Drama

Jakiś czas temu świat na chwilę zamarł, dzieci przestały płakać, psy szczekać, koty w sumie spały dalej snem sprawiedliwego (bo tych bestii nic nie ruszy).

W internet ruszyła informacja, że powstanie nowy sezon telenoweli amerykańskiej The L Word.

Miałam 25 lat, w sieci Piratebay był znanym i lubianym portalem do aktualizowania kolekcji filmów, odcinki seriali na podpisanych flamastrami cedekach przechodziły z rąk do rąk.

Moje życie wyglądało mniej więcej tak, że pomiędzy kolejnymi odcinkami odliczałam dni robiąc stadne powtórki z koleżankami.

Team Carmen, Team Shane, Team Alice, Team Betty (no dobra, nikt nie lubił Tiny). Ja na złość wszystkim stałam murem za Jenny (za każdym razem kiedy wygłaszałam na jej cześć peany, leciały w moją stronę pomidory, ogryzki, psie kupy i siekiery).

Do tej pory w telewizji nie dało się obejrzeć takich postaci, takich romansów, takiego seksu.

Oczywiście, były głosy, że elitarny świat bogatych kobiet z LA to bajkowy mit i że nie każdy może się identyfikować, ale umówmy się- gdybym chciała oglądać przygody lesbijki z bloku na Pradze, to by oznaczało, że natychmiast dożylnie należy podać mi antydepresanty. 

114

Serial oczywiście miał swoje wady, okropne stereotypy, czasem łopatologicznie wtłaczane ideologie, które musiały zostać wygłoszone przez bohaterki wielkimi literami, tak aby widz nie musiał czytać na Wikipedii co to feminizm, gender, transseksualność  itd.

Co do transpłciowości, to było wręcz tragicznie. Okropny antypatyczny bohater, irytujące zachowania i sztampa wyziewała z epizodów, powodując, że czerwieniłam się z zażenowania.

Nie inaczej było z obrazem mniejszości meksykańskiej. Niedawno rozmawiałam z koleżanką Hiszpanką i udzieliła mi informacji, że kwestie wygłaszane przez Carmen w jej rodzimym języku można by przyrównać do naszego “bla bla bla” z amerykańskim akcentem, jakiego nie powstydziłby się Brad Pit w Bękartach Wojny.

Niemniej- od czasu tej serii nic tak rozrywkowego, wciągającego nie pojawiło się w tv w temacie. Bo z całym szacunkiem, ale łatwiej mi się identyfikować z klubowiczką z Miasta Aniołów niż wytatuowaną więźniarką w Orange is the New Black.

Autorzy L Word ostatnią serię (w sumie dwie) położyli totalnie, może uda im się zrehabilitować, szczególnie, że poziom świata seriali przez te kilka lat poszybował pod sufit. Historia ma dotyczyć nowych bohaterek, stare ewentualnie pojawią się epizodycznie i ja przyjmuję to z pewną ulgą, bo ileż można patrzeć jak Betty i Tina biorą śluby/ rozwodzą się/ zdradzają/ kradną dzieci/ zachodzą w kolejne ciąże.

Czekam i trzymam kciuki.

Kulturalnie

Jesień, więc czas czytania, oglądania, życia pod kocem z kieliszkiem wina (ewentualnie herbaty z imbirem) i kotem na kolanach. Ostatnio wylosowałam szczęśliwie kilka niezłych pozycji kulturalno- popkulturalnych i postaram się podzielić z Wami moimi przeżyciami.

Seriale

Zaczniemy od łatwizny: serial Atypowy wszedł jak po maśle. PODOBNO rodzice osób z zespołem Aspergera nie byli zadowoleni z przekazu. Mam kilku bliższych i dalszych znajomych z nasileniem różnego spektrum autyzmu i muszę powiedzieć, że dla laika ta historia pomaga wiele zrozumieć.

Temat potraktowano z szacunkiem, bohater nie jest wyśmiewany (jak w Big Bang Theory czy Silicon Valley), jednocześnie nie ma śmiertelnego nadęcia licznych hollywoodzkich produkcji o geniuszach kryjących się pod płaszczem zaburzeń. Empatyzujesz, śmiejesz się, wzruszasz. Najbardziej dotknęła mnie historia “drugiego dziecka”, kiedy w rodzinie jest choroba, jedno z dzieci wymaga większej uwagi, a rodzeństwo musi szybko dorosnąć, staje się niewidzialne, niedocenione, nadopowiedzialne. Trochę może zabrakło tu pazura, bo przecież zdarza się również, że tacy bracia i siostry zaczynają sprawiać kłopoty wychowawcze, aby zaznaczyć swoją obecność, ale rozumiem, że tego typu wątek zrealizowała “uwalniająca się” matka.

Film jest ciepły, doceniam brak przegięć emocjonalnych, “normalność” relacji międzyludzkich. Zabrakło mi tego w dobrze zapowiadającym się netflixowym filmie “Aż do kości”, który tylko wprowadził mnie w stan “confused”.

***

Po artykułach w Wysokich Obcasach sięgnęłam po serial Top of the Lake i historia bardzo mnie poruszyła. 

Szczególnie w drugim sezonie- podobało mi się niejednoznaczne ukazanie bohaterów, trudne do oceny moralnej sytuacje, rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, przy jednoczesnym narzędziowym wykorzystywaniu surogatek z krajów “rozwijających się”. Czarny charakter z wyższym celem, który można w jakiś sposób zrozumieć a nawet usprawiedliwić, zagubiona nastolatka szukająca miłości, traumy przeszłości ciągnące się za główną bohaterką, nie pozwalając jej ułożyć sobie życia. 

Akcja jest dosyć powolna, trzeba dać sobie czas, żeby nas poruszyło. Kiedy to już się stanie, można o serialu rozmyślać tygodniami.

113

Filmy

Tu akurat na gorąco, bo byłam w kinie wczoraj. “The Square”, uczta.

Od czasu “Wielkiego Piękna” nikt tak cudownie nie pokazał “elit”. Śmiech miesza się z przerażeniem. Bełkot wsobnego świata snobów, oderwanego od rzeczywistości, zagubionego w sobie, bezrefleksyjne uczestnictwo w rzeczach pozornie “ważnych” i “mądrych”, a tak naprawdę ziejących pustką. Strach przed biedą, przed “gorszymi”, elitaryzm. Ludzie zamknięci w akwarium takich samych jak oni, czekających tylko na otwarty bufet, oddzieleni od “prawdziwego świata”, znieczulica społeczna i poszukiwanie sztucznie kreowanych wrażeń.

Jeśli to nie dostanie Oskara, to nie wiem co.

Książki

“Ma być czysto” Anny Cieplak. Dostałam od teściowej w prezencie. Zachęcała świetna okładka. Przykład, kiedy książkę można kupić ze względu na piękną oprawę graficzną.

Tak mogłyby wyglądać “Galerianki”, gdyby ktoś się przyłożył, wykazał empatią, wyczuciem, gdyby komuś chciało się nie myśleć tylko w kategoriach czarno- białych, upraszczających. Świat nastolatków bez lukru, wypełniony nową technologią, rodzinnymi komplikacjami, przyjaźnią, lękiem. Książka nasycona współczesnością, bardzo dobrze się ją czytało, bez nostalgii ale też bez popadania w zbytni dramatyzm.

***

Podobno słowo “Hen” ma po norwesku zbliżone znaczenie jak po polsku. Książka Ilony Wiśnewskiej to typ reportażu, który lubię, bo naznaczony sympatią do ludzi i tematu. Autorka jednocześnie nie ubarwia mitu “krainy Świętego Mikołaja”. Narracja jest spokojna, dokładna, prowadzona z sercem. Czytając zalewało mnie zimno, bardzo plastyczny język obiecywał fizyczne wręcz odczucia, wprowadzał w nastrój, w którym myśli się o odpaleniu kominka i nalaniu sobie gorącej herbaty. Dla tych co nie boją się zimy.

***

Zaczęłam też czytać “My z Jedwabnego”Anny Bikont. Ciężki temat, ujęty dziennikarskim prostym językiem.

Na razie jestem trochę zdewastowana i jedyne co mogę Wam powiedzieć, to przytoczyć tu cytat z książki: “Nienawiść- mówi Jacek (Kuroń)- bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia”.

***

Gdy było jeszcze ciepło, na hamaku przeczytałam “Księgę Zachwytów” Filipa Springera i polecam ją szczególnie tym, którzy twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskusja o gustach to moim zdaniem jedna z rzeczy, które WYPADA i trzeba poruszać. Jeśli tak jak ja dostajecie kurwicy na widok burdelu architektonicznego naszego kraju, ta książka pomoże Wam zaopatrzyć się w argumenty. Warto być mądrzejszym człowiekiem.

***

No i na koniec- Patti Smith i “Pociąg linii M”. Weszło idealnie w jeden weekend. Jeśli ktoś czytał jej “Poniedziałkowe dzieci”, to zna ten styl, pamiętnikowy, pełen wspomnień, emocji z głowy, subiektywny, melancholijny. Mimo, że czasem bywa smutno, to lektura jest bardzo relaksująca, przepływa przez czytelnika lekko, pozostawiając w miłym letargu.

Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Dżungla

Czytałam wczoraj wieczorem wywiad z Orhanem Pamukiem. Było tam wspomnienie o jego ojcu, który uważał, że ludzi inteligentnych cechuje świadomość, że nie wiedzą wszystkiego najlepiej.

Plotka to danie sobie prawa do osądzenia cudzego życia i postępowania, jednocześnie bez znajomości uwarunkowań, niuansów, często nawet prawdy.

Plotkarz nie ma nic do zaoferowania własną osobą, dlatego sprzedaje innych. Miecz jest obosieczny, bo kiedy słuchasz i potakujesz różnym wymyślonym bzdetom, możesz być stuprocentowo pewna/ pewny, że o Tobie pójdą w świat dokładnie takie same bujdy.

Są plotki i ploteczki. Do tych drugich zaliczam jakieś niewinne małe sensacyjki: kto z kim się całował, kto pijany usnął pod stołem, kto umieścił śmieszne zdjęcie na fejsie. Relacje z wydarzeń, bez ściemy, wymyślania komuś intencji, powodów, dopisywania znaczeń. Rzeczy, których nie wstydzisz się oplotkowanej osobie powiedzieć w twarz nie są niczym strasznym, ot życie towarzyskie.

44f07543150247-57e4dd80f3316Gorzej, kiedy ktoś zbija kapitał społeczny na nieszczęściach lub problemach innych osób. Rozpowiadanie cudzych tajemnic, powierzonych w zaufaniu, “rozpracowywanie” cudzych związków, nadawanie na czyichś partnerów, pieprzenie na prawo i lewo o terapiach innych, ich zawirowaniach finansowych, zdrowotnych. 
Nie wiedziałam, że ludzie mogą być sobie tak nieżyczliwi, dopóki nie trafiłam niechcący w wir matczynych obmawiań i pomawiań. Ta za mało się zajmuje dzieckiem, ta jest przyssana do potomka, ta o siebie nie dba, inna imprezuje zamiast siedzieć w domu i pilnować gówniarza, o mężach i partnerach, co “pomagają”, albo i nie.

Czułam się jakbym zanurzyła się w jednym wielkim szambie.

Wzajemne oceny, zaglądanie sobie do łóżek, misek, życia, kibla, z czego co najmniej połowa to gównoprawdy.
Mam taką refleksję, że ludzie szczęśliwi nie muszą tego robić. Że plotkują i obmawiają ci, którzy szukają kogoś do porównania, kto jest gorszy, głupszy, brzydszy, biedniejszy, tylko po to, żeby zrobić sobie dobrze jego kosztem.
Czasem to jest niezwykle pochlebiające- nagle ktoś zaczyna się zwierzać z osobistych spraw- swoich i innych ludzi, pyta Cię o opinię, czujesz, że zostałeś obdarowany zaufaniem. Do momentu, kiedy się orientujesz, że te historie idą dalej w świat, zaczynają żyć własnym życiem i zmieniać się w jakieś piramidalne kłamstwa.

Troska o bliskich to powiedzieć im w twarz o swoich wątpliwościach, porozmawiać z nimi (a nie z obcymi ludźmi, którzy nie mają prawa do osądów), i jeśli jest potrzeba- zaproponować pomoc. Reszta to toksyny.

Już nigdy nie będzie takiego lata

Skończyło się gwałtownie i bez ostrzeżenia. Było jak z reklamy coca-coli. 

Jechałyśmy samochodem, wokół zielone, wieś kaszubska, z głośników Bogusław Linda recytował hymn do musztardy. Wszystko było tak nasycone latem, że bałam się utopić w tym krajobrazie.

Młodość, wino, kąpiel w jeziorze o zachodzie słońca, tak stereotypowa, że mogłaby być sceną z filmu konkursowego na Sundance Festival. W przyzwyczajonej do smogu głowie szumiało od nadmiaru tlenu, włosy pachniały dymem ogniska. Brakowało tylko kogoś z gitarą, albo bębenkiem.

Piękno lata jest cudowne, bo ulotne. Poczucie tego, że zaraz się skończy, że nie jest go dużo, pomaga mi wykorzystać każdą sekundę. Zwijam się z żalu kiedy muszę pracować, zamiast leżeć na kocu z książką pod moim ulubionym drzewem w parku. 

112

Nigdy nie poddawałam się sezonowym dołkom. Kiedy chlapa, łyso, pogoda jakby diabeł się powiesił, znajduję plusy: mogę bez wyrzutów sumienia kłębić się pod kocami z książką, robić maratony serialowe nie bojąc, że jakaś przygoda ucieka, bo nie chciało mi się wyjść z domu. 

Mam swoją strategię “skandynawską”, gdy nie myślę o tym, aby “przetrwać”, ale wykorzystać ten czas. Najwięcej na basen chodzę właśnie jesienią i zimą, jest to jedyne miejsce, gdzie możesz się rozebrać i wciąż będzie ciepło. W saunie robię sobie mini spa, wychodzę jak po wakacjach.

Może to głupio zabrzmi, jak rada cioci Władzi na imieninach- ubieram się ciepło. Siąpi, wieje, piździ, wkładam dodatkowy podkoszulek, wielgachny szalik, wełniane skarpety, nie sterczę wtedy na przystanku jak zmokła wrona. Szczerze mówiąc wolę nawet “modę” jesienno- zimową, bo mogę cokolwiek mam na sobie zakryć płaszczem, czapką, nie muszę się martwić, że akurat wychodzę do sklepu w górze od piżamy.

Czekam do Świąt. Od września słucham Christmas songs. Kiedyś byłam Grinchem, dużo zmieniło się, gdy poczułam, że rodzinne święta mogą być fajne i bez spiny, że można nie przegiąć z żarciem, niekoniecznie trzeba siedzieć jak za karę przy stole, że fajnie jest napić się wspólnie wina, pograć w planszówki, porzucać śniegiem.

A jak jest bardzo źle- kupujemy bilet do ciepłego na Ryana czy Wizza i lecimy na kilka dni. Odświeżenie natychmiastowe. 

Ożenek

Podobno ceremonie u Biedronia to taki hit, jak świeżaki w Biedrze albo prosecco w Lidlu. Każdy może wziąć ślub z Biedroniem. Każdy oprócz jego partnera.

Na ślubach kręcą mi się łzy w oczach, nie do końca są to łzy wzruszenia, często goryczy. 

Nie wiem jak czuje się Biedroń, kiedy patrzy na te wszystkie rodziny świętujące miłość, a potem wraca do domu, do “pana nikogo”. Nie wiem co sobie myślą pary, które na mają fajny event ze sławnym i lubianym politykiem, event podszyty nierównością i niesprawiedliwością. 

Kiedy ja widzę nagrania krążące po internecie, jest mi zwyczajnie przykro.

Nie czekałyśmy na zmianę prawa w Polsce. Nie chcę mieć zdjęć ślubnych z balkonikiem i siwymi włosami uniesionymi trwałą dla objętości. Nie chcę być częścią pary staruszek, które w internecie młodym wyciskają łzy w oczach, że całe życie razem, na przekór polityce, a teraz oto, u schyłku mogą się pobrać. Łzy kapią na klawiaturę, szery lecą, tęcza i jednorożce.

Chciałam wyjść w ładnej koronce, szpilkach, z kwiatami, zatańczyć z teściem na parkiecie, zatańczyć z teściową na parkiecie, zrobić “gorzko gorzko” bez potrzeby wyjmowania sztucznej szczęki i nie wymierzać sobie szampana, bo insulina skacze.

Spakowałyśmy kiecki, wraz z tabunem uchodźców ekonomicznych z Polski pofrunęłyśmy do Londynu, rozwrzeszczane bachory i pijani Janusze nie zmącili nam nastroju.

Denerwowałam się jak walnięta, makijaż nie tak, włosy nie halo, zgubiłam kosmetyk, moja narzeczona wisiorek, prawie się pokłóciłyśmy i już chciałam wracać.
Wyszło słońce na skołtunionym angielskim niebie, w urzędzie puścili nam Barryego White’a, było na luzie, z żartami, śmiechem, ze łzami, szampanem, triumfalnym marszem przez muzułmańską dzielnicę (ludzie się uśmiechali, o zgrozo), obiadem we włoskiej restauracji prowadzonej przez Polaków (którzy gratulowali- można? można).
Potem wesele na Kaszubach, takie jak chciałam, na trawie, z lampionami, boho style, en vogue, hipstery biorą ślub i puszczają fajerwerki, a zamiast białego misia słuchają The Ting Tings, piją prosecco i zapewniają wege catering.

111

W internetowych dyskusjach pojawiają się pytania “po co ludzie lgbt chcą brać śluby”. 

Całe życie towarzyszą nam różne ceremonie przejścia. Od prymitywnych ludów z buszu, po maklerów Nowego Jorku, dzielimy swój czas na etapy, rozdziały. Po to mamy chrzciny lub “pępkowe”, osiemnastki, kinseniery, obrzezania, bar micwy, i przede wszystkim- śluby.

Symboliczne określanie się w społeczeństwie, komunikowanie sobie i innym ważnego etapu w życiu. Oto jestem, świętujcie ze mną, uznajcie ten przełomowy moment. 

Oczywiście, że można różne rzeczy zapisać u notariusza. Można założyć spółkę z o. o. Można kupić sobie prywatne ubezpieczenie dla par. Można nosić w portfelu tysiąc świstków na wszelki wypadek. Tylko to nie zmieni nas od wewnątrz.

Symboliczne potwierdzenie przynależności do drugiej osoby, określenie swojej rodziny, powiedzenie “teraz to jest mój dom”, poczucie się “dorosłą”, to są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek papier o dziedziczeniu trzech kotów, dwóch komputerów i samochodu. Już nie ma dylematu kim jestem, gdzie przynależę, to wszystko zostało potwierdzone ceremonią, pokazane innym podczas uroczystości, tego już nie można kwestionować.
Już nie czuję się gówniarą, zyskałam świadomość kontroli własnego losu, własnych wyborów, dom, poczucie bezpieczeństwa. Ona jest moja, ja jestem jej.