Bogactwo

Stasiuk pisał: “On udaje kelnera, ja udaję klienta”.

Udają, że od pokoleń w ich rodzinie noszą te Korsy, Vitony, limitowane serie bawełnianych koszulek po 400 zł sztuka, szytych w Bangladeszu, aligator na trampkach udaje, że grają w tenisa od kołyski, facet na koniu zobrazowany na tiszercie udaje,  że gra w polo została wyssana przez nich z mlekiem matki.

Umawiają się na squasha, jakby to było normalne, że w Polsce po pracy umawia się na squasha.

Każdy jest skądś, tylko tu większość ludzi znikąd, bo wstyd się przyznać do przodków pańszczyźnianych, do zgiętych wpół ze zdjętą czapką i bosymi stopami, dlatego dziś śmieją się z januszy, z sebków i z karyn, bo czują genetyczne plemienne pokrewieństwo i strach zabijają kpiną.

Miasta i wsie wysiedlane co pokolenie nie dały poczucia tożsamości, korzenie wyrywane co wojna, co powstanie, co plaga głodu, wysiedlenia, wędrówki za chlebem.  Koczownicze hordy słowiańskie, dumnie wynoszące “slavic” od “slava”, niechętnie spoglądające na konotację ze “slave” dziś zakrzykują kompleksy kurwami rzucanymi co drugie słowo, bluzgi maskujące pustkę przekazu, chłopskie prawdy pozbawione wątpliwości głoszone z ambony pewności siebie idioty. Kto głośniej krzyczy, ten ma rację, a racja musi być po naszej stronie, pokora jest dla frajerów.

Wypełniają tłumnie centra handlowe, spa i gabinety dentystyczne, między jednym “ja pierdolę” a drugim popijają rozcieńczone prosecco. 

Zimą apres ski all inclusive, grzaniec od 8 rano dawkowany do północy w równych transzach, najebani rzucają kurwami na włoskich stokach, we włoskich trattoriach śpiewając hej sokoły czekają na zejście lawiny, która pochłonie ich na zawsze i już nie będą musieli wkładać tego wysiłku w pokazywanie, że oni są Europejczykami, że tu przyjechali, bo ich stać. Zamawiają butelki wina i po pierwszym kieliszku zwracają kelnerowi, aby się przypodobać towarzystwu, że byle czego to nie tkną, że znają tę grę.

W samolocie do Bangkoku przewracają oczami, że “znowu z Polakami”, jakby była jakaś różnica upić się ginem z tonikiem w Emiratach, a najebać browarem wyciągniętym zza pazuchy w Rayanie.

Przeglądają kolorowe magazyny, które powiedzą im, czego mają nakupować, przewracają strony naklejonymi, utwardzonymi światłem i wyfrezowanymi pazurami w kolorze ombre mięta z limonką. Robią kwaśnie miny niezadowolenia z obsługi, bo przeciez klient nasz pan, a w tym kraju nasz pan to pan feudalny, a podwładny to chłop pańszczyźniany. Na moment można się zamienić w dręczyciela przodków i odbić genetycznie odziedziczoną krzywdę na recepcjonistce wykonującej umowę dzieło stania za ladą osiem godzin dziennie, na nocne zmiany i w weekendy.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

W niedzielę stroją dziedziców w Zara kids miniaturowe sexy outfity przełamane rockowym pazurem i idą do nowego kościoła: restauracji z branczem jesz ile chcesz, kawa i herbata gratis. Z mimozą w dłoni napełnianą niedyskretnie przez kelnerkę, nawaleni od rana pokrzykują “Lili nie biegaj, Lili ubrudzisz swoje lakosty”. Udają, że grają w serialu tvn, albo “Listy do M”.

W tygodniu pozorują, że robią istotne rzeczy budując słupki przychodów, dochodów i odchodów dla akcjonariuszy wielkich koncernów spożywczo- farmaceutyczno- kosmetycznych. Wieczorami zdradzają się na wyjazdach integracyjnych z luksusowymi escorts Tatianami o pseudonimie Cherry, przynosząc chlamydię, rzerzączkę i hifa. Rzucają talerzami z promocji w Duce o kuchnie z wyspą i rozwodzą się z hukiem i alimentami (ku rozpaczy Lili), albo idą na terapię i się ze sobą męczą (ku rozpaczy Lili).

Jak kardaszianki 312 zdjęć w windzie na instagramie, każde w innej “stylizacji”, bo już nikt się nie “ubiera”, każde z kaczym dziobem, miną srającego psa, głowa odchylona w profil, że niby niechcący ta fotka wyszła. Selfi potwierdzeniem istnienia, inaczej cię nie ma. Patrzcie mój ałtfit, zebrane lajki, hasztag taktrzebażyć, komcie “puknąłbym”, “piękna”, “share4share” “lajk4lajk”.

Wieczorem ważna gala, wręczenie nobla czy oskara za nakręcenie reklamy jakiegoś gówna, za słupek sprzedaży jogurtu, za kontrakt reklamowy z Kożuchowską, statuetkę wręcza Tomasz Kamel albo Michał Milowicz w zależności od budżetu. 

Powieś ten dyplom na tablicy korkowej jak w przedszkolu, kiedy pani pochwaliła cię za najładniej wycięte serce- taki organ wewnętrzny, został tam wtedy na ścianie w grupie czterolatków.

Nie czytają o wojnie, czasem wypowiedzą się “głosem rozsądku”, “prawdą pośrodku”, panowie pogódźcie się, bo przyjdą te zombie z Afryki i z Azji i nas rozerwą na strzępy, będą krzyczeć “oddawać audice, gajery, w których nie mieszczę się wyćwiczone z trenerem personalnym łydy, paletki cieni za 300 zł, w barwach jesiennych, dobrze napigmentowane”.

Humor poprawi im pranie mózgu z guru rozwoju osobistego, szkolenia i wyjazdy integracyjne z open barem i konkursami, gdzie można wygrać wycieczkę na Kanary. Porozmawiają z kolegami, że “płacę więc wymagam, a jak mi się podoba to i nie płacę i co mi zrobisz robolu, trzeba było wybrać inny zawód frajerze”.

“Motłoch” gardzi nimi a oni “motłochem”. Oni nie wierzą, że zasłużyliście, wy nie wierzycie, że im bułka z masłem smakuje bardziej niż liść rzodkiewki upstrzony kleksami sosów, jak ptasimi kupami w restauracji z gwiazdką miszelin.

Gdzieś jest granica, za którą odklejają się od rzeczywistości i zaczynają bredzić, że nie każdemu należy się opieka medyczna, leczenie, życie, jedzenie, woda, pokój, telefon komórkowy i szerokopasmowy internet.

Brzydkie chłopaki i dziewczyny spoglądają z murków, z których nie wstali od lat dziewięćdziesiątych na hummery, z których wysiadają nogi w moonbootsach w niedzielę, na cotygodniowy rosół i schabowego u mamy. Patrzą takie same twarze jak wasze, w kształcie kartofla, nienauczone konturowania i pielęgnacji wieloetapowej kosmetykami z sefory i myślą, że złapaliście Pana Boga za stopy. Oni i wy zapominacie często, że życie jest za darmo. Że miłość dziecka jest za darmo. Że wschód słońca nic nie kosztuje. Szum wiatru w lesie nie robi różnicy dla stanu konta. Że wtulenie się we włosy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego ze zdolnością kredytową.

Leave your comment