Biało

Nie wiem, czy to wydarzyło się naprawdę.

Z dzisiejszej perspektywy trzy miesiące śniegu wydają się mitem wyciągniętym z jaskiń prastarych Słowian, bajaniami pt. “kiedyś to były zimy, że hej”.

Budził mnie odgłos drewnianej łopaty, szorstko sunącej po betonie. W ciemnościach dozorcy wykonywali żmudną pracę, efekty posypywali piaskiem jak cukiernik tort wiórkami kokosowymi. 

Śnieg kojarzy mi się z całą gamą dźwięków.

Skrobanie szyb samochodów grzejących się na parkingach przy włączonych silnikach. Pisk zmarzniętych pasków klinowych.

Tupanie na klatce, ilekroć ktoś wchodził na budynku. Otrzepywanie na wycieraczkach butów, czapek i szalików. 

Cicha noc przerywana skrzypieniem zmarzniętego puchu, ugniatanego krokami przechodnia.

***

Na specjalne okazje miałyśmy małe królicze futerka. Żałuję, że nie mam w nim żadnego zdjęcia, musiałyśmy wyglądać jak łaciate zwierzątka.

Na codzień pikowane poliestrowe, skrajnie niewygodne kombinezony na szelkach. Do tego jednopalczaste rękawice na sznurku, który się rozciągał od wilgoci, przez co łapki wisiały po kolana.

Byłam małym Eskimosem, który rozróżniał wiele rodzajów śniegu. Każde dziecko wiedziało, co oznacza żółty, dlatego trzeba było starannie wybrać miejscówkę na orzełka.

Wielkie tłuste mokre kawałki lecące z nieba łapaliśmy na język.

140

Zmrożony, lśniący jak brokat pyłek często krył pod spodem ślizgawkę. Dzieci jeździły, dorośli klęli kiedy dali się złapać w tę pułapkę, co nieraz kończyło się złamaniem.

Breja zbierająca się wokół wydeptanych ścieżek, jak tor przeszkód ciemne kopczyki do przeskakiwania.

Taki, z którego da się ulepić bałwana i ten zbity w kamienie, z którego trafienie śnieżką oznacza siniaki.

Hodowałam wzory na szybie. Zwykłe, nie mrozoodporne szkło pokrywało się lasem gwiazdek i lodowych paproci. Wyobrażałam sobie małe krasnoludki wychylające się z tych białych “krzaków”.

Chuchałam na okna i na parze pisałam palcem zaklęcia. Rysowałam serca.

Nie wiem, czy tez tak macie, że przy pierwszym śniegu myślicie marzenie. Do dziś w to wierzę i praktykuję.

***

Uwielbiałam wracać po zabawie z podwórka, w domu zdejmowaliśmy przemoczone ubranie, włosy od wilgoci i czapek sterczały na wszystkie strony. Czasem trzeba było włożyć przemarznięte stopy do miski z ciepłą wodą.

I nie wiem, czy bardziej tęsknię za zimą, czy za dzieckiem, którym byłam.

Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.

Piękno

Nie wszystko można mieć. Na przykład bardzo chciałam Sabotage Beastie Boys na swoim weselu, ale jakoś nie wyszło.

Podobnie z urodą. Brunetki chcą być blondynkami, niscy chcą być wyżsi, wysocy- niżsi.
Ja marzyłam o kręconych włosach, natura niestety obdarzyła mnie azjatyckimi gładkościami.

Przed studniówką 2 (DWA) dni trzymałam wałki na piankę. Po rozpuszczeniu zostało mi tylko upięcie, bo nic to nie dało.

Ostatnio ponowiłam próby posiadania fal syrenich. Z tym, że nie mam w domu lokówki. Nic to, kiedy wpisze się w YouTuba “loki prostownicą” wyskakuje miliard filmów instruktażowych. Dziewczyny robią sobie boskie burze afro.
W moim wykonaniu z łazienki co 3 minuty padało sakramentalne “kurwa mać”, poprzedzane swądem spalenizny.

We fryzjerstwie mam jednak spore doświadczenie od dziecka. 

W przedszkolu wymyśliłam, że sprawię lalkom Barbie siostry fryzury a’la Marie z Roxette (a Roxette to byli moi bogowie). Także blondyny dostały makeover na zapałkę.

113

Niczego się nie nauczyłam na błędach i we wczesnej podstawówce, oglądając w tv jakąś bajkę w stylu Troskliwych Misi, zauważyłam, że ktoś nieopatrznie zostawił w moim zasięgu nożyczki. Postanowiłam więc poprawić sobie bez lusterka wszelkie krzywizny grzywki. Pół roku w opasce na czole to coś, do czego można się przyzwyczaić.

Zresztą nie był to jedyny przypadek, kiedy nosiłam tę ozdobę.

Bawiąc się pewnego pięknego dnia w kosmitów, przyssałam sobie do głowy, między brwiami, termometr akwarystyczny, wykradziony wprost ze szklanego domu naszych skalarów, gupików i glonojadów. Kiedy ściągnęłam gumowy krążek, okazało się, że mam na czole flagę Japonii- idealnie okrągłe czerwone koło- krwiak.

Mogło być dużo gorzej. I było.

U kosmetyczki, do której chodziłam w liceum, podpatrzyłam ogrzewane okłady na cerę.
Postanowiłam zaoszczędzić sobie trochę pieniędzy i wykonać coś podobnego w domu.
Zamoczyłam ręcznik w wywarze z rumianku i położyłam na własną niewinną twarz. Dla wzmocnienia efektu, niczym wisienkę na torcie, na MOKRYM ręczniku umieściłam poduszkę elektryczną. Podłączoną do prądu.

Może to życie moje takie jest, bo w młodości kopnęło mnie w głowę.

Warszawo

Wysiadłam z pociągu z dwiema torbami. Trochę ubrań, kosmetyki, bardziej przypominało to wycieczkę niż przeprowadzkę. Gdzieś pod skórą miałam wrażenie, że to na chwilę, że uszczypnijcie mnie, zamiast strachu czułam desperację.
To mogło być 12 lat temu. Nikt nie miał gps’a, google mapsa, internet w telefonie był kosztowną zabawą. Pamiętam komórkę z klapką, jaka mi wówczas towarzyszyła.
Miałam papierową mapę miasta.
Sprawdzałam wcześniej w komputerze rozkład autobusów i kombinowałam (połączenia same się nie synchronizowały). Rysowałam kolorową kredką na mapie, albo przepisywałam do notatnika.
Do pierwszej “prawdziwej” pracy miałam bardzo daleko. Jechałam ponad godzinę w jedną stronę, w tłumie, ściśnięta jak śledź w puszcze z rolmopsami. Spoconymi, zmęczonymi i skacowanymi rolmopsami.
Spanie w warunkach polowych. Pieniędzy wystarczyło na połowę łóżka w pokoju dziennym. Na łazienkę bez pralki i wiecznie zasyfioną kuchnię, w której można było prędzej zwymiotować z obrzydzenia, niż zrobić sobie posiłek.
Pijackie weekendy, kończące się kacem gigantem. Poczucie wolności. Jabłka na śniadanie, obiad i kolację pod koniec miesiąca. 

Pamiętam, że czułam się powolna, ociężała. W supermarkecie ludzie popychali mnie wózkami. W metrze zniecierpliwieni trącali bez słowa. Wszyscy strasznie stresowali się na obsługę, na głos wyrażali niezadowolenie, kłócili się z obcymi i dla mnie to była egzotyka.
Ale też zagadywali do siebie, łatwiej niż w rodzinnym mieście było kogoś poznać na koncercie, w barze, w sklepie.

Kolejne mieszkania, coraz lepsze. Własny pokój, święty spokój, własny porządek i swój bałagan. Moje krzesło, przytargane ze śmietnika. Moje książki na półkach dające namiastkę domu. Mój garnek. W końcu nikt mi nie podbiera kosmetyków, nikt nie zostawia uwalonych talerzy na tydzień, nie muszę martwić się, że z czyjegoś pokoju śmierdzi. 

Był właściciel, który pijany spał pod drzwiami, bo zapomniał, że już tu nie mieszka, że wyprowadził się do Belgii. I jego straszne obrazy, które zdejmowałyśmy jak tylko wychodził. I stolik- pień, nazwany przez nas “mrocznym pniem na kółkach”, z którego śmiałyśmy się z gośćmi. Weekendy spędzone w łóżku, w końcu bez obawy, że ktoś wpadnie do pokoju.

79bf8743150247-57e4dd80f22a2-1

Były szafki, które same się otwierały w nocy.

I korki strzelające, gdy włączyło się na raz pralkę i laptopa.

Było spanie wśród pudeł, w jednym pokoju z kotem, przez kilka miesięcy oczekiwania na odbiór swojego mieszkania.

Kilka lat na materacu położonym na podłodze w bloku, w dzielnicy, której nie potrafiłam ocenić czy się opłaca, czy warto tam kupować, po prostu było niedrogo. 
Rzeczy na piwnicznych regałach z Ikei. Lata z meblami przytarganymi z wystawek. Własne obrazy na ścianach.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz, niechcący przyznałam się do tego miasta. Na Openerze w Gdyni ktoś mnie zapytał skąd jestem i ku mojemu zdziwieniu z ust wypadło: “z Warszawy”. 

Rysowali mi tutaj stary samochód, który był na obcych rejestracjach, a teraz na wyjeździe boję się, że porysują mi obecny, bo jest na warszawskich. Na Śląsku słyszałam przez okno, że kto to stoi na tych blachach pod blokiem.

Po dwóch- trzech latach przestałam już przyjeżdżać o każdej możliwej okazji do rodzinnego miasta. Po pewnym czasie okazało się, że tu mam więcej przyjaciół, że tu wracam do domu, stąd wyjeżdżam w obcość. Zapominam nazwy ulic i nie wiem jak gdzieś trafić w Białymstoku, już tam nie pasuję, nie rozumiem, może za szybko chodzę i za dużo się stresuję, może nabrałam trochę tej stołecznej bezczelności, i jak ktoś mówi “centrum”, to widzę centrum Warszawy. 

Nie wiem po co miałabym chcieć więcej. Wracam z Tokio czy Londynu i to prawda, że Warszawa staje się mała, pusta i bardzo postsowiecka, ale tu wiem jak się rozpychać łokciami, kiedy się poddać, gdzie można popłakać, a gdzie wypić krwawą mary.