Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara. 

Poczytaj mi mamo

-Po co ci głowa? 

-Jem niom.

Było już bardzo dużo utyskiwań na temat stanu czytelnictwa. Od takich trochę zabawnych (przynajmniej dla mnie) akcji typu “nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, po statystyki z horroru, mówiące o tym, że 80% Polaków z literatury to najbardziej ceni sobie memy i statusy internetowe (ale tylko poniżej 3 linijek).

Nie kupuję tłumaczeń, że ktoś “nie ma czasu”, albo jest zbyt zmęczony. Z czytaniem jest jak ze sportem, kiedy się zaniedbasz, pierwsze 2-3 treningi bolą jak skurwysyn. Ale gdy nie używasz organu- zanika z prędkością trudną do nadrobienia.

Masz czas chodzić po galerii (handlowej, bo przecież nie takiej ze sztuką). Masz czas oglądać piętnasty sezon serialu o smutnych dziewczynach albo rozkładających się zwłokach mordujących ludzi. Masz czas drugą godzinę przewijać stronę Zary w poszukiwaniu promocji. Masz czas plotkować na fejsie. Nie bądź hipokrytą- powiedz, że ci się nie chce.

Nie chce się bo to wysiłek, a trud wynika z tego, że nie “trenujesz”.

Można oczywiście czerpać wiedzę o świecie z nagłówków, bo po kliknięciu okazuje się, że “wyczerpałeś limit darmowych artykułów”, a przecież nie chce ci się teraz płacić za dostęp, więc “Szok i niedowierzanie” w tytule pozwalają ci wyrobić opinię.

Można o świecie nie wiedzieć nic. Można żyć bez znajomości historii wojny w Wietnamie, biografii Beksińskiego, nie wiedząc kto to Stasiuk, a Nike to marka obuwia a nie nagrody literackie.

dfac5f41003153-5795bd1faa458

Myślę, że to bardzo przyjemne życie, głupota i nieświadomość to 90% lekkiej i miłej egzystencji.

Z książkami jest też jak z jedzeniem. Na początku może i przyjemnie walnąć sobie fast fooda, ale kiedy rozsmakujesz się w śmierdzących serach, dobrym winie i ostrygach, to nie przełkniesz już maczka tak łatwo. Może na kacu po imprezie, albo podczas okresu w dresie, z pryszczem na twarzy.

Czasem zdarza mi się wrzucić taką “literacką golonkę” na ruszt, guilty pleasure, człowiek się zeszmaci i obiecuje, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Czytanie może cię zmaltretować psychicznie. Wystawiasz się jak ofiara. Na przykład takie “Małe życie” Yanagihary to przeokropny szantaż emocjonalny. Albo się mu poddasz i spłyniesz łzami, albo rzucisz z wściekłością książką o ścianę.

Książka może cię wprowadzić w stan depresyjny, w stan beznadziei, jak wszystko co wydała na świat Swietłana Aleksiejewicz. 

Lektura może sprawić, że zmienisz zdanie na jakiś temat, może cię zrazić lub przekonać do różnych rzeczy. Może wywołać poczucie dyskomfortu. Możesz mieć gulę w gardle, możesz nie spać, jak ja po “Ciemno, prawie noc” Joanny Bator.

Możesz zmienić postrzeganie otaczającej cię rzeczywistości, zacząć zwracać uwagę na rzeczy, które dotąd były przezroczyste (polecam Springera).

Całkiem możliwe, że poczujesz się głupi, bo nie rozumiesz, albo nie nadążasz. 

Nigdy nie fetyszyzowałam druku, nie wąchałam roztoczy egzemplarzy z biblioteki, ani trującej chemii wprost z drukarni. Lubię jak sobie stoją na półkach, jest w tym satysfakcja zbieracza. Moje OCD nie pozwala mi porzucić książki nieskończonej i nawet, jeśli się męczę, to raczej doczytam. Nie mam wyrzutów, aby szmiry wystawić na śmietnik, nie widzę w książkach żadnej nietykalnej świętości.

Bez książek jednak, jak bez sztuki, można ślizgać się bezmyślnie po świecie, niczego nie rozumiejąc, nie pragnąc nawet dowiedzieć się, jaką historię kryją w sobie inni ludzie. Jak inaczej, niż poznając różne punkty widzenia, różne wrażliwości, światy, można wykształcić w sobie krytyczny umysł zdolny do jakiejkolwiek refleksji?

słabość

Są ludzie, którzy, kiedy spotka ich jakaś niesprawiedliwość, krzywda, prowadzą wokół kampanię bycia ofiarą.

Szukają współczucia, opowiadają wokół, wszem i wobec, często sobie podkoloryzują, czekają na ojojojki, głaski, solidarność, potwierdzenie własnych racji. Czyszczą się od środka.

W zależności od historii dostaną różny poziom wsparcia, jeśli ktoś ma skłonności mitomańskie- pobłażliwe machnięcie ręką. Czasem sępy, pijawki i plotkarze pojawiają się po dawkę mięsa, aby puścić dalej w świat.

Ja mam tak, że ilekroć spotka mnie podłość, to się wstydzę. Nie potrafię o tym mówić, bo nie lubię być ofiarą. Współczucie mnie krępuje i mam ochotę uciekać. Potem gangrena rozwija się spokojnie w mojej duszy zatruwając wszystko dookoła. Gnije ci ręka- utnij. Z raną w sercu już tego nie zrobisz tak łatwo.

Całe moje rysowanie- malowanie, potem pisanie zaczęło się jako lek na niepokój. Był to okres, kiedy czułam się bardzo źle, wykorzystana, zbrzydzono mi coś, co w zamyśle miało być piękne, dostałam po tyłku plotkami, na głowę wylało mi się wiadro pomyj.

Żeby nie zwariować, bo wszystko zmierzało w tym kierunku, po dwóch tygodniach bezsennych nocy zaczęłam przelewać na papier to, co w środku. Nie potrafiłam przyjąć wsparcia od bliskich, nie umiałam powiedzieć jak źle się czuję, jak bardzo bolało, bo to oznaczałoby słabość, a tkwiło we mnie przekonanie, że kiedy pokażę swój stan, to jakieś zło na świecie wygra. Zamykały mi się klapki na innych ludzi, przestawałam dzielić się tym, co dobre i tym co złe, bojąc się tego, że znowu dostanę pięścią w odsłonięty brzuch.

87621437194643-57382f5800031

Oczywiście to wszystko brzmi bardzo emocjonalnie, ale tak właśnie się wtedy czułam. Tylko rysunek dawał mi jakieś poczucie prawdy, miejsce, gdzie bez wstydu mogę wyrzucić to, co mnie dręczyło.

W tamtym czasie w pamiętniku naszkicowałam dziewczynę z dziurą w ciele, z której kanalikami przez skórę wydobywał się czarny pył.

Myślę, że kiedy uderzy się człowieka w jego najczulszy punkt, to nie ma miejsca na dystans, zdrowe emocjonalne asertywne reakcje, szybkie “przepracowanie” sprawy. Kiedy inni wykorzystają twoje problemy do błyszczenia podczas rodzinnych obiadków i pseudoanalizy typu plotkarskiego- tracisz zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, wiarę w siebie.

Dlatego matki krwiożerczo się kłócą o swoje dzieci. Ludzie z dysfunkcyjnych rodzin bronią ojca i matki do ostatniego trupa. Słuchacze Rydzyka dadzą się za niego pokroić. Osoba homoseksualna siedząca w szafie ilekroć usłyszy coś o pedałach w sklepie, będzie prawie wymiotować ze stresu. 

Wystarczy precyzyjna szpilka w ten jeden punkt i człowiek rozpada się na kawałki. Ich składanie to praca od nowa za każdym razem, gdy pojawi się choćby cień wspomnienia.
Podobno dwie rzeczy leczą rany: dystans i czas. W moim przypadku chyba czas na dystans.

Nie istniejesz

Swego czasu w internecie krążył taki memopodobny twór. Lista żali i smuteczków, że świat nie jest tradycyjnie piękny, kobiety niekobiece, mężczyźni zniewieściali, nikt nikogo nie kocha i nikt nie umie utrzymać związku, zwieńczony pointą, że “podmiot liryczny” w takim świecie nie chce żyć. 

Przepraszam, że nie przytoczę  tu całości, trochę szkoda mi na tego gniota miejsca, poza tym być może kojarzycie.

Na początku tekst był anonimowy, potem doklejono do niego sylwetkę smutającego Keanu Reevesa (co mi już zazgrzytało, bo on taki znowu tradycyjny nigdy nie był, umawiał się w końcu z trans kobietą), w finale okazało się, że słowa wypowiedział jakiś imam (ale nawet to nie jest pewne w labiryncie internetu).

Tekst był szerowany na wszystkie strony, lajeczki leciały wodospadem, “pozamiatane”, “zaorane”, “przejebane”.

Trochę się dziwiłam, kto z moich znajomych onanizował się tymi słowami, bo były to osoby z gruntu mało “konwencjonalne”. Całkiem możliwe, że człowiek potrzebuje prostych prawd, prostych podsumowań i objawień. Niestety relatywizm traktowany jest jako coś złego, a nawet niemoralnego, bo trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron.

Jeszcze dawniej była moda na wyśmiewanie “facetów w rurkach”, z grzywkami emo, z tunelem w uchu. Taki niemęski osobnik, jechali po nim od prawa do lewa, nagle każdej wyzwolonej hetero kobiecie przeszkadzało “zniewieścienie dzisiejszych mężczyzn”, bo one by chciały takiego z zasadami, twardego, w mundurze, z brodą albo z siekierą. Co to da w ryj jak ktoś jej napyskuje (oczywiście ktosiowi, nie jej).

I trzecia anegdotka.

Czytałam ostatnio książkę, w której fragmencie narrator frustrował się na “szarą masę”. “Po co żyjesz?”, tak pisał. Że miałkość. Że rozmowy o niczym. Że bezpodstawna radość, jak tu ból istnienia. Że plotki w autobusie.
Musiałam na chwilę zamknąć (koniec końców bardzo przyzwoite) dzieło.

778bb338417461-5760f990d9cc3

Czy czujemy się lepsi porównując do innych. Może lubimy sobie pouogólniać: o, to szara masa, a tu ja z krwi i kości. Tu wymoczek w obcisłych spodniach, jak on tego mamuta zabije. Tu prawdziwa miłość, przyjaźń, wierność i czarno białe zasady jak ze starych filmów z Clintem Eastwoodem.

Wiecie, zdarzyło mi się kilka razy w życiu być podsumowaną. Że jestem nudziarą, bo nie noszę czuba na głowie. Że nie mam prawdziwych problemów, bo ktoś ma coś gorzej. W sumie prawie codziennie jesteśmy szantażowani złotymi myślami memopodobnymi na fejsbuku. Że “współczesny człowiek”, “Pokolenie Y”, “problemy pierwszego świata”, “millenialsi”, “dzisiejsza młodzież”. Emocjonalni zakładnicy uogólnień. 

Do czego zmierzam.

Nie istniejemy w cudzych głowach.

Związek nie rozpadł się “bo w dzisiejszych czasach nie ma wartości”, tylko dlatego, że nie chcieliście nad nim pracować. Albo jedna osoba nie chciała. Może to nie była miłość.

Dzisiejsze kobiety nie “ubierają się jak dziwki”, tylko jak chcą. I nic nikomu do tego. Jedne zakrywają- dewotki. Odsłaniają- prostytutki. Może niech się ubierają dla siebie, a nie dla publiczności.

Podobnie “chłopięta w rurkach”. Może mają ochotę spotkać inną dziewczynę lub chłopaka z długą grzywką na pół twarzy i razem pod kocem słuchać “The Cure”. Nic nikomu do tego.

Może ta “szara masa” po prostu odpoczywa od dzieci plotkując z sąsiadką z autobusie. Może cały dzień użerała się z petentami w okienku.

Wszyscy możemy mieć: długi, ojca alkoholika, matkę chorą na raka, brata, z którym się nie dogadujemy, szefa, który drze pałę, poczucie niskiej wartości, porażki, bite dziecko za ścianą, rozlatujący się związek, milion różnych problemów niezależnie od tego, co obca osoba widzi przelotem.
Nie istniejemy dla siebie. Istnieją jakieś proste slogany, uogólnienia, rymowanki z wklejonym zdjęciem aktorki i dopisanym “jeśli się zgadzasz, podaj dalej”. “Lewaki” i “prawaki”. “Cioty”. “Dziwki”. “Bezmyślne stada owiec”. 

Spotykając, słuchając kogoś, może na początek nie zakładajmy za wiele.

Zorientowani

Orientacja inna niż heteroseksualna wymaga deklaracji. Zawsze mnie to lekko irytowało, że coś jest domyślne, a każdy, kto się w tych pojęciach nie mieści, musi się społecznie ometkować, żeby inni wiedzieli o co chodzi.

Bycie z kobietą często ustawia Cię na pozycji otwartej. Otwartej na propozycje.

Na przykład heteroseksualnej dziewczynie w heteroseksualnym związku niezwykle rzadko będą składane propozycje trójkątów czy innych figur geometrycznych. Zakłada się, że jej związek jest monogamiczny, a partner po takich słowach może zwyczajnie dać w ryj.

Nawet nie wiecie ile razy zdarzyło mi się usłyszeć od obcych ludzi oferty zupełnie jednoznaczne. Czasem nawet nie poprzedzały ich słowne zapytania, a od razu przechodzono do czynów, bez zbędnych ceregieli. Ha- nikt nawet mi kolacji nie zaproponował, a już leci z łapami!

Jest jakiś magiczny pornograficzny mit, wzięty z bajek dla dorosłych na różnych fantastycznych internetowych stronach, że jak spotykasz nieheteroseksualną kobietę, to następuje akcja. Innymi słowy używasz sobie innej osoby do zrealizowania erotycznej fantazji.

tumblr_ocwzxs7jmn1vcdl4po1_1280

Wystarczy, że w towarzystwie pojawiają się słowa: “moja dziewczyna”, “moja partnerka”, a w głowach co poniektórych, jak u Pomysłowego Dobromira, zapala się żaróweczka. 

Ja rozumiem, że są związki otwarte, związki poliamoryczne i jakie tam chcecie spektrum ludzkich relacji. Ale może zanim ktoś złoży propozycję nie do odrzucenia, warto się dowiedzieć, czy taka osoba przypadkiem nie jest w związku monogamicznym? 

Już nie mówiąc o tym, że jeśli, drogi mężczyzno, spotykasz lesbijkę, to odwrotnie niż w pornografii i piosenkach Kazika- może ona nie mieć ochoty na twoje dodatkowe końcówki?

Do tego dochodzi cała sprawa biseksualizmu. 

Szczerze mówiąc, ja już nawet nie używam słowa “biseksualność” w towarzystwie, bo działa ono jak zaproszenie do łóżkowych eksperymentów.
Hej, nawet jeśli ktoś jest panseksualno- biseksualno- transseksualno- cotamjeszcze seksualny, to wcale nie oznacza, że musi mieć ochotę na czyjekolwiek nagie pośladki w swoim łóżku, tylko dlatego, że pod wpływem wina, niczym kuracjusze w Ciechocinku zerwani ze smyczy domowych starych kapci, zaczynacie toczyć ślinę swoich fantazji.

Jeśli wiesz, że dziewczyna ma faceta, to podbijanie do niej na pewno uważasz za głupie. Co sprawia, że w sytuacji, gdy “cel” jest w związku z kobietą, rozpatrujesz te propozycje jako naturalne? Albo co gorsza- zachęcasz swoją dziewczynę do takiego podboju, bo “z kobietą to nie zdrada”. A może podejdź do geja i zaproponuj mu trójkącik? I don’t think so.

To sprawia, że kobiety są trochę traktowane jak coś “do używania”. Że związek kobiety z kobietą to nie jest dla wielu prawdziwa relacja, tylko takie sobie wygłupy. 

A ponad wszystkim- może nie jesteś aż takim ciachem, za jakie się uważasz.