Na zdjęciu

Zdjęcie w albumie. Kto to? Pani taka, była niebyła, dziesięć lat temu istniała, potem przestała.

Jak była głodna (uczuć, słów i gestów), to się częstowała, potem przeszła na dietę i musiała sobie odmawiać.

Chwila w życiu, jak mgnienie, jak pendolino 120 km/h, pełną parą w fochy, emocje, radości.

163

Przez chwilę się pojawiła, trochę namieszała bigosu, kupiła kilka prezentów, trzasnęła parę razy drzwiami, a potem poszła i została ta główka na zdjęciach. Głupio wydrapać żyletką, dziwnie- wyciąć, zamazać markerem, ale już jej nie ma i ta obcość niepasująca do fotografii podkreśla życiowe porażki, złe wybory, głupie posunięcia.

Dobre dusze

Peplanie nic nie kosztuje. Jest towarem darmowym i łatwo dostępnym. Dźwięki z paszczy, oceny, dobre rady, podsumowania latają w tę i wewtę niczym kulki w pineballu.

“Koleżanka koleżanki tak miała”, “znajomej pomogło”, “3 miesiące po rozstaniu znalazła miłość”, “pojechała na wakacje i zaszła w ciążę”, “kupiła ruderę, wyremontowała i drogo wynajęła”, “przestała jeść gluten i ozdrowiała”.

Co innego realna pomoc, o, taki towar chodzi drogo, na rynku bywa rzadko, a jak już się znajdzie, to znika niczym świeże bułeczki.

Na przykład zarobionej matce, zamiast pieprzyć, że powinna iść na masaż, zaproponować popilnowanie dziecka, jak ona na ten masaż pójdzie. Przyjacielowi w kłopotach finansowych pomóc znaleźć pracę. Chorej koleżance przywieźć leki i rosół. Popilnować kota, podczas wyjazdu na wakacje.

80

Ja dziękuję za wspólne picie i pieprzenie, że “powinnaś zrobić tak a tak”, “on jest taki a taki”, wścibskie rozkminianie dlaczego tak a nie inaczej. Za tym idzie pusta rozrywka żeru na cudzych problemach. Jak gołąbki z dziubka do dziubka leją się nieszczęścia i katastrofy, aż do zwymiotowania.

Kiedyś czułam się jak wiadro na szambo problemów innych ludzi. Wylewali sobie życiowe syfy, nie było tak, że mogłam coś zrobić, coś pomóc, w drugą stronę podobnie, karmienie się nieszczęściami, “a ktoś ma podobnie”, albo “ktoś ma gorzej”, ojojojczenie, poczucia krzywd, wypijmy za związki, wypijmy za miłość, wypijmy za brak zrozumienia, wypijmy za kłótnie, za nasze toksyczne matki i nieobecnych ojców, za zdradliwych przyjaciół, jak Ryszard Rynkowski śpiewał: “za błęęęęęęędy”.

Wzajemna masturbacja nieszczęściem, z której wynikają setki przekonań, niepozwalających nam przeżyć życia odpowiedzialnie, samodzielnie, zgodnie z nami.

Nikt nie wie, jaka była czyjaś matka, siostra, miłość, terapia, kłótnie w kuchni i seks na pralce, zmęczenie, rozmowy w lesie, rozdrażnienie pracą, śmiech po dwóch kieliszkach wina, kto komu trzymał włosy po imprezie, a kto zapomniał o imieninach, kto trzaskał drzwiami, kto tulił się do koszulki podczas samotnej nocy.

Wbijanie się ze swoimi opiniami i, nie daj boże, przykładami anegdotycznymi, to branie odpowiedzialności za to, czego nie wiemy. Prawdziwa pomoc, to wysiłek, na który bardzo trudno się zdobyć.

 

Karma

“Karma is a bitch”, głosi sławne powiedzenie. Zawiera się w nim nutka potrzeby zemsty, odegrania się za krzywdy.

Ostatnio był modny temat “imprezy informatyków”. Cały internet się z nich wyśmiewał, tymczasem chłopaki po latach wysyłają rakiety w kosmos. “I co hejterzy, jak tam wasze życia na kasach w Biedronkach, na budowach w Manchesterze, na kolanach na szmacie”.

Z tym, że niekoniecznie.

Karma nie istnieje w takiej formie, w jakiej chcielibyśmy ją widzieć. Nie ma takiego narzędzia zemsty, że jak ktoś nam otruje psa, to kosmos ześle na niego raka. Hejterzy chłopaków z memów mogą mieć całkiem przyjemne życia, mogą prowadzić firmy i być z siebie głupio zadowolonymi osobami.

Wiecie, że w ankietach większość respondentów uważa się za dobrych kierowców? Podobnie jest z poczuciem, że jest się “porządnym człowiekiem”. Założę się, że nawet “czyściciel kamienic” nie uważa, że robi coś złego. Usprawiedliwienie dla naszego zachowania zawsze się znajdzie. 

Jest w tym pewna “wsobność”, np “chronię własną rodzinę”, to nic, że kosztem innych.
Zarówno w małej skali, jak odbieranie świadczeń, które nam się nie należą (przez co służba zdrowia, opieka społeczna itd wyglądają jak wyglądają), po skalę poza naszym zwykło-śmiertelniczym zasięgiem, obsadzanie synkami i córeczkami wysokich stanowisk.

92203140916575-5791d6502c950

Za tym wszystkim stoi centralne “JA”. O ile nie jest się mnichem buddyjskim wytrenowanym latami we współodczuwaniu, “JA” będzie dominowało, jako instynkt przetrwaniowy. “JA” zje mięso bo lubi, mimo, że istoty czujące cierpią, “JA” zagłosuje na PiS, bo da mu 500 zł co miesiąc, napali śmieciami w kominku, wepchnie się w kolejkę do lekarza, bo jest “bardziej potrzebujące, bardziej się śpieszy”.

Oprócz tych momentów, o których wiem, że postąpiłam samolubnie, albo kogoś uraziłam z własnej głupoty, na pewno zadałam ludziom wiele ran nieświadomie. Z czegoś się naśmiewałam, kłapałam dziobem swoimi “opiniami” bez sensu, postawiłam siebie na pierwszym miejscu.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy w jakiś sposób mnie zranili, też specjalnie nie ponoszą życiowych konsekwencji. Zrobili coś, palnęli, nie zawsze mieli dobrą intencję, czasem po prostu byli idiotami, i moje “JA” tak strasznie cierpiało, kiedy z drugiej strony beztroskie życie toczyło się dalej. Wszechświat nie płakał po moim zranionym “JA”.

Czasem będzie tak, że ktoś nas nie poprosi o wybaczenie, że nie będzie “trudnej rozmowy”, że nie pochyli głowy, nie posypie popiołem, nie przeprosi, nie będzie mu przykro. Często kosmos nam nie zadośćuczyni, zdarza się, że nawet bardziej dokopie, że różne rzeczy przychodzą nam trudno, w bólu, w cierpieniu.

I myślę, że równie często będziemy po tej stronie, gdzie ktoś czeka na naszą pokutę za coś, co powiedzieliśmy, za coś, co komuś odebraliśmy, nawet symbolicznie, za to, że nie udzieliliśmy pomocy, że nie wyciągnęliśmy ręki, że się naśmiewaliśmy, albo wbiliśmy szpilę.

I im szybciej nauczymy się odpuszczać i wybaczać, tym mniej będziemy w Karmie i “równowadze wszechświata” upatrywać rozwiązania wszystkich swoich bolączek.

Na terapii

Nigdy za bardzo nie działały na mnie poradniki. Raczej wywoływały frustrację niemożnością wprowadzenia ich w życie.

To chyba przewaga doświadczania nad wiedzą.

Depresję miałam tylko raz, i to w odpowiedzi na mocne wydarzenia, z którymi inaczej nie potrafiłam sobie poradzić. 
Mimo pesymizmu, który prowadzi mnie przez życie, nie jestem osobą depresyjną. Nawet jak jest źle- wstaję z łóżka, robię różne rzeczy, radzę sobie z codziennością. Kiedy pojawiają się gorsze momenty, raczej unikam myślenia o nich. Taki mechanizm, może nie jest zbyt dobry, bo nie rozwiązuje niczego, za to pozwala mi spać spokojnie. W lżejszych wypadkach wygląda to tak, że kiedy wisi nade mną pająk, to ja go omijam wzrokiem aż sam odejdzie. Nie wchodzimy sobie w drogę.
Kiedy mam sytuację konfliktowo- kryzysową z innym człowiekiem, po prostu go unikam aż się rozejdzie po kościach.

Miałam jednak sporo problemów, które ciągnęły się od czasów dzieciństwa, marnując mi (podobno) najpiękniejsze chwile młodości, nie pozwalając cieszyć się życiem, gdy wchodziłam w dorosłość. 
Nie układałam sobie przez to trwałych, zdrowych relacji z ludźmi, najeżona kolcami odpychałam każdego, kto mógł być blisko. Sama sobie do lustra nie potrafiłam powiedzieć ani jednej miłej rzeczy. W zasadzie egzystowałam nie wiadomo po co, bo z tego wszystkiego nie miałam zbyt wiele przyjemności.

W Polsce powszechny jest wstyd mówienia o terapii. Oczywiście, co chwila zdarza się wysyp opowieści o depresjach sławnych osób, pisarzy, muzyków, blogerów, dziennikarzy, ale są to historie oderwane od szarej rzeczywistości, gdzie człowiek zastanawia się co do garnka wrzucić i czy go nie wypieprzą z pracy w następnym miesiącu, więc dla wielu to czysta egzotyka.
Oprócz poważniejszych problemów psychicznych, depresja jest czymś, co “usprawiedliwia” pójście po pomoc.

Ja poszłam, bo potrzebowałam się naprawić. Bo źle mi było z sobą. Z tym, jak sobie radzę i nie radzę z różnymi rzeczami, bo sama siebie wkurzałam. Bo nie potrafiłam przełożyć mądrości poradnikowych na własne zachowanie. Bo bałam się, że zacznę tracić ludzi, na których mi zależało, na własną prośbę.

Wydaje mi się, że szczególnie w Polsce, wiele elementów terapeutycznych po prostu przydałoby się uczyć w szkołach. Kiedy już przekopiesz tę tonę gówna spod dywanu własnego umysłu, zaczynasz widzieć, co się dzieje dookoła. W jakie gry próbują z tobą pogrywać ludzie bliscy i obcy, jak wymuszają różne rzeczy, wywołują poczucie winy lub obowiązku, jak nie szanują granic.

Kiedy po raz pierwszy udało mi się bardzo trudną i konfliktową sprawę w pracy załatwić w asertywny sposób, gdzie nie czułam się w końcu wykorzystana ani zgnojona- kupiłam sobie drogie wino i wypiłam je wieczorem w łóżku przy świecach. Byłam z siebie dumna, że się obroniłam, jednocześnie nie rzucając nożami na oślep, nie odpłacając głupimi pyskówkami i agresją.

151

Na co dzień jesteśmy nauczeni czuć się winnymi (zjedz zupkę, mamusia tak się starała). Albo się poddajemy tym szantażom, i nieszczęśliwi zapełniamy cudze dziury w sercach, albo atakujemy w samoobronie każdego, kto się nawinie z jakimiś oczekiwaniami. 

Po terapii zaczynasz to widzieć. Zaczynasz się szanować. Bronić siebie, nie dawać skakać po sobie każdemu, kto ma na to ochotę. Ale uczysz się też dawać, bo wiesz, że ofiarujesz tyle ile chcesz, że nikt ci nie wyrwie siłą więcej niż masz.

Dla mnie terapia zawsze miała tę przewagę nad kołczingiem czy podręcznikami, że daje ci czas na zrozumienie, czas na trening i pracę, na dochodzenie do wniosków samemu. Kiedy na przykład uczysz się rysować, to dużo dłużej zajmie ci ćwiczenie ręki z modela, poznawanie wszystkich zasad. Jasne że szybciej można coś przekalkować, efekt będzie spektakularny i natychmiastowy, tylko de facto nie działa, kiedy musisz improwizować w sytuacji bez podkładki.

Większość z nas, w tym pięknym kraju nie wychowała się w domach, gdzie rodzice byli odpowiedzialnymi dorosłymi, zapewniającymi nam poczucie bezwarunkowej miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, którzy w dorosły sposób załatwiali swoje konflikty, byli czuli i dostępni. Takie były czasy, komunizm, transformacja, wielu przegrało, potomkowie pokolenia zranionego wojną. Mam wrażenie, że zdrowego podejścia do dzieci uczy się dopiero moje pokolenie trzydziestolatków, że dopiero część dzisiejszych dzieci będzie w stanie funkcjonować w świecie bez kompleksów, szanując siebie i innych, bez tej dziury nie do zasypania. I może one nie pójdą na terapię. 

Nam, starym dupom wychowanym często na pasku stosowanym jako środek na wszelką niesubordynację, polecam “kozetkę”. Dla samych siebie.

Dziadek

Często mi się śni.
Siedzi w fotelu albo na wersalce przykrytej wzorzystym kocem. Ich mieszkanie jest zalane słońcem, na podłodze leży dywan w perskie wzory, na ścianach wyblakłe tapety. Czas odmierza zegar zamknięty w kryształowej kuli.
W witrynie komody kurzy się szkło, którego nikt nie używał, bo w ich domu nie pijano nalewek z karafki w kształcie ryby. Nie pijano alkoholu w ogóle.

Poza kilkoma łupami z czasów komunizmu, we wnętrzach panował minimalizm i filozofia zero- waste. Moi dziadkowie byli jej prekursorami. 
Dziurę w swetrze zaszywano, na spodnie zawsze można dać łatkę.
Codziennie odbywano kursy do sklepu po kilka plasterków wędliny i dwie bułki.

W snach siedzą uśmiechnięci, a ja odczuwam ulgę, że jednak są, że zaszła jakaś pomyłka i zmartwychwstali. A może nigdy nie odeszli.
Kiedy się budzę, jestem wdzięczna za to spotkanie.

Nie każdy miał takiego dziadka, który po prostu BYŁ. Za którego plecami można się schować, aby uniknąć kary. Który wspólnie składa koniki z kasztanów. Klei latawce.
Czyta na głos kronikę kryminalną z gazet, aby ustrzec wnuki przed złym światem.
Zabiera na bazar, do ogródków działkowych, gdzie polewamy się zimną wodą z węża.
Który pomaga przejść przez dziurę w siatce na poligon wojskowy, aby nakarmić wspólnie kaczki zasiedlające tamtejszy staw.

144

“Dziadku, nie idź tak szybko”. (kiedyś)
“Maria, gdzie tak pędzisz”. (dziś)
Odziedziczyłam po nim to, że nie potrafię chodzić powoli.

Prosiłam go, żeby pokazywał mi medale. Wiązał się z tym cały rytuał przymierzania ciężkiej od orderów marynarki.

Palcem wyczuwałam przez skórę jego szyi tkwiące tam od czasów wojny odłamki.

Latem wychodzili na ławeczkę przed blokiem, grali w karty z sąsiadami.

“Pani B.! Ma pani złotego męża!”

Kilka razy krople łez wypełniały jego niebieskie oczy.
Jak opowiadał o wojnie.
Gdy przyszłam pokazać swój dyplom inżyniera.
Kiedy któreś w wnucząt osiągało sukces.

Przetopili ruskie złoto i na osiemnastkę dostałam bransoletkę z wygrawerowanym napisem.

***

Na koniec powiedział: “Idzie do mnie, moja piękna żona”.
A to babcia w chustce na głowie przesuwała się krok po kroczku z balkonikiem.

***

A potem ich nie było.
I do dziś, po latach, nie rozumiem, że nie mogę wejść do tego mieszkania, opowiedzieć o swojej pracy, o Warszawie, pogrzebać w starych zdjęciach, posłuchać co u sąsiadów.

Biało

Nie wiem, czy to wydarzyło się naprawdę.

Z dzisiejszej perspektywy trzy miesiące śniegu wydają się mitem wyciągniętym z jaskiń prastarych Słowian, bajaniami pt. “kiedyś to były zimy, że hej”.

Budził mnie odgłos drewnianej łopaty, szorstko sunącej po betonie. W ciemnościach dozorcy wykonywali żmudną pracę, efekty posypywali piaskiem jak cukiernik tort wiórkami kokosowymi. 

Śnieg kojarzy mi się z całą gamą dźwięków.

Skrobanie szyb samochodów grzejących się na parkingach przy włączonych silnikach. Pisk zmarzniętych pasków klinowych.

Tupanie na klatce, ilekroć ktoś wchodził na budynku. Otrzepywanie na wycieraczkach butów, czapek i szalików. 

Cicha noc przerywana skrzypieniem zmarzniętego puchu, ugniatanego krokami przechodnia.

***

Na specjalne okazje miałyśmy małe królicze futerka. Żałuję, że nie mam w nim żadnego zdjęcia, musiałyśmy wyglądać jak łaciate zwierzątka.

Na codzień pikowane poliestrowe, skrajnie niewygodne kombinezony na szelkach. Do tego jednopalczaste rękawice na sznurku, który się rozciągał od wilgoci, przez co łapki wisiały po kolana.

Byłam małym Eskimosem, który rozróżniał wiele rodzajów śniegu. Każde dziecko wiedziało, co oznacza żółty, dlatego trzeba było starannie wybrać miejscówkę na orzełka.

Wielkie tłuste mokre kawałki lecące z nieba łapaliśmy na język.

140

Zmrożony, lśniący jak brokat pyłek często krył pod spodem ślizgawkę. Dzieci jeździły, dorośli klęli kiedy dali się złapać w tę pułapkę, co nieraz kończyło się złamaniem.

Breja zbierająca się wokół wydeptanych ścieżek, jak tor przeszkód ciemne kopczyki do przeskakiwania.

Taki, z którego da się ulepić bałwana i ten zbity w kamienie, z którego trafienie śnieżką oznacza siniaki.

Hodowałam wzory na szybie. Zwykłe, nie mrozoodporne szkło pokrywało się lasem gwiazdek i lodowych paproci. Wyobrażałam sobie małe krasnoludki wychylające się z tych białych “krzaków”.

Chuchałam na okna i na parze pisałam palcem zaklęcia. Rysowałam serca.

Nie wiem, czy tez tak macie, że przy pierwszym śniegu myślicie marzenie. Do dziś w to wierzę i praktykuję.

***

Uwielbiałam wracać po zabawie z podwórka, w domu zdejmowaliśmy przemoczone ubranie, włosy od wilgoci i czapek sterczały na wszystkie strony. Czasem trzeba było włożyć przemarznięte stopy do miski z ciepłą wodą.

I nie wiem, czy bardziej tęsknię za zimą, czy za dzieckiem, którym byłam.

Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.

Piękno

Nie wszystko można mieć. Na przykład bardzo chciałam Sabotage Beastie Boys na swoim weselu, ale jakoś nie wyszło.

Podobnie z urodą. Brunetki chcą być blondynkami, niscy chcą być wyżsi, wysocy- niżsi.
Ja marzyłam o kręconych włosach, natura niestety obdarzyła mnie azjatyckimi gładkościami.

Przed studniówką 2 (DWA) dni trzymałam wałki na piankę. Po rozpuszczeniu zostało mi tylko upięcie, bo nic to nie dało.

Ostatnio ponowiłam próby posiadania fal syrenich. Z tym, że nie mam w domu lokówki. Nic to, kiedy wpisze się w YouTuba “loki prostownicą” wyskakuje miliard filmów instruktażowych. Dziewczyny robią sobie boskie burze afro.
W moim wykonaniu z łazienki co 3 minuty padało sakramentalne “kurwa mać”, poprzedzane swądem spalenizny.

We fryzjerstwie mam jednak spore doświadczenie od dziecka. 

W przedszkolu wymyśliłam, że sprawię lalkom Barbie siostry fryzury a’la Marie z Roxette (a Roxette to byli moi bogowie). Także blondyny dostały makeover na zapałkę.

113

Niczego się nie nauczyłam na błędach i we wczesnej podstawówce, oglądając w tv jakąś bajkę w stylu Troskliwych Misi, zauważyłam, że ktoś nieopatrznie zostawił w moim zasięgu nożyczki. Postanowiłam więc poprawić sobie bez lusterka wszelkie krzywizny grzywki. Pół roku w opasce na czole to coś, do czego można się przyzwyczaić.

Zresztą nie był to jedyny przypadek, kiedy nosiłam tę ozdobę.

Bawiąc się pewnego pięknego dnia w kosmitów, przyssałam sobie do głowy, między brwiami, termometr akwarystyczny, wykradziony wprost ze szklanego domu naszych skalarów, gupików i glonojadów. Kiedy ściągnęłam gumowy krążek, okazało się, że mam na czole flagę Japonii- idealnie okrągłe czerwone koło- krwiak.

Mogło być dużo gorzej. I było.

U kosmetyczki, do której chodziłam w liceum, podpatrzyłam ogrzewane okłady na cerę.
Postanowiłam zaoszczędzić sobie trochę pieniędzy i wykonać coś podobnego w domu.
Zamoczyłam ręcznik w wywarze z rumianku i położyłam na własną niewinną twarz. Dla wzmocnienia efektu, niczym wisienkę na torcie, na MOKRYM ręczniku umieściłam poduszkę elektryczną. Podłączoną do prądu.

Może to życie moje takie jest, bo w młodości kopnęło mnie w głowę.

Warszawo

Wysiadłam z pociągu z dwiema torbami. Trochę ubrań, kosmetyki, bardziej przypominało to wycieczkę niż przeprowadzkę. Gdzieś pod skórą miałam wrażenie, że to na chwilę, że uszczypnijcie mnie, zamiast strachu czułam desperację.
To mogło być 12 lat temu. Nikt nie miał gps’a, google mapsa, internet w telefonie był kosztowną zabawą. Pamiętam komórkę z klapką, jaka mi wówczas towarzyszyła.
Miałam papierową mapę miasta.
Sprawdzałam wcześniej w komputerze rozkład autobusów i kombinowałam (połączenia same się nie synchronizowały). Rysowałam kolorową kredką na mapie, albo przepisywałam do notatnika.
Do pierwszej “prawdziwej” pracy miałam bardzo daleko. Jechałam ponad godzinę w jedną stronę, w tłumie, ściśnięta jak śledź w puszcze z rolmopsami. Spoconymi, zmęczonymi i skacowanymi rolmopsami.
Spanie w warunkach polowych. Pieniędzy wystarczyło na połowę łóżka w pokoju dziennym. Na łazienkę bez pralki i wiecznie zasyfioną kuchnię, w której można było prędzej zwymiotować z obrzydzenia, niż zrobić sobie posiłek.
Pijackie weekendy, kończące się kacem gigantem. Poczucie wolności. Jabłka na śniadanie, obiad i kolację pod koniec miesiąca. 

Pamiętam, że czułam się powolna, ociężała. W supermarkecie ludzie popychali mnie wózkami. W metrze zniecierpliwieni trącali bez słowa. Wszyscy strasznie stresowali się na obsługę, na głos wyrażali niezadowolenie, kłócili się z obcymi i dla mnie to była egzotyka.
Ale też zagadywali do siebie, łatwiej niż w rodzinnym mieście było kogoś poznać na koncercie, w barze, w sklepie.

Kolejne mieszkania, coraz lepsze. Własny pokój, święty spokój, własny porządek i swój bałagan. Moje krzesło, przytargane ze śmietnika. Moje książki na półkach dające namiastkę domu. Mój garnek. W końcu nikt mi nie podbiera kosmetyków, nikt nie zostawia uwalonych talerzy na tydzień, nie muszę martwić się, że z czyjegoś pokoju śmierdzi. 

Był właściciel, który pijany spał pod drzwiami, bo zapomniał, że już tu nie mieszka, że wyprowadził się do Belgii. I jego straszne obrazy, które zdejmowałyśmy jak tylko wychodził. I stolik- pień, nazwany przez nas “mrocznym pniem na kółkach”, z którego śmiałyśmy się z gośćmi. Weekendy spędzone w łóżku, w końcu bez obawy, że ktoś wpadnie do pokoju.

79bf8743150247-57e4dd80f22a2-1

Były szafki, które same się otwierały w nocy.

I korki strzelające, gdy włączyło się na raz pralkę i laptopa.

Było spanie wśród pudeł, w jednym pokoju z kotem, przez kilka miesięcy oczekiwania na odbiór swojego mieszkania.

Kilka lat na materacu położonym na podłodze w bloku, w dzielnicy, której nie potrafiłam ocenić czy się opłaca, czy warto tam kupować, po prostu było niedrogo. 
Rzeczy na piwnicznych regałach z Ikei. Lata z meblami przytarganymi z wystawek. Własne obrazy na ścianach.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz, niechcący przyznałam się do tego miasta. Na Openerze w Gdyni ktoś mnie zapytał skąd jestem i ku mojemu zdziwieniu z ust wypadło: “z Warszawy”. 

Rysowali mi tutaj stary samochód, który był na obcych rejestracjach, a teraz na wyjeździe boję się, że porysują mi obecny, bo jest na warszawskich. Na Śląsku słyszałam przez okno, że kto to stoi na tych blachach pod blokiem.

Po dwóch- trzech latach przestałam już przyjeżdżać o każdej możliwej okazji do rodzinnego miasta. Po pewnym czasie okazało się, że tu mam więcej przyjaciół, że tu wracam do domu, stąd wyjeżdżam w obcość. Zapominam nazwy ulic i nie wiem jak gdzieś trafić w Białymstoku, już tam nie pasuję, nie rozumiem, może za szybko chodzę i za dużo się stresuję, może nabrałam trochę tej stołecznej bezczelności, i jak ktoś mówi “centrum”, to widzę centrum Warszawy. 

Nie wiem po co miałabym chcieć więcej. Wracam z Tokio czy Londynu i to prawda, że Warszawa staje się mała, pusta i bardzo postsowiecka, ale tu wiem jak się rozpychać łokciami, kiedy się poddać, gdzie można popłakać, a gdzie wypić krwawą mary.

 

Dzieło

Zawsze w takich momentach zaczynam oglądać ogłoszenia o pracę. Miła posadka, od tej do tej, średnia lub niezła pensja co miesiąc, ubezpieczenie.

Nie żył, kto w Polsce nie pracował na freelansie. Nie zaznał smaku adrenaliny, kto na umowie o dzieło nie zachorował, nie złamał nogi, nie miał raty kredytu do spłaty, podczas gdy “księgowa klienta wyjechała na wakacje”, “zapomniała zrobić przelew”, albo zwyczajnie nie odbiera telefonu.

Praca w strefie zleceń to kręgi piekła, o jakich nie śniło się tym, co siedzą w budżetówce.

Czasem żyjesz jak król, jak cesarz wszechświata, Bill Gates własnej dzielnicy. Trafia się duże zlecenie, przychodzi milusia zaliczka, to poszalejesz i se zapłacisz rachunki. Szerokim gestem wykupisz kotu- cukrzykowi zapas insuliny. Niech ma. Zapełnisz lodówkę. W weekend pójdziecie do kina i na obiad.

Częściej jest tak: zapitalasz, jeździsz na spotkania, dostajesz tonę maili, telefonów, w których mówią ci, jak ma być i że o gustach się nie dyskutuje. Wylewa się z ciebie bełt przetrawionych wyobrażeń ludzi wychowanych w pastelowych blokach, w szarych blokach, na marzeniach o luksusie w wersji z Dynastii. Wylewa się, ale robisz. Ileś opcji, klient nasz pan. 

W końcu nadchodzi dzień płatności. 

Wtedy dowiadujesz się, że termin na fakturze to sugestia. Że zapłacenie w ogóle to jest opcja. Można tak, a można nie. Że nagle wszyscy chorują. Rodzą dzieci. Dostają miesiączki. Dokładnie w momencie, w którym czekasz na przelew.

Trochę ci głupio, ale się upominasz. Tak tak, zapłacimy, noproblemo.

37629a43816671-57fdd49284ade

Potem gorzej, bo bank do ciebie dzwoni, że gdzie ratka. Kończy się OC, więc nie jeździsz samochodem. Naruszasz konto oszczędnościowe, bo trzeba iść do dentysty. Jak masz działalność, to skarbówka szybko blokuje ci konto, bo nie zapłaciłeś vatu od kwoty, która nigdy nie wpłynęła na twój rachunek.

Klientka mówi, że jej niezręcznie, że się tak upominasz. Czujesz się jak debil. Jak nędzarz, mimo, że na papierze kwoty pięciocyfrowe. 

Czasem trafiasz na takich milusich, co nie zapłacą w ogóle. Jedni powiedzą, że uważają, że “już wystarczająco w ich ocenie przelali”, inni przestaną odbierać telefony, w końcu napiszą maila jak im się dzieło nie podobało. 

Czasem pójdziesz do sądu i przez trzy lata będziesz płacić za prawnika, żeby odzyskać kilkaset złotych. Częściej machniesz ręką, karawana jedzie dalej.

W końcu przychodzi przelew. Znowu jak król złoty- spłacasz debety, rachunki, ratki, odsetki karne, wysyłasz potwierdzenia, odkładasz coś tam na czarną godzinę, wiesz że ta nastąpi szybciej niż później, czarne godziny zawsze nadchodzą znienacka, z kolejnym “urlopem w księgowości”.

W rubryczkach “dochody” wychodzą ci ładne sumki i myślisz, że jesteś chyba jakąś pierdołą życiową, liczysz i planujesz, powinno stykać, powinno zostawać, jest w tabelkach. A potem dostajesz 3 przelewy z dwutygodniowym opóźnieniem, czwarty w ogóle nie wyszedł i już wiesz, że bez dociskania się nie obejdzie.

Spotykasz znajomego, on ci mówi: “Ja już dawno na Polskę nie robię, chyba bym życiowej kurwicy dostał. Wysyłam do Francji wykonaną robotę, zaraz jest wypłata, nikt nie dyskutuje, nikt się nie wykłóca”. 

Co jakiś czas oglądasz więc opcje pracy na etat, opcje pracy na zagranicę. Kiedyś frustracja przeleje się ponad to, co możesz znieść i po prostu to zrobisz.