Bez sumienia

P. boli głowa. Zaczyna się od pulsującego sygnału w skroniach, sztywnienie schodzi na kark. Po kilkunastu minutach czuje każdy nerw w zębie, w oczodołach płonie. Wysyła swojego męża do apteki/ do żabki/ na stację benzynową. 

“Przykro mi, nie sprzedajemy tutaj leków przeciwbólowych. Klauzula sumienia nam zabrania. Leki prowadzą do uzależnień, można spowodować nimi samobójstwo, wrzody żołądka i zgagę. Poza tym ból uszlachetnia, tak nam mówi nasz Zbawiciel”

 


 

K. i T. urządzają urodziny koleżance. Wieszają serpentyny, układają playlistę, zamawiają tort. Solenizantka odstawiona, goście zaproszeni. Przed imprezą jadą do Tesco, ładują na wózek zgrzewki piwka, kartony wina, jakieś Igristoje na toast. Osiemnastkę ma się tylko raz.

“Przykro mi”- mówi pani na kasie. “Niezgodne by było z moim sumieniem sprzedać alkohol. Powoduje wzrost przemocy domowej, wypadki, bójki, przestępstwa. Ludzie po alkoholu stają się agresywni, sikają na placach zabaw. Wpadają w nałóg i niszczą życia swoje i bliskich”.

 


 

M. po drugiej operacji usunięcia torbieli na jajnikach dostaje od lekarza receptę na terapię hormonalną. Od okresu dojrzewania ciągną się kłopoty ginekologiczne, miała tak matka, miała ciotka. Wbrew zapewnieniom medyków- żadna z kolejnych ciąż nie uregulowała sytuacji, wręcz nastąpiło nasilenie, co skończyło się wycięciem macicy i przedwczesną menopauzą u rodzicielki. M. przerażona taką wizją udaje się do apteki.

“Niestety, tu panuje klauzula sumienia. Nie sprzedajemy antykoncepcji hormonalnej, jest to sprzeczne z Wolą Boską. Kobiety chcą łykać hormony aby puszczać się bezkarnie na prawo i lewo, a my je przed tym ratujemy”.

 


 

R. ma problemy seksualne. Może nie dbał wystarczająco o dietę, może za mało ruchu w młodości, za dużo siedzenia za biurkiem. Może to dużo stresu i zmartwień dziećmi, kredytami. Żona R. po 50-tce przerodziła się w huragan miłości. W końcu mają dom dla siebie, wolny czas, nie muszą chodzić na żadne wywiadówki. W radiu leciała reklama środka wspomagającego erekcję. R. udaje się do apteki, gdzie słyszy, że to grzech i sumienie nie pozwala sprzedać tych środków, a ta niemoc to Wola Boska.

 


 

D. i L. od pięciu lat czekają na dziecko. Przepraszam- nie czekają, w sumie to intensywnie nad tym pracują. Na początku po prostu kochali się gdzie i jak popadło zdając się na los. Z czasem szczegółowa aplikacja wyliczała im ten moment, kiedy mają iść do łóżka. Kolejne etapy gorączkowego mierzenia temperatury co rano, wróżenia z fusów wyimaginowanych objawów ciążowych, nienawiści do kolejnych znajomych zachodzących w ciąże, bioenergoterapeutach, kłótniach, rezygnacji, wakacji, lekarz zaleca im naprotechnologiczne cuda wsparte modlitwą, jedyną słuszną drogę poczęcia naturalnego. Nikt nie wie, że D. ma niedrożne jajowody i jedyne co pomoże jej zajść w ciążę, to zapłodnienie pozaustrojowe.


 

Dwie z powyższych sytuacji to prawda. Zgadnij które.

 

Syndrom Marty

Z góry przepraszam, że polecę chrześcijańskim motywem. Zawsze wkurzała mnie ta historia. O Marcie i Marii.

Skrótowo, dla tych, co nie na bieżąco: Marta usługuje, gotuje, sprząta, Maria siedzi i słucha nauczań. Na prośbę o pomoc nasza bohaterka dostaje beszty, że ważniejszy jest “pokarm duszy”. 

Mam ochotę powiedzieć za nią: “To się nim nażryjcie”.

Marty biegają za potrzebami innych. Towarzystwo się wygodnie rozsiada, magicznie zjawia się przed nim kawka/ herbatka/ wino/ zupka/ może obiadek/ może coś słodkiego? Świetnie się bawią, rozmawiają, tylko ta głupia Marta pilnuje czy każdy ma pełno w kieliszku, wymyka się do kuchni, żeby się nie przypaliło.

Marty matka tak miała, więc Marta w wieku nastoletnim bezlitośnie gardzi tymi zachowaniami. Bo przecież ważniejszy jest “pokarm duszy”, a nie czy “dołożyć komuś kotlecika”.

Marta ma potrzeby- są to potrzeby innych. Potrzeby ich komfortu. Nawet nie zorientuje się jak mijają lata, a powtarza za swoją matką mantry o tym, że jej jest dobrze, że proszę się nią nie kłopotać, że ona cicho posiedzi sobie i nie będzie zawadzać.

Marta śni o tym, że ktoś kiedyś wstanie i powie: “Marto, usiądź, czego się napijesz”, ale przecież dobrze wie, że nikt nie naprawi jej desperackiej potrzeby zasłużenia sobie na miłość.

Nie umie powiedzieć “nie”. Zresztą w wieloletnim funkcjonowaniu w ten sposób, nikt już Marty nie traktuje jako człowieka, któremu wyczerpują się bateryjki, bo Marta jest świetna w “braniu się w garść”, zaciskaniu zębów. Raz na jakiś czas wybuchnie na innych swoją frustracją. A na Martę można się złościć. Marty partnerzy, dzieci, przyjaciele dają sobie wolną rękę w festiwalu niechęci, którą nasza bohaterka łyka garściami. W końcu Marty rzadko trzaskają drzwiami i mówią “dosyć”.

734e4441776951-57b401099b216

Marcie można wszystko powiedzieć. O, w tej kwestii można naprawdę na nią liczyć. Zawsze sprawi, że komuś poprawi się samopoczucie. Np. przez porównanie się z nią. Można napomknąć, że Marta ma brzydkie kafelki w łazience, albo, że powinna wreszcie wyrzucić ten sweter. 

Marta, pomimo zapieprzania i zaangażowania, jak każdy kołcz przykazał, wszystko robi źle. Ma syndrom pt. “w którą stronę się nie obrócisz, zawsze z tyłu dupa”. Oczywiście wszelkie sygnały, że Marta nie wyrabia, albo nie potrafi, to jest bulszit, bo nikt nie pamięta że Marta jest człowiekiem. Marta to wielofunkcyjny robot do zadowalania i bycia cicho. Kiedy Marta prosi o pomoc, to jak w naszej przypowieści, nikt nie chce się zajmować jej banalnymi sprawami.

Przyjeżdża Marta do swojej matki i znowu jej nienawidzi. “Mamo usiądź i porozmawiaj ze mną”. Ale przecież wie, że są z tej samej gliny, że te głupie, nic nieznaczące czynności pomagają jej “zasłużyć” na miłość.

Bo Marty ani jej matki nikt nie kocha. Są o tym szczerze przekonane. Kiedy strzelisz do Marty z pistoletu, ona sama skieruje w swoją stronę armatę.

Marta ma fantazje, że wsiądzie do pociągu byle jakiego, wyrzuci komórkę, dowód, że pójdzie przed siebie gdzieś w las i będzie tam żyła między wilkami w szałasie. Kiedy jeden z nich zapuka do drzwi, zapyta “czy mogę poczęstować kawą, czy woli pan herbatę?”.

Widzialne

Nigdy nie byłam typem aktywistki. W rozmowach z ludźmi o różnej orientacji często pojawia się pytanie, wątpliwość dotycząca “obnoszenia się”. 

Ze strony osób heteroseksualnych, których preferencje są społecznie przezroczyste, wyraźne jest niezrozumienie, że ktoś się skupia na tym, z kim wchodzi w związek. Domyślnie, kiedy inni widzą obrączkę na moim palcu, zakładają, że mam męża. Prawo większości, prawdopodobieństwo trafienia jest dużo większe.

Wśród osób LGBT, które “nie lubią się obnosić” tłumaczę to po prostu strachem. Hej, patrzcie, jestem taki jak wy, nie biegam z piórkiem w tyłku.

Z tym, że nie.

Nie jesteśmy tacy sami ze względów nie tylko prawnych, nie tylko jeśli chodzi o narażenie na przemoc, na obelgi, na przykrości. Jesteśmy inni, bo często się zdarza, że nasze związki i relacje wyglądają inaczej, wielu z nas ma rodziny z wyboru, bo prawdziwe ich odrzuciły, bo funkcjonujemy w bańkach społecznych, kiedy nie uczestniczymy pełnoprawnie w świecie, który nas otacza (choćby celebracje świąt, walentynek, najróżniejszych okazji, które pomijają istnienie par/ rodzin nieheteroseksualnych).

Znam absolutnie absurdalne z mojego punktu widzenia sytuacje, gdzie “mama dziecka mieszka z ciocią” i dziadkowie o tym nie wiedzą, albo homoseksualnych mężczyzn zamieszczających zdjęcia z koleżankami sugerujące, że to są ich jakieś podboje. Nie potępiam, bo empatyzuję.

63 

Współczuję, że strach jest tak duży, że trzeba oszukiwać najbliższych, że pośród rodziny i kolegów z pracy ktoś czuje się na tyle źle, że żyje w kłamstwie.

Wiele osób LGBT, które znam, a które przechodziły proces samoakceptacji, przechodziło również terapię. 

Terapia ma wielkie zęby i się jej boimy, bo jeśli nie zdobędziemy się na szczerość, to nic nam nie da. Kiedy staniemy ze sobą twarzą w twarz i powiemy, że tak boję się, tylko wtedy będziemy w stanie naprawić sytuację. Zgrywanie chojraka “ja nie muszę obwieszczać całemu światu z kim sypiam” to fajne maskowanie strachu. Stawianie swojego związku jako czegoś nieważnego, czegoś “przy okazji” w życiu.

Doskonale wiem jak można się spinać, kiedy inni się gapią. Albo wydaje nam się, że się gapią. Jak wygląda życie w stresie, kiedy trzeba się bronić, udowadniać, że jestem “jedną z nich”.

Wiecie, w pewnym momencie to jest nie do zniesienia, jest takie “fuck it”. I mam więcej szacunku do drag queen w kozakach w panterkę niż do tych “na paradę nie chodzę, bo nie lubię epatować”. Bo “obnoszenie się” wymaga w cholerę odwagi, to jest narażenie się na zniewagi i przemoc, ale pozostanie wiernym sobie. Nie udowadnianie “jestem jak wy”, nie jestem i nie muszę.

Mogę mieć irokeza. Mogę żyć w otwartym związku. Mogę mieć swoją tęczową rodzinę. Mogę być gejem z Tinderem w komórce. Mogę mieć jedną dziewczynę przez całe życie. Mogę mieć tatuaże, albo koszulkę w cipki. Mogę też być przegiętą ciotą albo umięśnioną ciotą. Mogę nie znać sexu z facetem. Mogę mieć raz mężczyznę raz kobietę. I kij komukolwiek do tego.

Nie wiedziałam do końca dlaczego prowadzę tego bloga. Chyba po to, aby gdzieś powiedzieć to na głos.

Neurotyczna lista przebojów

Ciężkie jest życie neurotyka.

Lubię wysokie rejestry, lubię jak coś mnie pierdolnie w głowę, Aronofsky’ego, Luhrmanna, zmontowane amatorsko sceny z ulubionych filmów pod emocjonalne ścieżki dźwiękowe (mistrzyni).

Skrzypce w soundtrackach. Komiksy o relacjach rodzinno- związkowych. Seriale takie jak “Love”, “Girls”, “Lovesick”, “Easy”, “Shameless”.

Sztukę z wiwisekcją, kiedy nie wystarczy, że jest ładne albo śmieszne, albo ciekawe, ale kiedy wchodzi w serce i wypruwa jak na kozetce to, co w środku.

38

Inspirujące ilustracje.

Toma Odella, jak śpiewa o miłości, smutne filmy o smutnych chłopcach i dziewczynach, ciemne dusze. Filmy z Brie Larson (nie tylko Room, ale jeśli nie widzieliście Short Term, to nadrabiajcie).

Josepha Gordona Levitta w wersji młodej i nieśmiałej.

Łatwość do popadania w przesadę, w kicz, w emocjonalne przegięcia. 

Ale wiecie, dzięki tej popkulturze można w życiu być zrównoważoną dorosłą osobą, bez większych dramatycznych przygód.

Kobiecość

Długo nie czułam się kobietą. Śpieszę wyjaśnić, że to nie to, że czułam się mężczyzną- czułam się dziewczyną.

Przez sporą część mojego dorosłego życia myślałam sobie, że kobieta to ktoś, kto ma odpowiednie atrybuty kobiecości. Miseczkę D, obcasy, dzieci i męża, postarzający makijaż, ułożone włosy, chodzi z elegancką torebką, roztacza wokół siebie matczyno- opiekuńczą atmosferę, chodzi (wyrywa się) na “babskie wieczorki” w otoczeniu innych kobiet, kiedy piją “kobiece drinki” i plotkują o swoich mężach.

Nie wyobrażałam sobie, że to ja, bo przekaz od komedii romantycznych po magazyny kobiece jest taki, że kobieta to zestaw jakichś konkretnych cech.

Miałam niedużo po dwudziestce, skończyłam studia, zaczynałam pracę, kiedy znalazłam się w obcym świecie. Nowe koleżanki z nowego miasta wychodziły za mąż, urządzały wieczorki panieńskie, zapraszały na parapetówki, gdzie panowie w salonie oglądali możliwości nowego telewizora/ głośnika/ “chujwieczego męskiego”. Panie w kuchni z lampką wina chichrały o jakichś ploteczkach. Były kobiety, byli mężczyźni i byłam ja.

Z łazienki dzwoniąca do swojej dziewczyny z komunikatem S.O.S., HELP, RATUNKU.

Na odtrutkę chodziłam na “branżowe imprezy”. Spotykałam tam wygłodniałe, wygolone istoty niemieszczące się w moim ówczesnym pojmowaniu świata, głośne anarchofeministki, których się bałam, androginiczny świat, od którego odstawałam całą swoją osobą.

Nie miałam nigdzie miejsca, byłam nikim, bezdomna duchowo dziewczyna.

Na jakiś czas wchodziłam między jedno stado wron, żeby pokrakać jak one, za chwilę zmieniałam front i próbowałam dopasować się w kolejne. 

61

Myślę, że przez długi czas borykałam się z tą kobiecością, bo brakuje nam tzw. “role models”, z których możemy czerpać. Mamy patrzeć na eleganckie piękne panie, zawsze dążące do “ładności”, możemy też się zbuntować i pokazać społecznym normom figę z makiem, ale nie każdy lubi czuć na sobie spojrzenia i wystawiać się na komentarze. 

Dopiero z czasem zaczęłam przebywać w towarzystwie kobiet, które były takie, jakie chciały. Heteroseksualnych nie przejmujących się konwencją, nie odgrywających kobiecego teatrzyka pt: “och my kobiety musimy udawać takie bezradne, żeby mój misio poczuł się ważny, choć tak naprawdę to wszystkim zarządzamy”. Poznałam samodzielne fajne laski, które chciały fajnego seksu bez udawania gwiazdy porno, będące sobą z własnymi wadami i zaletami, lubiące swoją pracę i takie, które mają zainteresowania. Poznałam homoseksualne kobiety, które były osobą o innej orientacji, a nie kimś u kogo orientacja kieruje życiem (po angielsku jest taki fajny zwrot “person who happens to be gay”). 

To był moment, w którym nauczyłam się myśleć o sobie “kobieta”, bez tych wszystkich atrybutów z checklisty wyobrażeń serialowych. 

Ostatnio przeczytałam na fejsbuku artykuł o autorce logo Strajku Kobiet. Dziewczyna wykonała coś, co stało się symbolem ogólnoświatowym. Pierwsze komentarze pod linkiem w Wysokich Obcasach dotyczyły jej wyglądu. Od innych “kobiecych” kobiet. “Jak może się tak oszpecać”. 

Naprawdę, w artykule o kobiecej pracy najważniejsze jest jak kobieta wygląda. Sroczki zadziobią tą, która im nie pasuje. Bo stylówka za mało “femme”. 

Kobietą jest każda, która się nią czuje. Anna Grodzka, Angelina Jolie, Ellen Degeneres, Bridget Jones. 

A ta, która jej tego odmawia, to zwykła idiotka i w sumie smutna osoba, dla której o czyjejś wartości stanowi to, czy podpada pod ogólnomęskie gusta.

Oddech

Na skraju zmęczenia, zestresowania i wkurzenia pojechałam sobie na wakacje.

Wiecie, ja tu dużo stękam, że presja, że “not-perfect”, pielęgnuję moje fobie, lenistwa, usprawiedliwiam swoje niedociągnięcia i lęki. Potem okazuje się, że co najmniej połowa tego wszystkiego wyszła z wyczerpania i frustracji nadmiarem pracy, uciążliwymi dojazdami i kontaktami z ludźmi, którzy z kolei swoje problemy odbijają na innych. 

I wyjeżdżam sobie gdzieś w cholerę (w tym wypadku słoneczne wybrzeża Wielkiej Brytanii) i okazuje się, że wszystko jest do rozwiązania, w głowie zaprowadzam porządek w godzinę, plecy magicznie przestają boleć, a twarz prasuje się z opuchlizny.

59

Wystarczą 4 dni świętego spokoju i nie okłamuję się już jakim jestem “introwertykiem pod kocem, społecznie niedostosowanym, dajcie mi ciemną pieczarę”, nagle potrafię wymyślić kilka stron komiksu, który padł w martwym punkcie miesiące temu, narysować 10 obrazków dziennie, przeczytać książki, do których zabierałam się niczym pies do jeża (trafiło na nową Bator i “Rok królika”- niestety rozczarowała mnie, oraz “Króla” Twardocha- tu bardzo się wciągnęłam, choć mam wrażenie, że on wciąż pisze o tym samym mężczyźnie, tylko zmienia dekoracje).

60

Morze szumiało, fale huczały, wiatr robił mi kołtun, nie było smogu, Szyszko i wycinka poczekały na mnie, Polska z daleka mała, śmieszna i wcale nie wstała z kolan, a tylko pokazała białe brzydkie dupsko wywołując zażenowanie. 

Zastanawia mnie, ile z nas po prostu wybiera “drogę koca i kota”, bo jesteśmy zwyczajnie i po ludzku zmęczeni.

A ile z nas “introwertyzmem” tłumaczy swoje fobie społeczne, i zamiast się nimi zająć, klika w internecie śmieszne obrazki o tym, jacy introwertycy są głębocy, twórczy i niezrozumiani przez świat.

Ja wyjechałam z silną motywacją do przemeblowania swojego porządku dnia, aby się nie wykańczać i mieć na co dzień choć odrobinę tej energii, która we mnie wstępuje po ustawieniu urlopowego respondera na mailu.

Wpis zainspirowany wpisem.

Rzeczywistość

Gładka biała skóra instagrama. Długie sztuczne rzęsy- 200 zł w salonie kosmetycznym. Ciążowa/ ślubna/ z dzieckiem sesja zdjęciowa w idyllicznym posprzątanym wnętrzu z włosami ułożonymi w fale- 1000 zł. Kolejny kosmetyk, który tym razem na pewno rozwiąże nasze problemy ze skórą. Jedno ujęcie wybrane z tysiąca, na którym nie wyglądam jak skrzyżowanie ziemniaka z kalafiorem. Wydymające usta gwiazdy youtuba pokazują jak się umalować i i tak nigdy nie masz determinacji, żeby codziennie zrobić to w ten staranny sposób. Zdjęcia wydepilowanych zawsze i wszędzie nóg szafiarek- na plaży/ w spa/ na ściance/ we własnym łóżku.

Sztuczny obraz rzeczywistości, aspiracja- kobiety robią sobie zdjęcia ślubne, gdzie wyglądają jak księżniczki Disneya z tym biednym manekinem u boku i myślą, że tak to jest taka bajka, ta ich miłość. To dziecko na fotkach włożone w koszyk z jakąś monstrualną kokardą na głowie wcale nie rzyga i sra co godzinę. Ta ciąża na zdjęciach celebrytki, po tym nie widać, że płód uciska jej pęcherz i musi nosić wkładki bo popuszcza, i że cały czas jej się odbija.

I na instagramie ten fotel z kotem, książką i kubkiem herbaty, w której nie pływa ani jeden koci włos, a w mieszkaniu “nigdy nie suszy się pranie na środku”.

Nie wiem jak Wy, ale gdyby zrobić mi zdjęcie rano w pościeli, to byłyby na nim tłuste włosy (zanim umyję), kilka pryszczy (zanim zakryję), trzydniowy zarost na łydkach (bo akurat nie wyskoczę ze spodni tego dnia).

sleep_by_seaofgray-da9fx6d

Czy to w ogóle realne, żeby co dzień budzić się w jedwabnej piżamie lub koronkowej koszulce (u mnie to najczęściej dół w koty plus pamiątkowa koszulka z jakiegoś biegu). Mieć codziennie zrobione paznokcie, a w łóżku wcale nie znajdować okruchów chrupek z wczorajszego oglądania Netflixa na tablecie.

Ostatnio jeden taki magazyn wyprasował Lenie Dunham cellulit. Podniósł się krzyk, i słusznie. Wszyscy mówią: pokochaj siebie, przy czym jednocześnie podają milion rzeczy, które są z Tobą nie tak, które koniecznie powinnaś poprawić. Przyjaciółka wpierniczy się, że masz stary sweter, mama, że czemu w dziurawych dżinsach chodzisz, ktoś w internecie napisze, że zawsze trzeba golić bikini, żeby nie “wyglądać jak małpa”.

Już sobie wyobrażam, jak faceci czepiają się siebie- stary, ale ci usta pierzchną, słuchaj idź do fryzjera, może byś włożył inne spodnie, bo te cię pogrubiają, ale masz pryszcza posmaruj pastą do zębów.

Rosną nam włosy na ciele, no sory, nie każdy jest w stanie codziennie wszystko sobie ogolić, jeszcze ułożyć fryzurę, zrobić pełny makijaż, paznokcie i wypucować buty na połysk. Bez tych wszystkich czynności wyglądamy jak normalny człowiek, którego skóra i ciało rządzi się różnymi fizjologicznymi procesami. 

Miałam kiedyś koleżankę, która zanim jej facet wstał, zakrywała wszystkie swoje mankamenty korektorem. 

Wiecie, że na wygląd dziewczynek wydaje się więcej niż na ich edukację?

Potem dziwimy się, że nie ma kobiet w polityce i na stanowiskach? Bo zajmują się tym, żeby się podobać. Bo zamiast tego, co ja o sobie myślę, ważniejsze jest jak inni mnie postrzegają? W dodatku inni dają sobie swobodne prawo do opinii na temat wyglądu kobiet, a my na to pozwalamy.