Lata

Trudno mi zrobić podsumowanie roku 2017 bez kontekstu jego poprzednika- 2016. Nie da rady zamknąć się w 365 dniach, odciąć krechą jeden okres od drugiego.

Rok temu zdecydowałam, że moje rysowanie to trochę za mało. Niezbyt wiedziałam, co zrobić z wykupioną impulsywnie domeną seaofgray.com.

Nie miałam planu.

Pod wpływem 2016, który mi skopał dupę tak bardzo, że nie dałam rady się podnieść, po bezsennych nocach, złości mieszanej z poczuciem krzywdy, odkryciu w sobie całego wiadra emocji, które ciężko zaakceptować, żalu, po utracie zaufania do wielu osób, które w trudnych chwilach nie wiedziały kiedy zamknąć japę, już nie mówią o wsparciu, po urwaniu paru kontaktów i smutnej refleksji, że wybieram sobie na znajomych totalnych narcyzów i plotkarzy, po wielu nocach przepłakanych w poduszkę, chwyciłam za pędzel.

Przypomniałam sobie, co porzuciłam, co było moją pasją. Na początku rysowałam i malowałam jak szalona. Trzeba było odreagować miesiące kotłowaniny, wyrzucić splątane emocje. 

Do szuflady nigdy się nie sprawdza. Bądźmy szczerzy- twórczość bez pokazywania nie istnieje. Emocja bez uzewnętrznienia, bez odbiorcy jest tylko echem.

Wrzucałam sobie na tego bloga kiepskiej jakości skany i kilku znajomych nawet to oglądało. 

Rok temu postanowiłam, że będę też pisać. Że rysunek to za mało, że siedzi we mnie dużo słów i zdań, pewnie trochę grafomańskich, ale internet jest demokratyczny i przyjmie wszystko, nawet najgorsze wypociny i najgłupsze myśli.

131

Autoterapia zadziałała. Czuję się jakbym pokonała przepaść. Jakbym kawałek po kawałku wygrzebała się z jakiejś olbrzymiej ciemnej jamy. 
2017 to rok w którym uczyłam się godzić z różnymi rzeczami, na które nie miałam wpływu, w którym uporządkowałam wiele swoich relacji i zdecydowałam, co jest priorytetowe, kiedy powiedziałam na głos na co się nie godzę, czego nie dopuszczam. Że nie ma miejsca już na żadne hieny i pijawki, że nie zgodę się na wykorzystywanie, na gnębienie, na błyszczenie moim kosztem.

I tak się złożyło, że dzięki tej stronie poznałam też trochę fajnych ludzi, że prowadzenie tego bloga stało się świetnym oderwaniem od codzienności. Autoterapia zmieniła się w małą społeczność. 

Czego życzę sobie w 2018? Nie mam życzeń typu “żeby coś konkretnego się stało, żebym coś dostała”. Chcę nauczyć się w pełni cieszyć tym co mam. Nie tęsknić do spraw poza moim zasięgiem, nie płakać za brakiem. 
Mam nadzieję, że będziecie mieli ochotę mi  tym towarzyszyć.

Present perfect

Czytam przedświąteczny internet i mam wrażenie, że panuje ogólnospołeczne przekonanie, że Święta trzeba “jakoś przeżyć”. Tysiąc poradników co kupić, komu kupić, gdzie kupić, za ile kupić. Dominuje elektronika i luksusowe kosmetyki, kaszmirowe szale, notesy za 150 zł, perfumy, albo “zrób to sam” skarpetkowe króliki czy muszelkowe bransoletki.

Podzielę się moją może niezbyt popularną postawą: lubię Święta i lubię dawać prezenty, bo lubię osoby, którym je sprawiam. Nigdy nie potrzebowałam żadnej ściągi, poradnika “co teściowi, co koleżance”. U mnie kolekcjonowanie prezentów zaczyna się na początku grudnia. Mam dużą rodzinę po obu stronach. Do tej “rodzonej” dochodzą partnerzy, coraz więcej dzieci, także nie wyobrażam sobie kupowania dwudziestu produktów typu “zmieść się w stówie”. 

Z racji, że potrafię coś tam narysować, zdarza się, że daję prezenty robione ręcznie, natomiast mieszczą się one w ramach moich umiejętności, nieporadnie wystrugana laurka może być urocza w przypadku dziecka, ale nie porwę się na dłubanie swetra krzywulca, bo i po co komu coś takiego w szafie. Moja teściowa dzierga ładne kapcie, lubię ładne kapcie, ale sama nie zdobędę się na tego typu wyczyn, bo nie życzę nikomu kształtu zdechłych kartofli na stopach.

To, co inni określają jako utrapienie, świąteczną gorączkę, ja celebruję. To chyba jedyna pora roku, kiedy lubię chodzić po centrach handlowych, fajnie mi brzmią Xmas songs w sklepach. Robię sobie listę i odhaczam, szperam, kieruję się intuicją. Czasem są zamówienia na coś konkretnego, ale ja akurat za tym nie przepadam. Dla mnie dawanie prezentu to jest właśnie połączenie tej części “to ode mnie” z “myślę o Tobie”, gdy obdarowujący łączy swoją energię z obdarowywanym. Bo kurczę, jak coś chcę, to sama sobie kupię, a traktowanie świąt instrumentalnie, aby akurat spełnić listę życzeń, w moim przypadku odziera sprawę z romantyzmu.

13234945298783-582c0dacdef5e

Nie jest mi szkoda poświęcić czas na bliskich, na to, żeby znaleźć dla nich coś, co mi z nimi koresponduje. Trzeba tych bliskich tylko lubić i znać. Niektóre podarunki mają charakter symboliczny, “szkoda, że już nie piszesz, kiedyś ładnie pisałaś”- w przypadku oprawionego w skórę notatnika, inne nawiązują do naszych wewnętrznych żartów, czy sytuacji, których reszta świata nie zrozumie. Często daję książki, mam przeczucie, że akurat dana pozycja pasuje mi do tej osoby. Czasem lepszy kosmetyk- “stara, jesteś zaharowana, daj coś dla swojego ciała”. W prezentach lubię to szaleństwo niespodzianki, to że trzeba się otworzyć na okazanie uczuć przez drugą osobę w sposób taki, jaki ona chce nam to dać, utratę kontroli nad tym, co do siebie dopuszczamy. Jedna osoba daje to serce, a druga otwiera swoje, górnolotnie mówiąc.

Ja nie “odbębniam”. Nie musi być dla mnie “bezbolesne”, “łatwe” i “szybkie”. Nie cierpię podejścia “trzeba dać, to hurtem zamówię z allegro 10 zestawów kubków”. 

Daję te prezenty tym, których kocham, może nie zawsze to jest łatwe, ale myślę, że wystarczy włożyć minimum wysiłku w poznanie drugiej osoby, aby wiedzieć np, że nie lubi durnostojek, albo że nie ma wanny więc płyn do kąpieli to średnio. Dla mnie Święta to nie jest okres, gdy wszyscy kupują mi rzeczy z listy, na które było szkoda kasy, tylko pokazujemy, że o sobie myślimy, pamiętamy, staramy się. Zawsze mi przykro, jak dostanę coś “na odpierdol”, chociaż bardzo rzadko to się zdarza, z większości prezentów totalnie się cieszę, bo moim zdaniem na tym polega przyjmowanie czyichś uczuć, “biorę Cię jaki/ jaka jesteś, widzę że się starasz, to ciekawe jak postrzegasz moją osobę, fajnie, że włożyłaś w to serce”. 

List do Świętego Mikołaja piszą dzieci, dorośli mogą przenieść dawanie i otrzymywanie na inny poziom.

Ciemność

41% skazanych za gwałt w Polsce dostaje wyroki w zawieszeniu (w Wielkiej Brytanii dla porównania to 4%). W 2014 roku (z którego mam dane) łącznie skazano 651 osób.  Średnia wyroków za gwałt ze szczególnym okrucieństwem to 3 lata (Francja 9 lat, Wielka Brytania 7). 67% spraw o gwałt rozpatrywanych przez prokuratury jest umarzana i nie trafia nawet do sądów. Prokuratura Praga Południe hojnie umorzyła 91% postępowań o gwałt. Wg Komendy Głównej Policji w roku 2014 doszło do 1329 przypadków gwałtu (zgłoszonych). Z badań ankietowych Fundacji STER wynika, że 94% przepytanych kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej, nie zgłosiło tego na policję. Wg tych badań 22% kobiet zostało zgwałconych, 23% doświadczyło próby gwałtu, 37% było ofiarami tzw. “innej czynności seksualnej” wbrew swojej woli, a 87,6% Polek doświadczyło molestowania seksualnego. Rocznie około 400 kobiet traci życie w wyniku przemocy domowej. Z danych Niebieskiej Karty wynika, że co rok 58 000 kobiet pada ofiarami przemocy domowej. 

Szacuje się, że od 2 do 10% oskarżeń o gwałt jest fałszywych. Są to np nastolatki w konflikcie z rodzicami, w niechcianej ciąży, kobiety, które oferowały seks za pieniądze lub narkotyki i nie dostały zapłaty. Wśród tych oskarżeń zdarza się, że kobieta (lub tez mężczyzna) cierpi na zaburzenia psychiczne- paranoje, syndrom munchausena. Dosyć rzadko są to zemsty na byłych kochankach. Najczęściej nie są to sprawy, które są przeżywane publicznie, medialnie.

Tyle danych.

Następnym razem jak na internetowym forum jakiś gnój wyjedzie z “Polkami, które wg statystyk są w super sytuacji na tle innych krajów Europy” możecie śmiało rzucić, że 17 prokuratur w Polsce umarza 90% przypadków zgłoszonych przestępstw na tle seksualnym. W statystyce krajowej zostaje 33% zgłoszeń (z tych 6% w ogóle zgłaszanych). z czego połowa kończy się skazaniem, a większość śmiesznymi wyrokami.

Wiecie jaki finisz miała medialna sprawa tłumaczki zgwałconej przez kolegów na wyjeździe firmowym? Dla sprawców zawiasami, dla ofiary- 500 zł karą nałożoną przez sąd za to, że nie miała siły stawić się na przesłuchanie przestępców.

Jawi się nam piekło. 

87618d41907695-57b957a124bbd

Była akcja #metoo, radośnie obśmiana przez przedstawicieli płci męskiej, że nie mogą sobie podrywać, bo molestowanie. Wiecie kto nie brał udziału w tej akcji? Moje koleżanki, które wiem, że doznały gwałtu. Z których żadna nie wylądowała w sądzie. Bo nie wierzą w sprawiedliwość, w skazanie, a nie chcą dokładać sobie traumy. Nie pisały #metoo, bo publiczne przyznanie się do gwałtu to jest piętno, a one chcą normalnie żyć. 

Czy to umniejsza codziennemu “zwykłemu” molestowaniu? Nie. Nie chcę proszę szanownych panów być sobie klepana po dupie, obrażana, macana. Jak będę miała ochotę na flirt czy na ocieranie, to dam znać, nikt nie musi podejmować tej gry bez mojej zgody, jestem świadoma czy mi się coś podoba. 

Wyśmiewanie, które się pojawiło w internecie po zeznaniach członkini partii Razem, dotyczące urody, to dodatkowe dojebywanie ofierze. Otóż gwałcone są nie tylko piękne kobiety. Molestowane nie tylko Barbie z silikonami, na które “ktoś zechce łaskawie spojrzeć”. Molestowanie to nie jest wyraz uznania dla walorów damskich. Z przemocą seksualną spotykają się dzieci, nastolatki, żony, matki, grube, chude, stare, z dużym nosem i krótkimi włosami, ubrane w dżinsy i sukienki, w grube kurtki i czapki. 

Potem pojawił się artykuł na “Kulturze Liberalnej” i cały ten syf, jak to ofiara ma udowodnić winę sprawcy, jak fałszywe oskarżenia szkodzą sprawie, feminizmowi w ogóle.  Napisany przez faceta of kors. Wiadomo nie od dziś, że mężczyzna, jak nikt inny nauczy nas, głupie kobiety, jak mamy rozmawiać o naszych traumach.

Wiesz co Kulturo Liberalna- fuck you. Przeczytajcie statystyki powyżej.

Czy ofiara ma w trakcie gwałtu zrobić selfie? A dziecko- kiedy spotka się z pedofilem, jak ma przedstawić swoją krzywdę?

I te wszystkie głosy “mężczyźni też są ofiarami!”. Kurwa mać. Nie może być jednej rzeczy dotyczącej kobiet (90% ofiar przemocy domowej to “przypadkiem” kobiety), żeby choć raz nie było o facecie! Żeby biały mężczyzna nie musiał krzyczeć, że “on też tu jest” i rozmywać problem.

A problem jest taki, że Polki żyją w piekle. Że jeśli coś złego je spotka, to zdane są na milczenie, bo jak widać, robi się z nich konfabulatorki, kłamliwe mściwe suki, albo wariatki zazdrosne o byłego. Za dużo Pasikowskiego w młodości się naoglądaliście panowie. Co więcej bardzo jasno przebiega tu linia podziału płci. Jak widzę, że komentarz jest pisany przez mężczyznę, to w większości będzie to komentarz broniący sprawcy. 

Wiecie, życzę Polkom przyszłości, aby kiedyś, gdy spotka je przemoc, społeczeństwo stanęło po ich stronie, przytuliło i pogłaskało, a sprawca niech drży. Wtedy może będzie zgłaszane 90% takich przypadków, a panowie się nauczą gdzie kończy się ich ciało, a zaczyna nietykalność cielesna kobiety.

 

Winne przyjemności

Oglądałam Kirsten Stewart na laptopie, zapijając tanią łiski Grant’s z Lidla w promocji (na szczęście z okazji Świąt przeceniają wszelką wódę), film był nudny, więc przewijałam w międzyczasie fejsa, instagrama, stalkowałam gwiazdy na Pudelku i dopadł mnie wyrzut sumienia. Jeden. Dopadł na chwilę, spowodowany “spojrzeniem na siebie z zewnątrz”, ale za chwilę go uciszyłam, w imię “akceptacji własnych słabości” i “docierania do prawdziwego ja”.

To się nazywa “guilty pleasures”, ale ja nie mam wyrzutów sumienia. 
Wokół jest tyle autokreacji, idealnych zdjęć, gdzie nawet bigos wygląda fotogenicznie, a nie standardowo- jak wymioty w misce, leży sobie na pięknym talerzu obok koca, bombki i książki o rozwoju osobistym, ja mam odruch “w tył zwrot, naprzód marsz”.
Kiedy Ci kaktus usycha, pralka wypluła ulubiony sweter w stanie skurczonym tak, że możesz go podarować czterolatkowi, odpadł lakier od paznokci ukazując wcześniejsze warstwy, jak przekroje skorupy ziemskiej w podręczniku geografii, bo nie chciało Ci się zmywać, więc dokładasz i dokładasz, kiedy na obiad zjadasz popkorn z mikrofali, a na basen nie idziesz, bo nie chciało Ci się ogolić nóg (od dwóch tygodni), to nie dołuj się, tylko kilkadziesiąt osób w naszym 35- milionowym kraju ma statusy zaczynające się od “poniedziałkowy poranek w Nowym Yorku, zostawcie łapkę w górę”.

Średnio widzę kupowanie marmurowego blatu do kuchni tylko po to, żeby kubek z kawą wyglądał na nim ładnie na zdjęciach, przynoszę więc ulgę Wam wszystkim śpiącym w niedopasowanej piżamie, wychodzącym do sklepu w czapce przykrywającej tłuste włosy i płaczącym na 2398861 odcinku Mody na Sukces. Przynoszę listę “wstydu”, czyli, co w życiu daje mi radość, a jest daleko od udawanego świata smutnych pozerów.

15

Zacznę z grubej rury- w każdy poniedziałek rano oglądam Kardaszianki. Jestem uzależniona. Patrzę na ten botoks, na te problemy z dupy, na to pławienie się w hajsie, z którym ci ludzie nie wiedzą już co zrobić, co jeszcze kupić, co wyrzucić, co przechlać i wciągnąć, żeby jakoś ten nadmiar zużyć. A on napływa i ich podtapia Niagarą zielonych papierków, brylantów i złotych łańcuchów. I wiecie co mi w tym robi dobrze- że oni wcale nie są szczęśliwsi niż my. Patrzę sobie na ten obraz pod mikroskopem, na te ich rozwody, uzależnienia, kolonoskopie i porody i daje mi to proste szczęście. 

Drugą pokrewną przyjemnością jest oglądanie vlogów o malowaniu się. Ja nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w makijażu, szczerze mówiąc, ponad 5-10 minutowy standard, pacnąć podkład, tusz, coś na policzek, i jak mam więcej czasu to szminkę, nie chce mi się wychylać. W jakiś sposób obserwowanie, jak panie nakładają na siebie kolejne warstwy, jest wciągające. Robią to z taką powagą, jakby to było rzeczywiście ważne, używają słów “tym cieniem można budować”, “róż jest dobrze napigmentowany”, “w tę bazę warto zainwestować”. Przysypane tonami szminek, błyszczyków, rozświetlaczy, latami nie robią nic innego, tylko się malują. I to jest fascynujące. 
Teraz zaczął się sezon na otwieranie kalendarzy adwentowych na vlogach i ja mam takie przeczucie, że to wszystko wyląduje w koszach na śmieci. Niech ktoś zrobi otwieranie kalendarzy z alkoholem. Live. Całych na raz. Oglądałabym.

Jak jesteśmy już przy ważnych tematach z internetu- kłócenie się na fejsie. Mój boże. Niech no pojawi się temat aborcji na Wysokich Obcasach. Nie da się powstrzymać tej lawiny. A weź i mnie przegadaj, do ostatniego trupa. Nie powinnam, ciśnienie skacze, ale mój mały wewnętrzny fejsbukowy patrol nie potrafi odpuścić. Nie śpię, bo kłócę się o prawa kobiet. Nałóg. Internetowy obywatel. 

Z interakcji międzyludzkich to lubię niezobowiązujące rozmowy ze starszymi paniami. Najczęściej w warzywniaku, albo na ciucholandzie. Lgniemy do siebie. Ostatnio moja mama mi powiedziała, że jestem mentalnym emerytem. Trudno, biorę to na klatę, proud to be old.

W temacie bazarów- lubię wydawać pieniądze na straganach. Żyłkę przekupy odziedziczyłam po dziadku, który mnie zabierał na targ w dzieciństwie. Mało kupowaliśmy- jakiś flek do buta, żarówkę, jabłko, ale co się dziadek nagadał, natargował, to jego. I mi tak zostało, sorry sprzedawcy w Marrakeszu, nie chciałam wam tego robić.

Żeby nie było za słodko, to zwierzę Wam się, że czerpię dużą satysfakcję z “mrocznych myśli”. Pewnie jest na to jakaś nazwa zaburzenia, ale kiedy mi źle, to sobie wyobrażam jak umarłam i wszyscy płaczą i “mają za swoje, mogli być dla mnie mili, a teraz wącham kwiatki od spodu”. Pogrzeb mam zaplanowany od a do z, gdyby ktoś pytał, to mogę wysłać szczegółowe instrukcje pochówku. Fajnie by było, gdyby się zjawił Benedict Cumberbatch i uronił łzę, że szkoda, że mnie nigdy nie poznał.

A jeśli jesteśmy przy mroku, jak jadę samochodem i leci “Nothing else matters” Metalliki, to śpiewam. I płaczę.