Dzień

Stanisław obudził się o świcie. To była pora dnia, którą najbardziej cenił- ciszę, spokój, tak zwaną chwilę dla siebie, zanim rzeczywistość postawi go na nogi, zawlecze do szeregu i zrobi musztrę.
Jego żona Alicja przewracała się na drugi bok, wydając dźwięki zadowolonego z siebie hipopotama- innymi słowy chrapała tak, że wszystkie włosy stawały dęba na jej bujnie porośniętych nogach.
W ciemności zrobił sobie kawę, piętnaście minut spoglądania przez okno, zanim się zacznie.
Pierwszy był Dziedzic. Dobudzić toto bez awantury graniczyło z cudem, a Stanisław w cuda nie wierzył, wierzył w silną konsekwencję. Dlatego nie ugiął się ani na moment, gdy Dziedzic zaproponował na śniadanie ciastka w czekoladzie, argumentując “a mama mi pozwala”. Stanisław machnął ręką zniecierpliwiony, notując wczorajszy wieczór, gdy jego żona, lekko zawiana po imprezie integracyjnej, obiecywała wszelkie cuda świata płaczącym dzieciom. A dzieci płakały, bo znowu mama zapomniała o przedstawieniu w szkole, z czego wynikła seria negocjacji, przekupstw i przyrzeczeń.

Mała Księżniczka wyleciała jak z procy, demonstracyjnie ogłaszając, że nie ma pracy domowej na plastykę, więc zamiast wrzucić kanapkę na ruszt, Stanisław spędził ostatnie dziesięć minut poranka na wyklejaniu Pani Jesieni z liści juki, bazylii oraz laurowych Kamis. 
Nie zdążył się nawet ogolić, na szczęście poprzedniego wieczora wyprasował rzeczy swoje i Alicji, gdy w drzwiach pojawiła się jego żona. Całe szczęście kupił jej nowe rajstopy w dużych paczkach i nie chodziła już w tych pozaciąganych.

-Czy możesz dziś zawieźć dzieci do szkoły? Mam ważne zebranie, mój awans może od tego zależeć- odezwała się na dzień dobry.

-Tylko wezmę samochód, ok?

-Wiesz przecież, jak na mnie patrzą koleżanki, kiedy podjeżdżam autobusem, to tylko cztery przystanki, dasz radę! I tak masz po drodze.

Stanisław znał tę rozmowę, nawet nie drążył tematu, wiedział, że kolejna, taka sama kłótnia o to, czyja praca jest ważniejsza, będzie tylko stratą kolejnych cennych minut.

Alicja wyleciała jak z procy, bez śniadania, rzucając, że zje na stacji benzynowej, a on pomyślał tylko, że znowu na kolację będzie miał zeschnięte kanapki- niedojadki.

Po wczorajszym wieczorze dzieci były trochę nie do ogarnięcia, co znaczyło, że w autobusie znowu wszyscy patrzyli na niego wilkiem. Jakaś kobieta przez telefon wyraziła swoje niezadowolenie, że “bachory nie dają jej porozmawiać, więc zadzwoni później”, inny “perfekcyjny ojciec” karcąco wykrzywiał usta w kurzą dupkę, a jakiś stary dziad uraczył go poradą, że “powinien pilnować swoich dzieci”. “Dzięki kurwa za naukę, sam bym na to nie wpadł”, pomyślał Stanisław i tylko złapał Dziedzica za kaptur w ostatniej chwili, chroniąc go przed wyrąbaniem głową w kasownik.

W drodze do pracy, uwolniony od potomstwa spoglądał tępo przez okno autobusu na Warszawę, usiłując w myślach zorganizować porządek tego dnia.

Wtem kolano. Złożył nogi bliżej jedna drugiej. Znowu kolano. Nogi w lewo, poranna gimnastyka. Szybkie zerknięcie ponad prawe ramię. Na siedzeniu obok rozmościła się wygodnie paniusia, lat około 50, dezodorant to taki dinozaur z okresu jury, brudnymi pazurami dłubała sobie w zębie. Rozkrok przekroczył dawno neutralne 45 stopni, niebezpiecznie zbliżał się w stronę szpagatu.

163

Stanisław poczuł mdłości, wysiadł dwa przystanki wcześniej. 

-A co pan taki smutny, uśmiechnie się!- usłyszał za plecami. Słowa wypadały z paszczy przystankowej żulicy, od 9 rano z obowiązkową puszką piwa “Mocne Dębowe” oraz wiszącym bezwładnie szlugiem z jej warg. -Ja znam sposób, żeby ci poprawić nastrój, chłopaczku! Niezłą masz dupę!- rechot towarzyszył Stanisławowi, zanim żulica znalazła sobie następnego chłopaka do zaczepek, padło na piętnastoletniego blondynka ze słodką grzywką, zupełnie czerwonego na twarzy w reakcji na “awanse”.

W pracy jak zwykle: “Staszku przynieś to, Staszku skseruj, Staszku skarbku zanieś to do księgowości”. Żadna z tych rzeczy nie należała do jego obowiązków, ale wiedział, że przy odmowie zyska miano gbura i na dłuższą metę nikt nie będzie chciał awansować “niemiłego” mężczyzny. Nie w firmie złożonej głownie z kobiet.

Koleżanki znad komputerów, na których ekranach jako tapety poustawiały zdjęcia jędrnych męskich pośladków (oczywiście implanty, naturalne tyłki są takie nieatrakcyjne) przerzucały się historyjkami z wczorajszej imprezy (na którą on nie poszedł, bo teatrzyk szkolny). Która spiła kolegę, która się z kim przelizała, kto jest sztywniakiem i nie chciał zatańczyć “przytulanga”.

Po lanczu poszedł do szefowej “po prośbie”, zadzwonili ze szkoły, że Mała Księżniczka wymiotuje i trzeba ją zabrać.

-Dlatego właśnie nie lubię zatrudniać mężczyzn, ciągle im dzieci chorują. Ale co zrobić, ktoś musi nam ubarwiać to biuro, służyć za ozdobę w miejscu pracy. Człowiekowi też należy się czasem, żeby sobie popatrzyła, nie?- i tu nastąpiło mrugnięcie okiem i rzut oka na rozporek Stanisława.

Na szczęście szefowa pozwalała czasem pracownikom płci męskiej na takie zwolnienia, ZUS płacił, uff, kobiety nie mogły liczyć na tego typu czas z dziećmi.

Wieczorem, kiedy już zrobił kolację i położył spać potomstwo, zjawiła się Alicja. Padła na łóżko wykończona. Chciał jej opowiedzieć o dniu, jednak powstrzymało go donośne chrapanie. Dziś nie będzie seksu, z czego się nawet ucieszył, bo przestał brać zastrzyki hormonalne, po których puchnie mu całe ciało, a jego małżonka “nie lubi” prezerwatyw. Wizja kolejnego potomka wprawiała go w spazmy, także nie kochali się prawie wcale, poza dniami niepłodnymi wyliczonymi przez aplikację, trudno było o miłość. Podejrzewał czasem, jak jego temperamentna żona zaspokaja swoje potrzeby, ale nic nie mówił, bo ze względu na dzieci (i na niską ściągalność alimentów) rozwód to byłaby ostatnia rzecz jakiej potrzebował.

 

Szmaty

Był sobie piątek. Nie byle jaki- czarny, zwany finezyjnie “black frajdejem”. Oznaczało to, że fejsbuk atakował mnie “ogłoszeniami sponsorowanymi”, wszelkie polubione strony miały “wyjątkowe promocje”, a blogi doradzały na prawo i na lewo czego nakupować, na co nawydawać, żeby było “mądrze”, z “sensem”, w co “zainwestować” (umówmy się “inwestowanie to jest na giełdzie, w nieruchomości, albo w sztukę, definicją inwestycji jest wzrost wartości naszego zakupu, “inwestycja” w paletkę cieni zwróci się nam tylko w wypadku bycia profesjonalną charakteryzatorką lub makijażystką). 

W tym całym hałasie i chaosie mało kto kontemplował sens owego wydarzenia, jeśli już, to dostawał łatkę hejtera, buntownika, antysystemowca.

Lubię ubrania. Nie dla mnie jest minimalizm pod tytułem “kup jeden super płaszcz za tysiąc złotych, będzie do wszystkiego”. Ja muszę mieć do wyboru 4 płaszcze. I puchówkę. I parkę. I kurtkę “do lasu”. I  skórzaną. Dżinsówkę. Trencz. Tak działa mój mózg, że lubię się odpieprzyć, spojrzeć w lustro z zadowoleniem, poprzymierzać.

Nie odnajduję się w filozofii “inwestowania” w “lepsze” ciuchy. Owszem, mogę się zawziąć i nazbierać 2 kafle na coś z Vitkaca czy Zalando, przy normalnych zarobkach z tzw. “pracy umysłowej” to nie są nieosiągalne kosmosy. Z tym, że wolę pojechać do Barcelony na trzy dni, albo przepierdolić to beztrosko w dwa łikendy na Nocnym Markecie.

Kiedyś byłam leniwą bułką, dostawałam regularną pensję na etacie i dobrze było do biura ubrać się dobrze. No to hyc, najprostsze rozwiąznia- do centrum handlowego, haemy, zary i klokhousy. To było 10 lat temu. Wiecie ile ubrań mi zostało z tamtych czasów? Zero. Wielkie, okrągłe, tłuste nic.
Wiecie, co moja mama ma w szafie z ubrań ze swojej młodości? Tonę ciuchów. Na moich połowinkach w ogólniaku wystąpiłam w jej sukience sylwestrowej. Siostra zakosiła aksamitną małą czarną z lat 80tych. Skórzane sandałki z pierwszej pracy rodzicielka nosi do dziś.

Na początku reklamowałam te obdarte, sprane, powykręcane badziewiaki. Potem kilka razy zdarzyło mi się kupić ciuch “polskiej niszowej marki”, ale umówmy się- aby tak się ubierać, trzeba mieć w sobie tego ducha minimalizmu, że właśnie “jeden porządny sweter”. Ja tak nie umiem, chcę mieć czerwony, szary, w ciapki, zielony, z golfem i w serek.

I tu nastąpi oda do szmateksów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że “nic tam nie da się znaleźć”, że oni nie lubią grzebać. 
Kupowanie na szmateksach to jest polowanie, wymaga otwartego umysłu i wzroku sokoła, który dostrzegł myszkę w trawie z wysokości 30m. Ale też widzę, że z biegiem lat “odzież używana” staje się coraz mniej używana. Często lądują tam końcówki kolekcji ze sklepów, i to takich marek, że głowa mała.

Ja mam kilka strategii, gdyby ktoś chciał się tanio ubrać i skorzystać z mojego wieloletniego doświadczenia, to zapraszam na porady.

90

Po pierwsze- nie nastawiaj się na nic konkretnego, korzystaj z okazji. Wizyta w ciucholandzie to przygoda. Bardziej niż jako zakupy, traktuję to jak polowanie. Gdzieś tam, z tyłu głowy mam listę rzeczy, które bym chciała, ale ta lista rozkłada się w czasie. Budowanie garderoby z taniej odzieży to proces. Jeśli latem trafi Ci się płaszcz z merynosów, to go bierz. 

Po drugie- regularność. Ja po prostu wchodzę sobie po drodze po bułki, albo kiedy idę “przewietrzyć głowę”. Wpadam, przerzucam wieszaki i po 10 minutach wychodzę. Ostatnio tak właśnie upolowałam parkę Fjalraven i buty Ugg.

Po trzecie- bądź wybredna. Nie bierz z wieszaka sieciówkowych metek. Nie musisz kupić 10 rzeczy, bo są tanie, wystarczy jedna, ale taka, która rzeczywiście jest super. Ja patrzę na składy, jestem już tak rozpieszczona, że jak widzę, że sweter ma 20% wełny, to go odwieszam, zainteresuj się metkami, stawiaj na jakość- angora, kaszmir, jedwab.

Po czwarte- oszacuj czy się opłaca. Nie chodzi o to, żeby utonąć w morzu ciuchów, ale czy rzeczywiście to jest fajne, czy tego chcesz, ciucholand to trening asertywności. Czasem jakaś rzecz ma małą wadę i da się ją naprawić (np moje Uggi były trochę “złachane”, ale uprałam je, wypchałam ręcznikami, zakonserwowałam sprajem i odzyskały normalny kształt). Ale bywa, że plamy nie da się odprać, albo nie warto, bo pralnia chemiczna będzie droższa niż kupno nowej bluzeczki.
Trafił mi się kiedyś komplet Hugo Bossa- marynarka ze spódnicą, kosztował 30 zł, ale miał za długie rękawy. Jednak super jakość, nowy, z metką, opłacało mi się skrócić u krawca i zapłacić za pranie, łącznie wyszło 150 zł. Kupcie Hugo Bossa za 150 zł.

Po piąte- szukaj zadupia. Często łowię, kiedy jestem w małej miejscowości, czy na wakacjach, czy w pracy. Lokalni klienci nie zwracają uwagi na te same rzeczy, najczęściej do takich miejsc zaglądają starsze panie, albo matki szukające ubranek dziecięcych. Otwiera się ocean możliwości. W Bytomiu kupiłam Conversy, w Siedlcach Sisleya, w Białymstoku Lacosta, w Lidzbarku GAPa, w Grójcu Ralpha Laurena.
Ta sama zasada dotyczy wielkiego miasta- chodź na lumpeksy poza głównymi ulicami, jesteś na osiedlu u koleżanki, wejdź do takiego sklepu między blokami, ceny będą niższe, towar mniej przebrany.

Po szóste- dowiedz się jakie są dni dostawy. Jak mam trochę kasy, to idę w dzień wymiany towaru. Jest drożej, ale są super rzeczy. Warto znać dzień wyprzedaży, często tuż przed zmianą jest promocja w stylu “wszystko za złotówkę”. Warto wskoczyć na 10 minut i poprzewracać, mam z takiego eventu niemiecką kurtkę z kaczym puchem w środku (a ponieważ mam pralko- suszarkę, mogłam ją wyprać w domu).

Po siódme- grzeb w butach i torebkach. Klientki często tam nie zaglądają, można wyłowić skarby. Buty można umyć, wymienić wkładkę, skórzaną torebkę traktuję pastą do butów i jest jak nowa. Kupuję tylko ze skóry naturalnej, bo to jest moim zdaniem bardziej ekologiczne, taka rzecz będzie mi służyła do końca życia, skajowe wywala się po dwóch sezonach, nie da się ich naprawić, przepolerować. Mam świetne zamszowe kozaki i właśnie stuknął im 11 rok życia ze mną, dwa razy wymieniałam fleki.

Po ósme- noś ze sobą smartfon. Często na lumpach są rzeczy nieznanych u nas marek- niemieckich, brytyjskich, skandynawskich. Jak widzę, że coś porządnie wygląda, to guglam. Potem okazuje się, że to norweska firma produkująca profesjonalny outdoor po kilka kafli kurtka.

Także zachęcam do kupowania w odzieży używanej. Black Friday trwa tam cały rok, jest ekologiczniej, można znaleźć perły i nie wyczyścić portfela do cna. Jeśli dodatkowo ktoś lubi nietypowe i dziwne rzeczy (ostatnio kupiłam siostrzenicy kostium jednorożca), to tam znajduje się kopalnia wszelkich skarbów.

Poranek z hipokrytą

Śledziłam tę dyskusję od jakiegoś czasu. Piasek i jego muzyka to guilty pleasure okresu dojrzewania. Niby nigdy nie kupiłam kasety/ płyty, ale jak leciał w radio, czy na szkolnej dyskotece “Niecierpliwy”, to przytrzymywałam rzęsami łezki wzruszenia. Te piosenki, mimo, że takie, no co by nie mówić, czasem trochę kiczowate, zawierały w sobie jakąś podskórną dawkę smutku. Jak się potem okazało, nie bez kozery pojawiło się przeczucie niespełnionej miłości zawartej w tekstach.
Pana Andrzeja wyałtowano, pisały pudelki i inne takie. W owym czasie byłam już osobą dorosłą, zajętą życiem zawodowym i z (wyrobionym w miarę) własnym gustem muzyczno- literackim, więc zupełnie przeszło mi to koło nosa.

Jakiś czas temu pisałam tu na blogu co myślę o celebrytach- szafiarzach, wszelkich lizusach systemu opresyjnego wobec nich, udających “jestem jednym z was”, przy okazji krzywdząc tzw. “szarego człowieka”. 
Panie Piasku, w czasach, gdy Pan siedział sobie w ciepłym apartamencie, kitrając przed światem boy-toyów i przeglądając Grindra czy co tam teraz jest modne do uprawiania seksu, w Pańskich kochanych Kielcach, w których zaczynał Pan w zespole Mafia, dwie zakochane w sobie dziewczyny popełniły samobójstwo. O czym Maria Peszek napisała piosenkę, a gazety (w tym Wyborcza) podały informacje o “przyjaciółkach”, z “niewiadomych przyczyn”. Bo homofobia jest u nas wciąż niewystarczającym powodem aby udowodnić opresję. Systemową. Ogólnospołeczną.

No i czytam sobie wywiad z gwiazdorem, dławię się kawą i wkurwiam. 

“Moja publiczność jest taka.. normalna. To zwykli ludzie, dla których wartością jest rodzina, miłość, poukładany świat”. 

Wie Pan dla kogo wartością jest miłość, rodzina i poukładany świat? Dla tych co mają jaja nie siedzieć w szafie i swoją miłość, związki i rodzinę traktują priorytetowo, nie godząc się na sprowadzanie ich do pokątnego seksu w knajpianych kiblach, chcą tę miłość pokazać światu, “machać tą flagą”, iść z komunikatem, że to jest “normalne” i nie wstydzą się siebie.

Był taki antybohater w filmie “Django”, czarnoskóry niewolnik broniący porządku ustalanego przez jego białych panów. Tak samo zachowują się kobiety “antyfeministki”. Stary i lubiany mechanizm wyparcia, spojrzenie w lustro “tak, to ja jestem tą osobą dyskryminowaną” może budzić silny dyskomfort i sprzeciw, lepiej być przecież w jednej drużynie z większością, z silniejszym.

Dalej Pan Andrzej mówi, że “nie wstydzi się wierzyć w Boga”. Rozumiem, że w kraju, w którym w każdym urzędzie, szkole, w sejmie wisi krzyż, gdzie na każdym rogu stoi wielgachny kościół, wiara w Boga jest czymś, co trzeba ukrywać przed prześladowaniami? No brawo, gratuluję tej “odwagi”. Nie no, nie ma to jak iść “pod prąd”.

Gratuluję również, że wzrusza Pana Puszcza Białowieska i broni Pan sądów, a już ci “machający flagą” ze zniczami po kolejnym dzieciaku, który się zabił z powodu homofobii nie.

Dlaczego mnie to wkurza? Niech sobie Piasek ma poglądy jakie chce, przecież jest wolność słowa.

Dlatego, że te wszystkie bzdury wystawia w kontrze do aktywizmu LGBT, że jawi się jako “zdroworozsądkowy obrońca wartości”, czyli “hej, jestem gejem, ale bronię heteronormy, taki fajny ze mnie równiacha”.

To żadna odwaga być oportunistą, opowiadać w gazetach rzeczy utwierdzające uprzedzenia. To jest właśnie ten model “normalnego niewychylającego się geja”, którym straszą nas homofobi na forach internetowych, jako przeciwwagę do “zboczeńców na paradach”. Czyli w domu po kryjomu.

Gdyby nie “machający flagami”, to dziś Pan Piaseczny miałby teczkę w prokuraturze, albo żonę i dzieci, a po nocach szukałby męskiego przyrodzenia w klopie na Placu Trzech Krzyży. Jest Pan więc winny tym ludziom bezgraniczny szacunek za swoje życie, bo dla takich nadstawiali swojego karku i latami znosili upokorzenia, aby Pan mógł dziś cieszyć się wolnością. Bo jawne bycie sobą, mimo narażenia się na przemoc to jest odwaga, na jaką niewielu stać.

Po śniegu

Wszystko zaczęło się od tego, że nie zdążyłam zmienić opon na zimowe.
Szósta rano, ciemność wpychała mnie z powrotem pod kołdrę, w głowie szumiał kodeinowy kac po tabletkach na kaszel. Za oknem spadło białe. Płatek po płatku lądowało na planecie Ziemia, zacierając ślady życia. 
Z moim stanem oskrzeli komunikacja miejska wydawała się biletem ekspresowym do krainy powikłań, destynejszyn angina, koklusz i gruźlica.

Korzystając z niewiarygodnych technologii szpiegowskich GPS zamówiłam więc Ubera.
– O, Suzuki Ignis- zagaiłam- Ale się stęskniłam, kiedyś takim jeździłam, fajne autko.
Tu nastąpiła dłuższa i mało istotna, acz sympatyczna rozmowa o japońskich samochodach, kosztach naprawy i hurtowniach z tanimi częściami.
– Ja tam lubię śnieg, jak porządnie napada- zmienia temat mój drajwer, na oko lat 21, miła twarz, uśmiechnięte oczy.
– Ja też, mogłabym mieszkać w Skandynawii i nic a nic mi to nie przeszkadza.
– Też bym mógł, ale teraz to chyba bym nie chciał.
– A dlaczego?
– Wie pani, z tymi ciapatymi..
Nastąpiło porozumiewawcze spojrzeniu w lusterku, sugerujące, że nadajemy na tej samej fali, że on wie, że ja wiem, tymczasem ja nie wiem. W tym geście zawarta była myśl o wspólnej platformie, o jedności, o nici porozumienia.
– Pieprzenie, prędzej dadzą mi w twarz na Pradze niż tam, pojechałby pan samemu się przekonać.

Dalsza droga upłynęła w niezręcznym klimacie, napięciu i ostrożnym doborze słów, aby się wzajemnie nie pozagryzać w tym Suzuki. “Krwawa jatka w uberze sprowokowana przez muzułmańskich imigrantów”- tak by brzmiały nagłówki.

129

W drogę powrotną zabrała mnie taksówka.

Wturlałyśmy się z koleżanką do auta zasapane, zmarznięte, z przemoczonymi butami i rzęsami przyklejonymi do szkieł okularów.
– Wie pan, trochę się nabiegałyśmy, bo pomyliłyśmy taksówki.
– O, to nieźle się dzień zaczyna.
– Nieźle to się już wcześniej zaczął, bo nie zmieniłam opon, a tu napadało.
– To dobrze, że pani myśląca i nie wyjechała, ile już dzwonów na mieście. Wie pani, ludzie nie wierzą w takie rzeczy i jeżdżą na letnich. Że spisek firm produkujących opony. Teraz same spiski. Antyszczepionkowcy, ludzie głupieją, szukają wrogów, ziemia płaska, geje im przeszkadzają, cyrk za darmo.

Uśmiechnęłam się pod nosem, dalsza rozmowa to ciąg polecania sobie “chińczyków” i pizzerii, opowieści o mieszkaniach, cienkich ścianach, włoskich wakacjach.

Po południu, pracując przed komputerem w słuchawkach miałam audycję radiową, której tematem były “przekonania”.
To, jak bierzemy swój punkt widzenia za ogólnoobowiązującą normę, za coś uniwersalnego. Kiedy nie dopuszczamy możliwości, że ten drugi człowiek może mieć zupełnie inny kod, że ma do niego prawo, nawet jeśli wywołuje to w nas dyskomfort.
Egocentryzm kulturowy pozwala nam widzieć własną słuszność, nasze postępowanie jako jedyne właściwe.

Zrodziła się we mnie wątpliwość, że jeśli wychodzimy z pozycji jedynej normy, to nie ma miejsca na rozwój, kiedy przekonania nie pozwalają nam na nawiązanie relacji z innymi, są strategią nieskuteczną w postępowaniu w społeczeństwie, bo de facto nie dostajemy wtedy tego, czego chcemy, przeciwna strona się po prostu zamyka.
W żadnej z tych rozmów nikt nie zapytał “A co pani sądzi o (niech będzie) ‘ciapatych’?”, “co pani sądzi o antyszczepionkowcach?”. Mógłby wtedy powstać jakikolwiek dialog, nawet przepychanka na argumenty, ale z miejscem na inne zdanie. Gdy się rozstajemy, każde obstając nadal przy swoim, to przynajmniej nie w poczuciu, że między nami jest betonowy mur nie do przeskoczenia.

Blok kulturalny

Wcale mi się nie chciało składać literek w ostatnim czasie. Jesień wyobrażam sobie w scenach przedstawiających mnie siedzącą pod pluszowym kocem, w futrzastych kapciach, z kubkiem gorącej herbaty imbirowej i książką w ręku. Do tego dorzućmy wyimaginowany kominek.
Kończy się z zapchanym nosem, tabletkowym burdelem na szafce przy łóżku i serialach na tablecie.

Także przeczytałam ostatnio tylko dwie książki, ale jest plan na nadrobienie, wielkie chęci i wspaniałe tytuły na horyzoncie.
Zrobię Wam tu subiektywny przegląd tego, co mi się ostatnio w kulturze udało “zaliczyć”. Było też więcej pozycji, tu wymienię te, które mnie ujęły.

***

Film

Zacznę od torpedy- “Bladerunner”. Idźcie na to, bo jest tak dobry, że aż strach. Zaliczyłyśmy projekcję 4d, czyli bujało nam fotelami, dmuchało we włosy i psikało w twarz wodą,  było jak w wesołym miasteczku. Taka technologia po prostu gra z filmami, gdzie jest dużo scen akcji, latania, wybuchów, czujesz się jak uczestnik wydarzeń, nie tylko widz.
Muszę jednak dodać łyżkę dziegciu. Jared Kurwa Leto. 
To nie jest, że ja go jakoś nie lubię, ale przy takich aktorach jak Gosling czy Harrison Ford, Pan Jared wypada jak uczestnik kółka teatralnego z gimnazjum. Gra zawsze nie o jeden ton wyżej, tylko o dziesięć, przy każdej jego scenie bolały mnie zęby. Nie wiem jakim jest człowiekiem, jakoś specjalnie nie śledzę jego kariery, ale to któryś film z rzędu, gdzie wszystkiego w nim jest “too much”. Jeśli mamy osobę, której cała fizjonomia jest już przerysowana i naturalnie nie do końca wygląda jak człowiek, to wydaje mi się, że przy takich aktorach sprawdza się minimalna technika wyrazu. Bo wszystko, co zrobi “za mocno”, bije po oczach sztucznością. Jared Leto jest takim Nickolasem Cagem naszych czasów. Patos, pretensjonalność, scena z zabijaniem nowo narodzonego androida to nieudany szantaż emocjonalny. Jeśli nie dał się poprowadzić reżyserowi, to ja bym wolała, żeby go wycięli, bo na tych scenach musiałam zasłaniać twarz.
Są aktorzy charakterystyczni, “wielkoocy”, jak np Jake Gyllehaal. I spójrzcie, jak jego gra wygląda w Donnie Darko, czy w Brokeback Mountain. Jak się ma “mocną twarz”, to się postępuje oszczędnie, inaczej wychodzi karykatura.
Ale Ryan i Harrison- moc! Efekty- szóstka z plusem! Klimat bladerunnerowski- jest jak trzeba. Historia nawet ciekawsza niż w pierwowzorze, wszystko się udało, na pewno będę powtarzać seans, jak się pojawi na netflixach czy innych amazonach.

Najlepszy
Poszłam na film z siostrą, obchodząc Święto Niepodległości jak najszerszym łukiem. I wiecie co, to jest polskie kino z jakiego jestem dumna, to jest nasza wizytówka w świat, jak ktoś chce być patriotą, to niech kupuje bilety na takie produkcje, niech im kibicuje na festiwalach, śmiało mogę powiedzieć, że wstydu nie ma.
“Najlepszy” to mainstream, ale mainstream na wysokim poziomie. Świetne aktorstwo (bałam się, że Gierszał, taki dosyć delikatny z wyglądu chłopak, nie będzie wiarygodny w roli ironmena), wykorzystanie osób, które nie kojarzą nam się typowo z tego typu kreacjami (przemocowy ojciec, matka), ukradł mi serce Gajos i Jakubik. 
To jest dzieło, po którym wychodzi się z sali kinowej z głową pełną emocji. Z wielkim sercem.
Niektórzy piszą w recenzjach, że sceny “z lustrem” były niepotrzebne. Mi zupełnie nie przeszkadzały, myślę, że dobrze obrazowały, że człowiek który żyje w nałogu zawsze ma tę mroczną część w sobie, że to jest walka na całe życie, że autodestrukcja to nie jest coś co cię opuszcza, nawet jak jesteś już “czysty”.
Po takich filmach jak “Ostatnia Rodzina”, “Jestem mordercą”, “Zjednoczone Stany Miłości” potrafię w ciemno kupować bilety na polskie kino.

***1d81fe41454441-57a6e235c556e

Seriale

Master of None
Z Netflixa, trochę przypadkiem, bo myślałam, że to będzie serial komediowy. Bardzo fajna obyczajówka w “sundance’owym” klimacie. Pierwsza seria trochę hipsterska, druga BARDZO “inna”. Nietypowe jak na serial eksperymenty z formą, każdy odcinek w trochę innej konwencji. Nowy Jork odrobinę jak w starym Woodym Allenie, ale aktualizowany o multikulti, o mniejszości seksualne, o “millenialsową” tematykę. Epizody są słodko- gorzkie, każdy kto lubi inteligentne produkcje o związkach, o trzydziestolatkach, niezobowiązujące seriale na dwa wieczory z michą popkornu zagryzaną eklerem popijanym czerwonym winem, powinien spróbować tego dzieła.
Odcinki poruszają też tak aktualną ostatnio tematykę molestowania seksualnego i równouprawnienia. Bohaterowie są bardzo “ludzcy” i łatwo można się z nimi utożsamiać. Polecam.

Mindhunter
Lubię tematykę seryjnych morderców. Szczególnie, kiedy są to opowieści na faktach. Jest to fascynacja wykroczeniem ponad to, co nazywamy “człowieczeństwem”, głębokim, bezinteresownym złem. Zawsze zastanawiałam się, co musi się stać, żeby człowiek mógł zabijać i nie czuć przy tym żadnych emocji związanych z zadawaniem bólu, krzywdy, kiedy nie dotyka go empatia, kiedy nie ma wyrzutów sumienia wobec swoich ofiar i ich rodzin. 
Podoba mi się, że “Mindhunter” nie eksploatuje grozy, jak to robił “Hannibal”. Że nie urządza nam wielkiej uczty makabry. Podoba mi się powolny, cichy klimat serialu, ciemna tonacja, spokój przeplatany z napięciem. Podobał mi się finał, nieoczywisty, pozostawiający widza z głową otwartą na to, co się właściwie stało.
Świetnie kontrastują ze sobą główni bohaterowie, postacie żeńskie w końcu z krwi i kości, to, że motywacje pojawiających się osobowości nie są dla nas do końca jasne i zrozumiałe, nie ma dużo ekspozycji, więc musimy otworzyć się na różne ewentualności. 
No i jest dobrze zrealizowany, więcej tego chcę.

Stranger Things
Co tu dużo mówić, jestem fanką, posiadaczką bluzy z nadrukiem lampek podpisanych alfabetem. W drugiej serii może nie ma aż tyle niepokoju, tajemnicy, bo sporo kart zostało odkrytych, ale oglądałam w Halloween i nic lepszego na tę noc nie mogłam ustrzelić.
Dzieciaki świetne, może wątek z “punkami” nie do końca potrzebny, ale fajnie się oglądało, uderza w moją potrzebę nostalgii. 

***

Ksiązki

Wymazane
Witkowski to Witkowski. Jak się lubi połączenie ironii z celną obserwacją, kiedy nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, przegięcie i drwiny ze wszystkich tabu, świętości, karykaturalne ukazanie postaci, przy jednoczesnej sympatii do nich, to wiadomo, że on nam tego dostarczy. Najlepiej piszący autor w Polsce. Pisać patetycznie i tworzyć skomplikowane konstrukcje umie co drugi, banału ci u nas dostatek, ale pisać tak, że ja się śmieję na głos w autobusie, jednocześnie nie mając poczucia “guilty pleasure”, to trzeba docenić. 
Przez jego powieści czytelnik leci jak burza. Trafne spostrzeżenia, detale, które na co dzień umykają, ale składają się na rzeczywistość, tu przejaskrawione, podkreślone na czerwono i z wykrzyknikiem, absurdy wyolbrzymione pozwalają spojrzeć na świat z dystansu, na kpinę. Himalaje ironii, ale też autoironii, bez cynizmu, z czułością nad brzydotą, nad głupotą, nad stereotypami.
Przeczytałam wszystkie książki Witkowskiego. Każda to strzał prosto w serce.

Ucieczki

To był wiek dzikości serca, siedem, albo osiem lat na karku.

Czasy, gdy nikt nie montował fotelików w samochodach, o pasach bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu można było pomarzyć. 

Do szkoły chodziłam z sąsiadką, która była w tej samej klasie. Nikt nie kosił trawników, wiosna nieokiełznana ręką człowieka zagarniała ile mogła mleczami, stokrotkami, pokrzywą i kłującym ostem. Muchy latały wokół jarzeniowych lamp w malowanych farbą olejną klasach, dzieci zdzierały kolana ślizgając się po linoleum, które zastępowało poważne posadzki.

Po latach szkoła się dziwnie skurczyła i nawet (niegdyś wysypane żużlem, dziś zamienionym na piankę) boisko wydawało się tycie.

Za szkołą znajdowała się górka. Zimą wyślizgana jak tafla lustra przez które prześwitywało błoto i kamienie. Kto miał sanki, zjeżdżał na sankach. Inni na kurtkach i kartonach, odważni “na stojaka” na własnych butach. Ja, jako jedna z nielicznych na osiedlu posiadałam łyżwy, czego konsekwencją był mało inteligentny zjazd na figurówkach. Skutek, mimo, że spektakularny, jednak niezakończony żadnym złamaniem, nie nauczył mnie zbyt wiele w tym temacie, wobec czego tego typu akcje regularnie się powtarzały.

Latem chodziliśmy “za górkę”. Za górką były krzaki, w krzakach były śmieci, butelki po denaturacie, skamieniałe prezerwatywy i skórki od chleba. Między odpadkami płynęła sobie kanałem, górnolotnie nazwanym przez lokalsów “rzeczką”, woda.

***

Zosia była moją antytezą. Ja brunetka, ona blondynka. Ja z rodzeństwem, ona jedynaczka. Tradycyjna rodzina u mnie kontra rozwiedziona matka i ojczym z importu o dźwięcznym imieniu Luigi u niej. Zero kasy w kieszeni, za to kanapka i jabłko w plecaku versus wypadające z portfela pieniądze i zapiekanka na obiad. Dyscyplina przeciw braku kontroli.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że zostałyśmy przyjaciółkami. Stan ten trwał od początku podstawówki, po ósmą, ostatnią klasę, kiedy to Zosia poszła do zawodówki, a ja do liceum i nasze drogi rozeszły się na zawsze. 

01
Przerobiłyśmy za to w ciągu tych kilku lat wiele stopni zażyłości, od nagrywania sobie (mi) odcinków Czarodziejki z Księżyca, kiedy jedna miała szlaban (ja), po pomaganie w pisaniu klasówek (jej). “Miała na mnie zły wpływ”, to słyszałam od rodziców i niejednokrotnie nasze akcje kończyły się zakazem znajomości, rozsadzeniem w ławce i potajemnym pisaniem listów na lekcjach.

***

Wracając do rzeczki. “Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać”. Komunizm dopiero skonał i nawet dzieci czuły powiew wolności.

W ramach powyższego zaplanowałyśmy z Zosią Wielką Ucieczkę.

Siedząc na kępie traw i mocząc bose stopy w kanale, w którym o dziwo rozwijało się życie w postaci kijanek, wypakowałyśmy moje kanapki z folii aluminiowej, wysypałyśmy pieniądze Zosi i liczyłyśmy na co nam wystarczy. Dla mnie to było bogactwo, majątek, bo jedyna waluta, jaką wówczas obracałam, to drobne otrzymane od dziadka w celu zakupienia chrupek Fritos bądź gumy Turbo.

Zosia miała klucz na szyi, zapewniała, że u niej w domu i tak nikogo nie ma, więc możemy się tam zakraść, zabrać namiot i potrzebny ekwipunek.

Klucz na szyi był dla mnie totemem nieosiągalnym do około dziesiątego roku życia. Wcześniej po prostu wchodziłam do domu, w którym czekała na mnie babcia z obiadem. Jeśli nie mogła być, szłam do sąsiadki, koleżanki mojej mamy, i ona robiła mi kanapki, puszczała z kasety video kreskówkę, dopóki ktoś z rodziców nie wrócił.

Plan ucieczki zakładał wędrówkę przez świat z namiotem, kradzież jedzenia z działek i ogródków, spanie w lasach, aż dotrzemy do ciepłych krajów i tam zamieszkamy nad morzem. Wyobraźnia podsuwała nam raj wolności absolutnej, gdzie nie ma dorosłych, życie w wiecznej zabawie i słońcu.

Pech chciał, że ledwie po godzinie- dwóch zjawiła się moja rodzicielka, cała ugotowana. Gdy zauważyła, że Mania, z którą zazwyczaj wracałam ze szkoły jest w domu, wszczęła alarm poszukiwań, prawie już dzwoniąc na policję, straż pożarną i pogotowie.

Koniec naszego planu był tragiczny- na mnie czekał pas, na Zosię czekały puste ściany.

 

Polka

Dzień dobry, tu Polka.

Nie wyjechałam, jestem, trwam. Dlaczego?- bo chcę. Bo mogę. Bo jak ktoś mi mówi- Nie podoba ci się to wypierdalaj, to ja mu odpowiadam- Nie.

Bo jak w rodzinie dzieje się źle, to się nie ucieka, a próbuje naprawić.  

Bo niby dlaczego mam zostawić swój dom, swoją pracę, najbliższych i dalszych, bo jakiś łysol, którego pradziadek boso kopał kartofle w nocy, żeby jego pan nie widział, nie będzie mi mówił gdzie mam żyć i co mam mieć wpisane w paszporcie. Bo to tak samo moje miejsce jak i jego.

Bo mam zmieszaną krew jak w koktajlu, gdzie prosecco współgra z whisky, sokiem z jeżyn i wisienką kandyzowaną na dnie.

Moja babcia co drugie słowo mówiła po rosyjsku, ale zawsze tam, na Podlasiu była u siebie. Dziadek był socjalistą z powołania, bo widział niesprawiedliwy przedwojenny świat, a potem front pokazał mu piekło od którego trzęsły mu się ręce ilekroć słyszał język niemiecki w telewizji. Uciekali, stracili rodziny, zostali rozdzieleni na dziesięciolecia z najbliższymi, palono im domy i wsie, widzieli rozstrzelanych sąsiadów.

Drugi dziadek na piechotę po wojnie szedł odbudowywać Warszawę tylko po to, aby jacyś “lokalni patrioci” na forach internetowych jego wnuczce ubliżali od słoików i wieśniaków.

Tu nadaje Polka, od dwunastu lat żyjąca w związku z kobietą.

fc2d9045298783-582c0dacdf4be

Polka, która ma w dowodzie i w paszporcie wpisaną narodowość, potwierdzoną stemplem, wypaloną pod skórą miłość do ziemniaka i kapusty, nostalgię za śnieżną zimą i palącym latem, za zapachem gnijących jabłek i świergotem wróbli. 

Polka, która nie wyznaje Boga Ojca, która wstydzi się za Jedwabne, za pogromy kieleckie. Polka, która nie doświadczyła “szarmanckiego traktowania” tradycyjnych Polaków, co najwyżej próby obmacywania w autobusach i wulgarne uwagi na temat wyglądu.

Jej polskość jest nienachalna. W hostelach w Tajlandii zapytana skąd jest zawsze tłumaczyła gdzie jej kraj leży i jak wygląda, bo mało kto był świadomy tego zakątka świata. W Wietnamie taksówkarz zaśpiewał jej “sto lat” i chwalił wódkę. W Japonii upewniali się czy przypadkiem nie “Holland”. Francuzi reagowali “Polish people are hard working”, Anglicy się krzywili, Włosi podrywali. Z dystansu Kaczyński, Pawłowicz i Duda nie mieli żadnego znaczenia, bo na okładkach hiszpańskich dzienników był np. Putin albo Trump.

Polka bez poczucia krzywdy, ze świadomością szans, których nie mieli jej przodkowie. Która nie wyjechała do UK, do Niemiec, do Kanady. Która tu płaci podatki Państwu plującemu jej w twarz i każącemu się utylizować w jakimś kominie pod Krakowem.

Polka, która nie potrzebuje czuć dumy ze sportowych osiągnięć obcych ludzi, bo jest dumna ze swojej pracy i z tego ile sama zbudowała mimo braku “znajomości”, koneksji, bogatego taty. 

Która cieszy się ilekroć polski film wygra Oscara albo palmę, budynek- Pritzkera, gra się sprzeda w milionach egzemplarzy, a naukowiec przyczyni do przełomu w medycynie.

Polka nie cieszy się gdy widzi race, nie podnoszą jej wartości transparenty o czymś tak przypadkowym jak rasa czy tożsamość, to nie są “osiągnięcia”, nie zarabia się pieniędzy ani szacunku na byciu białym katolikiem. Życie nie staje się lepsze z powodu “czystej krwi”, nie jest się bardziej kochanym przez bliskich bo się poszło do kościoła. Bo znajdźcie mi kogoś kto nie ma we krwi Ślązaka, Kaszuba, Mazura, Litwina, Ukraińca, Tatara, Niemca. I zróbcie z tych ludzi nową Polskę, może wyjdzie Wam coś wielkości Monako. Zakaz wjazdu “obcym” i wyjazdu “swoim”. Zróbcie sobie raj beze mnie.

 

O winie

Niestety nie o napoju bogów, nie o wytrawnym, nie o niedajboże słodkim czy półsłodkim, nie o tym czy pić w kieliszkach, czy w lampkach, nie o primitivo barwiącym zęby na fiolet, po którym strach sięgnąć po szczoteczkę, nie o kwaśnym i brońcie mnie- nie o truskawkowym.

O winach w głowach będzie, jak uderzają, komu uderzają i po co, a kto ich nie ma. Chaotycznie i bez sensu, bo nie jestem psychologiem, a tak po prostu siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak, coś mi się przydarza, to próbuję zrozumieć i różne rzeczy z tego wychodzą. 
Nigdy nie wiem czy mam rację. Często coś tam mi się wydaje, mam jakieś poglądy, które łatwo obalić rozsądnym argumentem i potem tylko wiem, że nic nie wiem.

Zdarza się, że nawalę, że coś zrobię źle, muszę się uderzyć w pierś, w policzek, posypać głowę popiołem i przywiązać do pala, niech kamienują. Mam ten okropny stan, kiedy zrypię sprawy, że kwitnie w mózgownicy “to wszystko moja wina, jestem beznadziejna, już nigdy więcej czegoś tam nie zrobię, nie będę próbować, poddaję się”, i tak oto wina przeradza się w poczucie krzywdy- proszę mnie żałować, gdyż jestem nieudacznikiem niezamierzonym.

Ale- zdarza mi się też zareagować jak dorosły człowiek, przeprosić i wyciągnąć wnioski na przyszłość, zastanowić nad sobą bez taplania się w bagienku miłych ciepłych samokrytycznych myśli.

Najbardziej jednak mnie wkurza, kiedy spotkam coś, co się nazywa “nonapologizing”. Zjawisko wykrzywionej asertywności, dawniej zwane przez nauczycieli w podstawówce: “wszyscy winni, tylko nie ona”.

Kiedy ktoś zamiast powiedzieć: przepraszam, nawaliłem, bezczelnie i prosto w twarz mówi “przykro mi, ale..”, “co mogłam zrobić..” oraz najgorsze: “przykro mi, że tak się czujesz”.

Niby przykro, niby przepraszam, ale umywam ręce, no sorry co ty chcesz, nie moja sprawa a najlepiej to nie przesadzaj, tylko zastanów się nad swoją reakcją.

77

Wzburzyło się to we mnie po reakcji na kradzież moich obrazów, natomiast jest to mechanizm znany i lubiany, szczególnie upowszechniany przez treningi biznesowe, NLPy i inne takie sztuczne gadki na liniach telemarketingowych. 

Nawala firma- wkurwiłeś się, piszesz reklamację i dostajesz w nagrodę nie normalne ludzkie “przepraszam”, rekompensatę i pocztówkę z kokardą i czekoladką. Serwuje ci się “przykro nam, że doszło do tej sytuacji, zapewniamy, że nasza firma dba o dobro swojego klienta”. 

Czujesz się wtedy jak chory na umyśle histeryk pieniacz z “problemami pierwszego świata”, bo zepsuł się telefon i co się przejmujesz tak telefonem, ludzie cierpią na świecie głód, a pani po drugiej stronie kabla, przecież nic z tym telefonem nie ma wspólnego. Możesz pojechać do fabryki w Chinach zachodnich, niedaleko pustyni Gobi, odnaleźć ośmioletnie dziecko składające produkt za dolara miesięcznie i do niego skierować swoją tłustą zachodnią pretensję.

Czasem tęsknię za starym dobrym poczuciem odpowiedzialności, obowiązku, tym nieasertywnym, gdzie mówi się “przepraszam, zachowałem się jak chuj, co mogę zrobić aby ci to wynagrodzić”. Kiedy na chwilę tak naprawdę opuszczamy przyłbicę i przyjmujemy, że nie jesteśmy idealni, że potrafimy w dorosły sposób zaakceptować konsekwencje swojego zachowania.

Boimy się zakłócić swoją równowagę, wybić z rytmu, zobaczyć rysę na własnym charakterze, zasłaniamy się gadkami kradzionymi z biura obsługi klienta i rozkładamy bezradnie ręce. Po drugiej stronie stoi frustracja, bo bardzo trudno o przebaczenie, o oczyszczenie bez skruchy.