Nie istniejesz

Swego czasu w internecie krążył taki memopodobny twór. Lista żali i smuteczków, że świat nie jest tradycyjnie piękny, kobiety niekobiece, mężczyźni zniewieściali, nikt nikogo nie kocha i nikt nie umie utrzymać związku, zwieńczony pointą, że “podmiot liryczny” w takim świecie nie chce żyć. 

Przepraszam, że nie przytoczę  tu całości, trochę szkoda mi na tego gniota miejsca, poza tym być może kojarzycie.

Na początku tekst był anonimowy, potem doklejono do niego sylwetkę smutającego Keanu Reevesa (co mi już zazgrzytało, bo on taki znowu tradycyjny nigdy nie był, umawiał się w końcu z trans kobietą), w finale okazało się, że słowa wypowiedział jakiś imam (ale nawet to nie jest pewne w labiryncie internetu).

Tekst był szerowany na wszystkie strony, lajeczki leciały wodospadem, “pozamiatane”, “zaorane”, “przejebane”.

Trochę się dziwiłam, kto z moich znajomych onanizował się tymi słowami, bo były to osoby z gruntu mało “konwencjonalne”. Całkiem możliwe, że człowiek potrzebuje prostych prawd, prostych podsumowań i objawień. Niestety relatywizm traktowany jest jako coś złego, a nawet niemoralnego, bo trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron.

Jeszcze dawniej była moda na wyśmiewanie “facetów w rurkach”, z grzywkami emo, z tunelem w uchu. Taki niemęski osobnik, jechali po nim od prawa do lewa, nagle każdej wyzwolonej hetero kobiecie przeszkadzało “zniewieścienie dzisiejszych mężczyzn”, bo one by chciały takiego z zasadami, twardego, w mundurze, z brodą albo z siekierą. Co to da w ryj jak ktoś jej napyskuje (oczywiście ktosiowi, nie jej).

I trzecia anegdotka.

Czytałam ostatnio książkę, w której fragmencie narrator frustrował się na “szarą masę”. “Po co żyjesz?”, tak pisał. Że miałkość. Że rozmowy o niczym. Że bezpodstawna radość, jak tu ból istnienia. Że plotki w autobusie.
Musiałam na chwilę zamknąć (koniec końców bardzo przyzwoite) dzieło.

778bb338417461-5760f990d9cc3

Czy czujemy się lepsi porównując do innych. Może lubimy sobie pouogólniać: o, to szara masa, a tu ja z krwi i kości. Tu wymoczek w obcisłych spodniach, jak on tego mamuta zabije. Tu prawdziwa miłość, przyjaźń, wierność i czarno białe zasady jak ze starych filmów z Clintem Eastwoodem.

Wiecie, zdarzyło mi się kilka razy w życiu być podsumowaną. Że jestem nudziarą, bo nie noszę czuba na głowie. Że nie mam prawdziwych problemów, bo ktoś ma coś gorzej. W sumie prawie codziennie jesteśmy szantażowani złotymi myślami memopodobnymi na fejsbuku. Że “współczesny człowiek”, “Pokolenie Y”, “problemy pierwszego świata”, “millenialsi”, “dzisiejsza młodzież”. Emocjonalni zakładnicy uogólnień. 

Do czego zmierzam.

Nie istniejemy w cudzych głowach.

Związek nie rozpadł się “bo w dzisiejszych czasach nie ma wartości”, tylko dlatego, że nie chcieliście nad nim pracować. Albo jedna osoba nie chciała. Może to nie była miłość.

Dzisiejsze kobiety nie “ubierają się jak dziwki”, tylko jak chcą. I nic nikomu do tego. Jedne zakrywają- dewotki. Odsłaniają- prostytutki. Może niech się ubierają dla siebie, a nie dla publiczności.

Podobnie “chłopięta w rurkach”. Może mają ochotę spotkać inną dziewczynę lub chłopaka z długą grzywką na pół twarzy i razem pod kocem słuchać “The Cure”. Nic nikomu do tego.

Może ta “szara masa” po prostu odpoczywa od dzieci plotkując z sąsiadką z autobusie. Może cały dzień użerała się z petentami w okienku.

Wszyscy możemy mieć: długi, ojca alkoholika, matkę chorą na raka, brata, z którym się nie dogadujemy, szefa, który drze pałę, poczucie niskiej wartości, porażki, bite dziecko za ścianą, rozlatujący się związek, milion różnych problemów niezależnie od tego, co obca osoba widzi przelotem.
Nie istniejemy dla siebie. Istnieją jakieś proste slogany, uogólnienia, rymowanki z wklejonym zdjęciem aktorki i dopisanym “jeśli się zgadzasz, podaj dalej”. “Lewaki” i “prawaki”. “Cioty”. “Dziwki”. “Bezmyślne stada owiec”. 

Spotykając, słuchając kogoś, może na początek nie zakładajmy za wiele.

Zorientowani

Orientacja inna niż heteroseksualna wymaga deklaracji. Zawsze mnie to lekko irytowało, że coś jest domyślne, a każdy, kto się w tych pojęciach nie mieści, musi się społecznie ometkować, żeby inni wiedzieli o co chodzi.

Bycie z kobietą często ustawia Cię na pozycji otwartej. Otwartej na propozycje.

Na przykład heteroseksualnej dziewczynie w heteroseksualnym związku niezwykle rzadko będą składane propozycje trójkątów czy innych figur geometrycznych. Zakłada się, że jej związek jest monogamiczny, a partner po takich słowach może zwyczajnie dać w ryj.

Nawet nie wiecie ile razy zdarzyło mi się usłyszeć od obcych ludzi oferty zupełnie jednoznaczne. Czasem nawet nie poprzedzały ich słowne zapytania, a od razu przechodzono do czynów, bez zbędnych ceregieli. Ha- nikt nawet mi kolacji nie zaproponował, a już leci z łapami!

Jest jakiś magiczny pornograficzny mit, wzięty z bajek dla dorosłych na różnych fantastycznych internetowych stronach, że jak spotykasz nieheteroseksualną kobietę, to następuje akcja. Innymi słowy używasz sobie innej osoby do zrealizowania erotycznej fantazji.

tumblr_ocwzxs7jmn1vcdl4po1_1280

Wystarczy, że w towarzystwie pojawiają się słowa: “moja dziewczyna”, “moja partnerka”, a w głowach co poniektórych, jak u Pomysłowego Dobromira, zapala się żaróweczka. 

Ja rozumiem, że są związki otwarte, związki poliamoryczne i jakie tam chcecie spektrum ludzkich relacji. Ale może zanim ktoś złoży propozycję nie do odrzucenia, warto się dowiedzieć, czy taka osoba przypadkiem nie jest w związku monogamicznym? 

Już nie mówiąc o tym, że jeśli, drogi mężczyzno, spotykasz lesbijkę, to odwrotnie niż w pornografii i piosenkach Kazika- może ona nie mieć ochoty na twoje dodatkowe końcówki?

Do tego dochodzi cała sprawa biseksualizmu. 

Szczerze mówiąc, ja już nawet nie używam słowa “biseksualność” w towarzystwie, bo działa ono jak zaproszenie do łóżkowych eksperymentów.
Hej, nawet jeśli ktoś jest panseksualno- biseksualno- transseksualno- cotamjeszcze seksualny, to wcale nie oznacza, że musi mieć ochotę na czyjekolwiek nagie pośladki w swoim łóżku, tylko dlatego, że pod wpływem wina, niczym kuracjusze w Ciechocinku zerwani ze smyczy domowych starych kapci, zaczynacie toczyć ślinę swoich fantazji.

Jeśli wiesz, że dziewczyna ma faceta, to podbijanie do niej na pewno uważasz za głupie. Co sprawia, że w sytuacji, gdy “cel” jest w związku z kobietą, rozpatrujesz te propozycje jako naturalne? Albo co gorsza- zachęcasz swoją dziewczynę do takiego podboju, bo “z kobietą to nie zdrada”. A może podejdź do geja i zaproponuj mu trójkącik? I don’t think so.

To sprawia, że kobiety są trochę traktowane jak coś “do używania”. Że związek kobiety z kobietą to nie jest dla wielu prawdziwa relacja, tylko takie sobie wygłupy. 

A ponad wszystkim- może nie jesteś aż takim ciachem, za jakie się uważasz.

 

 

Kobiety

Jest duszno i dosyć ciemno. Z tym pierwszym energiczna blondynka radzi sobie przebiegając przez całe pomieszczenie z odświeżaczem powietrza.

Sterty kolorowych szmatek spadają z wieszaków, nikt nie traci czasu na podnoszenie.

 

-Zna pani angielski?

-Trochę.

-Przetłumaczy mi pani, co na tej koszulce, żeby stara baba z czymś głupim nie chodziła po mieście.

-“Bądź spokojny i ciesz się Wiedniem”

-A to dobrze.

 

Od czasu do czasu zaplącze się osobnik męski. Ukierunkowany na wieszak ze spodniami albo koszulami. Wchodzi, łapie, przykłada do bioder, krytycznym wzrokiem spogląda na metkę. 5 zł to tanio czy drogo? 

Czasem przywlecze go żona. Grzebie, wyciąga, wyławia, stoi niecierpliwie pod przymierzalnią. “Już włożyłeś? Pokaż no się. Tu się podłoży i będzie super”.

tumblr_odn1hqw4bw1vcdl4po1_1280

 

Świeżo upieczone matki zastanawiają się, czy na roczne dziecko nie za duża ta sukienka. 

-Jak za duża to podrośnie, byleby nie za mała.

Czy tą plamkę da się odprać, czy to bawełna, a bywają czasem kombinezoniki?

 

Dwie dziewczyny pod kotarą. 

-Dżoana! Mam coś dla ciebie! Espeszaly for ju!

-No, pokaż jak wyglądasz. O! Super! Znaczy w tłoku ujdzie!

-Odsłoń trochę te nogi!

 

-Proszę pani, ja będę tu przed panią stała, tylko jeszcze zapomniałam zobaczyć tamte wieszaki, zaraz wracam.

 

-Spojrzy pani na metkę, czy to można do pralki? Nie wzięłam dziś okularów.

 

W kasie zaradna i żwawa sprzedawczyni zachwala, że we wtorki wszystko po 2 zł, w każdą sobotę dostawa.

-Widzi pani, wyszłam dziś po bułki, a wracam z garniturem Hugo Boss.

-Hugo Boss? Ale mnie pani wkurzyła! Pokaże pani! No rzeczywiście! Kurde, powinnam teraz policzyć trzy razy tyle!

-Od razu dzień mi dobrze się zaczął.

Skąd się bierze TO w środku

Miałam 6 lat, kiedy wygrałam swój pierwszy konkurs plastyczny. Był o zasadach ruchu drogowego. Przedszkolaki zebrane w sali udekorowanej zielonym suknem, godło jeszcze bez korony, galaretka z bitą śmietaną na deser, od której zrobiło mi się niedobrze. Dyplom. Wywiad w lokalnej rozgłośni radiowej. 

-Jak masz na imię?

– Majisia.

– Powiedz Marysiu, co jest na twoim obrazku?

itd.

W podstawówce wszystkie zeszyty zamiast zapisanych lekcji zarysowane wzorkami, buziami, roślinami, zwierzętami. Do naszego domu przyszedł ksiądz po kolędzie:

-Czy córka wybiera się do liceum plastycznego?

-Nie, po tym nie ma pracy

W liceum w głowie “bzdury”. Jak manga i anime. Czarodziejkowy szał, potem NGE, GITS, tego typu pozycje.

Wszystkie gazetki szkolne mego pędzla. Portrety Puszkina, Norwida, Sobieskiego, kogo ja tam nie narysowałam. Prywatnie- tony absolutnie splagiatowanych komiksów, tony głupich komiksów i kilka całkiem pomysłowych. Czasem wydruk w jakiejś gazetce, fanzinie. Czasy bez internetu, jak tu pokazać swoją twórczość?

Niedawno przeglądałam te starocie. To nie jest tak, że ja miałam jakiś specjalny talent czy łatwość. Tego po prostu były tysiące. Sterta absolutnie potwornych bohomazów z asymetrycznymi twarzami i powykrzywianymi dłońmi.

W domu: nie zajmuj się tymi bzdurami, lepiej się ucz. Była nawet specjalna nazwa- “znowu rysujesz swoje małpieniata” (chyba z rosyjskiego to określenie?).

Za karę porwane rysunki. Potem już niszczyłam je sama. To jest tak, jakby człowiek sam się dźgał w serce, zabijał siebie kawałek po kawałku. Przestajesz w pewnym momencie czuć cokolwiek, obojętniejesz, odlatujesz w jakąś ciemność.

99

Nauczycielka z domu kultury:

-Marysiu, może byś poszła na ASP?

-Nie, ja się nie nadaję, będę lekarzem.

W klasie maturalnej zwrot, teraz albo nigdy. Na szybko sklejona teczka wysłana na Akademię. Pojechałam na bezpłatne konsultacje. Ładne rysunki, proszę przyjechać na plener. Nie stać mnie na plener, proszę pana, rodzice nie wspierają takich “głupot”, nie mam 2tys. złotych aby tam pojechać.

No to chociaż architektura wnętrz. Po tym będzie praca, prawda?

Praca była. Najpierw zapieprz za grosze w kolejnych firmach, potem na własną rękę. I gdzieś coś powoli odpadało kawałek po kawałku. Przestałam pisać pamiętniki i listy, bo po co, i tak zostaną przeczytane, a potem wyszydzone. 

Nauczona wstydzić się za wszystko, co wychodzi ze środka, nie chciałam już nawet próbować. Pokazanie swojego rysunku, czy tekstu to dla mnie jak stanąć nago na środku ulicy.

Dlaczego to robię? Bo sprawia mi cholerną przyjemność i choć na chwilę daje poczucie wolności.

Nie zapraszam bliskich na wystawy. Nie przychodzili na nie, kiedy byłam w szkole, nie przyjdą i teraz. Z gulą w gardle przyjmuję komplementy od rodziny mojej żony. Nie jestem w stanie nawet w to uwierzyć, że jadą z innego miasta i chce im się zobaczyć moje prace na jakiejś ścianie. Odpycham to i udaję, że nie słyszę.

Pamiętam jak miałam swój pierwszy wernisaż w liceum. Pokaz prac grupy z domu kultury. Nie poszłam na niego, bo musiałabym iść sama. Jedynie mój dziadek kazał mi się zaprowadzić. Pojechaliśmy autobusem na drugi koniec miasta, a tam zamknięte, “dziś nieczynne”, “zapraszamy jutro”. Obejrzeliśmy zza krat w oknach i ten jeden raz czułam, że ktoś jest ze mnie dumny.

Czysta krew

Chyba częściej się wkurzam niż smucę. Wczoraj fejsbuk pokazał mi post, który polubił znajomy. Post napisany wściekle elitarystycznym językiem- o motłochu, który wybrał dyktatora i nic z tego nie rozumie. O tym, że potomkowie niepiśmiennych bosonogich chłopów wywyższeni przez komunizm teraz zbierają plon. Że prostacy i idioci. Że faworyzowani przez PRLowską władzę zmierzają do tego samego. Pogarda strumieniami.

Ale nie fiksując się na chwilowej sytuacji, chciałabym sięgnąć głębiej.

Za każdym razem, kiedy ktoś ze znajomych pieje z zachwytu nad swoimi “szlacheckimi korzeniami”, przewracam oczami i przypomina mi się tekst Kapuścińskiego o rasizmie. Ogólnie rzecz biorąc duma z koloru skóry jest dla mnie tym samym co duma z pochodzenia. No gratuluję miałeś przypadkowe szczęście urodzić się akurat w rodzinie:

a. wykorzystującej niewolniczą pracę chłopów przymierających głodem, aby zachlewać się do nieprzytomności na polowaniach i dzięki współpracy z zaborcami gromadzącej majątki (to w przypadku tej “prawdziwej” szlachty)

b. niby szlacheckiej, ale żyjącej na klepisku, a różniącej się od chłopa tym, że potrafi czytać i pisać, z licznymi bękartami poczętymi na sianie przemocą.

Dla mnie pogardzanie niepiśmiennym chłopem pańszczyźnianym to strzelanie sobie samemu w głowę. Bo kto odpowiadał za taki stan rzeczy. W dużej mierze ominęła nas rewolucja przemysłowa Zachodu, kościół katolicki niestety wbrew własnym deklaracjom bardzo rzadko wychodzi do tzw “ludu”, prędzej pewnie księdza proboszcza można było spotkać na zakrapianej imprezie lokalnego panicza, niż uczącego bosonogie dzieci alfabetu. Dlaczego niemiecki pan mógł zorganizować szkołę, a polski nie? Jaki pasterz, takie owce moi drodzy.

Niedobrze mi się robi od przechwałek, jakiej kto jest krwi. Bądź człowieku dumny z tego, co sobą reprezentujesz, a nie z losowego przypadku. 

Ci pogardzani chłopi nie raz takich pyszałków wynosili bagnetami, i po trochu to się dzieje właśnie teraz.

To, że komunizm pozwolił kształcić się osobom, które do tej pory były pozbawione jakiejkolwiek możliwości oderwania się od pługa, poczytuję jako jego wielką zasługę.

Często na różnych stronach warszawskich, gdzie są np informacje o imprezach, obchodach itd mam okazję poczytać tonę pogardliwych komentarzy o “słoikach”.

Że nie płacą podatków w mieście, w którym mieszkają. Tak, bo gdyby mogli się tam zameldować, to nie byłoby problemu. Gdyby chciwy rynek mieszkaniowy nie pobierał równowartości średniej pensji za norę w ciemnej dupie, która jeszcze 50 lat temu nawet Warszawą nie była, to może nie trzeba by było wozić tych klopsów od mamy. 

c5d13537853905-574e8b6016a72

Sory, Warszawa to nie Nowy Jork ani Paryż, jak wyjmiecie przyjezdnych, to wiatr będzie hulał między blokami z wielkiej płyty zwanych “luksusowymi apartamentowcami 10 minut od centrum”. Jak podczas każdej Wielkanocy, kiedy miasto przypomina Phenian po przejeździe kolumny Kim Dzong Una.

Masz naprawdę wielki żal, że “ktoś kradnie Ci pracę”? To napisz lepsze CV.

Nie każdy potrafi docenić to, że dzięki tym ludziom właśnie w Warszawie jest energia, ruch, tłum na targach śniadaniowych. Że ten, kto nie dostał mieszkania po babci, prędzej czy później je kupi i zacznie płacić te wymarzone podatki w stolicy. I wyrobi sobie kartę Warszawiaka. I zamiast gołąbków w słoiku zje pyszne Pho od emigranta wietnamskiego, który z kolei wynajmie lokal od kogoś, kto akurat miał fuksa urodzić się w tym a nie innym miejscu.

Wiecie drodzy “rdzenni” Warszawiacy, jak ciężko jest zacząć życie w nowym miejscu, gdzie nie ma znajomych z podstawówki, nie wiesz, do jakiej przychodni pójść, dentystę i mechanika ogarniasz po latach strasznych wpadek i błędów, a mieszkanie na kupie wcale nie przypomina sytuacji z serialu “Friends”, prędzej nielegalny burdel 24h.

I nie, nie każdy chce “zostać w swojej wsi” (a często w uroczym miasteczku), bo na przykład wymarzył sobie aby być project managerem w firmie reklamowej i sory, że to komuś przeszkadza, ale na szczęście tu nie Rosja i można się jeszcze przemieszczać w celach zarobkowo- mieszkalnych. Ja mam propozycję, aby ci, którzy krzyczą o siedzeniu “u siebie”, zostali “u siebie” na wakacje, a swoje dzieci zapisali na półkolonie w mieście, rodziców do sanatorium z leczniczymi właściwościami warszawskiego smogu. Wtedy sobie krzyczcie o “lokalnych patriotach”.

Skąd się bierze duma z “czystej krwi”? Z kompleksów i z własnych małości. Bo nie czarujmy się, być “rodowitym Warszawiakiem”, albo mieć “szlacheckie korzenie” (co zresztą najczęściej nie idzie w parze), to dla np takiego “rodowitego Paryżanina” brzmi tak samo, jak: “jestem z Ułan Bator i mamy tam fajną jurtę od pokoleń”.

Warsztaty z umierania

Niedawno buszowałam z koleżanką w księgarni. Wpadła mi w oko okładka książki, którą czytałam rok temu- “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Zachwalałam znajomej, jak to dzieło poprzestawiało mi w głowie, za nami pan w średnim wieku nadstawiał uszu i kiedy udałyśmy się do kolejnych regałów, chwycił ten reportaż i po przewertowaniu ruszył do kasy.

Reklama dźwignią handlu, ale nie chcę tu omawiać tej książki, jest ona pretekstem do czegoś innego.

Jest w niej opisana scena tytułowych warsztatów. Prowadzi je buddyjski mnich, aby pomóc ludziom pozbierać się po tragedii katastrofy w Fukushimie. Są to techniki wizualizacyjno- medytacyjne, uczestnicy piszą na oddzielnych karteczkach najważniejsze przedmioty w swoim życiu, najważniejszych ludzi, najważniejsze aktywności itd. Następnie kawałek po kawałku słuchają opowieści, a raczej uczestniczą w czymś, co można porównać do role playing game. Prowadzący opisuje im kolejne stadia ich wyobrażonej choroby. 

Na początku słabną. Każe wybrać i wyrzucić jedną z karteczek. Potem walczą z chorobą- odpadają kolejne zapiski. W końcu czekają na śmierć, kawałek po kawałku, kiedy historia się rozwija przechodzi się od rzeczy najmniej istotnych do najważniejszych. Poddający się tej terapii największy problem mają z odkładaniem ludzi, zamiast miąć papier, ostrożnie go składają i delikatnie odsuwają. 

To, co zostaje nam na końcu, uświadamia, co w rzeczywistości jest dla nas ważne, najbardziej istotne.

Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie, myślę, że mocno mnie zmieniła. Jak często żyjemy czymś, co będzie za miesiąc, za rok, za pięć. Widzimy siebie w teoretycznych sytuacjach, do których aspirujemy, które nadejdą lub nie. Wściekamy się na rzeczywistość, która jest poza zasięgiem naszego wpływu.

tumblr_ocau7swfti1vcdl4po1_1280

Mam czasem taki moment, że gubię tydzień. Lecę nie wiadomo dokąd, a tu nagle sobota. I trzeba szybko odpoczywać, bo przecież zaraz od nowa kołowrotek.

Zbierałyśmy długo na remont. A tu zepsuł się samochód, no zdechło truchło i koniec, wkładanie kolejnych pieniędzy na reanimację przestało mieć jakikolwiek sens. Trzeba było kupić nowy. Remont się nie wydarzył.

Wizja kolejnych kilku lat odkładania (bo kredytu nie chcemy) zniechęcała do czegokolwiek. Także trudno- dziś i teraz. Kupiłam farbę i przemalowałam ściany, moja partnerka- meble kuchenne. I po kawałku, może nie będzie generalny i wymarzony, ale życie nieokreśloną przyszłością jest zbyt frustrujące.

Kiedyś dużo przejmowałam się tym, czego nie mam. Wciąż kolejne rzeczy do odhaczenia, klucz do szczęśliwości wiecznie gdzieś za rogiem, za mgłą. A to większe zarobki, albo kolejna życiowa podróż, ładniejsze, większe mieszkanie itd. W pewnym momencie zaczęłam robić różne rzeczy dla przyjemności. Rysować, pisać, dawać czas dla siebie. Już nie mam presji, żeby być mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, bogatsza. Żeby mnie bardziej rodzina lubiła, żeby wszystkich zadowolić i pokazać, że zasługuję na ich uwagę, aprobatę.

Nie potrzebuję żadnego kołcza, który będzie do mnie krzyczał, że mogę wszystko, sky is the limit i że mam wychodzić ze strefy komfortu. Ja swoją strefę komfortu cenię ponad resztę, kokoszę się w niej, przyjmuję gości jak chcę, a jak nie, spędzam samotnie w niej czas bez żalu, że coś mi ucieka.

I nieważne jak dużo mam pracy, obowiązków, że kot narzygał, chcę się wtedy czuć spokojna i pogodzona ze światem.

Od niedawna bardzo pomaga mi w tym poranna medytacja, która wycisza hałas w głowie. Wiem, że to wszystko może brzmieć jak tandetne teksty z książek hygge/ cohelio itd, ale w tym rozedrganym świecie i wariatkowie dążenia do sukcesu, w nieustających konkursach na to, kto ma więcej, przydałyby się obowiązkowe warsztaty z umierania.

W rzeczywitości

Śniło mi się dzisiaj, że waliłam głową w ścianę. Miałam za mało siły i głowa odbijała się od muru jak piłka. Nie byłam w stanie skruszyć ani jej ani betonu. Obudziłam się zlana potem.

Byłam wczoraj na imprezie pożegnalnej. Takiej “emigranckiej”. W rozmowach dominowała polityka. O protestach, o przyszłości, o ucieczkach. Śmialiśmy się, że pięć lat temu wymienialibyśmy plotki kto z kim się przespał, albo gdzie warto pojechać na wakacje.

97

Moja czteroletnia siostrzenica, w domu, w którym prawie nie ogląda się telewizji, zapytała czy będzie wojna.

Malutkie dzieci znajomych i rodziny, dzidziusie, już uczestniczą w marszach.

Chciałam zrobić jakiś lajfstajlowy fajny wpis, nawet szkicowałam w zeszycie ilustracje, niestety mam poczucie, że w obecnej chwili byłoby to niewłaściwe.

Czy przesadzam tak martwiąc się o przyszłość?

To, co mnie podnosi na duchu, to dobre twarze tysięcy ludzi, Polaków, którzy nie zgadzają się na bycie szarą masą. Którzy uczestniczą. Wychodzą z domu i coś zmieniają, choćby moje postrzeganie rodaków.

Wszyscy byliśmy dziećmi

Dzieciństwo to coś do czego się wraca, żeby zrozumieć. Nie tylko nostalgia za oranżadką w proszku i komputerami Amiga.

Lubię sobie podkolorować, idealizować ten czas, bo kiedy jesteś dzieckiem wszystko ma inny smak i barwę. Widzę to po moich siostrzeńcach i siostrzenicach, którzy w muszli szukają głosu małej syrenki, a na wieść o lodach zaczynają skakać z radości.

Późniejsze życie, błędy i decyzje, które traktujemy beztrosko, okoliczności, na które nie mamy wpływu i takie, które zależą od nas, składają się na obrazek człowieka, którym się stajemy.

Była Janina. Zazdrościłam jej zagranicznych ubrań. Mama pracowała we Włoszech. Janina najlepiej na podwórku grała w gumę. Zawsze była trochę “ponad”.

Janina co wieczór w milczeniu prowadziła do domu swojego pijanego ojca. Kiedy była już pełnoletnia codziennie słyszałam przez ścianę z jej ust przekleństwa w stronę nietrzeźwego rodzica. Janina wyjechała i odcięła się od rodziny.

Była Marta. Marty rodzice pracowali w Stanach Zjednoczonych. Marta miała zawsze mieszkanie tylko dla siebie. Marzyłam, żeby jak ona mieć tyle przestrzeni i wolności. Nosiła w kieszeniach pieniądze, ja co najwyżej drobniaki na gumę do żucia. Czasem do Marty zaglądali dziadkowie. Marta była grzeczna i miała dobre oceny.

Rodzice Marty się rozwiedli zostawiając jej wspólne mieszkanie. Marta wyszła za mąż, urodziła dzieci. Z mężem pili dużo alkoholu, brali narkotyki. Teraz są na odwyku, opieka społeczna przekazała potomstwo przyrodniemu bratu Marty.

tumblr_obzrgq46ta1vcdl4po1_1280

Znałam Krzyśka, Ewę, Anetę, Bartka, Marka, Asię, Marcina, Karola i wiele innych dzieci, wrzuconych w dorosłość w czasach, kiedy nie było podręczników wychowywania, komunikacji asertywnej, rodzicielstwa bliskości, zajęć montessori, terapii sensorycznej, ADHD, alkoholik to był żul pijący denaturat, a nie wracający krzywym krokiem tato.

Idealizacja lat 80-tych, 90-tych, często w memach pt. “a pamiętacie jak z kluczem na szyi rozbijaliśmy sobie kolana i nikt nie dzwonił po pogotowie” pomaga nam nie czuć się tak źle z tym, co widzieliśmy, wyprzeć kłótnie za ścianami, bite za bezsensowne “przewinienia” dzieci, agresywne dziesięciolatki męczące zwierzęta, gdy nie było pedagoga/ psychologa do pomocy, brak reakcji na samotność “eurosierot”.

Mówią nam “wyrośliśmy na ludzi”.

Na ludzi nieradzących sobie z życiem, albo wręcz przeciwnie- po trupach dążących do samospełnienia, ludzi zasilających kozetki psychologów, nie potrafiących pozostać dłużej w jednym związku, wybierających związki toksyczne i destrukcyjne, dających się pomiatać przez pracodawców, klientów, pomiatających innymi, których uważamy za mniej zaradnych, albo niżej niż my stojących na drabinie.

Ludzi niewrażliwych na piękno, przyrodę, literaturę, sztukę. Bo nie ma miejsca na te wartości, kiedy w środku ból i cierpienie. 

Na ludzi, dla których pieniądz kupuje szczęście, “haule”, wyprzedaże, musthavy, lacosty i najki zaklejają z ulgą dziury w sercach. 

Wracamy z sentymentem do tych fioletowych łokci i napojów z woreczka, żeby zapomnieć o pasie na tyłku za złe świadectwo. 

Tajne miejsca

W tym roku wakacje nie rozpieszczają i nie chcą się udać. Pocieszam się, że to początek lata i staram nie poddawać już na wstępie.

Miało być polskie morze i Radiohead na Openerze, rybka na Rewie, wyspa Sobieszewska, o której śnię już od dłuższego czasu, piach, książki i rysunki.

Zamiast tego wyszła Warszawa.

Postanowiłam wykorzystać ten cudowny czas bez pracy i zrobić Wam mini poradnik, gdzie spędzić czas wokół stolicy i jednocześnie poczuć się jak w kurorcie.

W poniższym przypadku w kurorcie z lat 90-tych. 

Byś może to sentyment z dzieciństwa, pragnienie poczucia przez sekundę tego, co się czuło mając 8 lat, biegnąc z poobdzieranymi kolanami przez krzaki, kiedy nikt nie słyszał o kleszczach, a pająków używało się do straszenia co bardziej wrażliwych dzieci. Kiedy stopione lody spływały po rękach i brodzie, badyl ze sznurkiem to łuk, a kapelutek czy chustkę z głowy zdejmowało się zaraz po zniknięciu z zasięgu rodzicielskiego oka.

Zalesie Górne znajduje się tuż za Piasecznem, z Warszawy podróż samochodem zajmuje około 30 minut (widziałam też autobusy miejskie, więc na pewno jest jakiś przystanek). 

Cały interes kręci się wokół stawów usytuowanych w lesie. 

87

Znacie na pewno ten klimat, który świetnie odtwarzają książki Witkowskiego- podupadły kurort przed/ po sezonie, gdzie nie istnieje bhp, toaleta to krzaczki, pojedynczy panowie z wędką medytują na brzegu, w zaroślach pary w wieku moich rodziców ochoczo oddają się miłości, kilku znudzonych nastolatków okupuje pomost.

Można wynająć kajak albo rower wodny. My oczywiście w kształcie łabędzia. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wziąć rozwód, a potem powtórny ślub, to przysięgam, że do ołtarza popłynę na rowerze wodnym w kształcie łabędzia. Cała na biało. Hanka Bielicka zzielenieje w zaświatach z zazdrości.

Grupa licealistów w wynajętej atrapie kadilaka przepływała obok nas z gracją słuchając na cały regulator Edith Piaf, także pewna dawka abstrakcji jest nie do uniknięcia w tego typu miejscach.

Z brzegu stawu można łatwo niezbyt głęboką wodą dostać się na zalesioną wysepkę.  Jest też niedaleko tzw wake park, powiew hipsterskiej stolicy w tym zapomnianym przez bywalców plaż nad Wisłą miejscu. 

Jeśli chodzi o gastronomię, to zdecydowałyśmy się na żelazny punkt kurortów letnich- frytki i colę. Z nieznanych mi powodów smażone ziemniaki z dużą ilością soli na plaży zamieniają się w najpyszniejsze danie na świecie. Wprawdzie są też ze 2 food trucki, ale nie po to jechałam do lasu żeby obżerać się bao z kimchi jak na Nocnym Markecie.

Ludzie Warszawy, jeśli jak ja cenicie sobie proste przyjemności wczasów roku 1991-go, niestraszne Wam komary, przemrożone lody i rzeźby dinozaurów wyglądające zza zarośli- Zalesie Górne jest dla Was.

Równowaga

Wszystko co słyszeliście o “hygge” to prawda. Dania jest bezczelnie przytulna. Jedziesz autostradą i ani jednego bannera, tylko zieleń, pola, elektrownie wiatrowe, śliczne drewniane chatki, im bliżej morza tym ładniejsze zajazdy z wywieszonymi flagami, wydmy bez śladu papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, puszek po piwie, petów, czyste plaże, po których nie strach chodzić boso, można najwyżej nadepnąć na kraba lub muszlę okładniczka, dziwna cisza, przerywana szumem fal. Nie ma disco, nie ma sztucznych palm, nic nie udaje Copa Cabana, nie poskaczecie na dmuchanym zamku, nie popływacie na bananie, nie poćwiczycie aerobicu z gwiazdą. 

Możecie usiąść na piasku, otworzyć książkę (jak akurat nie pada), zrobić zdjęcie latarni morskiej, zjeść frytki albo hot doga z drewnianego domku. 

I wiecie co, nie ma nudy. Od przestrzeni prostują się myśli, od wiatru plączą się włosy. 

5a201f38166321-5757b5c8f3393

Kiedy tam trafiłam, w Warszawie akurat szalała Parada równości, największa w historii, trochę żałowałam, że nie dane mi było przemaszerować. 

Dla odmiany duńska wieś żyła innymi sprawami- świętem narodowym, długim weekendem, które obchodzono ku mojemu zdziwieniu nie racami, pochodami, bitwami na kostkę brukową, nie dymem i krzykiem i bez policji. Duńczycy wychodzili sobie rodzinami na spacer, na jarmark i do restauracji. 

Dzieci miały wolne od swoich wiejskich szkół wyjętych z katalogu dobrej minimalistycznej architektury. 

A ja skołowana myślami krążyłam wokół potopu szwedzkiego i zastanawiałam się dlaczego okupacja skandynawska nie przetrwała do dziś. Może jeszcze nie jest za późno? Może jeszcze nas najadą?