Nienajlepsza wersja siebie

Jestem leniwa. Bywa, że nie sprzątam przez tydzień. Albo dwa. Bywa, że wagaruję w pracy. Że nie chce mi się umyć włosów i wkładam czapkę. Że mam zaniedbane paznokcie. Że zjem czipsy na kolację. Że odwołam spotkanie, bo mi się nie chce. Że nie dotrzymam obietnicy. Że zapomnę o urodzinach. Że nie jestem asertywna, tylko wyrzucam z siebie jak leci. Albo, że się obrażę. Nie wszystkich ludzi lubię, często czuję się niekomfortowo w towarzystwie pewnych siebie i przebojowych. Na imprezach sprawdzam instagrama, bo boję się zagadać. Rzucam głupimi żartami, które wbijają szpile. Trudno mi się głębiej z kimś zaprzyjaźnić, bo boję się, że mnie odrzuci. Relaksują mnie newsy o Kim Kardashian. Robię sobie selfie, których nie wrzucam, żeby sprawdzić jak naprawdę wyglądam, bo zapominam. Bardzo źle przechodzę PMS.

tumblr_oci5vubh8s1vcdl4po1_1280

Jestem pracowita. Potrafię się zmobilizować i dotrzymywać zobowiązań. Nie spóźniam się. W miarę regularnie ćwiczę. Codziennie zmywam makijaż i nie zasnę be umycia zębów. Dobrze gotuję. Pokonuję strach przed spotkaniami i wychodzę do ludzi, nawiązuję rozmowy. Potrafię rozładować sytuację dowcipami. Selekcjonuję znajomości i potrafię odrzucić destrukcyjne. Dużo rysuję, mimo, że mam dużo pracy. Dużo czytam i oglądam dobre filmy. Od trzynastego roku życia regularnie prowadzę dziennik. Nie liczę zbytnio na innych i sama potrafię o siebie zadbać, nie przerzucam na nich moich problemów i cierpień. Nie oczekuję od ludzi, że będą wokół mnie orbitować. Nie plotkuję. Jestem lojalna. Mam spoko figurę. Jestem zadowolona z tego co mam, nie zazdroszczę. Życzę innym dobrze. Lubię moją rodzinę i przyjaciół, akceptuję wiele ich słabości. 

W dobie kołczy, poradników, motywacyjnego bulshitu, haseł “kochaj siebie” mówionych do lustra, oderwania od rzeczywistości, narcyzmu, “wybitnych jednostek”, mam swoją receptę na codzienność. Znaj siebie. Pozwól sobie na przeciętność i na słabość. Walcz z tym, z czym Ci źle.

Darmowy coaching tylko tu.

Szafa

Przedstawiam Wam gotowy przepis na to, jak bezproblemowo, bez dramatu, potu i łez wyjść z szafy i do niej nie wrócić.

Powodów aby to zrobić jest mnóstwo. Od samotnych świąt w otoczeniu cioć i babć dopytujących się o “kawalera” na horyzoncie, po wykluczanie się samemu z najróżniejszych towarzyskich eventów, niezręczne akrobacje językowe w rozmowach w pracy, przedziwne przemykanie się byleby ktoś nie zagadał o te wakacje, na których właśnie byliśmy.

Życie w stresie, w tajemnicy jest nie tylko niezdrowe dla psychiki, również nie działa pozytywnie na Wasz związek, poczucie “ukrywania się” sprawia, że sami wrzucamy się w rolę kogoś kto robi coś złego, coś perwersyjnego.

Szczególnie ciekawie wygląda to na fejsbuku, gdzie widzę kontrast między znajomymi “wyoutowanymi”, a tymi, którzy się ukrywają.

Trochę straszno, trochę śmieszno, kiedy widzisz zdjęcia z wakacji z jedną osobą na nich, jakieś neutralne statusy o wizytach w knajpach (samemu). 

Wiem, że są introwertycy, którzy nie dzielą się niczym, bo im tak dobrze, bo nie mają potrzeby pokazania jak leżą pod palmą, spędzają urodziny, czy piją wieczorne winko. I ok, jeśli to wynika po prostu z osobowości, niezależnie od orientacji. Wielu z nas ma jednak odruch społecznego przeżywania szczęścia i to właśnie, mimo krytyki, dają nam media społecznościowe. Ja sobie myślę, że to musi nieźle dławić, kiedy siedzi w Tobie chęć podzielenia się czymś, pokazania jakiegoś skrawka swojego życia, kawałka radości lub smutku z codziennych wydarzeń, i tak się cenzurujesz, że nie przechodzi Ci to przez gardło (lub klawiaturę).

Recepta: wywalić lub zablokować osoby, które mogą nam zaszkodzić. Są opcje w ustawieniach, gdzie wiadomo kto co widzi. 
Inna sprawa jest taka, że najczęściej mylnie osądzamy stan rzeczy. Przeważnie wygląda to tak, że ci ludzie (co do których mamy pewność o ich homofobii), kiedy się o tym dowiedzą, nie są w stanie powiedzieć nam tego wszystkiego w twarz. Twardziel w internecie, dupa w prawdziwym świecie. Życie sensacji jest krótkie i po dwóch tygodniach zazwyczaj już nie ma tematu.

31

Drugim punktem jest naturalność tego jak my się z tym wszystkim zachowujemy. 

Ponieważ w większości nie mamy napisanego na czole “HOMO”, coming outu dokonujemy codziennie, w każdej możliwej sytuacji, gdzie jesteśmy “nowi” towarzysko. Dużo łatwiej by było, gdybyśmy byli pomalowani na zielono, wyjaśniłoby to wiele z góry, a na ulicach zrobiłoby się wiosennie niczym na irlandzkim pastwisku.

Nie każdemu trzeba od razu składać wielkie wyznania, tłumaczyć się dlaczego tak jest i najlepiej od razu załączać stos fachowych opracowań na temat homoseksualizmu.

Najlepszą robotę odwalają proste, krótkie, oczywiste komunikaty, z którymi nie zostawiamy pola dyskusji. Bo ja nie pozwalam innym rozważać mojego związku, wyborów i życia. 

Wystarczy powiedzieć “byłam z dziewczyną na wakacjach”, “mój chłopak tez świetnie gotuje”. W 50% rozmowa idzie dalej, powiedzmy w 49% padnie pytanie: “masz dziewczynę/ chłopaka?” (na które odpowiadamy twierdząco i to wystarcza), w 1% ktoś będzie dalej wyciągał temat i jedyne, co można zrobić to mu powiedzieć, żeby sobie doczytał, jeśli odczuwa tematem jakąś fascynację.

Nie tłumaczymy się z naszego życia. Hetero nie pytają nas, kiedy i z kim mogą się spotykać. Na jakich warunkach i w jakich układach. 

I wiecie co, kiedy jest w danym środowisku przejrzysta sprawa, dużo się zmienia w świadomości ludzi. Mniej pozwalają sobie na homofobię, na durne teksty, na szykany.

A jeśli rzeczywiście macie wokół siebie wściekle nienawistnych ludzi, to- kaman, have some self respect, czas zmienić towarzystwo. Nigdy nie zrozumiem otaczania się ludźmi, którzy nami gardzą, jak coś mi śmierdzi to wychodzę, a nie wdycham. 

Nie jestem niczyją mamą ani terapeutką, aby go uczyć kultury i empatii.

Media społecznościowe dają nam wielką szansę na coming out. Zamieszczamy jedno zdjęcie z “Misiakiem/ Misiaką” i niech sobie pogadają kilka dni- tygodni, a zdziwicie się ile dodatkowo otrzymacie wsparcia.

I co ważne- to wszystko trzeba zrobić szybko, nie wolno dusić się latami w “tajemnicach” i “sekretach”, bo staje się to dużo trudniejsze. I najgorsze jest potem odkręcanie kłamstw.

Tako rzecze ciocia dobra rada.

It get’s better.

Skam

Raz na jakiś czas kompletnie mi odbija.

Znajduję sobie serial albo piosenkę i zarzynam do nieprzytomności. 

Ostatnio tego typu zachowanie wzbudził u mnie norweski serial młodzieżowy “Skam”.

Młodzieżą nie jestem, ale na punkcie trzeciego sezonu dosłownie oszalałam.

28

W amerykańskich seriach jest ten okropny zwyczaj, że 16-stolatki są grane przez umięśnionych trzydziestolatków i wymalowane jak na rozdanie oscarów wybujałe babony po liftingach.

Tu mamy trądzik, chude klaty, rozmazane oko, cały urok młodości.

Myślę, że autorzy tego typu produkcji znają ten chwyt, w pewnym momencie włączają do akcji tragiczną historię gejowskiej pary, a za chwilę mają internet zawalony gifami uwielbienia, fanpejdżami, tumbrlami itd.

29

Coś zaskoczyło między mną a tą historią.

Może to nawiązania do ukochanego w latach szczenięcych filmu Baza Luhrmanna “Romeo i Julia”, może to główni bohaterowie, zagrani tak cudownie realistycznie, może tragiczna love story, która mnie wciągnęła. 

Sposób pokazania romansu między dwoma chłopcami, tej pierwszej wielkiej miłości, strachu, uczuć które przerastają- wszystko w dziesiątkę, strzał w moje serce.

27

Zrobiłam kilka ilustracji w temacie.

Wiecie jak to jest, posmutane, posłuchane płaczliwych piosenek, szczypta neurotyzmu, szczypta pretensjonalności, odrobina tęsknoty za młodością- i voila!. Trochę emocjonalnie, ale do diabła z tym, taka tematyka zasługuje na nieco melancholii.

Do tego dorzucam przepiękny trailer jaki powstał do serii. Enjoy.

 

Moonlight

Dziewczyno, jeśli miałaś szczęście (bądź pecha) być nastolatką w barwnych latach 90-tych, na pewno oprócz niewątpliwych uroków grandżowych flanel, boysbandów, nagrywanych kaset magnetofonowych oraz wideo, ruskich gierek a’la tetris czy wyścigówki, o rozlewających się ekranach, mody na mulinę w warkoczykach, na pamiętniki “złote myśli”, kalendarzy nastolatka, Bravo Girl i Jeziora Marzeń, dopadła Cię w jakimś stopniu Czarodziejka z Księżyca.

Nie wiem, jakie otumaniające podprogowe przekazy Japończycy włożyli do tego serialu, ale zarówno w Polsce, jak i na świecie, dziewczynki w wieku 12-18 lat dotknął absolutny szał.

Co tu dużo mówić- gdyby nie Sailor Moon, całkiem możliwe, że ja nigdy bym nie zainteresowała się komiksem, a z rysowania po prostu bym “wyrosła”. 

Najgorszą karą był szlaban na odcinek (w sumie mało skuteczną, bo zastępy koleżanek zaraz po epizodzie- który zresztą nagrywały na kasety video- dzwoniły ze szczegółowym streszczeniem). 

26

Ja przepraszam bardzo- ja pisałam LISTY (takie papierowe) z innymi fankami z całej Polski, jak również ze świata (miałam koleżanki z Hiszpanii, Luxemburga, Stanów, a nawet z Japonii).

Wysyłałyśmy sobie rysunki, kserówki obrazków (internet był raczkujący, więc jakikolwiek magazyn ze zdjęciem Czarodziejek był zmaltretowany w punktach xero). Kolportowałyśmy między sobą kasety magnetofonowe z piosenkami z serialu (jakim cudem to przedostało się z Japonii, przecież bez torrentów, tego nie wiem, sieć dilerska jest tajemnicza, niezbadana i nieskończona).

Jedne były “team Mamoru”, inne “team Three Lights”, jeszcze inne “team Haruka”. No ludzie, Haruka! Ryczałam jak nienormalna, przewijając w kółko scenę śmierci Sailor Uranus i Neptun.

Serial się skończył, moje Moonies pracują dziś w korporacjach, szpitalach, mają własne firmy, są redaktorkami, rysowniczkami, naukowcami na uniwersytetach. I tylko kiedy mignie mi na Fejsbuku jakiś plecaczek z Luną, powstrzymuję się, aby nie kliknąć “kup teraz”.

Zima

Sama sobie nagrabiłam, wykrakałam i jestem chodzącym dowodem na to, że “uważaj czego sobie życzysz, bo się spełni” ma zastosowane w rzeczywistości.

Miałam kiedyś 20 lat i jakoś tak się stało, że pojechałam na Sylwestra do Paryża.

17

Pojechałam tam autokarem (błąd). Prawie bez pieniędzy (większy błąd). W dodatku z grupą kościelną (największy błąd. Aczkolwiek mieli fajne darmowe jedzenie w puszkach, np chilli con carne, w dodatku wydawali je ciepłe, załączali bułeczkę i masełko, nie ma więc co narzekać na kilkanaście godzin odśpiewywania “Barki” w ciągu podróży).

18

Wsiadałam do wehikułu w Białymstoku, wyjmując nogi z zasp śniegu po pas. Wysiadłam w deszczowym Paryżu, z zielonymi krzaczkami na skwerach, ptaszkami ćwierkającymi na placykach i deszczem o temperaturze 10 st. Celsjusza.
Nie muszę dodawać, że moja puchówka i kozaki były bardzo nie na miejscu w tym miejscu.

20

Mimo, że już wtedy byłam dawno po rewolucji wiary (w zasadzie “niewiary”), pomyślałam sobie- Boże, jeśli ci wariaci z autokaru jakimś cudem mają rację i istniejesz, to daj nam takie zimy.

Także tak, to przeze mnie, moja wina, to co się teraz dzieje. Tydzień śniegu wystarczy, a ja w ekstazie.

Druga część tego przydługiego wywodu to zima nad morzem. Miałam wystarczająco dużo szczęścia i sprytu aby się “wżenić” w trójmiejską rodzinę.

19

Niektórzy szukają partnera z pieniędzmi, koneksjami, dobrym posagiem, ja znalazłam żonę w Gdyni.

Każdy urlop mam zagospodarowany i z ulgą przyjmuję brak konieczności planowania noclegów pół roku przed wakacjami. 

Zimą Bałtyk kocham najbardziej. Mało ludzi, grzane piwo, wredne łabędzie. Czegóż chcieć więcej od życia?

21

Demos i Kratos

Kiedyś, dawno dawno temu, kiedy uznałam, że mam za mało obowiązków na głowie, poza pracą na pełny etat i nowym związkiem, zapisałam się na studia międzykulturowe (ambitny plan poszerzania horyzontów).

Pamiętam taki przedmiot “teoria cywilizacji”. Zajęcia prowadził profesor uparcie zawieszony na Huntingtonie i jego zdaniu “Wschód to Wschód, a Zachód to Zachód” (i nigdy się nie spotkają).

W skrócie- chodziło o to, że przez Eurazję przebiega mentalna granica oddzielająca dwie cywilizacje (tak bardzo z grubsza).

W owym czasie miałam na taki stan rzeczy głęboką niezgodę, w mojej głowie jawiło się to raczej jako stopniowe przechodzenie, gradient, którego odcienie szarości przypadały właśnie na Polskę. Wydawało mi się, że jesteśmy “pośrodku”.

16

Do rzeczy- 10 lat minęło, to dużo i mało. Dziś absolutnie wierzę, że nie pokonaliśmy bariery, nie jesteśmy żadnym Zachodem, w najmniejszym stopniu. Że jesteśmy dokładnie taką samą “demokracją” jak Chiny czy Rosja, tylko w śmiesznej, małej, środkowoeuropejskiej skali, mamy ten sam brak zrozumienia czym demokracja jest.

Statystyczny Polak “rządy ludu” tłumaczy jako “dyktaturę większości”. Większość ma władzę i sobie za mordę trzyma całą resztę. Nie uwzględnia, że ta mniejszość to w takim samym stopniu ów “lud”, nie dopuszcza do żadnej dyskusji. A proszę Państwa- demokracja to pluralizm, demokracja nie tylko “toleruje” ale i szanuje “inne głosy”. Demokracja polega na tym, że umawiamy się, że pomimo różnic, staramy się aby wszystkim żyło się dobrze, że wszyscy są obywatelami, nie tylko ci, którzy akurat zagłosowali na partię u władzy. 

Władza nie jest na zawsze, dlatego Zachód umówił się, że wartości takie jak “wolność”, “równość” i “braterstwo” (solidarność z tymi, którzy są w innej sytuacji niż my), to wartości “europejskie”.

I teraz zastanówmy się jak te wartości mają się do tego co się obecnie w naszym kraju i w naszych głowach dzieje.

Dyktatura większości to nadal dyktatura. “Robię co chcę” bo “suweren” (ale przecież nie jako całość) dał “prawo”.

Mentalnie to my jesteśmy Wschód i nic tu nie zmieniają pociągi pendolino, autostrady i supermarkety. W Kazachstanie też mają Starbaksa.

1 dzień

Tylko tutaj, szok i niedowierzanie, niepowtarzalne materiały, exclusive, włączcie parental protection, mokry sen Krystyny Pawłowicz, Wasze życie nie będzie już takie samo, seks, rozpusta, podejrzane substancje.

Dzień z życia jałowego związku. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

 

7:00. Niezidentyfikowane narkotyki.

03

7:20. Szatańskie ćwiczenia jogi.

04

8:00. W tym internecie to pewnie same bezeceństwa.

05

8:30. Twórczość promująca homoseksualizm.

06

10:30. Dziki seks na pobudkę.

07

11:00- 18:00. Dzień poświęcony na dywersję państwa polskiego pod przykrywką pracy biurowej

11

19:00. Kolacja z wrogich niemieckich produktów z niemieckiej sieci dyskontów.

13

20:00. Indoktrynacja.

12

22:30. Wyjątkowo dziś bez trójkątów, czworokątów i wykorzystywania dzieci/ kotów/ nieboszczyków.

14

Sea of Gay

Tak się składa, że wśród znajomych “niehetero” w moim kręgu przeważają mężczyźni (chłopcy, chłopaki, faceci, na różnym etapie dojrzałości).

Stosunkowo rzadko rysuję takie pary, postanowiłam to naprawić.

Nie mam uprzedzeń co do par damsko- męskich, natomiast nie pojawiają się zupełnie w mojej twórczości z prostego powodu- wystarczająco dużo przestrzeni zajmują na co dzień w popkulturze, w kulturze. 

Wchodzisz do sklepu- jest zestaw kubeczków “dla niej i dla niego”, zestaw pościeli “dla niej i dla niego”, idziesz do kina- on i ona, oczywista oczywistość.

08

Bardzo dużo nauczyłam się od moich przyjaciół gejów. Lesbijkom łatwiej jest wtopić się w społeczeństwo, być niewidzialną, można na fejsbuku pokazywać zdjęcia gdzie dziewczyny się przytulają, można jechać we dwie do spa, do hotelu, leżeć razem na plaży, można nawet pchać wspólnie wózek z dzieckiem i nie wzbudzać żadnej sensacji.

U mężczyzn, jeśli nie okazują sobie wystarczająco dużo “bro-attitude”, zawsze będzie to sytuacja “podejrzana”.

Ja to traktuję jako atut, bo jeśli nie możesz tego zmienić, jeśli nie możesz się ukryć, to możesz być z tego tylko dumnym. 

Jeśli kobiety są z Wenus, a mężczyźni z Marsa, to związki gejów i związki lesbijek są na przeciwległych biegunach. Zawsze fascynowała mnie kultura gejowska, duży nacisk na cielesność, na seksualność, ale też ciemne strony świata klubowego, narcystyczne osobowości, a na przeciwnym biegunie osoby próbujące wyrwać się ze stereotypu.

09

Irytował mnie obraz geja jako “najlepszego przyjaciela każdej kobiety”, sprowadzenie do roli atrybutu, wyobrażenie, że w takim towarzystwie, przy prosecco można popłakać nad mężczyznami i usłyszeć zapewnienia, że jest się piękną, otrzymać poradę jaką suknię ślubną wybrać i ponarzekać na swoje fałdki tłuszczu. Instrumentalne potraktowanie drugiego człowieka, bo przecież te “przyjaciółki” nie staną później w obronie w przypadku homofobii, nie pójdą razem na marsz równości, nie zareagują kiedy społeczeństwo odmawia nam podstawowych praw.

Syty głodnego nie zrozumie.

Ten przydługi wywód skończę życzeniami: bądźmy z siebie dumni.

10

 

Suma wszystkich dni

Bardzo lubię podsumowania. 

Siadam rano do laptopa, kiedy cisza i spokój, bateria chusteczek rozrzucona niczym miny w przypadkowych miejscach mieszkania, koty śpią w strategicznych lokalizacjach wokół kaloryferów, Warszawa ma kaca, a ja mam katar.

Wszyscy narzekają, że 2016 był straszny, i pewnie dla polityki, świata, w globalnej skali był.

Dla mnie to rok porządków w życiu. 2015 złoił mi skórę podstępnie i wstrętnie. Szesnastka to czas budowania, naprawiania, odnawiania.

Przede wszystkim zaczęłam rysować. A raczej po latach wróciłam do tego. 

Wcześniej zajęta “rozwojem zawodowym”, kolejnymi podróżami, spłacaniem kredytów, zapomniałam o tym, co dawało mi zawsze odskocznię. 

Wiem, że dzieje się to wszystko w wielkim chaosie, sama nie jestem pewna, w jaką stronę zmierzam, nie mam jakiegoś planu, intuicyjnie przelewam na papier codzienność i myśli, z zaskoczeniem odkrywając, że ktoś to ogląda, komentuje, kibicuje.

02

Fajnie mieć ponad 30 lat i odkrywać w sobie stabilizację, pozwalać na spokojny rozwój, nie przymuszać się już do żadnego wyścigu. 
Mam kilka postanowień, szczególnie dotyczących “bloga”. Piszę w cudzysłowie, bo nie wiem do końca w co się zamieni ta strona. 

Na początku miało być to coś w rodzaju internetowej galerii prac, ale stopniowo przekonuję się do innej formy komunikacji, ponieważ Facebook nieźle mnie wyręcza w łatwości prezentowania rysunków.

Z jednej strony myślę o komiksie, z drugiej o malowaniu obrazów i na razie rozgałęziam się bez planu.

2017, bądź owocny!