Lata

Trudno mi zrobić podsumowanie roku 2017 bez kontekstu jego poprzednika- 2016. Nie da rady zamknąć się w 365 dniach, odciąć krechą jeden okres od drugiego.

Rok temu zdecydowałam, że moje rysowanie to trochę za mało. Niezbyt wiedziałam, co zrobić z wykupioną impulsywnie domeną seaofgray.com.

Nie miałam planu.

Pod wpływem 2016, który mi skopał dupę tak bardzo, że nie dałam rady się podnieść, po bezsennych nocach, złości mieszanej z poczuciem krzywdy, odkryciu w sobie całego wiadra emocji, które ciężko zaakceptować, żalu, po utracie zaufania do wielu osób, które w trudnych chwilach nie wiedziały kiedy zamknąć japę, już nie mówią o wsparciu, po urwaniu paru kontaktów i smutnej refleksji, że wybieram sobie na znajomych totalnych narcyzów i plotkarzy, po wielu nocach przepłakanych w poduszkę, chwyciłam za pędzel.

Przypomniałam sobie, co porzuciłam, co było moją pasją. Na początku rysowałam i malowałam jak szalona. Trzeba było odreagować miesiące kotłowaniny, wyrzucić splątane emocje. 

Do szuflady nigdy się nie sprawdza. Bądźmy szczerzy- twórczość bez pokazywania nie istnieje. Emocja bez uzewnętrznienia, bez odbiorcy jest tylko echem.

Wrzucałam sobie na tego bloga kiepskiej jakości skany i kilku znajomych nawet to oglądało. 

Rok temu postanowiłam, że będę też pisać. Że rysunek to za mało, że siedzi we mnie dużo słów i zdań, pewnie trochę grafomańskich, ale internet jest demokratyczny i przyjmie wszystko, nawet najgorsze wypociny i najgłupsze myśli.

131

Autoterapia zadziałała. Czuję się jakbym pokonała przepaść. Jakbym kawałek po kawałku wygrzebała się z jakiejś olbrzymiej ciemnej jamy. 
2017 to rok w którym uczyłam się godzić z różnymi rzeczami, na które nie miałam wpływu, w którym uporządkowałam wiele swoich relacji i zdecydowałam, co jest priorytetowe, kiedy powiedziałam na głos na co się nie godzę, czego nie dopuszczam. Że nie ma miejsca już na żadne hieny i pijawki, że nie zgodę się na wykorzystywanie, na gnębienie, na błyszczenie moim kosztem.

I tak się złożyło, że dzięki tej stronie poznałam też trochę fajnych ludzi, że prowadzenie tego bloga stało się świetnym oderwaniem od codzienności. Autoterapia zmieniła się w małą społeczność. 

Czego życzę sobie w 2018? Nie mam życzeń typu “żeby coś konkretnego się stało, żebym coś dostała”. Chcę nauczyć się w pełni cieszyć tym co mam. Nie tęsknić do spraw poza moim zasięgiem, nie płakać za brakiem. 
Mam nadzieję, że będziecie mieli ochotę mi  tym towarzyszyć.

Present perfect

Czytam przedświąteczny internet i mam wrażenie, że panuje ogólnospołeczne przekonanie, że Święta trzeba “jakoś przeżyć”. Tysiąc poradników co kupić, komu kupić, gdzie kupić, za ile kupić. Dominuje elektronika i luksusowe kosmetyki, kaszmirowe szale, notesy za 150 zł, perfumy, albo “zrób to sam” skarpetkowe króliki czy muszelkowe bransoletki.

Podzielę się moją może niezbyt popularną postawą: lubię Święta i lubię dawać prezenty, bo lubię osoby, którym je sprawiam. Nigdy nie potrzebowałam żadnej ściągi, poradnika “co teściowi, co koleżance”. U mnie kolekcjonowanie prezentów zaczyna się na początku grudnia. Mam dużą rodzinę po obu stronach. Do tej “rodzonej” dochodzą partnerzy, coraz więcej dzieci, także nie wyobrażam sobie kupowania dwudziestu produktów typu “zmieść się w stówie”. 

Z racji, że potrafię coś tam narysować, zdarza się, że daję prezenty robione ręcznie, natomiast mieszczą się one w ramach moich umiejętności, nieporadnie wystrugana laurka może być urocza w przypadku dziecka, ale nie porwę się na dłubanie swetra krzywulca, bo i po co komu coś takiego w szafie. Moja teściowa dzierga ładne kapcie, lubię ładne kapcie, ale sama nie zdobędę się na tego typu wyczyn, bo nie życzę nikomu kształtu zdechłych kartofli na stopach.

To, co inni określają jako utrapienie, świąteczną gorączkę, ja celebruję. To chyba jedyna pora roku, kiedy lubię chodzić po centrach handlowych, fajnie mi brzmią Xmas songs w sklepach. Robię sobie listę i odhaczam, szperam, kieruję się intuicją. Czasem są zamówienia na coś konkretnego, ale ja akurat za tym nie przepadam. Dla mnie dawanie prezentu to jest właśnie połączenie tej części “to ode mnie” z “myślę o Tobie”, gdy obdarowujący łączy swoją energię z obdarowywanym. Bo kurczę, jak coś chcę, to sama sobie kupię, a traktowanie świąt instrumentalnie, aby akurat spełnić listę życzeń, w moim przypadku odziera sprawę z romantyzmu.

13234945298783-582c0dacdef5e

Nie jest mi szkoda poświęcić czas na bliskich, na to, żeby znaleźć dla nich coś, co mi z nimi koresponduje. Trzeba tych bliskich tylko lubić i znać. Niektóre podarunki mają charakter symboliczny, “szkoda, że już nie piszesz, kiedyś ładnie pisałaś”- w przypadku oprawionego w skórę notatnika, inne nawiązują do naszych wewnętrznych żartów, czy sytuacji, których reszta świata nie zrozumie. Często daję książki, mam przeczucie, że akurat dana pozycja pasuje mi do tej osoby. Czasem lepszy kosmetyk- “stara, jesteś zaharowana, daj coś dla swojego ciała”. W prezentach lubię to szaleństwo niespodzianki, to że trzeba się otworzyć na okazanie uczuć przez drugą osobę w sposób taki, jaki ona chce nam to dać, utratę kontroli nad tym, co do siebie dopuszczamy. Jedna osoba daje to serce, a druga otwiera swoje, górnolotnie mówiąc.

Ja nie “odbębniam”. Nie musi być dla mnie “bezbolesne”, “łatwe” i “szybkie”. Nie cierpię podejścia “trzeba dać, to hurtem zamówię z allegro 10 zestawów kubków”. 

Daję te prezenty tym, których kocham, może nie zawsze to jest łatwe, ale myślę, że wystarczy włożyć minimum wysiłku w poznanie drugiej osoby, aby wiedzieć np, że nie lubi durnostojek, albo że nie ma wanny więc płyn do kąpieli to średnio. Dla mnie Święta to nie jest okres, gdy wszyscy kupują mi rzeczy z listy, na które było szkoda kasy, tylko pokazujemy, że o sobie myślimy, pamiętamy, staramy się. Zawsze mi przykro, jak dostanę coś “na odpierdol”, chociaż bardzo rzadko to się zdarza, z większości prezentów totalnie się cieszę, bo moim zdaniem na tym polega przyjmowanie czyichś uczuć, “biorę Cię jaki/ jaka jesteś, widzę że się starasz, to ciekawe jak postrzegasz moją osobę, fajnie, że włożyłaś w to serce”. 

List do Świętego Mikołaja piszą dzieci, dorośli mogą przenieść dawanie i otrzymywanie na inny poziom.

Ciemność

41% skazanych za gwałt w Polsce dostaje wyroki w zawieszeniu (w Wielkiej Brytanii dla porównania to 4%). W 2014 roku (z którego mam dane) łącznie skazano 651 osób.  Średnia wyroków za gwałt ze szczególnym okrucieństwem to 3 lata (Francja 9 lat, Wielka Brytania 7). 67% spraw o gwałt rozpatrywanych przez prokuratury jest umarzana i nie trafia nawet do sądów. Prokuratura Praga Południe hojnie umorzyła 91% postępowań o gwałt. Wg Komendy Głównej Policji w roku 2014 doszło do 1329 przypadków gwałtu (zgłoszonych). Z badań ankietowych Fundacji STER wynika, że 94% przepytanych kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej, nie zgłosiło tego na policję. Wg tych badań 22% kobiet zostało zgwałconych, 23% doświadczyło próby gwałtu, 37% było ofiarami tzw. “innej czynności seksualnej” wbrew swojej woli, a 87,6% Polek doświadczyło molestowania seksualnego. Rocznie około 400 kobiet traci życie w wyniku przemocy domowej. Z danych Niebieskiej Karty wynika, że co rok 58 000 kobiet pada ofiarami przemocy domowej. 

Szacuje się, że od 2 do 10% oskarżeń o gwałt jest fałszywych. Są to np nastolatki w konflikcie z rodzicami, w niechcianej ciąży, kobiety, które oferowały seks za pieniądze lub narkotyki i nie dostały zapłaty. Wśród tych oskarżeń zdarza się, że kobieta (lub tez mężczyzna) cierpi na zaburzenia psychiczne- paranoje, syndrom munchausena. Dosyć rzadko są to zemsty na byłych kochankach. Najczęściej nie są to sprawy, które są przeżywane publicznie, medialnie.

Tyle danych.

Następnym razem jak na internetowym forum jakiś gnój wyjedzie z “Polkami, które wg statystyk są w super sytuacji na tle innych krajów Europy” możecie śmiało rzucić, że 17 prokuratur w Polsce umarza 90% przypadków zgłoszonych przestępstw na tle seksualnym. W statystyce krajowej zostaje 33% zgłoszeń (z tych 6% w ogóle zgłaszanych). z czego połowa kończy się skazaniem, a większość śmiesznymi wyrokami.

Wiecie jaki finisz miała medialna sprawa tłumaczki zgwałconej przez kolegów na wyjeździe firmowym? Dla sprawców zawiasami, dla ofiary- 500 zł karą nałożoną przez sąd za to, że nie miała siły stawić się na przesłuchanie przestępców.

Jawi się nam piekło. 

87618d41907695-57b957a124bbd

Była akcja #metoo, radośnie obśmiana przez przedstawicieli płci męskiej, że nie mogą sobie podrywać, bo molestowanie. Wiecie kto nie brał udziału w tej akcji? Moje koleżanki, które wiem, że doznały gwałtu. Z których żadna nie wylądowała w sądzie. Bo nie wierzą w sprawiedliwość, w skazanie, a nie chcą dokładać sobie traumy. Nie pisały #metoo, bo publiczne przyznanie się do gwałtu to jest piętno, a one chcą normalnie żyć. 

Czy to umniejsza codziennemu “zwykłemu” molestowaniu? Nie. Nie chcę proszę szanownych panów być sobie klepana po dupie, obrażana, macana. Jak będę miała ochotę na flirt czy na ocieranie, to dam znać, nikt nie musi podejmować tej gry bez mojej zgody, jestem świadoma czy mi się coś podoba. 

Wyśmiewanie, które się pojawiło w internecie po zeznaniach członkini partii Razem, dotyczące urody, to dodatkowe dojebywanie ofierze. Otóż gwałcone są nie tylko piękne kobiety. Molestowane nie tylko Barbie z silikonami, na które “ktoś zechce łaskawie spojrzeć”. Molestowanie to nie jest wyraz uznania dla walorów damskich. Z przemocą seksualną spotykają się dzieci, nastolatki, żony, matki, grube, chude, stare, z dużym nosem i krótkimi włosami, ubrane w dżinsy i sukienki, w grube kurtki i czapki. 

Potem pojawił się artykuł na “Kulturze Liberalnej” i cały ten syf, jak to ofiara ma udowodnić winę sprawcy, jak fałszywe oskarżenia szkodzą sprawie, feminizmowi w ogóle.  Napisany przez faceta of kors. Wiadomo nie od dziś, że mężczyzna, jak nikt inny nauczy nas, głupie kobiety, jak mamy rozmawiać o naszych traumach.

Wiesz co Kulturo Liberalna- fuck you. Przeczytajcie statystyki powyżej.

Czy ofiara ma w trakcie gwałtu zrobić selfie? A dziecko- kiedy spotka się z pedofilem, jak ma przedstawić swoją krzywdę?

I te wszystkie głosy “mężczyźni też są ofiarami!”. Kurwa mać. Nie może być jednej rzeczy dotyczącej kobiet (90% ofiar przemocy domowej to “przypadkiem” kobiety), żeby choć raz nie było o facecie! Żeby biały mężczyzna nie musiał krzyczeć, że “on też tu jest” i rozmywać problem.

A problem jest taki, że Polki żyją w piekle. Że jeśli coś złego je spotka, to zdane są na milczenie, bo jak widać, robi się z nich konfabulatorki, kłamliwe mściwe suki, albo wariatki zazdrosne o byłego. Za dużo Pasikowskiego w młodości się naoglądaliście panowie. Co więcej bardzo jasno przebiega tu linia podziału płci. Jak widzę, że komentarz jest pisany przez mężczyznę, to w większości będzie to komentarz broniący sprawcy. 

Wiecie, życzę Polkom przyszłości, aby kiedyś, gdy spotka je przemoc, społeczeństwo stanęło po ich stronie, przytuliło i pogłaskało, a sprawca niech drży. Wtedy może będzie zgłaszane 90% takich przypadków, a panowie się nauczą gdzie kończy się ich ciało, a zaczyna nietykalność cielesna kobiety.

 

Winne przyjemności

Oglądałam Kirsten Stewart na laptopie, zapijając tanią łiski Grant’s z Lidla w promocji (na szczęście z okazji Świąt przeceniają wszelką wódę), film był nudny, więc przewijałam w międzyczasie fejsa, instagrama, stalkowałam gwiazdy na Pudelku i dopadł mnie wyrzut sumienia. Jeden. Dopadł na chwilę, spowodowany “spojrzeniem na siebie z zewnątrz”, ale za chwilę go uciszyłam, w imię “akceptacji własnych słabości” i “docierania do prawdziwego ja”.

To się nazywa “guilty pleasures”, ale ja nie mam wyrzutów sumienia. 
Wokół jest tyle autokreacji, idealnych zdjęć, gdzie nawet bigos wygląda fotogenicznie, a nie standardowo- jak wymioty w misce, leży sobie na pięknym talerzu obok koca, bombki i książki o rozwoju osobistym, ja mam odruch “w tył zwrot, naprzód marsz”.
Kiedy Ci kaktus usycha, pralka wypluła ulubiony sweter w stanie skurczonym tak, że możesz go podarować czterolatkowi, odpadł lakier od paznokci ukazując wcześniejsze warstwy, jak przekroje skorupy ziemskiej w podręczniku geografii, bo nie chciało Ci się zmywać, więc dokładasz i dokładasz, kiedy na obiad zjadasz popkorn z mikrofali, a na basen nie idziesz, bo nie chciało Ci się ogolić nóg (od dwóch tygodni), to nie dołuj się, tylko kilkadziesiąt osób w naszym 35- milionowym kraju ma statusy zaczynające się od “poniedziałkowy poranek w Nowym Yorku, zostawcie łapkę w górę”.

Średnio widzę kupowanie marmurowego blatu do kuchni tylko po to, żeby kubek z kawą wyglądał na nim ładnie na zdjęciach, przynoszę więc ulgę Wam wszystkim śpiącym w niedopasowanej piżamie, wychodzącym do sklepu w czapce przykrywającej tłuste włosy i płaczącym na 2398861 odcinku Mody na Sukces. Przynoszę listę “wstydu”, czyli, co w życiu daje mi radość, a jest daleko od udawanego świata smutnych pozerów.

15

Zacznę z grubej rury- w każdy poniedziałek rano oglądam Kardaszianki. Jestem uzależniona. Patrzę na ten botoks, na te problemy z dupy, na to pławienie się w hajsie, z którym ci ludzie nie wiedzą już co zrobić, co jeszcze kupić, co wyrzucić, co przechlać i wciągnąć, żeby jakoś ten nadmiar zużyć. A on napływa i ich podtapia Niagarą zielonych papierków, brylantów i złotych łańcuchów. I wiecie co mi w tym robi dobrze- że oni wcale nie są szczęśliwsi niż my. Patrzę sobie na ten obraz pod mikroskopem, na te ich rozwody, uzależnienia, kolonoskopie i porody i daje mi to proste szczęście. 

Drugą pokrewną przyjemnością jest oglądanie vlogów o malowaniu się. Ja nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w makijażu, szczerze mówiąc, ponad 5-10 minutowy standard, pacnąć podkład, tusz, coś na policzek, i jak mam więcej czasu to szminkę, nie chce mi się wychylać. W jakiś sposób obserwowanie, jak panie nakładają na siebie kolejne warstwy, jest wciągające. Robią to z taką powagą, jakby to było rzeczywiście ważne, używają słów “tym cieniem można budować”, “róż jest dobrze napigmentowany”, “w tę bazę warto zainwestować”. Przysypane tonami szminek, błyszczyków, rozświetlaczy, latami nie robią nic innego, tylko się malują. I to jest fascynujące. 
Teraz zaczął się sezon na otwieranie kalendarzy adwentowych na vlogach i ja mam takie przeczucie, że to wszystko wyląduje w koszach na śmieci. Niech ktoś zrobi otwieranie kalendarzy z alkoholem. Live. Całych na raz. Oglądałabym.

Jak jesteśmy już przy ważnych tematach z internetu- kłócenie się na fejsie. Mój boże. Niech no pojawi się temat aborcji na Wysokich Obcasach. Nie da się powstrzymać tej lawiny. A weź i mnie przegadaj, do ostatniego trupa. Nie powinnam, ciśnienie skacze, ale mój mały wewnętrzny fejsbukowy patrol nie potrafi odpuścić. Nie śpię, bo kłócę się o prawa kobiet. Nałóg. Internetowy obywatel. 

Z interakcji międzyludzkich to lubię niezobowiązujące rozmowy ze starszymi paniami. Najczęściej w warzywniaku, albo na ciucholandzie. Lgniemy do siebie. Ostatnio moja mama mi powiedziała, że jestem mentalnym emerytem. Trudno, biorę to na klatę, proud to be old.

W temacie bazarów- lubię wydawać pieniądze na straganach. Żyłkę przekupy odziedziczyłam po dziadku, który mnie zabierał na targ w dzieciństwie. Mało kupowaliśmy- jakiś flek do buta, żarówkę, jabłko, ale co się dziadek nagadał, natargował, to jego. I mi tak zostało, sorry sprzedawcy w Marrakeszu, nie chciałam wam tego robić.

Żeby nie było za słodko, to zwierzę Wam się, że czerpię dużą satysfakcję z “mrocznych myśli”. Pewnie jest na to jakaś nazwa zaburzenia, ale kiedy mi źle, to sobie wyobrażam jak umarłam i wszyscy płaczą i “mają za swoje, mogli być dla mnie mili, a teraz wącham kwiatki od spodu”. Pogrzeb mam zaplanowany od a do z, gdyby ktoś pytał, to mogę wysłać szczegółowe instrukcje pochówku. Fajnie by było, gdyby się zjawił Benedict Cumberbatch i uronił łzę, że szkoda, że mnie nigdy nie poznał.

A jeśli jesteśmy przy mroku, jak jadę samochodem i leci “Nothing else matters” Metalliki, to śpiewam. I płaczę.

 

Dzień

Stanisław obudził się o świcie. To była pora dnia, którą najbardziej cenił- ciszę, spokój, tak zwaną chwilę dla siebie, zanim rzeczywistość postawi go na nogi, zawlecze do szeregu i zrobi musztrę.
Jego żona Alicja przewracała się na drugi bok, wydając dźwięki zadowolonego z siebie hipopotama- innymi słowy chrapała tak, że wszystkie włosy stawały dęba na jej bujnie porośniętych nogach.
W ciemności zrobił sobie kawę, piętnaście minut spoglądania przez okno, zanim się zacznie.
Pierwszy był Dziedzic. Dobudzić toto bez awantury graniczyło z cudem, a Stanisław w cuda nie wierzył, wierzył w silną konsekwencję. Dlatego nie ugiął się ani na moment, gdy Dziedzic zaproponował na śniadanie ciastka w czekoladzie, argumentując “a mama mi pozwala”. Stanisław machnął ręką zniecierpliwiony, notując wczorajszy wieczór, gdy jego żona, lekko zawiana po imprezie integracyjnej, obiecywała wszelkie cuda świata płaczącym dzieciom. A dzieci płakały, bo znowu mama zapomniała o przedstawieniu w szkole, z czego wynikła seria negocjacji, przekupstw i przyrzeczeń.

Mała Księżniczka wyleciała jak z procy, demonstracyjnie ogłaszając, że nie ma pracy domowej na plastykę, więc zamiast wrzucić kanapkę na ruszt, Stanisław spędził ostatnie dziesięć minut poranka na wyklejaniu Pani Jesieni z liści juki, bazylii oraz laurowych Kamis. 
Nie zdążył się nawet ogolić, na szczęście poprzedniego wieczora wyprasował rzeczy swoje i Alicji, gdy w drzwiach pojawiła się jego żona. Całe szczęście kupił jej nowe rajstopy w dużych paczkach i nie chodziła już w tych pozaciąganych.

-Czy możesz dziś zawieźć dzieci do szkoły? Mam ważne zebranie, mój awans może od tego zależeć- odezwała się na dzień dobry.

-Tylko wezmę samochód, ok?

-Wiesz przecież, jak na mnie patrzą koleżanki, kiedy podjeżdżam autobusem, to tylko cztery przystanki, dasz radę! I tak masz po drodze.

Stanisław znał tę rozmowę, nawet nie drążył tematu, wiedział, że kolejna, taka sama kłótnia o to, czyja praca jest ważniejsza, będzie tylko stratą kolejnych cennych minut.

Alicja wyleciała jak z procy, bez śniadania, rzucając, że zje na stacji benzynowej, a on pomyślał tylko, że znowu na kolację będzie miał zeschnięte kanapki- niedojadki.

Po wczorajszym wieczorze dzieci były trochę nie do ogarnięcia, co znaczyło, że w autobusie znowu wszyscy patrzyli na niego wilkiem. Jakaś kobieta przez telefon wyraziła swoje niezadowolenie, że “bachory nie dają jej porozmawiać, więc zadzwoni później”, inny “perfekcyjny ojciec” karcąco wykrzywiał usta w kurzą dupkę, a jakiś stary dziad uraczył go poradą, że “powinien pilnować swoich dzieci”. “Dzięki kurwa za naukę, sam bym na to nie wpadł”, pomyślał Stanisław i tylko złapał Dziedzica za kaptur w ostatniej chwili, chroniąc go przed wyrąbaniem głową w kasownik.

W drodze do pracy, uwolniony od potomstwa spoglądał tępo przez okno autobusu na Warszawę, usiłując w myślach zorganizować porządek tego dnia.

Wtem kolano. Złożył nogi bliżej jedna drugiej. Znowu kolano. Nogi w lewo, poranna gimnastyka. Szybkie zerknięcie ponad prawe ramię. Na siedzeniu obok rozmościła się wygodnie paniusia, lat około 50, dezodorant to taki dinozaur z okresu jury, brudnymi pazurami dłubała sobie w zębie. Rozkrok przekroczył dawno neutralne 45 stopni, niebezpiecznie zbliżał się w stronę szpagatu.

163

Stanisław poczuł mdłości, wysiadł dwa przystanki wcześniej. 

-A co pan taki smutny, uśmiechnie się!- usłyszał za plecami. Słowa wypadały z paszczy przystankowej żulicy, od 9 rano z obowiązkową puszką piwa “Mocne Dębowe” oraz wiszącym bezwładnie szlugiem z jej warg. -Ja znam sposób, żeby ci poprawić nastrój, chłopaczku! Niezłą masz dupę!- rechot towarzyszył Stanisławowi, zanim żulica znalazła sobie następnego chłopaka do zaczepek, padło na piętnastoletniego blondynka ze słodką grzywką, zupełnie czerwonego na twarzy w reakcji na “awanse”.

W pracy jak zwykle: “Staszku przynieś to, Staszku skseruj, Staszku skarbku zanieś to do księgowości”. Żadna z tych rzeczy nie należała do jego obowiązków, ale wiedział, że przy odmowie zyska miano gbura i na dłuższą metę nikt nie będzie chciał awansować “niemiłego” mężczyzny. Nie w firmie złożonej głownie z kobiet.

Koleżanki znad komputerów, na których ekranach jako tapety poustawiały zdjęcia jędrnych męskich pośladków (oczywiście implanty, naturalne tyłki są takie nieatrakcyjne) przerzucały się historyjkami z wczorajszej imprezy (na którą on nie poszedł, bo teatrzyk szkolny). Która spiła kolegę, która się z kim przelizała, kto jest sztywniakiem i nie chciał zatańczyć “przytulanga”.

Po lanczu poszedł do szefowej “po prośbie”, zadzwonili ze szkoły, że Mała Księżniczka wymiotuje i trzeba ją zabrać.

-Dlatego właśnie nie lubię zatrudniać mężczyzn, ciągle im dzieci chorują. Ale co zrobić, ktoś musi nam ubarwiać to biuro, służyć za ozdobę w miejscu pracy. Człowiekowi też należy się czasem, żeby sobie popatrzyła, nie?- i tu nastąpiło mrugnięcie okiem i rzut oka na rozporek Stanisława.

Na szczęście szefowa pozwalała czasem pracownikom płci męskiej na takie zwolnienia, ZUS płacił, uff, kobiety nie mogły liczyć na tego typu czas z dziećmi.

Wieczorem, kiedy już zrobił kolację i położył spać potomstwo, zjawiła się Alicja. Padła na łóżko wykończona. Chciał jej opowiedzieć o dniu, jednak powstrzymało go donośne chrapanie. Dziś nie będzie seksu, z czego się nawet ucieszył, bo przestał brać zastrzyki hormonalne, po których puchnie mu całe ciało, a jego małżonka “nie lubi” prezerwatyw. Wizja kolejnego potomka wprawiała go w spazmy, także nie kochali się prawie wcale, poza dniami niepłodnymi wyliczonymi przez aplikację, trudno było o miłość. Podejrzewał czasem, jak jego temperamentna żona zaspokaja swoje potrzeby, ale nic nie mówił, bo ze względu na dzieci (i na niską ściągalność alimentów) rozwód to byłaby ostatnia rzecz jakiej potrzebował.

 

Szmaty

Był sobie piątek. Nie byle jaki- czarny, zwany finezyjnie “black frajdejem”. Oznaczało to, że fejsbuk atakował mnie “ogłoszeniami sponsorowanymi”, wszelkie polubione strony miały “wyjątkowe promocje”, a blogi doradzały na prawo i na lewo czego nakupować, na co nawydawać, żeby było “mądrze”, z “sensem”, w co “zainwestować” (umówmy się “inwestowanie to jest na giełdzie, w nieruchomości, albo w sztukę, definicją inwestycji jest wzrost wartości naszego zakupu, “inwestycja” w paletkę cieni zwróci się nam tylko w wypadku bycia profesjonalną charakteryzatorką lub makijażystką). 

W tym całym hałasie i chaosie mało kto kontemplował sens owego wydarzenia, jeśli już, to dostawał łatkę hejtera, buntownika, antysystemowca.

Lubię ubrania. Nie dla mnie jest minimalizm pod tytułem “kup jeden super płaszcz za tysiąc złotych, będzie do wszystkiego”. Ja muszę mieć do wyboru 4 płaszcze. I puchówkę. I parkę. I kurtkę “do lasu”. I  skórzaną. Dżinsówkę. Trencz. Tak działa mój mózg, że lubię się odpieprzyć, spojrzeć w lustro z zadowoleniem, poprzymierzać.

Nie odnajduję się w filozofii “inwestowania” w “lepsze” ciuchy. Owszem, mogę się zawziąć i nazbierać 2 kafle na coś z Vitkaca czy Zalando, przy normalnych zarobkach z tzw. “pracy umysłowej” to nie są nieosiągalne kosmosy. Z tym, że wolę pojechać do Barcelony na trzy dni, albo przepierdolić to beztrosko w dwa łikendy na Nocnym Markecie.

Kiedyś byłam leniwą bułką, dostawałam regularną pensję na etacie i dobrze było do biura ubrać się dobrze. No to hyc, najprostsze rozwiąznia- do centrum handlowego, haemy, zary i klokhousy. To było 10 lat temu. Wiecie ile ubrań mi zostało z tamtych czasów? Zero. Wielkie, okrągłe, tłuste nic.
Wiecie, co moja mama ma w szafie z ubrań ze swojej młodości? Tonę ciuchów. Na moich połowinkach w ogólniaku wystąpiłam w jej sukience sylwestrowej. Siostra zakosiła aksamitną małą czarną z lat 80tych. Skórzane sandałki z pierwszej pracy rodzicielka nosi do dziś.

Na początku reklamowałam te obdarte, sprane, powykręcane badziewiaki. Potem kilka razy zdarzyło mi się kupić ciuch “polskiej niszowej marki”, ale umówmy się- aby tak się ubierać, trzeba mieć w sobie tego ducha minimalizmu, że właśnie “jeden porządny sweter”. Ja tak nie umiem, chcę mieć czerwony, szary, w ciapki, zielony, z golfem i w serek.

I tu nastąpi oda do szmateksów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że “nic tam nie da się znaleźć”, że oni nie lubią grzebać. 
Kupowanie na szmateksach to jest polowanie, wymaga otwartego umysłu i wzroku sokoła, który dostrzegł myszkę w trawie z wysokości 30m. Ale też widzę, że z biegiem lat “odzież używana” staje się coraz mniej używana. Często lądują tam końcówki kolekcji ze sklepów, i to takich marek, że głowa mała.

Ja mam kilka strategii, gdyby ktoś chciał się tanio ubrać i skorzystać z mojego wieloletniego doświadczenia, to zapraszam na porady.

90

Po pierwsze- nie nastawiaj się na nic konkretnego, korzystaj z okazji. Wizyta w ciucholandzie to przygoda. Bardziej niż jako zakupy, traktuję to jak polowanie. Gdzieś tam, z tyłu głowy mam listę rzeczy, które bym chciała, ale ta lista rozkłada się w czasie. Budowanie garderoby z taniej odzieży to proces. Jeśli latem trafi Ci się płaszcz z merynosów, to go bierz. 

Po drugie- regularność. Ja po prostu wchodzę sobie po drodze po bułki, albo kiedy idę “przewietrzyć głowę”. Wpadam, przerzucam wieszaki i po 10 minutach wychodzę. Ostatnio tak właśnie upolowałam parkę Fjalraven i buty Ugg.

Po trzecie- bądź wybredna. Nie bierz z wieszaka sieciówkowych metek. Nie musisz kupić 10 rzeczy, bo są tanie, wystarczy jedna, ale taka, która rzeczywiście jest super. Ja patrzę na składy, jestem już tak rozpieszczona, że jak widzę, że sweter ma 20% wełny, to go odwieszam, zainteresuj się metkami, stawiaj na jakość- angora, kaszmir, jedwab.

Po czwarte- oszacuj czy się opłaca. Nie chodzi o to, żeby utonąć w morzu ciuchów, ale czy rzeczywiście to jest fajne, czy tego chcesz, ciucholand to trening asertywności. Czasem jakaś rzecz ma małą wadę i da się ją naprawić (np moje Uggi były trochę “złachane”, ale uprałam je, wypchałam ręcznikami, zakonserwowałam sprajem i odzyskały normalny kształt). Ale bywa, że plamy nie da się odprać, albo nie warto, bo pralnia chemiczna będzie droższa niż kupno nowej bluzeczki.
Trafił mi się kiedyś komplet Hugo Bossa- marynarka ze spódnicą, kosztował 30 zł, ale miał za długie rękawy. Jednak super jakość, nowy, z metką, opłacało mi się skrócić u krawca i zapłacić za pranie, łącznie wyszło 150 zł. Kupcie Hugo Bossa za 150 zł.

Po piąte- szukaj zadupia. Często łowię, kiedy jestem w małej miejscowości, czy na wakacjach, czy w pracy. Lokalni klienci nie zwracają uwagi na te same rzeczy, najczęściej do takich miejsc zaglądają starsze panie, albo matki szukające ubranek dziecięcych. Otwiera się ocean możliwości. W Bytomiu kupiłam Conversy, w Siedlcach Sisleya, w Białymstoku Lacosta, w Lidzbarku GAPa, w Grójcu Ralpha Laurena.
Ta sama zasada dotyczy wielkiego miasta- chodź na lumpeksy poza głównymi ulicami, jesteś na osiedlu u koleżanki, wejdź do takiego sklepu między blokami, ceny będą niższe, towar mniej przebrany.

Po szóste- dowiedz się jakie są dni dostawy. Jak mam trochę kasy, to idę w dzień wymiany towaru. Jest drożej, ale są super rzeczy. Warto znać dzień wyprzedaży, często tuż przed zmianą jest promocja w stylu “wszystko za złotówkę”. Warto wskoczyć na 10 minut i poprzewracać, mam z takiego eventu niemiecką kurtkę z kaczym puchem w środku (a ponieważ mam pralko- suszarkę, mogłam ją wyprać w domu).

Po siódme- grzeb w butach i torebkach. Klientki często tam nie zaglądają, można wyłowić skarby. Buty można umyć, wymienić wkładkę, skórzaną torebkę traktuję pastą do butów i jest jak nowa. Kupuję tylko ze skóry naturalnej, bo to jest moim zdaniem bardziej ekologiczne, taka rzecz będzie mi służyła do końca życia, skajowe wywala się po dwóch sezonach, nie da się ich naprawić, przepolerować. Mam świetne zamszowe kozaki i właśnie stuknął im 11 rok życia ze mną, dwa razy wymieniałam fleki.

Po ósme- noś ze sobą smartfon. Często na lumpach są rzeczy nieznanych u nas marek- niemieckich, brytyjskich, skandynawskich. Jak widzę, że coś porządnie wygląda, to guglam. Potem okazuje się, że to norweska firma produkująca profesjonalny outdoor po kilka kafli kurtka.

Także zachęcam do kupowania w odzieży używanej. Black Friday trwa tam cały rok, jest ekologiczniej, można znaleźć perły i nie wyczyścić portfela do cna. Jeśli dodatkowo ktoś lubi nietypowe i dziwne rzeczy (ostatnio kupiłam siostrzenicy kostium jednorożca), to tam znajduje się kopalnia wszelkich skarbów.

Poranek z hipokrytą

Śledziłam tę dyskusję od jakiegoś czasu. Piasek i jego muzyka to guilty pleasure okresu dojrzewania. Niby nigdy nie kupiłam kasety/ płyty, ale jak leciał w radio, czy na szkolnej dyskotece “Niecierpliwy”, to przytrzymywałam rzęsami łezki wzruszenia. Te piosenki, mimo, że takie, no co by nie mówić, czasem trochę kiczowate, zawierały w sobie jakąś podskórną dawkę smutku. Jak się potem okazało, nie bez kozery pojawiło się przeczucie niespełnionej miłości zawartej w tekstach.
Pana Andrzeja wyałtowano, pisały pudelki i inne takie. W owym czasie byłam już osobą dorosłą, zajętą życiem zawodowym i z (wyrobionym w miarę) własnym gustem muzyczno- literackim, więc zupełnie przeszło mi to koło nosa.

Jakiś czas temu pisałam tu na blogu co myślę o celebrytach- szafiarzach, wszelkich lizusach systemu opresyjnego wobec nich, udających “jestem jednym z was”, przy okazji krzywdząc tzw. “szarego człowieka”. 
Panie Piasku, w czasach, gdy Pan siedział sobie w ciepłym apartamencie, kitrając przed światem boy-toyów i przeglądając Grindra czy co tam teraz jest modne do uprawiania seksu, w Pańskich kochanych Kielcach, w których zaczynał Pan w zespole Mafia, dwie zakochane w sobie dziewczyny popełniły samobójstwo. O czym Maria Peszek napisała piosenkę, a gazety (w tym Wyborcza) podały informacje o “przyjaciółkach”, z “niewiadomych przyczyn”. Bo homofobia jest u nas wciąż niewystarczającym powodem aby udowodnić opresję. Systemową. Ogólnospołeczną.

No i czytam sobie wywiad z gwiazdorem, dławię się kawą i wkurwiam. 

“Moja publiczność jest taka.. normalna. To zwykli ludzie, dla których wartością jest rodzina, miłość, poukładany świat”. 

Wie Pan dla kogo wartością jest miłość, rodzina i poukładany świat? Dla tych co mają jaja nie siedzieć w szafie i swoją miłość, związki i rodzinę traktują priorytetowo, nie godząc się na sprowadzanie ich do pokątnego seksu w knajpianych kiblach, chcą tę miłość pokazać światu, “machać tą flagą”, iść z komunikatem, że to jest “normalne” i nie wstydzą się siebie.

Był taki antybohater w filmie “Django”, czarnoskóry niewolnik broniący porządku ustalanego przez jego białych panów. Tak samo zachowują się kobiety “antyfeministki”. Stary i lubiany mechanizm wyparcia, spojrzenie w lustro “tak, to ja jestem tą osobą dyskryminowaną” może budzić silny dyskomfort i sprzeciw, lepiej być przecież w jednej drużynie z większością, z silniejszym.

Dalej Pan Andrzej mówi, że “nie wstydzi się wierzyć w Boga”. Rozumiem, że w kraju, w którym w każdym urzędzie, szkole, w sejmie wisi krzyż, gdzie na każdym rogu stoi wielgachny kościół, wiara w Boga jest czymś, co trzeba ukrywać przed prześladowaniami? No brawo, gratuluję tej “odwagi”. Nie no, nie ma to jak iść “pod prąd”.

Gratuluję również, że wzrusza Pana Puszcza Białowieska i broni Pan sądów, a już ci “machający flagą” ze zniczami po kolejnym dzieciaku, który się zabił z powodu homofobii nie.

Dlaczego mnie to wkurza? Niech sobie Piasek ma poglądy jakie chce, przecież jest wolność słowa.

Dlatego, że te wszystkie bzdury wystawia w kontrze do aktywizmu LGBT, że jawi się jako “zdroworozsądkowy obrońca wartości”, czyli “hej, jestem gejem, ale bronię heteronormy, taki fajny ze mnie równiacha”.

To żadna odwaga być oportunistą, opowiadać w gazetach rzeczy utwierdzające uprzedzenia. To jest właśnie ten model “normalnego niewychylającego się geja”, którym straszą nas homofobi na forach internetowych, jako przeciwwagę do “zboczeńców na paradach”. Czyli w domu po kryjomu.

Gdyby nie “machający flagami”, to dziś Pan Piaseczny miałby teczkę w prokuraturze, albo żonę i dzieci, a po nocach szukałby męskiego przyrodzenia w klopie na Placu Trzech Krzyży. Jest Pan więc winny tym ludziom bezgraniczny szacunek za swoje życie, bo dla takich nadstawiali swojego karku i latami znosili upokorzenia, aby Pan mógł dziś cieszyć się wolnością. Bo jawne bycie sobą, mimo narażenia się na przemoc to jest odwaga, na jaką niewielu stać.

Po śniegu

Wszystko zaczęło się od tego, że nie zdążyłam zmienić opon na zimowe.
Szósta rano, ciemność wpychała mnie z powrotem pod kołdrę, w głowie szumiał kodeinowy kac po tabletkach na kaszel. Za oknem spadło białe. Płatek po płatku lądowało na planecie Ziemia, zacierając ślady życia. 
Z moim stanem oskrzeli komunikacja miejska wydawała się biletem ekspresowym do krainy powikłań, destynejszyn angina, koklusz i gruźlica.

Korzystając z niewiarygodnych technologii szpiegowskich GPS zamówiłam więc Ubera.
– O, Suzuki Ignis- zagaiłam- Ale się stęskniłam, kiedyś takim jeździłam, fajne autko.
Tu nastąpiła dłuższa i mało istotna, acz sympatyczna rozmowa o japońskich samochodach, kosztach naprawy i hurtowniach z tanimi częściami.
– Ja tam lubię śnieg, jak porządnie napada- zmienia temat mój drajwer, na oko lat 21, miła twarz, uśmiechnięte oczy.
– Ja też, mogłabym mieszkać w Skandynawii i nic a nic mi to nie przeszkadza.
– Też bym mógł, ale teraz to chyba bym nie chciał.
– A dlaczego?
– Wie pani, z tymi ciapatymi..
Nastąpiło porozumiewawcze spojrzeniu w lusterku, sugerujące, że nadajemy na tej samej fali, że on wie, że ja wiem, tymczasem ja nie wiem. W tym geście zawarta była myśl o wspólnej platformie, o jedności, o nici porozumienia.
– Pieprzenie, prędzej dadzą mi w twarz na Pradze niż tam, pojechałby pan samemu się przekonać.

Dalsza droga upłynęła w niezręcznym klimacie, napięciu i ostrożnym doborze słów, aby się wzajemnie nie pozagryzać w tym Suzuki. “Krwawa jatka w uberze sprowokowana przez muzułmańskich imigrantów”- tak by brzmiały nagłówki.

129

W drogę powrotną zabrała mnie taksówka.

Wturlałyśmy się z koleżanką do auta zasapane, zmarznięte, z przemoczonymi butami i rzęsami przyklejonymi do szkieł okularów.
– Wie pan, trochę się nabiegałyśmy, bo pomyliłyśmy taksówki.
– O, to nieźle się dzień zaczyna.
– Nieźle to się już wcześniej zaczął, bo nie zmieniłam opon, a tu napadało.
– To dobrze, że pani myśląca i nie wyjechała, ile już dzwonów na mieście. Wie pani, ludzie nie wierzą w takie rzeczy i jeżdżą na letnich. Że spisek firm produkujących opony. Teraz same spiski. Antyszczepionkowcy, ludzie głupieją, szukają wrogów, ziemia płaska, geje im przeszkadzają, cyrk za darmo.

Uśmiechnęłam się pod nosem, dalsza rozmowa to ciąg polecania sobie “chińczyków” i pizzerii, opowieści o mieszkaniach, cienkich ścianach, włoskich wakacjach.

Po południu, pracując przed komputerem w słuchawkach miałam audycję radiową, której tematem były “przekonania”.
To, jak bierzemy swój punkt widzenia za ogólnoobowiązującą normę, za coś uniwersalnego. Kiedy nie dopuszczamy możliwości, że ten drugi człowiek może mieć zupełnie inny kod, że ma do niego prawo, nawet jeśli wywołuje to w nas dyskomfort.
Egocentryzm kulturowy pozwala nam widzieć własną słuszność, nasze postępowanie jako jedyne właściwe.

Zrodziła się we mnie wątpliwość, że jeśli wychodzimy z pozycji jedynej normy, to nie ma miejsca na rozwój, kiedy przekonania nie pozwalają nam na nawiązanie relacji z innymi, są strategią nieskuteczną w postępowaniu w społeczeństwie, bo de facto nie dostajemy wtedy tego, czego chcemy, przeciwna strona się po prostu zamyka.
W żadnej z tych rozmów nikt nie zapytał “A co pani sądzi o (niech będzie) ‘ciapatych’?”, “co pani sądzi o antyszczepionkowcach?”. Mógłby wtedy powstać jakikolwiek dialog, nawet przepychanka na argumenty, ale z miejscem na inne zdanie. Gdy się rozstajemy, każde obstając nadal przy swoim, to przynajmniej nie w poczuciu, że między nami jest betonowy mur nie do przeskoczenia.

Blok kulturalny

Wcale mi się nie chciało składać literek w ostatnim czasie. Jesień wyobrażam sobie w scenach przedstawiających mnie siedzącą pod pluszowym kocem, w futrzastych kapciach, z kubkiem gorącej herbaty imbirowej i książką w ręku. Do tego dorzućmy wyimaginowany kominek.
Kończy się z zapchanym nosem, tabletkowym burdelem na szafce przy łóżku i serialach na tablecie.

Także przeczytałam ostatnio tylko dwie książki, ale jest plan na nadrobienie, wielkie chęci i wspaniałe tytuły na horyzoncie.
Zrobię Wam tu subiektywny przegląd tego, co mi się ostatnio w kulturze udało “zaliczyć”. Było też więcej pozycji, tu wymienię te, które mnie ujęły.

***

Film

Zacznę od torpedy- “Bladerunner”. Idźcie na to, bo jest tak dobry, że aż strach. Zaliczyłyśmy projekcję 4d, czyli bujało nam fotelami, dmuchało we włosy i psikało w twarz wodą,  było jak w wesołym miasteczku. Taka technologia po prostu gra z filmami, gdzie jest dużo scen akcji, latania, wybuchów, czujesz się jak uczestnik wydarzeń, nie tylko widz.
Muszę jednak dodać łyżkę dziegciu. Jared Kurwa Leto. 
To nie jest, że ja go jakoś nie lubię, ale przy takich aktorach jak Gosling czy Harrison Ford, Pan Jared wypada jak uczestnik kółka teatralnego z gimnazjum. Gra zawsze nie o jeden ton wyżej, tylko o dziesięć, przy każdej jego scenie bolały mnie zęby. Nie wiem jakim jest człowiekiem, jakoś specjalnie nie śledzę jego kariery, ale to któryś film z rzędu, gdzie wszystkiego w nim jest “too much”. Jeśli mamy osobę, której cała fizjonomia jest już przerysowana i naturalnie nie do końca wygląda jak człowiek, to wydaje mi się, że przy takich aktorach sprawdza się minimalna technika wyrazu. Bo wszystko, co zrobi “za mocno”, bije po oczach sztucznością. Jared Leto jest takim Nickolasem Cagem naszych czasów. Patos, pretensjonalność, scena z zabijaniem nowo narodzonego androida to nieudany szantaż emocjonalny. Jeśli nie dał się poprowadzić reżyserowi, to ja bym wolała, żeby go wycięli, bo na tych scenach musiałam zasłaniać twarz.
Są aktorzy charakterystyczni, “wielkoocy”, jak np Jake Gyllehaal. I spójrzcie, jak jego gra wygląda w Donnie Darko, czy w Brokeback Mountain. Jak się ma “mocną twarz”, to się postępuje oszczędnie, inaczej wychodzi karykatura.
Ale Ryan i Harrison- moc! Efekty- szóstka z plusem! Klimat bladerunnerowski- jest jak trzeba. Historia nawet ciekawsza niż w pierwowzorze, wszystko się udało, na pewno będę powtarzać seans, jak się pojawi na netflixach czy innych amazonach.

Najlepszy
Poszłam na film z siostrą, obchodząc Święto Niepodległości jak najszerszym łukiem. I wiecie co, to jest polskie kino z jakiego jestem dumna, to jest nasza wizytówka w świat, jak ktoś chce być patriotą, to niech kupuje bilety na takie produkcje, niech im kibicuje na festiwalach, śmiało mogę powiedzieć, że wstydu nie ma.
“Najlepszy” to mainstream, ale mainstream na wysokim poziomie. Świetne aktorstwo (bałam się, że Gierszał, taki dosyć delikatny z wyglądu chłopak, nie będzie wiarygodny w roli ironmena), wykorzystanie osób, które nie kojarzą nam się typowo z tego typu kreacjami (przemocowy ojciec, matka), ukradł mi serce Gajos i Jakubik. 
To jest dzieło, po którym wychodzi się z sali kinowej z głową pełną emocji. Z wielkim sercem.
Niektórzy piszą w recenzjach, że sceny “z lustrem” były niepotrzebne. Mi zupełnie nie przeszkadzały, myślę, że dobrze obrazowały, że człowiek który żyje w nałogu zawsze ma tę mroczną część w sobie, że to jest walka na całe życie, że autodestrukcja to nie jest coś co cię opuszcza, nawet jak jesteś już “czysty”.
Po takich filmach jak “Ostatnia Rodzina”, “Jestem mordercą”, “Zjednoczone Stany Miłości” potrafię w ciemno kupować bilety na polskie kino.

***1d81fe41454441-57a6e235c556e

Seriale

Master of None
Z Netflixa, trochę przypadkiem, bo myślałam, że to będzie serial komediowy. Bardzo fajna obyczajówka w “sundance’owym” klimacie. Pierwsza seria trochę hipsterska, druga BARDZO “inna”. Nietypowe jak na serial eksperymenty z formą, każdy odcinek w trochę innej konwencji. Nowy Jork odrobinę jak w starym Woodym Allenie, ale aktualizowany o multikulti, o mniejszości seksualne, o “millenialsową” tematykę. Epizody są słodko- gorzkie, każdy kto lubi inteligentne produkcje o związkach, o trzydziestolatkach, niezobowiązujące seriale na dwa wieczory z michą popkornu zagryzaną eklerem popijanym czerwonym winem, powinien spróbować tego dzieła.
Odcinki poruszają też tak aktualną ostatnio tematykę molestowania seksualnego i równouprawnienia. Bohaterowie są bardzo “ludzcy” i łatwo można się z nimi utożsamiać. Polecam.

Mindhunter
Lubię tematykę seryjnych morderców. Szczególnie, kiedy są to opowieści na faktach. Jest to fascynacja wykroczeniem ponad to, co nazywamy “człowieczeństwem”, głębokim, bezinteresownym złem. Zawsze zastanawiałam się, co musi się stać, żeby człowiek mógł zabijać i nie czuć przy tym żadnych emocji związanych z zadawaniem bólu, krzywdy, kiedy nie dotyka go empatia, kiedy nie ma wyrzutów sumienia wobec swoich ofiar i ich rodzin. 
Podoba mi się, że “Mindhunter” nie eksploatuje grozy, jak to robił “Hannibal”. Że nie urządza nam wielkiej uczty makabry. Podoba mi się powolny, cichy klimat serialu, ciemna tonacja, spokój przeplatany z napięciem. Podobał mi się finał, nieoczywisty, pozostawiający widza z głową otwartą na to, co się właściwie stało.
Świetnie kontrastują ze sobą główni bohaterowie, postacie żeńskie w końcu z krwi i kości, to, że motywacje pojawiających się osobowości nie są dla nas do końca jasne i zrozumiałe, nie ma dużo ekspozycji, więc musimy otworzyć się na różne ewentualności. 
No i jest dobrze zrealizowany, więcej tego chcę.

Stranger Things
Co tu dużo mówić, jestem fanką, posiadaczką bluzy z nadrukiem lampek podpisanych alfabetem. W drugiej serii może nie ma aż tyle niepokoju, tajemnicy, bo sporo kart zostało odkrytych, ale oglądałam w Halloween i nic lepszego na tę noc nie mogłam ustrzelić.
Dzieciaki świetne, może wątek z “punkami” nie do końca potrzebny, ale fajnie się oglądało, uderza w moją potrzebę nostalgii. 

***

Ksiązki

Wymazane
Witkowski to Witkowski. Jak się lubi połączenie ironii z celną obserwacją, kiedy nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, przegięcie i drwiny ze wszystkich tabu, świętości, karykaturalne ukazanie postaci, przy jednoczesnej sympatii do nich, to wiadomo, że on nam tego dostarczy. Najlepiej piszący autor w Polsce. Pisać patetycznie i tworzyć skomplikowane konstrukcje umie co drugi, banału ci u nas dostatek, ale pisać tak, że ja się śmieję na głos w autobusie, jednocześnie nie mając poczucia “guilty pleasure”, to trzeba docenić. 
Przez jego powieści czytelnik leci jak burza. Trafne spostrzeżenia, detale, które na co dzień umykają, ale składają się na rzeczywistość, tu przejaskrawione, podkreślone na czerwono i z wykrzyknikiem, absurdy wyolbrzymione pozwalają spojrzeć na świat z dystansu, na kpinę. Himalaje ironii, ale też autoironii, bez cynizmu, z czułością nad brzydotą, nad głupotą, nad stereotypami.
Przeczytałam wszystkie książki Witkowskiego. Każda to strzał prosto w serce.

Ucieczki

To był wiek dzikości serca, siedem, albo osiem lat na karku.

Czasy, gdy nikt nie montował fotelików w samochodach, o pasach bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu można było pomarzyć. 

Do szkoły chodziłam z sąsiadką, która była w tej samej klasie. Nikt nie kosił trawników, wiosna nieokiełznana ręką człowieka zagarniała ile mogła mleczami, stokrotkami, pokrzywą i kłującym ostem. Muchy latały wokół jarzeniowych lamp w malowanych farbą olejną klasach, dzieci zdzierały kolana ślizgając się po linoleum, które zastępowało poważne posadzki.

Po latach szkoła się dziwnie skurczyła i nawet (niegdyś wysypane żużlem, dziś zamienionym na piankę) boisko wydawało się tycie.

Za szkołą znajdowała się górka. Zimą wyślizgana jak tafla lustra przez które prześwitywało błoto i kamienie. Kto miał sanki, zjeżdżał na sankach. Inni na kurtkach i kartonach, odważni “na stojaka” na własnych butach. Ja, jako jedna z nielicznych na osiedlu posiadałam łyżwy, czego konsekwencją był mało inteligentny zjazd na figurówkach. Skutek, mimo, że spektakularny, jednak niezakończony żadnym złamaniem, nie nauczył mnie zbyt wiele w tym temacie, wobec czego tego typu akcje regularnie się powtarzały.

Latem chodziliśmy “za górkę”. Za górką były krzaki, w krzakach były śmieci, butelki po denaturacie, skamieniałe prezerwatywy i skórki od chleba. Między odpadkami płynęła sobie kanałem, górnolotnie nazwanym przez lokalsów “rzeczką”, woda.

***

Zosia była moją antytezą. Ja brunetka, ona blondynka. Ja z rodzeństwem, ona jedynaczka. Tradycyjna rodzina u mnie kontra rozwiedziona matka i ojczym z importu o dźwięcznym imieniu Luigi u niej. Zero kasy w kieszeni, za to kanapka i jabłko w plecaku versus wypadające z portfela pieniądze i zapiekanka na obiad. Dyscyplina przeciw braku kontroli.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że zostałyśmy przyjaciółkami. Stan ten trwał od początku podstawówki, po ósmą, ostatnią klasę, kiedy to Zosia poszła do zawodówki, a ja do liceum i nasze drogi rozeszły się na zawsze. 

01
Przerobiłyśmy za to w ciągu tych kilku lat wiele stopni zażyłości, od nagrywania sobie (mi) odcinków Czarodziejki z Księżyca, kiedy jedna miała szlaban (ja), po pomaganie w pisaniu klasówek (jej). “Miała na mnie zły wpływ”, to słyszałam od rodziców i niejednokrotnie nasze akcje kończyły się zakazem znajomości, rozsadzeniem w ławce i potajemnym pisaniem listów na lekcjach.

***

Wracając do rzeczki. “Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać”. Komunizm dopiero skonał i nawet dzieci czuły powiew wolności.

W ramach powyższego zaplanowałyśmy z Zosią Wielką Ucieczkę.

Siedząc na kępie traw i mocząc bose stopy w kanale, w którym o dziwo rozwijało się życie w postaci kijanek, wypakowałyśmy moje kanapki z folii aluminiowej, wysypałyśmy pieniądze Zosi i liczyłyśmy na co nam wystarczy. Dla mnie to było bogactwo, majątek, bo jedyna waluta, jaką wówczas obracałam, to drobne otrzymane od dziadka w celu zakupienia chrupek Fritos bądź gumy Turbo.

Zosia miała klucz na szyi, zapewniała, że u niej w domu i tak nikogo nie ma, więc możemy się tam zakraść, zabrać namiot i potrzebny ekwipunek.

Klucz na szyi był dla mnie totemem nieosiągalnym do około dziesiątego roku życia. Wcześniej po prostu wchodziłam do domu, w którym czekała na mnie babcia z obiadem. Jeśli nie mogła być, szłam do sąsiadki, koleżanki mojej mamy, i ona robiła mi kanapki, puszczała z kasety video kreskówkę, dopóki ktoś z rodziców nie wrócił.

Plan ucieczki zakładał wędrówkę przez świat z namiotem, kradzież jedzenia z działek i ogródków, spanie w lasach, aż dotrzemy do ciepłych krajów i tam zamieszkamy nad morzem. Wyobraźnia podsuwała nam raj wolności absolutnej, gdzie nie ma dorosłych, życie w wiecznej zabawie i słońcu.

Pech chciał, że ledwie po godzinie- dwóch zjawiła się moja rodzicielka, cała ugotowana. Gdy zauważyła, że Mania, z którą zazwyczaj wracałam ze szkoły jest w domu, wszczęła alarm poszukiwań, prawie już dzwoniąc na policję, straż pożarną i pogotowie.

Koniec naszego planu był tragiczny- na mnie czekał pas, na Zosię czekały puste ściany.