Miasto

To bardzo dziwne, ale Białystok poznaję po zapachu. 

Mam niewiele powodów, by tam wracać. Znajomych zostało kilku. Rodzice wyprowadzili się do swojego wymarzonego domku na wsi. Dla mnie to miasto duchów. Miejsce- wehikuł czasu. Niby nic mnie już z nim nie łączy, a kiedy zbliżam się do pierwszych zabudowań, dostaję natychmiastowej migreny, która utrzymuje się przez cały pobyt.

W świadomości ogólnopolskiej Białystok od pewnego czasu stał się symbolem faszyzujących klimatów. Trudno go skojarzyć z czymś charakterystycznym, zawsze miałam tam poczucie braku tożsamości, nie udało się wytworzyć wspólnoty, lokalnej dumy z pozytywnych rzeczy, z którą można by było się utożsamiać. Podstawy do takich odczuć, Białystok miał bardzo porządne. Silna wielokulturowość, nawet wielonarodowość, lokalny koloryt, który mnóstwo zawdzięczał mniejszościom ze wschodnimi korzeniami. Niestety, kiedy obecnie triumfujące ideologie próbują to wyprzeć, wygonić, z miasta nie zostaje nic w sferze duchowej.
Nie ma na czym oprzeć więzi społecznej. Goni ten Białystok za hipsterską warszawską modą na ślepo, otwierając burgerownie z kilkuletnim opóźnieniem, małpując wielkomiejskie dekoracje lofciarskich lokali ziejących pustką, serwując kiepskie steki zamiast pyz i babki ziemniaczanej.

Gdybyż to chciało się dowartościować to, czego nie ma Warszawa, Poznań, Kraków i Gdańsk, bez udawania, że “tu jest jak na Powiślu”, gdybyś przestał się wstydzić swojego miękkiego akcentu, żydowskich korzeni, prawosławnych świątyń, tatarskiej kuchni. Nie robił z tego wyłącznie skansenu na comiesięcznym jarmarku. Nie wysilał się tyle zamazując swojskość wielgachnymi centrami handlowymi, w których kupują wyłącznie Białorusini i Rosjanie. 

69

Białystok pachnie samotnością. Kiedy idę wieczorem przez miasto, mimo, że “saturday night”, poza deptakiem przy głównym rynku nie spotykam żywej duszy. To miejsce charakteryzuje to, czego nie ma. 

Z domu wychodzi się “po coś”. Szybko wysikać psa. Wyjść do konkretnego sklepu. Podjechać na plac zabaw. 

Nie ma żuli okupujących murki i ławki. Nie ma sąsiadek plotkujących na ulicy. Nie ma młodzieży włóczącej się pijanym krokiem po zaułkach. Okularników z książką na ławkach. Niezobowiązującej rozmowy z obcym człowiekiem w barze. Kontaktu między dwiema matkami odprowadzającymi dziecko do przedszkola.
W Białymstoku usłyszałam, że życie towarzyskie jest tylko na filmach. W tym mieście tak się tego doświadcza.

Kiedy spacerujesz wieczorem pustymi ulicami, wszystkie głosy, pojedyncze samochody, dźwięk teleturnieju oglądanego przy otwartym oknie, docierają tak mocno, że czujesz się jak na haju. Więzi międzyludzkie ograniczają się do ciasnych grupek najbliższych, a na ulicy staramy się siebie nie zauważać. Stąd trzeba wciąż wyjeżdżać, żeby nie czuć się samotnie. Tożsamość ograniczyła się do cepelii i chleba ze smalcem, a wartość kulturowa, odrębność, są chowane ze wstydem pod hasłem “wiejskości”.
Nie wiem co zrobić w swoim sercu z Białymstokiem. 

Drama

Jakiś czas temu świat na chwilę zamarł, dzieci przestały płakać, psy szczekać, koty w sumie spały dalej snem sprawiedliwego (bo tych bestii nic nie ruszy).

W internet ruszyła informacja, że powstanie nowy sezon telenoweli amerykańskiej The L Word.

Miałam 25 lat, w sieci Piratebay był znanym i lubianym portalem do aktualizowania kolekcji filmów, odcinki seriali na podpisanych flamastrami cedekach przechodziły z rąk do rąk.

Moje życie wyglądało mniej więcej tak, że pomiędzy kolejnymi odcinkami odliczałam dni robiąc stadne powtórki z koleżankami.

Team Carmen, Team Shane, Team Alice, Team Betty (no dobra, nikt nie lubił Tiny). Ja na złość wszystkim stałam murem za Jenny (za każdym razem kiedy wygłaszałam na jej cześć peany, leciały w moją stronę pomidory, ogryzki, psie kupy i siekiery).

Do tej pory w telewizji nie dało się obejrzeć takich postaci, takich romansów, takiego seksu.

Oczywiście, były głosy, że elitarny świat bogatych kobiet z LA to bajkowy mit i że nie każdy może się identyfikować, ale umówmy się- gdybym chciała oglądać przygody lesbijki z bloku na Pradze, to by oznaczało, że natychmiast dożylnie należy podać mi antydepresanty. 

114

Serial oczywiście miał swoje wady, okropne stereotypy, czasem łopatologicznie wtłaczane ideologie, które musiały zostać wygłoszone przez bohaterki wielkimi literami, tak aby widz nie musiał czytać na Wikipedii co to feminizm, gender, transseksualność  itd.

Co do transpłciowości, to było wręcz tragicznie. Okropny antypatyczny bohater, irytujące zachowania i sztampa wyziewała z epizodów, powodując, że czerwieniłam się z zażenowania.

Nie inaczej było z obrazem mniejszości meksykańskiej. Niedawno rozmawiałam z koleżanką Hiszpanką i udzieliła mi informacji, że kwestie wygłaszane przez Carmen w jej rodzimym języku można by przyrównać do naszego “bla bla bla” z amerykańskim akcentem, jakiego nie powstydziłby się Brad Pit w Bękartach Wojny.

Niemniej- od czasu tej serii nic tak rozrywkowego, wciągającego nie pojawiło się w tv w temacie. Bo z całym szacunkiem, ale łatwiej mi się identyfikować z klubowiczką z Miasta Aniołów niż wytatuowaną więźniarką w Orange is the New Black.

Autorzy L Word ostatnią serię (w sumie dwie) położyli totalnie, może uda im się zrehabilitować, szczególnie, że poziom świata seriali przez te kilka lat poszybował pod sufit. Historia ma dotyczyć nowych bohaterek, stare ewentualnie pojawią się epizodycznie i ja przyjmuję to z pewną ulgą, bo ileż można patrzeć jak Betty i Tina biorą śluby/ rozwodzą się/ zdradzają/ kradną dzieci/ zachodzą w kolejne ciąże.

Czekam i trzymam kciuki.

Kulturalnie

Jesień, więc czas czytania, oglądania, życia pod kocem z kieliszkiem wina (ewentualnie herbaty z imbirem) i kotem na kolanach. Ostatnio wylosowałam szczęśliwie kilka niezłych pozycji kulturalno- popkulturalnych i postaram się podzielić z Wami moimi przeżyciami.

Seriale

Zaczniemy od łatwizny: serial Atypowy wszedł jak po maśle. PODOBNO rodzice osób z zespołem Aspergera nie byli zadowoleni z przekazu. Mam kilku bliższych i dalszych znajomych z nasileniem różnego spektrum autyzmu i muszę powiedzieć, że dla laika ta historia pomaga wiele zrozumieć.

Temat potraktowano z szacunkiem, bohater nie jest wyśmiewany (jak w Big Bang Theory czy Silicon Valley), jednocześnie nie ma śmiertelnego nadęcia licznych hollywoodzkich produkcji o geniuszach kryjących się pod płaszczem zaburzeń. Empatyzujesz, śmiejesz się, wzruszasz. Najbardziej dotknęła mnie historia “drugiego dziecka”, kiedy w rodzinie jest choroba, jedno z dzieci wymaga większej uwagi, a rodzeństwo musi szybko dorosnąć, staje się niewidzialne, niedocenione, nadopowiedzialne. Trochę może zabrakło tu pazura, bo przecież zdarza się również, że tacy bracia i siostry zaczynają sprawiać kłopoty wychowawcze, aby zaznaczyć swoją obecność, ale rozumiem, że tego typu wątek zrealizowała “uwalniająca się” matka.

Film jest ciepły, doceniam brak przegięć emocjonalnych, “normalność” relacji międzyludzkich. Zabrakło mi tego w dobrze zapowiadającym się netflixowym filmie “Aż do kości”, który tylko wprowadził mnie w stan “confused”.

***

Po artykułach w Wysokich Obcasach sięgnęłam po serial Top of the Lake i historia bardzo mnie poruszyła. 

Szczególnie w drugim sezonie- podobało mi się niejednoznaczne ukazanie bohaterów, trudne do oceny moralnej sytuacje, rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, przy jednoczesnym narzędziowym wykorzystywaniu surogatek z krajów “rozwijających się”. Czarny charakter z wyższym celem, który można w jakiś sposób zrozumieć a nawet usprawiedliwić, zagubiona nastolatka szukająca miłości, traumy przeszłości ciągnące się za główną bohaterką, nie pozwalając jej ułożyć sobie życia. 

Akcja jest dosyć powolna, trzeba dać sobie czas, żeby nas poruszyło. Kiedy to już się stanie, można o serialu rozmyślać tygodniami.

113

Filmy

Tu akurat na gorąco, bo byłam w kinie wczoraj. “The Square”, uczta.

Od czasu “Wielkiego Piękna” nikt tak cudownie nie pokazał “elit”. Śmiech miesza się z przerażeniem. Bełkot wsobnego świata snobów, oderwanego od rzeczywistości, zagubionego w sobie, bezrefleksyjne uczestnictwo w rzeczach pozornie “ważnych” i “mądrych”, a tak naprawdę ziejących pustką. Strach przed biedą, przed “gorszymi”, elitaryzm. Ludzie zamknięci w akwarium takich samych jak oni, czekających tylko na otwarty bufet, oddzieleni od “prawdziwego świata”, znieczulica społeczna i poszukiwanie sztucznie kreowanych wrażeń.

Jeśli to nie dostanie Oskara, to nie wiem co.

Książki

“Ma być czysto” Anny Cieplak. Dostałam od teściowej w prezencie. Zachęcała świetna okładka. Przykład, kiedy książkę można kupić ze względu na piękną oprawę graficzną.

Tak mogłyby wyglądać “Galerianki”, gdyby ktoś się przyłożył, wykazał empatią, wyczuciem, gdyby komuś chciało się nie myśleć tylko w kategoriach czarno- białych, upraszczających. Świat nastolatków bez lukru, wypełniony nową technologią, rodzinnymi komplikacjami, przyjaźnią, lękiem. Książka nasycona współczesnością, bardzo dobrze się ją czytało, bez nostalgii ale też bez popadania w zbytni dramatyzm.

***

Podobno słowo “Hen” ma po norwesku zbliżone znaczenie jak po polsku. Książka Ilony Wiśnewskiej to typ reportażu, który lubię, bo naznaczony sympatią do ludzi i tematu. Autorka jednocześnie nie ubarwia mitu “krainy Świętego Mikołaja”. Narracja jest spokojna, dokładna, prowadzona z sercem. Czytając zalewało mnie zimno, bardzo plastyczny język obiecywał fizyczne wręcz odczucia, wprowadzał w nastrój, w którym myśli się o odpaleniu kominka i nalaniu sobie gorącej herbaty. Dla tych co nie boją się zimy.

***

Zaczęłam też czytać “My z Jedwabnego”Anny Bikont. Ciężki temat, ujęty dziennikarskim prostym językiem.

Na razie jestem trochę zdewastowana i jedyne co mogę Wam powiedzieć, to przytoczyć tu cytat z książki: “Nienawiść- mówi Jacek (Kuroń)- bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia”.

***

Gdy było jeszcze ciepło, na hamaku przeczytałam “Księgę Zachwytów” Filipa Springera i polecam ją szczególnie tym, którzy twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskusja o gustach to moim zdaniem jedna z rzeczy, które WYPADA i trzeba poruszać. Jeśli tak jak ja dostajecie kurwicy na widok burdelu architektonicznego naszego kraju, ta książka pomoże Wam zaopatrzyć się w argumenty. Warto być mądrzejszym człowiekiem.

***

No i na koniec- Patti Smith i “Pociąg linii M”. Weszło idealnie w jeden weekend. Jeśli ktoś czytał jej “Poniedziałkowe dzieci”, to zna ten styl, pamiętnikowy, pełen wspomnień, emocji z głowy, subiektywny, melancholijny. Mimo, że czasem bywa smutno, to lektura jest bardzo relaksująca, przepływa przez czytelnika lekko, pozostawiając w miłym letargu.

Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Dżungla

Czytałam wczoraj wieczorem wywiad z Orhanem Pamukiem. Było tam wspomnienie o jego ojcu, który uważał, że ludzi inteligentnych cechuje świadomość, że nie wiedzą wszystkiego najlepiej.

Plotka to danie sobie prawa do osądzenia cudzego życia i postępowania, jednocześnie bez znajomości uwarunkowań, niuansów, często nawet prawdy.

Plotkarz nie ma nic do zaoferowania własną osobą, dlatego sprzedaje innych. Miecz jest obosieczny, bo kiedy słuchasz i potakujesz różnym wymyślonym bzdetom, możesz być stuprocentowo pewna/ pewny, że o Tobie pójdą w świat dokładnie takie same bujdy.

Są plotki i ploteczki. Do tych drugich zaliczam jakieś niewinne małe sensacyjki: kto z kim się całował, kto pijany usnął pod stołem, kto umieścił śmieszne zdjęcie na fejsie. Relacje z wydarzeń, bez ściemy, wymyślania komuś intencji, powodów, dopisywania znaczeń. Rzeczy, których nie wstydzisz się oplotkowanej osobie powiedzieć w twarz nie są niczym strasznym, ot życie towarzyskie.

44f07543150247-57e4dd80f3316Gorzej, kiedy ktoś zbija kapitał społeczny na nieszczęściach lub problemach innych osób. Rozpowiadanie cudzych tajemnic, powierzonych w zaufaniu, “rozpracowywanie” cudzych związków, nadawanie na czyichś partnerów, pieprzenie na prawo i lewo o terapiach innych, ich zawirowaniach finansowych, zdrowotnych. 
Nie wiedziałam, że ludzie mogą być sobie tak nieżyczliwi, dopóki nie trafiłam niechcący w wir matczynych obmawiań i pomawiań. Ta za mało się zajmuje dzieckiem, ta jest przyssana do potomka, ta o siebie nie dba, inna imprezuje zamiast siedzieć w domu i pilnować gówniarza, o mężach i partnerach, co “pomagają”, albo i nie.

Czułam się jakbym zanurzyła się w jednym wielkim szambie.

Wzajemne oceny, zaglądanie sobie do łóżek, misek, życia, kibla, z czego co najmniej połowa to gównoprawdy.
Mam taką refleksję, że ludzie szczęśliwi nie muszą tego robić. Że plotkują i obmawiają ci, którzy szukają kogoś do porównania, kto jest gorszy, głupszy, brzydszy, biedniejszy, tylko po to, żeby zrobić sobie dobrze jego kosztem.
Czasem to jest niezwykle pochlebiające- nagle ktoś zaczyna się zwierzać z osobistych spraw- swoich i innych ludzi, pyta Cię o opinię, czujesz, że zostałeś obdarowany zaufaniem. Do momentu, kiedy się orientujesz, że te historie idą dalej w świat, zaczynają żyć własnym życiem i zmieniać się w jakieś piramidalne kłamstwa.

Troska o bliskich to powiedzieć im w twarz o swoich wątpliwościach, porozmawiać z nimi (a nie z obcymi ludźmi, którzy nie mają prawa do osądów), i jeśli jest potrzeba- zaproponować pomoc. Reszta to toksyny.

Już nigdy nie będzie takiego lata

Skończyło się gwałtownie i bez ostrzeżenia. Było jak z reklamy coca-coli. 

Jechałyśmy samochodem, wokół zielone, wieś kaszubska, z głośników Bogusław Linda recytował hymn do musztardy. Wszystko było tak nasycone latem, że bałam się utopić w tym krajobrazie.

Młodość, wino, kąpiel w jeziorze o zachodzie słońca, tak stereotypowa, że mogłaby być sceną z filmu konkursowego na Sundance Festival. W przyzwyczajonej do smogu głowie szumiało od nadmiaru tlenu, włosy pachniały dymem ogniska. Brakowało tylko kogoś z gitarą, albo bębenkiem.

Piękno lata jest cudowne, bo ulotne. Poczucie tego, że zaraz się skończy, że nie jest go dużo, pomaga mi wykorzystać każdą sekundę. Zwijam się z żalu kiedy muszę pracować, zamiast leżeć na kocu z książką pod moim ulubionym drzewem w parku. 

112

Nigdy nie poddawałam się sezonowym dołkom. Kiedy chlapa, łyso, pogoda jakby diabeł się powiesił, znajduję plusy: mogę bez wyrzutów sumienia kłębić się pod kocami z książką, robić maratony serialowe nie bojąc, że jakaś przygoda ucieka, bo nie chciało mi się wyjść z domu. 

Mam swoją strategię “skandynawską”, gdy nie myślę o tym, aby “przetrwać”, ale wykorzystać ten czas. Najwięcej na basen chodzę właśnie jesienią i zimą, jest to jedyne miejsce, gdzie możesz się rozebrać i wciąż będzie ciepło. W saunie robię sobie mini spa, wychodzę jak po wakacjach.

Może to głupio zabrzmi, jak rada cioci Władzi na imieninach- ubieram się ciepło. Siąpi, wieje, piździ, wkładam dodatkowy podkoszulek, wielgachny szalik, wełniane skarpety, nie sterczę wtedy na przystanku jak zmokła wrona. Szczerze mówiąc wolę nawet “modę” jesienno- zimową, bo mogę cokolwiek mam na sobie zakryć płaszczem, czapką, nie muszę się martwić, że akurat wychodzę do sklepu w górze od piżamy.

Czekam do Świąt. Od września słucham Christmas songs. Kiedyś byłam Grinchem, dużo zmieniło się, gdy poczułam, że rodzinne święta mogą być fajne i bez spiny, że można nie przegiąć z żarciem, niekoniecznie trzeba siedzieć jak za karę przy stole, że fajnie jest napić się wspólnie wina, pograć w planszówki, porzucać śniegiem.

A jak jest bardzo źle- kupujemy bilet do ciepłego na Ryana czy Wizza i lecimy na kilka dni. Odświeżenie natychmiastowe. 

Ożenek

Podobno ceremonie u Biedronia to taki hit, jak świeżaki w Biedrze albo prosecco w Lidlu. Każdy może wziąć ślub z Biedroniem. Każdy oprócz jego partnera.

Na ślubach kręcą mi się łzy w oczach, nie do końca są to łzy wzruszenia, często goryczy. 

Nie wiem jak czuje się Biedroń, kiedy patrzy na te wszystkie rodziny świętujące miłość, a potem wraca do domu, do “pana nikogo”. Nie wiem co sobie myślą pary, które na mają fajny event ze sławnym i lubianym politykiem, event podszyty nierównością i niesprawiedliwością. 

Kiedy ja widzę nagrania krążące po internecie, jest mi zwyczajnie przykro.

Nie czekałyśmy na zmianę prawa w Polsce. Nie chcę mieć zdjęć ślubnych z balkonikiem i siwymi włosami uniesionymi trwałą dla objętości. Nie chcę być częścią pary staruszek, które w internecie młodym wyciskają łzy w oczach, że całe życie razem, na przekór polityce, a teraz oto, u schyłku mogą się pobrać. Łzy kapią na klawiaturę, szery lecą, tęcza i jednorożce.

Chciałam wyjść w ładnej koronce, szpilkach, z kwiatami, zatańczyć z teściem na parkiecie, zatańczyć z teściową na parkiecie, zrobić “gorzko gorzko” bez potrzeby wyjmowania sztucznej szczęki i nie wymierzać sobie szampana, bo insulina skacze.

Spakowałyśmy kiecki, wraz z tabunem uchodźców ekonomicznych z Polski pofrunęłyśmy do Londynu, rozwrzeszczane bachory i pijani Janusze nie zmącili nam nastroju.

Denerwowałam się jak walnięta, makijaż nie tak, włosy nie halo, zgubiłam kosmetyk, moja narzeczona wisiorek, prawie się pokłóciłyśmy i już chciałam wracać.
Wyszło słońce na skołtunionym angielskim niebie, w urzędzie puścili nam Barryego White’a, było na luzie, z żartami, śmiechem, ze łzami, szampanem, triumfalnym marszem przez muzułmańską dzielnicę (ludzie się uśmiechali, o zgrozo), obiadem we włoskiej restauracji prowadzonej przez Polaków (którzy gratulowali- można? można).
Potem wesele na Kaszubach, takie jak chciałam, na trawie, z lampionami, boho style, en vogue, hipstery biorą ślub i puszczają fajerwerki, a zamiast białego misia słuchają The Ting Tings, piją prosecco i zapewniają wege catering.

111

W internetowych dyskusjach pojawiają się pytania “po co ludzie lgbt chcą brać śluby”. 

Całe życie towarzyszą nam różne ceremonie przejścia. Od prymitywnych ludów z buszu, po maklerów Nowego Jorku, dzielimy swój czas na etapy, rozdziały. Po to mamy chrzciny lub “pępkowe”, osiemnastki, kinseniery, obrzezania, bar micwy, i przede wszystkim- śluby.

Symboliczne określanie się w społeczeństwie, komunikowanie sobie i innym ważnego etapu w życiu. Oto jestem, świętujcie ze mną, uznajcie ten przełomowy moment. 

Oczywiście, że można różne rzeczy zapisać u notariusza. Można założyć spółkę z o. o. Można kupić sobie prywatne ubezpieczenie dla par. Można nosić w portfelu tysiąc świstków na wszelki wypadek. Tylko to nie zmieni nas od wewnątrz.

Symboliczne potwierdzenie przynależności do drugiej osoby, określenie swojej rodziny, powiedzenie “teraz to jest mój dom”, poczucie się “dorosłą”, to są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek papier o dziedziczeniu trzech kotów, dwóch komputerów i samochodu. Już nie ma dylematu kim jestem, gdzie przynależę, to wszystko zostało potwierdzone ceremonią, pokazane innym podczas uroczystości, tego już nie można kwestionować.
Już nie czuję się gówniarą, zyskałam świadomość kontroli własnego losu, własnych wyborów, dom, poczucie bezpieczeństwa. Ona jest moja, ja jestem jej.

Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara. 

Poczytaj mi mamo

-Po co ci głowa? 

-Jem niom.

Było już bardzo dużo utyskiwań na temat stanu czytelnictwa. Od takich trochę zabawnych (przynajmniej dla mnie) akcji typu “nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, po statystyki z horroru, mówiące o tym, że 80% Polaków z literatury to najbardziej ceni sobie memy i statusy internetowe (ale tylko poniżej 3 linijek).

Nie kupuję tłumaczeń, że ktoś “nie ma czasu”, albo jest zbyt zmęczony. Z czytaniem jest jak ze sportem, kiedy się zaniedbasz, pierwsze 2-3 treningi bolą jak skurwysyn. Ale gdy nie używasz organu- zanika z prędkością trudną do nadrobienia.

Masz czas chodzić po galerii (handlowej, bo przecież nie takiej ze sztuką). Masz czas oglądać piętnasty sezon serialu o smutnych dziewczynach albo rozkładających się zwłokach mordujących ludzi. Masz czas drugą godzinę przewijać stronę Zary w poszukiwaniu promocji. Masz czas plotkować na fejsie. Nie bądź hipokrytą- powiedz, że ci się nie chce.

Nie chce się bo to wysiłek, a trud wynika z tego, że nie “trenujesz”.

Można oczywiście czerpać wiedzę o świecie z nagłówków, bo po kliknięciu okazuje się, że “wyczerpałeś limit darmowych artykułów”, a przecież nie chce ci się teraz płacić za dostęp, więc “Szok i niedowierzanie” w tytule pozwalają ci wyrobić opinię.

Można o świecie nie wiedzieć nic. Można żyć bez znajomości historii wojny w Wietnamie, biografii Beksińskiego, nie wiedząc kto to Stasiuk, a Nike to marka obuwia a nie nagrody literackie.

dfac5f41003153-5795bd1faa458

Myślę, że to bardzo przyjemne życie, głupota i nieświadomość to 90% lekkiej i miłej egzystencji.

Z książkami jest też jak z jedzeniem. Na początku może i przyjemnie walnąć sobie fast fooda, ale kiedy rozsmakujesz się w śmierdzących serach, dobrym winie i ostrygach, to nie przełkniesz już maczka tak łatwo. Może na kacu po imprezie, albo podczas okresu w dresie, z pryszczem na twarzy.

Czasem zdarza mi się wrzucić taką “literacką golonkę” na ruszt, guilty pleasure, człowiek się zeszmaci i obiecuje, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Czytanie może cię zmaltretować psychicznie. Wystawiasz się jak ofiara. Na przykład takie “Małe życie” Yanagihary to przeokropny szantaż emocjonalny. Albo się mu poddasz i spłyniesz łzami, albo rzucisz z wściekłością książką o ścianę.

Książka może cię wprowadzić w stan depresyjny, w stan beznadziei, jak wszystko co wydała na świat Swietłana Aleksiejewicz. 

Lektura może sprawić, że zmienisz zdanie na jakiś temat, może cię zrazić lub przekonać do różnych rzeczy. Może wywołać poczucie dyskomfortu. Możesz mieć gulę w gardle, możesz nie spać, jak ja po “Ciemno, prawie noc” Joanny Bator.

Możesz zmienić postrzeganie otaczającej cię rzeczywistości, zacząć zwracać uwagę na rzeczy, które dotąd były przezroczyste (polecam Springera).

Całkiem możliwe, że poczujesz się głupi, bo nie rozumiesz, albo nie nadążasz. 

Nigdy nie fetyszyzowałam druku, nie wąchałam roztoczy egzemplarzy z biblioteki, ani trującej chemii wprost z drukarni. Lubię jak sobie stoją na półkach, jest w tym satysfakcja zbieracza. Moje OCD nie pozwala mi porzucić książki nieskończonej i nawet, jeśli się męczę, to raczej doczytam. Nie mam wyrzutów, aby szmiry wystawić na śmietnik, nie widzę w książkach żadnej nietykalnej świętości.

Bez książek jednak, jak bez sztuki, można ślizgać się bezmyślnie po świecie, niczego nie rozumiejąc, nie pragnąc nawet dowiedzieć się, jaką historię kryją w sobie inni ludzie. Jak inaczej, niż poznając różne punkty widzenia, różne wrażliwości, światy, można wykształcić w sobie krytyczny umysł zdolny do jakiejkolwiek refleksji?

słabość

Są ludzie, którzy, kiedy spotka ich jakaś niesprawiedliwość, krzywda, prowadzą wokół kampanię bycia ofiarą.

Szukają współczucia, opowiadają wokół, wszem i wobec, często sobie podkoloryzują, czekają na ojojojki, głaski, solidarność, potwierdzenie własnych racji. Czyszczą się od środka.

W zależności od historii dostaną różny poziom wsparcia, jeśli ktoś ma skłonności mitomańskie- pobłażliwe machnięcie ręką. Czasem sępy, pijawki i plotkarze pojawiają się po dawkę mięsa, aby puścić dalej w świat.

Ja mam tak, że ilekroć spotka mnie podłość, to się wstydzę. Nie potrafię o tym mówić, bo nie lubię być ofiarą. Współczucie mnie krępuje i mam ochotę uciekać. Potem gangrena rozwija się spokojnie w mojej duszy zatruwając wszystko dookoła. Gnije ci ręka- utnij. Z raną w sercu już tego nie zrobisz tak łatwo.

Całe moje rysowanie- malowanie, potem pisanie zaczęło się jako lek na niepokój. Był to okres, kiedy czułam się bardzo źle, wykorzystana, zbrzydzono mi coś, co w zamyśle miało być piękne, dostałam po tyłku plotkami, na głowę wylało mi się wiadro pomyj.

Żeby nie zwariować, bo wszystko zmierzało w tym kierunku, po dwóch tygodniach bezsennych nocy zaczęłam przelewać na papier to, co w środku. Nie potrafiłam przyjąć wsparcia od bliskich, nie umiałam powiedzieć jak źle się czuję, jak bardzo bolało, bo to oznaczałoby słabość, a tkwiło we mnie przekonanie, że kiedy pokażę swój stan, to jakieś zło na świecie wygra. Zamykały mi się klapki na innych ludzi, przestawałam dzielić się tym, co dobre i tym co złe, bojąc się tego, że znowu dostanę pięścią w odsłonięty brzuch.

87621437194643-57382f5800031

Oczywiście to wszystko brzmi bardzo emocjonalnie, ale tak właśnie się wtedy czułam. Tylko rysunek dawał mi jakieś poczucie prawdy, miejsce, gdzie bez wstydu mogę wyrzucić to, co mnie dręczyło.

W tamtym czasie w pamiętniku naszkicowałam dziewczynę z dziurą w ciele, z której kanalikami przez skórę wydobywał się czarny pył.

Myślę, że kiedy uderzy się człowieka w jego najczulszy punkt, to nie ma miejsca na dystans, zdrowe emocjonalne asertywne reakcje, szybkie “przepracowanie” sprawy. Kiedy inni wykorzystają twoje problemy do błyszczenia podczas rodzinnych obiadków i pseudoanalizy typu plotkarskiego- tracisz zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, wiarę w siebie.

Dlatego matki krwiożerczo się kłócą o swoje dzieci. Ludzie z dysfunkcyjnych rodzin bronią ojca i matki do ostatniego trupa. Słuchacze Rydzyka dadzą się za niego pokroić. Osoba homoseksualna siedząca w szafie ilekroć usłyszy coś o pedałach w sklepie, będzie prawie wymiotować ze stresu. 

Wystarczy precyzyjna szpilka w ten jeden punkt i człowiek rozpada się na kawałki. Ich składanie to praca od nowa za każdym razem, gdy pojawi się choćby cień wspomnienia.
Podobno dwie rzeczy leczą rany: dystans i czas. W moim przypadku chyba czas na dystans.