Kobiety

Jest duszno i dosyć ciemno. Z tym pierwszym energiczna blondynka radzi sobie przebiegając przez całe pomieszczenie z odświeżaczem powietrza.

Sterty kolorowych szmatek spadają z wieszaków, nikt nie traci czasu na podnoszenie.

 

-Zna pani angielski?

-Trochę.

-Przetłumaczy mi pani, co na tej koszulce, żeby stara baba z czymś głupim nie chodziła po mieście.

-“Bądź spokojny i ciesz się Wiedniem”

-A to dobrze.

 

Od czasu do czasu zaplącze się osobnik męski. Ukierunkowany na wieszak ze spodniami albo koszulami. Wchodzi, łapie, przykłada do bioder, krytycznym wzrokiem spogląda na metkę. 5 zł to tanio czy drogo? 

Czasem przywlecze go żona. Grzebie, wyciąga, wyławia, stoi niecierpliwie pod przymierzalnią. “Już włożyłeś? Pokaż no się. Tu się podłoży i będzie super”.

tumblr_odn1hqw4bw1vcdl4po1_1280

 

Świeżo upieczone matki zastanawiają się, czy na roczne dziecko nie za duża ta sukienka. 

-Jak za duża to podrośnie, byleby nie za mała.

Czy tą plamkę da się odprać, czy to bawełna, a bywają czasem kombinezoniki?

 

Dwie dziewczyny pod kotarą. 

-Dżoana! Mam coś dla ciebie! Espeszaly for ju!

-No, pokaż jak wyglądasz. O! Super! Znaczy w tłoku ujdzie!

-Odsłoń trochę te nogi!

 

-Proszę pani, ja będę tu przed panią stała, tylko jeszcze zapomniałam zobaczyć tamte wieszaki, zaraz wracam.

 

-Spojrzy pani na metkę, czy to można do pralki? Nie wzięłam dziś okularów.

 

W kasie zaradna i żwawa sprzedawczyni zachwala, że we wtorki wszystko po 2 zł, w każdą sobotę dostawa.

-Widzi pani, wyszłam dziś po bułki, a wracam z garniturem Hugo Boss.

-Hugo Boss? Ale mnie pani wkurzyła! Pokaże pani! No rzeczywiście! Kurde, powinnam teraz policzyć trzy razy tyle!

-Od razu dzień mi dobrze się zaczął.

Skąd się bierze TO w środku

Miałam 6 lat, kiedy wygrałam swój pierwszy konkurs plastyczny. Był o zasadach ruchu drogowego. Przedszkolaki zebrane w sali udekorowanej zielonym suknem, godło jeszcze bez korony, galaretka z bitą śmietaną na deser, od której zrobiło mi się niedobrze. Dyplom. Wywiad w lokalnej rozgłośni radiowej. 

-Jak masz na imię?

– Majisia.

– Powiedz Marysiu, co jest na twoim obrazku?

itd.

W podstawówce wszystkie zeszyty zamiast zapisanych lekcji zarysowane wzorkami, buziami, roślinami, zwierzętami. Do naszego domu przyszedł ksiądz po kolędzie:

-Czy córka wybiera się do liceum plastycznego?

-Nie, po tym nie ma pracy

W liceum w głowie “bzdury”. Jak manga i anime. Czarodziejkowy szał, potem NGE, GITS, tego typu pozycje.

Wszystkie gazetki szkolne mego pędzla. Portrety Puszkina, Norwida, Sobieskiego, kogo ja tam nie narysowałam. Prywatnie- tony absolutnie splagiatowanych komiksów, tony głupich komiksów i kilka całkiem pomysłowych. Czasem wydruk w jakiejś gazetce, fanzinie. Czasy bez internetu, jak tu pokazać swoją twórczość?

Niedawno przeglądałam te starocie. To nie jest tak, że ja miałam jakiś specjalny talent czy łatwość. Tego po prostu były tysiące. Sterta absolutnie potwornych bohomazów z asymetrycznymi twarzami i powykrzywianymi dłońmi.

W domu: nie zajmuj się tymi bzdurami, lepiej się ucz. Była nawet specjalna nazwa- “znowu rysujesz swoje małpieniata” (chyba z rosyjskiego to określenie?).

Za karę porwane rysunki. Potem już niszczyłam je sama. To jest tak, jakby człowiek sam się dźgał w serce, zabijał siebie kawałek po kawałku. Przestajesz w pewnym momencie czuć cokolwiek, obojętniejesz, odlatujesz w jakąś ciemność.

99

Nauczycielka z domu kultury:

-Marysiu, może byś poszła na ASP?

-Nie, ja się nie nadaję, będę lekarzem.

W klasie maturalnej zwrot, teraz albo nigdy. Na szybko sklejona teczka wysłana na Akademię. Pojechałam na bezpłatne konsultacje. Ładne rysunki, proszę przyjechać na plener. Nie stać mnie na plener, proszę pana, rodzice nie wspierają takich “głupot”, nie mam 2tys. złotych aby tam pojechać.

No to chociaż architektura wnętrz. Po tym będzie praca, prawda?

Praca była. Najpierw zapieprz za grosze w kolejnych firmach, potem na własną rękę. I gdzieś coś powoli odpadało kawałek po kawałku. Przestałam pisać pamiętniki i listy, bo po co, i tak zostaną przeczytane, a potem wyszydzone. 

Nauczona wstydzić się za wszystko, co wychodzi ze środka, nie chciałam już nawet próbować. Pokazanie swojego rysunku, czy tekstu to dla mnie jak stanąć nago na środku ulicy.

Dlaczego to robię? Bo sprawia mi cholerną przyjemność i choć na chwilę daje poczucie wolności.

Nie zapraszam bliskich na wystawy. Nie przychodzili na nie, kiedy byłam w szkole, nie przyjdą i teraz. Z gulą w gardle przyjmuję komplementy od rodziny mojej żony. Nie jestem w stanie nawet w to uwierzyć, że jadą z innego miasta i chce im się zobaczyć moje prace na jakiejś ścianie. Odpycham to i udaję, że nie słyszę.

Pamiętam jak miałam swój pierwszy wernisaż w liceum. Pokaz prac grupy z domu kultury. Nie poszłam na niego, bo musiałabym iść sama. Jedynie mój dziadek kazał mi się zaprowadzić. Pojechaliśmy autobusem na drugi koniec miasta, a tam zamknięte, “dziś nieczynne”, “zapraszamy jutro”. Obejrzeliśmy zza krat w oknach i ten jeden raz czułam, że ktoś jest ze mnie dumny.

Czysta krew

Chyba częściej się wkurzam niż smucę. Wczoraj fejsbuk pokazał mi post, który polubił znajomy. Post napisany wściekle elitarystycznym językiem- o motłochu, który wybrał dyktatora i nic z tego nie rozumie. O tym, że potomkowie niepiśmiennych bosonogich chłopów wywyższeni przez komunizm teraz zbierają plon. Że prostacy i idioci. Że faworyzowani przez PRLowską władzę zmierzają do tego samego. Pogarda strumieniami.

Ale nie fiksując się na chwilowej sytuacji, chciałabym sięgnąć głębiej.

Za każdym razem, kiedy ktoś ze znajomych pieje z zachwytu nad swoimi “szlacheckimi korzeniami”, przewracam oczami i przypomina mi się tekst Kapuścińskiego o rasizmie. Ogólnie rzecz biorąc duma z koloru skóry jest dla mnie tym samym co duma z pochodzenia. No gratuluję miałeś przypadkowe szczęście urodzić się akurat w rodzinie:

a. wykorzystującej niewolniczą pracę chłopów przymierających głodem, aby zachlewać się do nieprzytomności na polowaniach i dzięki współpracy z zaborcami gromadzącej majątki (to w przypadku tej “prawdziwej” szlachty)

b. niby szlacheckiej, ale żyjącej na klepisku, a różniącej się od chłopa tym, że potrafi czytać i pisać, z licznymi bękartami poczętymi na sianie przemocą.

Dla mnie pogardzanie niepiśmiennym chłopem pańszczyźnianym to strzelanie sobie samemu w głowę. Bo kto odpowiadał za taki stan rzeczy. W dużej mierze ominęła nas rewolucja przemysłowa Zachodu, kościół katolicki niestety wbrew własnym deklaracjom bardzo rzadko wychodzi do tzw “ludu”, prędzej pewnie księdza proboszcza można było spotkać na zakrapianej imprezie lokalnego panicza, niż uczącego bosonogie dzieci alfabetu. Dlaczego niemiecki pan mógł zorganizować szkołę, a polski nie? Jaki pasterz, takie owce moi drodzy.

Niedobrze mi się robi od przechwałek, jakiej kto jest krwi. Bądź człowieku dumny z tego, co sobą reprezentujesz, a nie z losowego przypadku. 

Ci pogardzani chłopi nie raz takich pyszałków wynosili bagnetami, i po trochu to się dzieje właśnie teraz.

To, że komunizm pozwolił kształcić się osobom, które do tej pory były pozbawione jakiejkolwiek możliwości oderwania się od pługa, poczytuję jako jego wielką zasługę.

Często na różnych stronach warszawskich, gdzie są np informacje o imprezach, obchodach itd mam okazję poczytać tonę pogardliwych komentarzy o “słoikach”.

Że nie płacą podatków w mieście, w którym mieszkają. Tak, bo gdyby mogli się tam zameldować, to nie byłoby problemu. Gdyby chciwy rynek mieszkaniowy nie pobierał równowartości średniej pensji za norę w ciemnej dupie, która jeszcze 50 lat temu nawet Warszawą nie była, to może nie trzeba by było wozić tych klopsów od mamy. 

c5d13537853905-574e8b6016a72

Sory, Warszawa to nie Nowy Jork ani Paryż, jak wyjmiecie przyjezdnych, to wiatr będzie hulał między blokami z wielkiej płyty zwanych “luksusowymi apartamentowcami 10 minut od centrum”. Jak podczas każdej Wielkanocy, kiedy miasto przypomina Phenian po przejeździe kolumny Kim Dzong Una.

Masz naprawdę wielki żal, że “ktoś kradnie Ci pracę”? To napisz lepsze CV.

Nie każdy potrafi docenić to, że dzięki tym ludziom właśnie w Warszawie jest energia, ruch, tłum na targach śniadaniowych. Że ten, kto nie dostał mieszkania po babci, prędzej czy później je kupi i zacznie płacić te wymarzone podatki w stolicy. I wyrobi sobie kartę Warszawiaka. I zamiast gołąbków w słoiku zje pyszne Pho od emigranta wietnamskiego, który z kolei wynajmie lokal od kogoś, kto akurat miał fuksa urodzić się w tym a nie innym miejscu.

Wiecie drodzy “rdzenni” Warszawiacy, jak ciężko jest zacząć życie w nowym miejscu, gdzie nie ma znajomych z podstawówki, nie wiesz, do jakiej przychodni pójść, dentystę i mechanika ogarniasz po latach strasznych wpadek i błędów, a mieszkanie na kupie wcale nie przypomina sytuacji z serialu “Friends”, prędzej nielegalny burdel 24h.

I nie, nie każdy chce “zostać w swojej wsi” (a często w uroczym miasteczku), bo na przykład wymarzył sobie aby być project managerem w firmie reklamowej i sory, że to komuś przeszkadza, ale na szczęście tu nie Rosja i można się jeszcze przemieszczać w celach zarobkowo- mieszkalnych. Ja mam propozycję, aby ci, którzy krzyczą o siedzeniu “u siebie”, zostali “u siebie” na wakacje, a swoje dzieci zapisali na półkolonie w mieście, rodziców do sanatorium z leczniczymi właściwościami warszawskiego smogu. Wtedy sobie krzyczcie o “lokalnych patriotach”.

Skąd się bierze duma z “czystej krwi”? Z kompleksów i z własnych małości. Bo nie czarujmy się, być “rodowitym Warszawiakiem”, albo mieć “szlacheckie korzenie” (co zresztą najczęściej nie idzie w parze), to dla np takiego “rodowitego Paryżanina” brzmi tak samo, jak: “jestem z Ułan Bator i mamy tam fajną jurtę od pokoleń”.

Warsztaty z umierania

Niedawno buszowałam z koleżanką w księgarni. Wpadła mi w oko okładka książki, którą czytałam rok temu- “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Zachwalałam znajomej, jak to dzieło poprzestawiało mi w głowie, za nami pan w średnim wieku nadstawiał uszu i kiedy udałyśmy się do kolejnych regałów, chwycił ten reportaż i po przewertowaniu ruszył do kasy.

Reklama dźwignią handlu, ale nie chcę tu omawiać tej książki, jest ona pretekstem do czegoś innego.

Jest w niej opisana scena tytułowych warsztatów. Prowadzi je buddyjski mnich, aby pomóc ludziom pozbierać się po tragedii katastrofy w Fukushimie. Są to techniki wizualizacyjno- medytacyjne, uczestnicy piszą na oddzielnych karteczkach najważniejsze przedmioty w swoim życiu, najważniejszych ludzi, najważniejsze aktywności itd. Następnie kawałek po kawałku słuchają opowieści, a raczej uczestniczą w czymś, co można porównać do role playing game. Prowadzący opisuje im kolejne stadia ich wyobrażonej choroby. 

Na początku słabną. Każe wybrać i wyrzucić jedną z karteczek. Potem walczą z chorobą- odpadają kolejne zapiski. W końcu czekają na śmierć, kawałek po kawałku, kiedy historia się rozwija przechodzi się od rzeczy najmniej istotnych do najważniejszych. Poddający się tej terapii największy problem mają z odkładaniem ludzi, zamiast miąć papier, ostrożnie go składają i delikatnie odsuwają. 

To, co zostaje nam na końcu, uświadamia, co w rzeczywistości jest dla nas ważne, najbardziej istotne.

Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie, myślę, że mocno mnie zmieniła. Jak często żyjemy czymś, co będzie za miesiąc, za rok, za pięć. Widzimy siebie w teoretycznych sytuacjach, do których aspirujemy, które nadejdą lub nie. Wściekamy się na rzeczywistość, która jest poza zasięgiem naszego wpływu.

tumblr_ocau7swfti1vcdl4po1_1280

Mam czasem taki moment, że gubię tydzień. Lecę nie wiadomo dokąd, a tu nagle sobota. I trzeba szybko odpoczywać, bo przecież zaraz od nowa kołowrotek.

Zbierałyśmy długo na remont. A tu zepsuł się samochód, no zdechło truchło i koniec, wkładanie kolejnych pieniędzy na reanimację przestało mieć jakikolwiek sens. Trzeba było kupić nowy. Remont się nie wydarzył.

Wizja kolejnych kilku lat odkładania (bo kredytu nie chcemy) zniechęcała do czegokolwiek. Także trudno- dziś i teraz. Kupiłam farbę i przemalowałam ściany, moja partnerka- meble kuchenne. I po kawałku, może nie będzie generalny i wymarzony, ale życie nieokreśloną przyszłością jest zbyt frustrujące.

Kiedyś dużo przejmowałam się tym, czego nie mam. Wciąż kolejne rzeczy do odhaczenia, klucz do szczęśliwości wiecznie gdzieś za rogiem, za mgłą. A to większe zarobki, albo kolejna życiowa podróż, ładniejsze, większe mieszkanie itd. W pewnym momencie zaczęłam robić różne rzeczy dla przyjemności. Rysować, pisać, dawać czas dla siebie. Już nie mam presji, żeby być mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, bogatsza. Żeby mnie bardziej rodzina lubiła, żeby wszystkich zadowolić i pokazać, że zasługuję na ich uwagę, aprobatę.

Nie potrzebuję żadnego kołcza, który będzie do mnie krzyczał, że mogę wszystko, sky is the limit i że mam wychodzić ze strefy komfortu. Ja swoją strefę komfortu cenię ponad resztę, kokoszę się w niej, przyjmuję gości jak chcę, a jak nie, spędzam samotnie w niej czas bez żalu, że coś mi ucieka.

I nieważne jak dużo mam pracy, obowiązków, że kot narzygał, chcę się wtedy czuć spokojna i pogodzona ze światem.

Od niedawna bardzo pomaga mi w tym poranna medytacja, która wycisza hałas w głowie. Wiem, że to wszystko może brzmieć jak tandetne teksty z książek hygge/ cohelio itd, ale w tym rozedrganym świecie i wariatkowie dążenia do sukcesu, w nieustających konkursach na to, kto ma więcej, przydałyby się obowiązkowe warsztaty z umierania.

W rzeczywitości

Śniło mi się dzisiaj, że waliłam głową w ścianę. Miałam za mało siły i głowa odbijała się od muru jak piłka. Nie byłam w stanie skruszyć ani jej ani betonu. Obudziłam się zlana potem.

Byłam wczoraj na imprezie pożegnalnej. Takiej “emigranckiej”. W rozmowach dominowała polityka. O protestach, o przyszłości, o ucieczkach. Śmialiśmy się, że pięć lat temu wymienialibyśmy plotki kto z kim się przespał, albo gdzie warto pojechać na wakacje.

97

Moja czteroletnia siostrzenica, w domu, w którym prawie nie ogląda się telewizji, zapytała czy będzie wojna.

Malutkie dzieci znajomych i rodziny, dzidziusie, już uczestniczą w marszach.

Chciałam zrobić jakiś lajfstajlowy fajny wpis, nawet szkicowałam w zeszycie ilustracje, niestety mam poczucie, że w obecnej chwili byłoby to niewłaściwe.

Czy przesadzam tak martwiąc się o przyszłość?

To, co mnie podnosi na duchu, to dobre twarze tysięcy ludzi, Polaków, którzy nie zgadzają się na bycie szarą masą. Którzy uczestniczą. Wychodzą z domu i coś zmieniają, choćby moje postrzeganie rodaków.

Wszyscy byliśmy dziećmi

Dzieciństwo to coś do czego się wraca, żeby zrozumieć. Nie tylko nostalgia za oranżadką w proszku i komputerami Amiga.

Lubię sobie podkolorować, idealizować ten czas, bo kiedy jesteś dzieckiem wszystko ma inny smak i barwę. Widzę to po moich siostrzeńcach i siostrzenicach, którzy w muszli szukają głosu małej syrenki, a na wieść o lodach zaczynają skakać z radości.

Późniejsze życie, błędy i decyzje, które traktujemy beztrosko, okoliczności, na które nie mamy wpływu i takie, które zależą od nas, składają się na obrazek człowieka, którym się stajemy.

Była Janina. Zazdrościłam jej zagranicznych ubrań. Mama pracowała we Włoszech. Janina najlepiej na podwórku grała w gumę. Zawsze była trochę “ponad”.

Janina co wieczór w milczeniu prowadziła do domu swojego pijanego ojca. Kiedy była już pełnoletnia codziennie słyszałam przez ścianę z jej ust przekleństwa w stronę nietrzeźwego rodzica. Janina wyjechała i odcięła się od rodziny.

Była Marta. Marty rodzice pracowali w Stanach Zjednoczonych. Marta miała zawsze mieszkanie tylko dla siebie. Marzyłam, żeby jak ona mieć tyle przestrzeni i wolności. Nosiła w kieszeniach pieniądze, ja co najwyżej drobniaki na gumę do żucia. Czasem do Marty zaglądali dziadkowie. Marta była grzeczna i miała dobre oceny.

Rodzice Marty się rozwiedli zostawiając jej wspólne mieszkanie. Marta wyszła za mąż, urodziła dzieci. Z mężem pili dużo alkoholu, brali narkotyki. Teraz są na odwyku, opieka społeczna przekazała potomstwo przyrodniemu bratu Marty.

tumblr_obzrgq46ta1vcdl4po1_1280

Znałam Krzyśka, Ewę, Anetę, Bartka, Marka, Asię, Marcina, Karola i wiele innych dzieci, wrzuconych w dorosłość w czasach, kiedy nie było podręczników wychowywania, komunikacji asertywnej, rodzicielstwa bliskości, zajęć montessori, terapii sensorycznej, ADHD, alkoholik to był żul pijący denaturat, a nie wracający krzywym krokiem tato.

Idealizacja lat 80-tych, 90-tych, często w memach pt. “a pamiętacie jak z kluczem na szyi rozbijaliśmy sobie kolana i nikt nie dzwonił po pogotowie” pomaga nam nie czuć się tak źle z tym, co widzieliśmy, wyprzeć kłótnie za ścianami, bite za bezsensowne “przewinienia” dzieci, agresywne dziesięciolatki męczące zwierzęta, gdy nie było pedagoga/ psychologa do pomocy, brak reakcji na samotność “eurosierot”.

Mówią nam “wyrośliśmy na ludzi”.

Na ludzi nieradzących sobie z życiem, albo wręcz przeciwnie- po trupach dążących do samospełnienia, ludzi zasilających kozetki psychologów, nie potrafiących pozostać dłużej w jednym związku, wybierających związki toksyczne i destrukcyjne, dających się pomiatać przez pracodawców, klientów, pomiatających innymi, których uważamy za mniej zaradnych, albo niżej niż my stojących na drabinie.

Ludzi niewrażliwych na piękno, przyrodę, literaturę, sztukę. Bo nie ma miejsca na te wartości, kiedy w środku ból i cierpienie. 

Na ludzi, dla których pieniądz kupuje szczęście, “haule”, wyprzedaże, musthavy, lacosty i najki zaklejają z ulgą dziury w sercach. 

Wracamy z sentymentem do tych fioletowych łokci i napojów z woreczka, żeby zapomnieć o pasie na tyłku za złe świadectwo.