Tajne miejsca

W tym roku wakacje nie rozpieszczają i nie chcą się udać. Pocieszam się, że to początek lata i staram nie poddawać już na wstępie.

Miało być polskie morze i Radiohead na Openerze, rybka na Rewie, wyspa Sobieszewska, o której śnię już od dłuższego czasu, piach, książki i rysunki.

Zamiast tego wyszła Warszawa.

Postanowiłam wykorzystać ten cudowny czas bez pracy i zrobić Wam mini poradnik, gdzie spędzić czas wokół stolicy i jednocześnie poczuć się jak w kurorcie.

W poniższym przypadku w kurorcie z lat 90-tych. 

Byś może to sentyment z dzieciństwa, pragnienie poczucia przez sekundę tego, co się czuło mając 8 lat, biegnąc z poobdzieranymi kolanami przez krzaki, kiedy nikt nie słyszał o kleszczach, a pająków używało się do straszenia co bardziej wrażliwych dzieci. Kiedy stopione lody spływały po rękach i brodzie, badyl ze sznurkiem to łuk, a kapelutek czy chustkę z głowy zdejmowało się zaraz po zniknięciu z zasięgu rodzicielskiego oka.

Zalesie Górne znajduje się tuż za Piasecznem, z Warszawy podróż samochodem zajmuje około 30 minut (widziałam też autobusy miejskie, więc na pewno jest jakiś przystanek). 

Cały interes kręci się wokół stawów usytuowanych w lesie. 

87

Znacie na pewno ten klimat, który świetnie odtwarzają książki Witkowskiego- podupadły kurort przed/ po sezonie, gdzie nie istnieje bhp, toaleta to krzaczki, pojedynczy panowie z wędką medytują na brzegu, w zaroślach pary w wieku moich rodziców ochoczo oddają się miłości, kilku znudzonych nastolatków okupuje pomost.

Można wynająć kajak albo rower wodny. My oczywiście w kształcie łabędzia. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wziąć rozwód, a potem powtórny ślub, to przysięgam, że do ołtarza popłynę na rowerze wodnym w kształcie łabędzia. Cała na biało. Hanka Bielicka zzielenieje w zaświatach z zazdrości.

Grupa licealistów w wynajętej atrapie kadilaka przepływała obok nas z gracją słuchając na cały regulator Edith Piaf, także pewna dawka abstrakcji jest nie do uniknięcia w tego typu miejscach.

Z brzegu stawu można łatwo niezbyt głęboką wodą dostać się na zalesioną wysepkę.  Jest też niedaleko tzw wake park, powiew hipsterskiej stolicy w tym zapomnianym przez bywalców plaż nad Wisłą miejscu. 

Jeśli chodzi o gastronomię, to zdecydowałyśmy się na żelazny punkt kurortów letnich- frytki i colę. Z nieznanych mi powodów smażone ziemniaki z dużą ilością soli na plaży zamieniają się w najpyszniejsze danie na świecie. Wprawdzie są też ze 2 food trucki, ale nie po to jechałam do lasu żeby obżerać się bao z kimchi jak na Nocnym Markecie.

Ludzie Warszawy, jeśli jak ja cenicie sobie proste przyjemności wczasów roku 1991-go, niestraszne Wam komary, przemrożone lody i rzeźby dinozaurów wyglądające zza zarośli- Zalesie Górne jest dla Was.

Równowaga

Wszystko co słyszeliście o “hygge” to prawda. Dania jest bezczelnie przytulna. Jedziesz autostradą i ani jednego bannera, tylko zieleń, pola, elektrownie wiatrowe, śliczne drewniane chatki, im bliżej morza tym ładniejsze zajazdy z wywieszonymi flagami, wydmy bez śladu papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, puszek po piwie, petów, czyste plaże, po których nie strach chodzić boso, można najwyżej nadepnąć na kraba lub muszlę okładniczka, dziwna cisza, przerywana szumem fal. Nie ma disco, nie ma sztucznych palm, nic nie udaje Copa Cabana, nie poskaczecie na dmuchanym zamku, nie popływacie na bananie, nie poćwiczycie aerobicu z gwiazdą. 

Możecie usiąść na piasku, otworzyć książkę (jak akurat nie pada), zrobić zdjęcie latarni morskiej, zjeść frytki albo hot doga z drewnianego domku. 

I wiecie co, nie ma nudy. Od przestrzeni prostują się myśli, od wiatru plączą się włosy. 

5a201f38166321-5757b5c8f3393

Kiedy tam trafiłam, w Warszawie akurat szalała Parada równości, największa w historii, trochę żałowałam, że nie dane mi było przemaszerować. 

Dla odmiany duńska wieś żyła innymi sprawami- świętem narodowym, długim weekendem, które obchodzono ku mojemu zdziwieniu nie racami, pochodami, bitwami na kostkę brukową, nie dymem i krzykiem i bez policji. Duńczycy wychodzili sobie rodzinami na spacer, na jarmark i do restauracji. 

Dzieci miały wolne od swoich wiejskich szkół wyjętych z katalogu dobrej minimalistycznej architektury. 

A ja skołowana myślami krążyłam wokół potopu szwedzkiego i zastanawiałam się dlaczego okupacja skandynawska nie przetrwała do dziś. Może jeszcze nie jest za późno? Może jeszcze nas najadą?

Jak odkryłam internet i się zdziwiłam

Technologia często mnie przerasta. Byłam przedostatnim człowiekiem na Ziemi, który kupił sobie smartfona. Dotykowego. Przez długi czas przychodziłam do operatora i oferta telefonów z przyciskami coraz bardziej zawężała się do takich dla niedowidzących staruszków. Aż po prostu pewnego dnia nie miałam wyboru (a musicie mi uwierzyć, że ja katuję komórki- topię, zbijam, psuję, wsadzam nie tak kartę i nie mogę wyjąć). Także tak nieekologicznie wychodzi, że muszę co jakiś czas zmienić telefon i nie pomagają nawet gumowe etui, klapki i inne panierki.

Nie umiem też za bardzo w internety. Do dziś nie mam maila w telefonie, latami nie potrafiłam sobie zgrać poczty firmowej z gmailem, miesiąc temu odkryłam, że są aplikacje plannery pracy. Jeszcze rok temu zapisywałam wszystko w “analogowym kalendarzu”, nosiłam więc ze sobą taka cegiełkę w torebce i dostawałam coraz większej skoliozy.

Ale nie o tym.

Jestem takim bardzo prymitywnym użytkownikiem Youtuba. Na przykład rzucą w Lidlu świeżą makrelę, to ja wpisuję “mackerel recipe” i już po chwili gotuję sobie z pulchną Koreanką coś pysznego. 

Bywa,  że chcę zrobić jakiś wymyślny makijaż, to wchodzę na tutoriale. Albo akurat wspominam podróże do Azji, to oglądam vlogi ludzi którzy tam żyją. Czasem recenzje filmów i książek, albo podcasty blogów popkulturalnych, które czytam.

Nie inaczej było wczoraj wieczorem. Łóżko, kołderka, kieliszek winka, bita śmietana ze spraju w paszczę (no wiem, że niektórych to obrzydza, ja uwielbiam), do tego filmy o rysownikach mangi, potem o Japonii. 

Czasem pokazuje mi jutub z boku takie “polecane”, “popularne”. Pokazał i tym razem. Na obrazku ładna blondyneczka. Milion wyświetleń, 30 milionów lajków, pierdyzylion komentarzy. Tytuł filmu: “Czy jestem bogata”.

Ja mam w ogóle taki dziwny lęk klikania rzeczy, których nie znam (może to się łączyć z oporami technologicznymi). W sumie wyszło na to, że uzasadniony, ale raz się żyje, myślę- zobaczę o co tu chodzi, co się podoba.

Klik.

84

Pani (taka dosyć znerwicowana) odpowiadała na pytania swoich widzów. Prowadzi vloga lajfstajlowego. Film trwał 20 minut. Wytrwałam 10. 

Z tych 10 minut straconego życia dowiedziałam się, że nie ma przyjaciół i nie chce ich mieć, bo ludzie zawodzą. Że lubi luksus i pieniądze, a jak ktoś mówi, że nie lubi to kłamie, albo niech będzie bezdomny (“bezdomni, haha, są wolni”), że nie zadaje się z ludźmi biedniejszymi niż ona bo jej zazdroszczą i że facet ZAWSZE ma za nią płacić, bo to są tradycyjne wartości, które ona wyznaje, a nie jakieś feministyczne bzdury.

Wyłączyłam. Spojrzałam na komentarze. Dzieci z gimnazjum/ liceum zachwycone, “tak tak, sama prawda, takie życie, zaorane, jesteś świetna”.

Aż chciało się ich wszystkich przytulić i pogłaskać.

Nie kłamię, pieniądze nie są najważniejsze, dopóki mam za co zapłacić rachunki, włożyć jedzenie do lodówki i raz na jakiś czas pojechać sobie na wakacje, to naprawdę nie ma takiej rzeczy, która po zakupie dałaby mi jakieś poczucie szczęścia. 

Droga do takiego stanu umysłu była długa, bo kiedy człowiek wchodzi w dorosły świat z wieloma kompleksami (że z małego miasta, albo mało zarabia, nie ma tego i tamtego), to stara się je właśnie nadrobić statusem materialnym. Stara się kupić sobie poczucie własnej wartości, bo to jest najprostsza droga. Wiem po sobie, jak ciężko sprawić by ludzie cię lubili, przeważnie wychodzi dopiero w momencie, w którym czujesz się dobrze sam ze sobą i już nie zabiegasz o to wszystko.

Oglądałam jakiś czas temu (ponownie, bo za pierwszym razem byłam zbyt młoda, żeby coś z tego zrozumieć) “Trzy kolory: Niebieski”. Po wszystkich tragediach i perypetiach bohaterów, Kieślowski serwuje nam na zakończenie “Pieśń nad pieśniami”. Łzy leciały mi po brodzie, szyi, prawie po kolana. Dla wyznawców “tradycyjnych wartości” przypomnę: “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów a miłości bym nie miał stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”.