Sprzymierzeńcy

Wszyscy wiemy jak wygląda wściekła homofobia. Badania mówią, że Polacy są w sumie podzieleni pół na pół w swojej tolerancji dla LGBT. 

Doświadczenie negatywne jest bardzo proste, ktoś wyzywa, pluje, bije, hejci w internecie, nosi te swoje koszulki, twarz wykrzywia obrzydzeniem, zatyka uszy dzieciom, używa słowa na P.

Czasem dużo bardziej załamują mnie tzw. “sprzymierzeńcy”. Oprócz chwalebnych “normalnych” postaw, gdy czujesz się po prostu człowiekiem i nie ma żadnych sensacji, zauważyłam cały katalog reakcji będących często tak naprawdę zawoalowaną homofobią, pod płaszczykiem “neutralności” i “tolerancji”.

Żeby nie przedłużać, macie tu swego rodzaju bestiarium, na kogo możecie się natknąć dokonując codziennych małych “coming outów”.

***

Łaskawca.

To chyba najpopularniejszy typ. Zaczyna zdanie od “Nie mam nic przeciwko gejom, ale..”. Idzie dalej cała wyliczanka na co by pozwolił a na co nie, jakich praw by Tobie udzielił, zna potrzeby Twojego związku, wie jakie papiery możesz podpisać i jaką spółkę założyć, aby wstąpić prawnie w związek paramałżeński. Często też usłyszysz, że “są w tym kraju ważniejsze rzeczy”, że nie możesz mieć dziecka, bo “jak przeżyje bez ojca/ matki”, “inne dzieci nie dadzą mu żyć”. Ma wszystko poukładane, na temat walki o równe prawa wie więcej niż prezes KPH, a parady tylko “zniechęcają do Was normalnych ludzi”. 

Aha- lubi używać słowa “normalność” w kontrze do pojęć “gej” i “lesbijka”.

***

Dobry chrześcijanin.

Podtyp Łaskawcy. W Biblii napisali o Sodomie i Gomorze, ale Jezus nauczał, aby wszystkich ludzi kochać, więc on pochyla się nad Tobą z miłosierdziem. Nie będzie krzyczał, że “do gazu”, on się będzie za ciebie modlił. Taktownie wyśle Ci linka do terapii, zaproponuje opcję celibatu. Poczujesz się przy nim jak grzesznik z klubu sado- maso, kiedy wspomnisz o swojej ostatniej randce. Chrześcijanin będzie traktował Cię z takim samym politowaniem, jak rozwodników i samotne matki, wpędzał w poczucie winy i grzechu pod płaszczykiem troski.

***

Taktowny.

Typ często występujący w rodzinach. Przemilczy wszystko. Nie zapyta o imię Twojej partnerki/ partnera, wstydliwie spuści oczy, gdy zobaczy jak rozmawiasz ze swoją dziewczyną. Zamiast “Wy”, uparcie będzie mówił tylko “Ty”, zignoruje dodanie do zaproszenia Twoją połówkę, nie będzie jej składał życzeń urodzinowych, przy wspólnych znajomych i rodzinie będzie mówił tylko o Twojej pracy i wycieczkach, nigdy nie wspominając nawet imienia osoby, z którą spędzasz życie. Niby nie robi Ci krzywdy, ale czujesz w jego towarzystwie wstyd za to kim jesteś, jego “dyskrecja” zapędza Cię do szafy i masz ciągle wrażenie, że robisz coś złego, tajnego, ukrywasz się niczym złodziej- fetyszysta nylonowych majtek na bazarze w biały dzień. Gdy wspominasz o swoim partnerze, następuje gwałtowna zmiana tematu poprzedzona chwilą zakłopotania.

***

Ciekawski.

Jest przeciwieństwem “Taktownego”. Gdy wspominasz, że masz dziewczynę/ chłopaka, oczy rozświetla mu błysk tysiąca atomówek. Znalazł skarb i go łatwo nie wypuści. Musi wszystko wiedzieć z “pierwszej ręki”, bo przypadkiem za mało jest stron w internecie poświęconym LGBT, za mało artykułów, wywiadów i historii. Spotkał geja/ lesbijkę, więc “eksperta” od tematu. Drążenie przy wielkanocnym stole w stylu “a kiedy przyprowadzisz kawalera”, “czy się z kimś spotykasz”, które przeżywają singielki po trzydziestce, to małe piwo w porównaniu z zestawem pytań od “Ciekawskiego”. Musi wiedzieć wszystko, jak się poznaliście, jak jest w gejowskim klubie, czy bierzecie ślub za granicą, poutyskuje z Wami na poziom tolerancji w społeczeństwie, jakby już prawie sam był homoseksualny. Czasem sprawa idzie dalej, co prowadzi nas do kolejnego typu:

14457390_975098879284918_7191301087574057246_n

***

Erotoman.

Erotomana najczęściej spotykają pary kobiece. Widział dużo pornografii i chciałby skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. W lżejszej formie zada Ci szereg niedyskretnych technicznych pytań, mimo, że kurwa mać, poznaliście się 3 minuty temu przez znajomego znajomego na jednej imprezie. W gorszym wypadku zaproponuje Ci siebie, trójkąt, “spróbuj z facetem”. Jeśli zdarzy Ci się chwycić za rękę swoją dziewczynę, Erotoman z drugiego kąta sali będzie przesyłał przeciągłe spojrzenia. Kiedy zniknie na dłuższą chwilę w łazience, to pamiętaj, żeby nie podawać mu dłoni. Obrzydzenie kontaktu z tym osobnikiem będziesz zmywać z siebie przez kilka dni.

***

Niepewna.

Kobieta, która “chciałaby spróbować, ale się boi”. Czasem kryptolesbijka, czasem dla swojego “misia”, który “z kobietą by jej pozwolił”. Czasem szukająca potwierdzenia swojej atrakcyjności. 

Będzie się przed Tobą prężyć, flirtować jak z mężczyzną, często oczekiwać zachowań typowo męskich, że jej postawisz drinka, powiesz, że jest ładna, otworzysz drzwi. Uwięziona w patriarchalnych rolach, nie umie się zachować w relacji z kobietą. Nie będzie potrafiła potraktować Cię jako koleżankę, czasem naopowiada dookoła głupot, że “chyba Ci się podoba”, albo, że “ją podrywałaś”. Nie potrafi nie traktować siebie jako obiektu seksualnego. Doprowadza to do żenujących sytuacji, gdzie idziesz z kimś na piwo, a zostajesz wrobiona w pseudorandkę.
Czasem trafi taka niepewna na kobietę, którą zaciągnie do łóżka jako eksperyment, potem będzie się zwierzać “I kissed a girl and I liked it”, zostawiając za sobą kompletnie skonfundowaną uczestniczkę jej eksperymentu.

***

Przyjaciółka geja.

Gej to obok torebki Birkin najbardziej pożądane akcesorium sezonu. Z gejem wspólnie maluje się paznokcie, geja się ciągnie do sklepu, żeby mówił, jak chudo wygląda w tej sukience, gej sprząta jej rzygi i zmywa roztarty tusz do rzęs, kiedy razem opijają jej kolejny nieudany związek. Gej nie ma osobowości, poza tym, że ma być zabawny, ma wysłuchiwać jej narzekań na facetów, być niegroźnym substytutem dla wszystkich męskich drani, z którymi się umawia. Bridget Jones miała swojego geja i ona też musi mieć. Gówno ją obchodzi, że z powodu swojej orientacji gej przez całą szkołę dostawał wpierdol, że nie rozmawia z matką od pięciu lat, a od trzech chodzi na psychoterapię, od dwóch bierze antydepresanty, a od roku myśli o wyjeździe z tego kraju, bo się tu udusi. 

W Azji

Jedzie się Siódemką. Jak u Szczerka, tylko w odwrotnym kierunku, na Kraków.

Trzeba skręcić w las bilbordów. Zanurzyć się w to wysypisko ogłoszeń po polsku, chińsku, wietnamsku, rosyjsku. Że suknie ślubne, że przewozy tanio, godny zaufania kantor. Hurt-detal, tax free, tłumacz przysięgły. Raj rajstop, militaria 24h, e-papierosy bez cła, alkohole import eksport, galeria biustonoszy.

Liczymy dziury w drodze, które omijamy i te, w które wjeżdżamy. Kluczymy pomiędzy hulajnogami załadowanymi po sufit ofoliowanymi paczkami, arabsko wyglądającymi panami ciągnącymi piramidy Cheopsa na paletach, skośnookimi dziećmi z tornistrami, zgrabnie jadącymi slalomem na rowerach pomiędzy górkami śmieci a samochodami z przyciemnianymi szybami.

Parkujemy pod blaszakiem, wiatr przewraca trupy opakowań po udanym handlu, resztki po nieudanych posiłkach, to co wypadło z dziury kraciastej torby wiezionej w pośpiechu na bazar.

W halach z labiryntu majtek 100% plastik tanio, pomiędzy bielizną zdjętą wprost z ciał aktorek porno, dostarczoną bez przystanku na manekiny, mijając najprawdziwsze sztuczne futra odnajdujemy drzwi do Nieba.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Jest jak w barze Społem we wczesnych latach 90-tych. Wszyscy jedzą zupę, więc trzeba zamówić zupę. Zupę 2 razy poprosimy. Z ciasteczkiem.

-Z kuczakiem czy woowiną?

Kobieto, nie wystawiaj mnie na próbę, przecież znam prawidłową odpowiedź, nie próbuj ze mną tych sztuczek. Frajerzy zamawiają z menu, ale my wiemy, co tu się święci.

Jak u Stasiuka, męska wyprawa, tyle że kobieca, w nieznane dzikie rejony, zamiast scyzoryka mamy paznokcie z brokatem, zamiast terenówki- suzuki w kolorze czerwonym, zamiast wódki pitej z nakrętki po oleju opałowym- butelkę nestea szykującą nasze żołądki na ucztę. Eksplorujemy ten Wschód nie ruszając paszportów z szuflad, nie kłócąc się z pogranicznikami, zaznajemy “obcego” z instagramem w komórkach gotowym do użycia w każdej chwili.

Przynoszą nam miski parującego wszechszczęścia, placki rozpadającego się mięsa, nałożone hojną ręką, taplają się niczym foczki w zatokach.

-Cytrynaa, czosnek..

No pewnie, że tak.

Za nami trzech panów Polaków, z rozmowy wynika, że to ich ulubione śniadanie, “siły mam po tym na cały dzień”. W duchu kiwam im głową, przytakuję tak głośno, jak tylko da się w myślach.

Milkniemy, jemy, kubki smakowe piszą odę. Co tam odę. Arię piszą. W trzech aktach. Osobno dla rosołku, osobno dla mięsa, dla makaronu. I epilog dla ciasteczka maczanego w wywarze.

Radykalnie

Ostatnio wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat outowania znanych osób. Jak to w tego typu przypadkach- nikt nikogo nie przekonał, już od czasów Flinstonów wiadomo, że na fejsie racjami strzela się na oślep.

Chwilę potem wpadł mi w oko wywiad z Repliki z Piotrem Grabarczykiem o siedzeniu w szafie w showbiznesie. O tych gejach, o których wiemy, że nimi są, a którzy wypowiadają się na wszystkie możliwe tematy ważne społecznie, skąpiąc wsparcia prawom LGBT. I o tych, którzy zgrywają heteryków z kociakami u boku na co większych galach. O lesbijkach jak zwykle cicho, wiadomo, że lesbijki nie istnieją.

I powiem Wam, że się wkurzam, że na stare lata robię się coraz bardziej skrajna, że popularność też zobowiązuje, jeśli bywanie na ściankach i medialna obecność pomagają zarobić komuś na chleb, to niech chociaż nie szkodzi nam wszystkim, którzy żyjemy swoimi małymi życiami. Ukrywanie się przez osoby będące na świeczniku, celebrytów, dziennikarzy, polityków nie jest neutralne. Puszcza w świat przekaz, że homoseksualizm nie istnieje (bo jest niewidoczny), a jeśli istnieje, to jest wstydliwy.

I jeszcze pół biedy jeśli ktoś “ceni swoją prywatność”, ale kiedy takie osoby wprost robią kariery (szczególnie polityczne lub dziennikarskie) na szkodzeniu tęczowym braciom i siostrom, to jest to wstrętna hipokryzja.
Bo wiecie, czternastoletni chłopiec żyjący w zgodzie ze sobą ma więcej odwagi niż jeden z drugim stary dziad, dorosły człowiek z pieniędzmi, władzą i kontaktami, który boi się pokazać, że woli mężczyzn. Niż wielka dziennikarka prężąca dekolty w obawie, że prawda odebrałaby jej męską publiczność. 

Rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci, powinni świecić im przykładem, swoje postawy przekazywać potomstwu. Mało kto z nas ma homoseksualnych rodziców, nie mamy wzorca, jak być dumnym, jak wierzyć w siebie, jak nie dać się nienawiści.  

10

Naprawdę korona z głowy by nie spadła, gdyby jakiś aktor czy piosenkarz od czasu do czasu upomniał się o SWOJE prawa, gdyby przeszedł się na Paradę Równości, sprzeciwił homofobicznym żarcikom prowadzącego talk show.

Gdyby nie tylko pojedynczy nastolatek gej, ale też jego rówieśnicy z klasy, zobaczyli ilu nas jest, co reprezentujemy, że możemy tworzyć dobre filmy, dobrą muzykę, prawo tego kraju, że możemy być lubiani, normalni, sympatyczni, ile istnień można w ten sposób uratować. Ile w ludzkich głowach zmieniła niezłomna i szczera postawa Roberta Biedronia, który na pewno mógłby łatwiej zrobić karierę nie “obnosząc się”, a wybrał prawdę, wybrał szacunek do samego siebie.
To jest odpowiedzialność, która idzie za pewnymi funkcjami społecznymi. Jeśli jesteś aktorką lub celebrytką, to fajnie jest się udzielać w fundacji na rzecz zwierząt, robić charytatywne zbiórki na dom dziecka, wziąć udział w jakimś evencie na badania nad rakiem piersi. Czy różnej maści celebryci nie czują się zobowiązani, aby zrobić coś dobrego dla “swoich”, pomóc tym niewidzialnym, biednym, z małych miejscowości, zaszczutym.

Wymagam od tych na świeczniku przejęcia pewnego rodzaju funkcji “role model”. Jestem na tyle radykalna, że uważam, że powinni się outować, a ci, którzy szkodzą powinni liczyć się z byciem wyoutowanym, bo konsekwencje ich nienawiści do samych siebie ponoszą zwykli zjadacze chleba, bez władzy i pieniędzy, którzy nie mogą schować się za plecami ochrony BORu.

Kup sobie szczęście

Ostatnio się wkurzyłam. 

Co rano do kawy czytam blogi lajfstjlowe, czasem trochę o modzie (aczkolwiek coraz mniej, bo rzadko już można spotkać szafiarki, które dadzą “zwykłym dziewczynom” jakieś rozsądne budżetowo i jakościowo rozwiązania, częściej zaczynają wyglądać jak wieszaki obłożone wszystkim, co akurat miało metkę LV czy Prada i przyszło do nich w sponsorowanej paczce z bukietem absurdalnie drogich wiechci w pudełku).

Czytam sobie i się zapętlam. Już tu byłam. I have memory to this place. To już grali.

Kolejna Japonka wydała książkę o tym jak wypierdolić ze swojego życia ulubioną ramkę z jednorożcem z czasów liceum i zacząć się ubierać w 3 swetry i dwie białe koszulki na zmianę. Kompetencją Japonek piszących o sprzątaniu jest fakt, że są Japonkami. A w Japonii (urojonej) to wiadomo- hoho, tam to mają porządek, wszystko na miejscu, z ulicy można jeść i nawet jak 21 na 100 tys. obywateli popełnia samobójstwo, to przecież tylko w minimalistycznym pokoju wyłożonym odkurzonymi matami, bez kabli walających się po podłodze, z majtkami wyprasowanymi i złożonymi w żurawia origami w specjalne szufladki z Muji.

Już nie wystarczy być Duńczykiem żeby być szczęśliwym, dobrze być też Polakiem, bo recepta na polskie nieszczęścia też ukazała się w księgarniach. Do tego kup se dziadu KOLOROWANKĘ dla dorosłych, masz tu świecowe kredki i zapitalaj na kolanie zamiast zmienić pracę na mniej stresującą, albo pójść z mężem na terapię.

Z cyklu literatury sponsorowanej na blogach dowiesz się, że planując macierzyństwo musisz nabyć stos książek z przeciwstawnymi sobie poradami, wywiady z “kobietami sukcesu”, które Ci nie powiedzą, że hajsy to się robi stosując umowa o dzieło plus niepłatne urlopy dla swoich pracowników, zamiast tego będą stękać jak to się odważyły mimo 5 dzieci i trzydaniowych obiadów dla męża wziąć kredyt, otworzyć fabrykę śpiochów (bo właśnie zostały po raz kolejny matką, a jak się jest matką, to się wie wszystko na temat projektowania konfekcji niemowlęcej, dlatego każda matka u progu zwolnienia z korpo stoi przed wyborem drogi życiowej polegającej na produkcji “dizajnu dziecięcego” i opychania innym desperatkom świecąco- dzwoniących pieluch za 2 stówy).

Jeśli książki to za mało, to zawsze możesz odmienić swój los i zapłacić komuś żeby Cię zmotywował. Masz zupełnie bezsensowną pracę, to sobie pokrzyczycie w pełnej sali “mogę wszystko!”, “ambitne stawiam sobie cele!”, “dedlajny kocham!” i już od razu, jak w kościele, jest sacrum, jest wyższy sens, dusza nakarmiona. I jedynie “trener” liczy pieniążki, bo kiedy wracasz i spoglądasz na skrzynkę mailową, to nie za wiele się zmieniło, dalej drą ryja, że na już, asap, chyba żartujesz, że wychodzisz o 17, weekend to dodatkowy czas, wyśpisz się po śmierci, praca to pasja.

119

WYDAJE MI SIĘ, że ten, kto szuka motywacji na tego typu płatnych spędach i w podręcznikach, ma gdzieś w głębi siebie poczucie, że się marnuje. To nie jest tak, że każdy ma być kardiochirurgiem i tylko wtedy jego życie ma sens, kiedy ratuje innych. Praca może Ci dawać poczucie spełnienia, bo np. pomagasz komuś wybudować dom, o sens pracy nie pytają ci, co widzą jej namacalne efekty- uszyłaś sukienkę, naprawiłaś samochód, upiekłeś tort. Komuś smakowało, ktoś jest zadowolony. Pomaga, jeśli Ci zapłacono. A może po prostu jesteś dobrym fachowcem i praca nie jest wysiłkiem i sobie kosisz pieniądze jak żyto na Podlasiu przed wojną, potem jedziesz na Bali i spoko. 

W obecnych czasach dużo natomiast jest takich “wymyślonych zawodów” (bez obrazy, ale jednak), polegających na zarabianiu dla udziałowców wielkich korporacji. Spoko, jak ktoś widzi na prezentacji Power Pointa szybujące słupki i odczuwa satysfakcję, ale myślę, że to nie jest stan wieloletni (co potwierdzają współczynniki nałogów, alkoholizmu, narkomanii i samobójstw wśród maklerów, wysokiego szczebla managerów itd). Dlatego międzynarodowe korporacje coraz częściej wyglądają jak przedszkola dla dorosłych, jakoś muszą radzić sobie z wypaleniem swoich pszczółek. “Masz pograj w Playstation w robocie”, “idź na masaż”, “pojedź na szkolenie na Kanary”. Dlatego praca managera od proszku do prania jest wyceniana wyżej niż praca pielęgniarki lub nauczyciela- bo w przeciwieństwie do nich nie ma większej misji i na dłuższą metę tylko pieniądze są w stanie do niej zagonić.

Spoko, mam wielu znajomych, którzy świetnie się bawią w tych wielkich firmach i chwała im, szczęścia życzę, dla kogoś jednak powstają te msze święte samorozwoju i motywacji.

Już pomijam przypadek, kiedy zwyczajnie swoją pracę lubisz. Tu żaden Doktor M. Ci niepotrzebny.

Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że cała strefa internetu lajfstajlowego, to już tylko taka grubo zawoalowana reklama. Czasem nawet bez ściemy czytamy, co mamy sobie kupić, co jest musthavem, bez czego nie da się żyć. Szminki za 200 zł, buty za 800, bo metka z drzewkiem, byle gówniany t-shirt za 300, gdyż nad lewym cyckiem jest malutki znaczek krzyczący światu, że Cię stać. Sami sobie podajemy ten pokarm łyżkami do ust.
Żeby nie było, że jestem jakaś święta i odporna, lubię czasem wydawać kasę dla przyjemności. Najczęściej na książki (nie żałuję niczego), na żarcie na mieście zdecydowanie za dużo (shut up and take my money Nocny Markecie). Kosmetyki kupuję nienajtańsze, ale też nie z najwyższej półki, bo kieruję się mottem mojej dawnej znajomej: “na mordzie się nie oszczędza”. Natomiast nie widzę większego sensu aby mieć 3 palety z cieniami do powiek- mam jedną w brązach, i zużywam ją chyba trzeci rok, ma ze 20 kolorów, i nie wiem, jakim cudem blogerki są w stanie doprowadzić kilkanaście tego typu produktów do końca (prawdopodobnie wyrzucają lub rozdają). Mam 3 szminki. Z 5 lakierów do paznokci, z czego 2 dostałam, i tak najlepiej się wygląda w czerwonym. Podkładów mam kilka, bo się szybko opalam i ciągle coś jest za jasne albo za ciemne. Tusz do rzęs, puder, róż, eyeliner, rozświetlacz i bronzer. I to wszystko jak na osobę, która uwielbia “robić sobie twarz”. Z pielęgnacji to mam żelazną zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku dopóki nie zużyję tego co mam. Nie chcę wyrzucać kremów za 100 zł, wystarcza mi przeważnie na pół roku, czasem na rok.
Jak widzę ceny szmat szytych w Chinach w sieciówkach, to dostaję zawału. Ilekroć jestem w mniejszym mieście lub miasteczku idę na ciucholandy i wierzcie mi, chodzę ubrana w COSa, Sisleya, Ralpha Laurena, za kilkadziesiąt zł mam wór pięknych ubrań z jedwabiu, merynosa i angory. I przynajmniej jest ekologicznie.

Nie kupuję poradników. Jeśli coś jest nie tak z moim życiem, to są przyjaciele, rodzina, terapia, miesięczne kryzysy, które wykorzystuję na dojście do własnych wniosków. Bo droga jest ważna, jeśli ktoś chce Ci ją skrócić, to na mecie okaże się, że medal nie jest twój, a po maratonie na cudzym grzbiecie nie masz w sobie ani krzty siły, aby przebiec następny. 
Bo szit się nie kończy. Nie ma takiego momentu, żeby usiąść i sobie powiedzieć: już się nażyłem, już rozwiązałem swoje problemy, już jestem piękna, mądra, wszystko widziałam i wszystko zrozumiałam. Teraz zbieram owoce. 
Czasem nawet jest trudniej, bo poprzeczka się podnosi, życie spuszcza nam na głowy kolejne bomby, jeśli nie radzisz sobie na jednej wojnie, to za każdym razem, kiedy ktoś strzela będziesz szukał na to kołcza?

Droga na skróty jest kusząca, łatwiej wziąć amazoński narkotyk i nagle “zrozumieć swoje życie”, ale kiedy idziesz na jakiś szczyt, to nie zapomnij podziwiać widoków. Nie zapomnij upaść, otrzeć sobie kolan, zmęczyć się, popłakać, że już nie możesz i przyjąć ręki przyjaciela, który Cię podniesie, dzięki takiej trasie poznasz go pośród innych. A jak już wejdziesz na tę górę i się ucieszysz, pamiętaj, że za nią czeka następna i tak w nieskończoność.

Miasto

To bardzo dziwne, ale Białystok poznaję po zapachu. 

Mam niewiele powodów, by tam wracać. Znajomych zostało kilku. Rodzice wyprowadzili się do swojego wymarzonego domku na wsi. Dla mnie to miasto duchów. Miejsce- wehikuł czasu. Niby nic mnie już z nim nie łączy, a kiedy zbliżam się do pierwszych zabudowań, dostaję natychmiastowej migreny, która utrzymuje się przez cały pobyt.

W świadomości ogólnopolskiej Białystok od pewnego czasu stał się symbolem faszyzujących klimatów. Trudno go skojarzyć z czymś charakterystycznym, zawsze miałam tam poczucie braku tożsamości, nie udało się wytworzyć wspólnoty, lokalnej dumy z pozytywnych rzeczy, z którą można by było się utożsamiać. Podstawy do takich odczuć, Białystok miał bardzo porządne. Silna wielokulturowość, nawet wielonarodowość, lokalny koloryt, który mnóstwo zawdzięczał mniejszościom ze wschodnimi korzeniami. Niestety, kiedy obecnie triumfujące ideologie próbują to wyprzeć, wygonić, z miasta nie zostaje nic w sferze duchowej.
Nie ma na czym oprzeć więzi społecznej. Goni ten Białystok za hipsterską warszawską modą na ślepo, otwierając burgerownie z kilkuletnim opóźnieniem, małpując wielkomiejskie dekoracje lofciarskich lokali ziejących pustką, serwując kiepskie steki zamiast pyz i babki ziemniaczanej.

Gdybyż to chciało się dowartościować to, czego nie ma Warszawa, Poznań, Kraków i Gdańsk, bez udawania, że “tu jest jak na Powiślu”, gdybyś przestał się wstydzić swojego miękkiego akcentu, żydowskich korzeni, prawosławnych świątyń, tatarskiej kuchni. Nie robił z tego wyłącznie skansenu na comiesięcznym jarmarku. Nie wysilał się tyle zamazując swojskość wielgachnymi centrami handlowymi, w których kupują wyłącznie Białorusini i Rosjanie. 

69

Białystok pachnie samotnością. Kiedy idę wieczorem przez miasto, mimo, że “saturday night”, poza deptakiem przy głównym rynku nie spotykam żywej duszy. To miejsce charakteryzuje to, czego nie ma. 

Z domu wychodzi się “po coś”. Szybko wysikać psa. Wyjść do konkretnego sklepu. Podjechać na plac zabaw. 

Nie ma żuli okupujących murki i ławki. Nie ma sąsiadek plotkujących na ulicy. Nie ma młodzieży włóczącej się pijanym krokiem po zaułkach. Okularników z książką na ławkach. Niezobowiązującej rozmowy z obcym człowiekiem w barze. Kontaktu między dwiema matkami odprowadzającymi dziecko do przedszkola.
W Białymstoku usłyszałam, że życie towarzyskie jest tylko na filmach. W tym mieście tak się tego doświadcza.

Kiedy spacerujesz wieczorem pustymi ulicami, wszystkie głosy, pojedyncze samochody, dźwięk teleturnieju oglądanego przy otwartym oknie, docierają tak mocno, że czujesz się jak na haju. Więzi międzyludzkie ograniczają się do ciasnych grupek najbliższych, a na ulicy staramy się siebie nie zauważać. Stąd trzeba wciąż wyjeżdżać, żeby nie czuć się samotnie. Tożsamość ograniczyła się do cepelii i chleba ze smalcem, a wartość kulturowa, odrębność, są chowane ze wstydem pod hasłem “wiejskości”.
Nie wiem co zrobić w swoim sercu z Białymstokiem. 

Drama

Jakiś czas temu świat na chwilę zamarł, dzieci przestały płakać, psy szczekać, koty w sumie spały dalej snem sprawiedliwego (bo tych bestii nic nie ruszy).

W internet ruszyła informacja, że powstanie nowy sezon telenoweli amerykańskiej The L Word.

Miałam 25 lat, w sieci Piratebay był znanym i lubianym portalem do aktualizowania kolekcji filmów, odcinki seriali na podpisanych flamastrami cedekach przechodziły z rąk do rąk.

Moje życie wyglądało mniej więcej tak, że pomiędzy kolejnymi odcinkami odliczałam dni robiąc stadne powtórki z koleżankami.

Team Carmen, Team Shane, Team Alice, Team Betty (no dobra, nikt nie lubił Tiny). Ja na złość wszystkim stałam murem za Jenny (za każdym razem kiedy wygłaszałam na jej cześć peany, leciały w moją stronę pomidory, ogryzki, psie kupy i siekiery).

Do tej pory w telewizji nie dało się obejrzeć takich postaci, takich romansów, takiego seksu.

Oczywiście, były głosy, że elitarny świat bogatych kobiet z LA to bajkowy mit i że nie każdy może się identyfikować, ale umówmy się- gdybym chciała oglądać przygody lesbijki z bloku na Pradze, to by oznaczało, że natychmiast dożylnie należy podać mi antydepresanty. 

114

Serial oczywiście miał swoje wady, okropne stereotypy, czasem łopatologicznie wtłaczane ideologie, które musiały zostać wygłoszone przez bohaterki wielkimi literami, tak aby widz nie musiał czytać na Wikipedii co to feminizm, gender, transseksualność  itd.

Co do transpłciowości, to było wręcz tragicznie. Okropny antypatyczny bohater, irytujące zachowania i sztampa wyziewała z epizodów, powodując, że czerwieniłam się z zażenowania.

Nie inaczej było z obrazem mniejszości meksykańskiej. Niedawno rozmawiałam z koleżanką Hiszpanką i udzieliła mi informacji, że kwestie wygłaszane przez Carmen w jej rodzimym języku można by przyrównać do naszego “bla bla bla” z amerykańskim akcentem, jakiego nie powstydziłby się Brad Pit w Bękartach Wojny.

Niemniej- od czasu tej serii nic tak rozrywkowego, wciągającego nie pojawiło się w tv w temacie. Bo z całym szacunkiem, ale łatwiej mi się identyfikować z klubowiczką z Miasta Aniołów niż wytatuowaną więźniarką w Orange is the New Black.

Autorzy L Word ostatnią serię (w sumie dwie) położyli totalnie, może uda im się zrehabilitować, szczególnie, że poziom świata seriali przez te kilka lat poszybował pod sufit. Historia ma dotyczyć nowych bohaterek, stare ewentualnie pojawią się epizodycznie i ja przyjmuję to z pewną ulgą, bo ileż można patrzeć jak Betty i Tina biorą śluby/ rozwodzą się/ zdradzają/ kradną dzieci/ zachodzą w kolejne ciąże.

Czekam i trzymam kciuki.

Kulturalnie

Jesień, więc czas czytania, oglądania, życia pod kocem z kieliszkiem wina (ewentualnie herbaty z imbirem) i kotem na kolanach. Ostatnio wylosowałam szczęśliwie kilka niezłych pozycji kulturalno- popkulturalnych i postaram się podzielić z Wami moimi przeżyciami.

Seriale

Zaczniemy od łatwizny: serial Atypowy wszedł jak po maśle. PODOBNO rodzice osób z zespołem Aspergera nie byli zadowoleni z przekazu. Mam kilku bliższych i dalszych znajomych z nasileniem różnego spektrum autyzmu i muszę powiedzieć, że dla laika ta historia pomaga wiele zrozumieć.

Temat potraktowano z szacunkiem, bohater nie jest wyśmiewany (jak w Big Bang Theory czy Silicon Valley), jednocześnie nie ma śmiertelnego nadęcia licznych hollywoodzkich produkcji o geniuszach kryjących się pod płaszczem zaburzeń. Empatyzujesz, śmiejesz się, wzruszasz. Najbardziej dotknęła mnie historia “drugiego dziecka”, kiedy w rodzinie jest choroba, jedno z dzieci wymaga większej uwagi, a rodzeństwo musi szybko dorosnąć, staje się niewidzialne, niedocenione, nadopowiedzialne. Trochę może zabrakło tu pazura, bo przecież zdarza się również, że tacy bracia i siostry zaczynają sprawiać kłopoty wychowawcze, aby zaznaczyć swoją obecność, ale rozumiem, że tego typu wątek zrealizowała “uwalniająca się” matka.

Film jest ciepły, doceniam brak przegięć emocjonalnych, “normalność” relacji międzyludzkich. Zabrakło mi tego w dobrze zapowiadającym się netflixowym filmie “Aż do kości”, który tylko wprowadził mnie w stan “confused”.

***

Po artykułach w Wysokich Obcasach sięgnęłam po serial Top of the Lake i historia bardzo mnie poruszyła. 

Szczególnie w drugim sezonie- podobało mi się niejednoznaczne ukazanie bohaterów, trudne do oceny moralnej sytuacje, rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, przy jednoczesnym narzędziowym wykorzystywaniu surogatek z krajów “rozwijających się”. Czarny charakter z wyższym celem, który można w jakiś sposób zrozumieć a nawet usprawiedliwić, zagubiona nastolatka szukająca miłości, traumy przeszłości ciągnące się za główną bohaterką, nie pozwalając jej ułożyć sobie życia. 

Akcja jest dosyć powolna, trzeba dać sobie czas, żeby nas poruszyło. Kiedy to już się stanie, można o serialu rozmyślać tygodniami.

113

Filmy

Tu akurat na gorąco, bo byłam w kinie wczoraj. “The Square”, uczta.

Od czasu “Wielkiego Piękna” nikt tak cudownie nie pokazał “elit”. Śmiech miesza się z przerażeniem. Bełkot wsobnego świata snobów, oderwanego od rzeczywistości, zagubionego w sobie, bezrefleksyjne uczestnictwo w rzeczach pozornie “ważnych” i “mądrych”, a tak naprawdę ziejących pustką. Strach przed biedą, przed “gorszymi”, elitaryzm. Ludzie zamknięci w akwarium takich samych jak oni, czekających tylko na otwarty bufet, oddzieleni od “prawdziwego świata”, znieczulica społeczna i poszukiwanie sztucznie kreowanych wrażeń.

Jeśli to nie dostanie Oskara, to nie wiem co.

Książki

“Ma być czysto” Anny Cieplak. Dostałam od teściowej w prezencie. Zachęcała świetna okładka. Przykład, kiedy książkę można kupić ze względu na piękną oprawę graficzną.

Tak mogłyby wyglądać “Galerianki”, gdyby ktoś się przyłożył, wykazał empatią, wyczuciem, gdyby komuś chciało się nie myśleć tylko w kategoriach czarno- białych, upraszczających. Świat nastolatków bez lukru, wypełniony nową technologią, rodzinnymi komplikacjami, przyjaźnią, lękiem. Książka nasycona współczesnością, bardzo dobrze się ją czytało, bez nostalgii ale też bez popadania w zbytni dramatyzm.

***

Podobno słowo “Hen” ma po norwesku zbliżone znaczenie jak po polsku. Książka Ilony Wiśnewskiej to typ reportażu, który lubię, bo naznaczony sympatią do ludzi i tematu. Autorka jednocześnie nie ubarwia mitu “krainy Świętego Mikołaja”. Narracja jest spokojna, dokładna, prowadzona z sercem. Czytając zalewało mnie zimno, bardzo plastyczny język obiecywał fizyczne wręcz odczucia, wprowadzał w nastrój, w którym myśli się o odpaleniu kominka i nalaniu sobie gorącej herbaty. Dla tych co nie boją się zimy.

***

Zaczęłam też czytać “My z Jedwabnego”Anny Bikont. Ciężki temat, ujęty dziennikarskim prostym językiem.

Na razie jestem trochę zdewastowana i jedyne co mogę Wam powiedzieć, to przytoczyć tu cytat z książki: “Nienawiść- mówi Jacek (Kuroń)- bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia”.

***

Gdy było jeszcze ciepło, na hamaku przeczytałam “Księgę Zachwytów” Filipa Springera i polecam ją szczególnie tym, którzy twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskusja o gustach to moim zdaniem jedna z rzeczy, które WYPADA i trzeba poruszać. Jeśli tak jak ja dostajecie kurwicy na widok burdelu architektonicznego naszego kraju, ta książka pomoże Wam zaopatrzyć się w argumenty. Warto być mądrzejszym człowiekiem.

***

No i na koniec- Patti Smith i “Pociąg linii M”. Weszło idealnie w jeden weekend. Jeśli ktoś czytał jej “Poniedziałkowe dzieci”, to zna ten styl, pamiętnikowy, pełen wspomnień, emocji z głowy, subiektywny, melancholijny. Mimo, że czasem bywa smutno, to lektura jest bardzo relaksująca, przepływa przez czytelnika lekko, pozostawiając w miłym letargu.

Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Dżungla

Czytałam wczoraj wieczorem wywiad z Orhanem Pamukiem. Było tam wspomnienie o jego ojcu, który uważał, że ludzi inteligentnych cechuje świadomość, że nie wiedzą wszystkiego najlepiej.

Plotka to danie sobie prawa do osądzenia cudzego życia i postępowania, jednocześnie bez znajomości uwarunkowań, niuansów, często nawet prawdy.

Plotkarz nie ma nic do zaoferowania własną osobą, dlatego sprzedaje innych. Miecz jest obosieczny, bo kiedy słuchasz i potakujesz różnym wymyślonym bzdetom, możesz być stuprocentowo pewna/ pewny, że o Tobie pójdą w świat dokładnie takie same bujdy.

Są plotki i ploteczki. Do tych drugich zaliczam jakieś niewinne małe sensacyjki: kto z kim się całował, kto pijany usnął pod stołem, kto umieścił śmieszne zdjęcie na fejsie. Relacje z wydarzeń, bez ściemy, wymyślania komuś intencji, powodów, dopisywania znaczeń. Rzeczy, których nie wstydzisz się oplotkowanej osobie powiedzieć w twarz nie są niczym strasznym, ot życie towarzyskie.

44f07543150247-57e4dd80f3316Gorzej, kiedy ktoś zbija kapitał społeczny na nieszczęściach lub problemach innych osób. Rozpowiadanie cudzych tajemnic, powierzonych w zaufaniu, “rozpracowywanie” cudzych związków, nadawanie na czyichś partnerów, pieprzenie na prawo i lewo o terapiach innych, ich zawirowaniach finansowych, zdrowotnych. 
Nie wiedziałam, że ludzie mogą być sobie tak nieżyczliwi, dopóki nie trafiłam niechcący w wir matczynych obmawiań i pomawiań. Ta za mało się zajmuje dzieckiem, ta jest przyssana do potomka, ta o siebie nie dba, inna imprezuje zamiast siedzieć w domu i pilnować gówniarza, o mężach i partnerach, co “pomagają”, albo i nie.

Czułam się jakbym zanurzyła się w jednym wielkim szambie.

Wzajemne oceny, zaglądanie sobie do łóżek, misek, życia, kibla, z czego co najmniej połowa to gównoprawdy.
Mam taką refleksję, że ludzie szczęśliwi nie muszą tego robić. Że plotkują i obmawiają ci, którzy szukają kogoś do porównania, kto jest gorszy, głupszy, brzydszy, biedniejszy, tylko po to, żeby zrobić sobie dobrze jego kosztem.
Czasem to jest niezwykle pochlebiające- nagle ktoś zaczyna się zwierzać z osobistych spraw- swoich i innych ludzi, pyta Cię o opinię, czujesz, że zostałeś obdarowany zaufaniem. Do momentu, kiedy się orientujesz, że te historie idą dalej w świat, zaczynają żyć własnym życiem i zmieniać się w jakieś piramidalne kłamstwa.

Troska o bliskich to powiedzieć im w twarz o swoich wątpliwościach, porozmawiać z nimi (a nie z obcymi ludźmi, którzy nie mają prawa do osądów), i jeśli jest potrzeba- zaproponować pomoc. Reszta to toksyny.

Już nigdy nie będzie takiego lata

Skończyło się gwałtownie i bez ostrzeżenia. Było jak z reklamy coca-coli. 

Jechałyśmy samochodem, wokół zielone, wieś kaszubska, z głośników Bogusław Linda recytował hymn do musztardy. Wszystko było tak nasycone latem, że bałam się utopić w tym krajobrazie.

Młodość, wino, kąpiel w jeziorze o zachodzie słońca, tak stereotypowa, że mogłaby być sceną z filmu konkursowego na Sundance Festival. W przyzwyczajonej do smogu głowie szumiało od nadmiaru tlenu, włosy pachniały dymem ogniska. Brakowało tylko kogoś z gitarą, albo bębenkiem.

Piękno lata jest cudowne, bo ulotne. Poczucie tego, że zaraz się skończy, że nie jest go dużo, pomaga mi wykorzystać każdą sekundę. Zwijam się z żalu kiedy muszę pracować, zamiast leżeć na kocu z książką pod moim ulubionym drzewem w parku. 

112

Nigdy nie poddawałam się sezonowym dołkom. Kiedy chlapa, łyso, pogoda jakby diabeł się powiesił, znajduję plusy: mogę bez wyrzutów sumienia kłębić się pod kocami z książką, robić maratony serialowe nie bojąc, że jakaś przygoda ucieka, bo nie chciało mi się wyjść z domu. 

Mam swoją strategię “skandynawską”, gdy nie myślę o tym, aby “przetrwać”, ale wykorzystać ten czas. Najwięcej na basen chodzę właśnie jesienią i zimą, jest to jedyne miejsce, gdzie możesz się rozebrać i wciąż będzie ciepło. W saunie robię sobie mini spa, wychodzę jak po wakacjach.

Może to głupio zabrzmi, jak rada cioci Władzi na imieninach- ubieram się ciepło. Siąpi, wieje, piździ, wkładam dodatkowy podkoszulek, wielgachny szalik, wełniane skarpety, nie sterczę wtedy na przystanku jak zmokła wrona. Szczerze mówiąc wolę nawet “modę” jesienno- zimową, bo mogę cokolwiek mam na sobie zakryć płaszczem, czapką, nie muszę się martwić, że akurat wychodzę do sklepu w górze od piżamy.

Czekam do Świąt. Od września słucham Christmas songs. Kiedyś byłam Grinchem, dużo zmieniło się, gdy poczułam, że rodzinne święta mogą być fajne i bez spiny, że można nie przegiąć z żarciem, niekoniecznie trzeba siedzieć jak za karę przy stole, że fajnie jest napić się wspólnie wina, pograć w planszówki, porzucać śniegiem.

A jak jest bardzo źle- kupujemy bilet do ciepłego na Ryana czy Wizza i lecimy na kilka dni. Odświeżenie natychmiastowe.