, bo ze względu na dzieci (i na niską ściągalność alimentów) rozwód to byłaby ostatnia rzecz jakiej potrzebował.