Oddech

Na skraju zmęczenia, zestresowania i wkurzenia pojechałam sobie na wakacje.

Wiecie, ja tu dużo stękam, że presja, że “not-perfect”, pielęgnuję moje fobie, lenistwa, usprawiedliwiam swoje niedociągnięcia i lęki. Potem okazuje się, że co najmniej połowa tego wszystkiego wyszła z wyczerpania i frustracji nadmiarem pracy, uciążliwymi dojazdami i kontaktami z ludźmi, którzy z kolei swoje problemy odbijają na innych. 

I wyjeżdżam sobie gdzieś w cholerę (w tym wypadku słoneczne wybrzeża Wielkiej Brytanii) i okazuje się, że wszystko jest do rozwiązania, w głowie zaprowadzam porządek w godzinę, plecy magicznie przestają boleć, a twarz prasuje się z opuchlizny.

59

Wystarczą 4 dni świętego spokoju i nie okłamuję się już jakim jestem “introwertykiem pod kocem, społecznie niedostosowanym, dajcie mi ciemną pieczarę”, nagle potrafię wymyślić kilka stron komiksu, który padł w martwym punkcie miesiące temu, narysować 10 obrazków dziennie, przeczytać książki, do których zabierałam się niczym pies do jeża (trafiło na nową Bator i “Rok królika”- niestety rozczarowała mnie, oraz “Króla” Twardocha- tu bardzo się wciągnęłam, choć mam wrażenie, że on wciąż pisze o tym samym mężczyźnie, tylko zmienia dekoracje).

60

Morze szumiało, fale huczały, wiatr robił mi kołtun, nie było smogu, Szyszko i wycinka poczekały na mnie, Polska z daleka mała, śmieszna i wcale nie wstała z kolan, a tylko pokazała białe brzydkie dupsko wywołując zażenowanie. 

Zastanawia mnie, ile z nas po prostu wybiera “drogę koca i kota”, bo jesteśmy zwyczajnie i po ludzku zmęczeni.

A ile z nas “introwertyzmem” tłumaczy swoje fobie społeczne, i zamiast się nimi zająć, klika w internecie śmieszne obrazki o tym, jacy introwertycy są głębocy, twórczy i niezrozumiani przez świat.

Ja wyjechałam z silną motywacją do przemeblowania swojego porządku dnia, aby się nie wykańczać i mieć na co dzień choć odrobinę tej energii, która we mnie wstępuje po ustawieniu urlopowego respondera na mailu.

Wpis zainspirowany wpisem.

Rzeczywistość

Gładka biała skóra instagrama. Długie sztuczne rzęsy- 200 zł w salonie kosmetycznym. Ciążowa/ ślubna/ z dzieckiem sesja zdjęciowa w idyllicznym posprzątanym wnętrzu z włosami ułożonymi w fale- 1000 zł. Kolejny kosmetyk, który tym razem na pewno rozwiąże nasze problemy ze skórą. Jedno ujęcie wybrane z tysiąca, na którym nie wyglądam jak skrzyżowanie ziemniaka z kalafiorem. Wydymające usta gwiazdy youtuba pokazują jak się umalować i i tak nigdy nie masz determinacji, żeby codziennie zrobić to w ten staranny sposób. Zdjęcia wydepilowanych zawsze i wszędzie nóg szafiarek- na plaży/ w spa/ na ściance/ we własnym łóżku.

Sztuczny obraz rzeczywistości, aspiracja- kobiety robią sobie zdjęcia ślubne, gdzie wyglądają jak księżniczki Disneya z tym biednym manekinem u boku i myślą, że tak to jest taka bajka, ta ich miłość. To dziecko na fotkach włożone w koszyk z jakąś monstrualną kokardą na głowie wcale nie rzyga i sra co godzinę. Ta ciąża na zdjęciach celebrytki, po tym nie widać, że płód uciska jej pęcherz i musi nosić wkładki bo popuszcza, i że cały czas jej się odbija.

I na instagramie ten fotel z kotem, książką i kubkiem herbaty, w której nie pływa ani jeden koci włos, a w mieszkaniu “nigdy nie suszy się pranie na środku”.

Nie wiem jak Wy, ale gdyby zrobić mi zdjęcie rano w pościeli, to byłyby na nim tłuste włosy (zanim umyję), kilka pryszczy (zanim zakryję), trzydniowy zarost na łydkach (bo akurat nie wyskoczę ze spodni tego dnia).

sleep_by_seaofgray-da9fx6d

Czy to w ogóle realne, żeby co dzień budzić się w jedwabnej piżamie lub koronkowej koszulce (u mnie to najczęściej dół w koty plus pamiątkowa koszulka z jakiegoś biegu). Mieć codziennie zrobione paznokcie, a w łóżku wcale nie znajdować okruchów chrupek z wczorajszego oglądania Netflixa na tablecie.

Ostatnio jeden taki magazyn wyprasował Lenie Dunham cellulit. Podniósł się krzyk, i słusznie. Wszyscy mówią: pokochaj siebie, przy czym jednocześnie podają milion rzeczy, które są z Tobą nie tak, które koniecznie powinnaś poprawić. Przyjaciółka wpierniczy się, że masz stary sweter, mama, że czemu w dziurawych dżinsach chodzisz, ktoś w internecie napisze, że zawsze trzeba golić bikini, żeby nie “wyglądać jak małpa”.

Już sobie wyobrażam, jak faceci czepiają się siebie- stary, ale ci usta pierzchną, słuchaj idź do fryzjera, może byś włożył inne spodnie, bo te cię pogrubiają, ale masz pryszcza posmaruj pastą do zębów.

Rosną nam włosy na ciele, no sory, nie każdy jest w stanie codziennie wszystko sobie ogolić, jeszcze ułożyć fryzurę, zrobić pełny makijaż, paznokcie i wypucować buty na połysk. Bez tych wszystkich czynności wyglądamy jak normalny człowiek, którego skóra i ciało rządzi się różnymi fizjologicznymi procesami. 

Miałam kiedyś koleżankę, która zanim jej facet wstał, zakrywała wszystkie swoje mankamenty korektorem. 

Wiecie, że na wygląd dziewczynek wydaje się więcej niż na ich edukację?

Potem dziwimy się, że nie ma kobiet w polityce i na stanowiskach? Bo zajmują się tym, żeby się podobać. Bo zamiast tego, co ja o sobie myślę, ważniejsze jest jak inni mnie postrzegają? W dodatku inni dają sobie swobodne prawo do opinii na temat wyglądu kobiet, a my na to pozwalamy.

O związkach

Temat, który w polskim internecie jest mało rozwinięty (bo po angielsku można nawet przeczytać specjalistyczne poradniki). 

Związki pomiędzy kobietami.

Za każdym razem przeżywam irytację, kiedy widzę, co nam pokazuje popkultura w tym temacie. Zazdroszczę gejom większego wyboru dzieł skierowanych do nich. Sytuację można podsumować: “o nas, bez nas, nie dla nas”.

Rozumiem, że może lesbijki, czy kobiety biseksualne to stosunkowo niewielka grupa odbiorców, ale mam trochę dosyć tej słabizny na ekranie (w książkach, poza romansami i erotyką, to w ogóle praktycznie temat nie ruszany).

Mamy albo jakieś wystylizowane sople lodu, a’la “Carol”, albo absolutnie aseksualne panie w średnim wieku- “Kids are all right” (oczywiście bohaterkę rozbudza mężczyzna). Albo nastolatki “próbujące sobie”, przeważnie bez żadnej chemii (niezliczone seriale). No i oczywiście wampy rzucające się na siebie, aby widz płci męskiej “popatrzył”.

Dobre filmy mogę policzyć na palcach jednej dłoni (“Służąca” dała radę, “Heavenly creatures”, “Fucking Amal”).

Ale odchodzę tu od tematu.

57

Zakładam, że w związkach LGBT jest podobnie jak w związkach hetero- w zależności od pochodzenia partnerów, od środowiska, od wykształcenia, od tego co ich łączy, romans czy stare kapcie, może być bardzo różnie.

Są też rzeczy specyficzne, wynikające z faktu, że mamy dwóch mężczyzn i dwie kobiety. 

Jestem w relacji ponad 10 lat.  Wzięłyśmy ślub w UK. Było wesele na Kaszubach, tort, fajerwerki, szampan i tańce do rana.

Były wzloty i upadki, ale zawsze wiedziałam, że to jest ten “dom”, moje miejsce, moja osoba.

Wiem, że jest wiele modeli wieloletnich związków, łatwo wpaść w pułapkę “siostrzeństwa”, gdzie kobiety z czasem zaczynają bardziej się przyjaźnić niż kochać.

Ja wyszłam z założenia, że partnerka nie jest moją koleżanką, i w tym chyba leży nasz sukces. 

Nie zwierzamy się sobie ze wszystkiego, mamy po części osobne paczki przyjaciół i inne zainteresowania. Nie zrastamy się.

Długo na to narzekałam, teraz traktuję to jako pole do podtrzymywania tzw. “chemii”.
Wydaje mi się, że przez to, że społeczeństwo traktuje dwie kobiety w związku jako coś niegroźnego, aseksualnego, część par przybiera właśnie taką pozę. Łatwiej wtedy o akceptację środowiska, nikt nie robi problemów, można bezboleśnie egzystować z sąsiadami i rodziną, trochę jakby udając dwie “ciotki- stare panny”, które razem sobie żyją.

tumblr_oh6u27l31f1vcdl4po1_1280

Myślę sobie, że wtedy można niechcący przenieść ten wizerunek z zewnątrz do środka, do domu, do codzienności.

Jest to w jakimś sensie stawianie się na pozycji kogoś “gorszego” w społeczeństwie, starych panien z kotem, odbieranie sobie prawa do bycia istotą seksualną, spełnioną w relacji fizycznej.

Powiem Wam, że to bardzo wyzwalające, kiedy moje przyjaciółki opowiadają o swoich facetach i ja w tej samej manierze wyrzucam zwierzenia o żonie. Kiedy one zachwycają się jakimś aktorem, ja wygłaszam podobne opinie o aktorce.

Wydaje mi się, że lesbijki często unikają takich tematów w heteroseksualnym środowisku, trochę się “kastrują” na własne życzenie, bo kobieta mówiąca o seksie jest wyzwaniem, a kobieta, która jest “psem na baby”, to w ogóle skandal, babochłop i wynaturzenie. Kiedy jednak przełamie się te bariery, potem wszystko wychodzi naturalnie, bo mamy takie samo prawo do ekspresji jak każdy.

I pamiętajcie, droga do sukcesu w związku, to zawsze mieć ostatnie zdanie: “przepraszam kochanie, miałaś rację”.

Woda

Mam na osiedlu dwie pływalnie. 

Jedna to taki mały aquapark, ze ślizgawką, pięcioma różnymi saunami, grotą solną, biczami, fontannami, solarium, laguną, siłką, cuda wianki, wodotryski.

Druga- oldschoolowy budynek wyłożony płytkami, sauna fińska, dżakuzi i to by było na tyle z wyposażenia.

Pierwsza tuż pod domem, do drugiej mam 15-20 minut na piechotę.

Tej pierwszej nienawidzę szczerze całym sercem.

Bywają tam pakersi ścigający się na torach, lalunie prężące biust na leżakach, chmary dzieci wrzeszczących na ślizgawkach. Pary uprawiające semi- sex pod wodą. 

Mój ulubiony basen odwiedzają ludzie “nieforemni”, starsi, w małych, przyzwoitych ilościach. Niezawadzający nikomu, pilnujący się na torach, mówiący dzień dobry i dziękuję w saunie. 

W saunie rozmawia się. Na przykład kiedyś Pan Włoch mieszkający w Polsce od dwudziestu lat opowiadał mi swoje przygody. Abo Pan Tirowiec radził w sprawie samochodu. Dziś słuchałam z przyjemnością wymiany zdań córki z ojcem, o tym jak minął im tydzień.

W saunie się milczy bez skrępowania.

Pod sztuczną palmą zostawia się ręcznik i wskakuje w bąbelki dżakuzi, gdzie moczymy tyłki niczym japońscy mafiozi w gorących źródłach.

54

Mam swoją rutynę. Najpierw sauna 10 minut, potem pływanie 10 minut i tak powtarzam dwa razy, po czym kończę w masażu wodnym. Po tym zabiegu czuję się “wyczyszczona” od środka. Całe napięcie, stres, wkurw, smutek, wszystko spływa z potem.

Zgubiłam kiedyś na tej pływalni pierścionek zaręczynowy. Odwiedzałam to miejsce z przyjaciółką, z siostrą, z żoną. Najczęściej sama, zostawiając telefon w domu, moment odcięcia.

W dzieciństwie, dwa razy w tygodniu mój dziadek prowadził mnie na basen. Ratownik, znajomy rodziców, uczył mnie pływać, a dziadek wychodził na zewnątrz, przez okno machał ręką, pamiętam jak go wypatrywałam, czy jest, czy patrzy jak nurkuję.

Czasem plotkował z paniami bileterkami, wszystkie nas znały.

Czasem w zastępstwie przychodziła babcia. Po wszystkim kupowała mi słodycze.

I przysięgam, że mimo, iż odeszli, ciągle wydaje mi się, że ich widzę za szybą.

Może to dziwne, kiedy pływalnia stanowi miejsce sentymentalne, ale nie ma nic głębiej relaksującego i odcinającego od świata, niż zanurzenie się w zachlorowanej wodzie.

Nic ważnego

Nie jestem fanką dzielenia się mądrymi cytatami, jednak muszę Wam coś przytoczyć: “To piękna rzecz przepierdolić kawał życia. Tę jedną, jedyną rzecz, którą się dostało. Na to trzeba mieć gest. Nie można być ściubolem, co to liczy każdą godzinę, że to trzeba tak, a to trzeba tak. Życie to w końcu strata jest.”

Często daję się wtłoczyć w poczucie winy, że “lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło wcale”. 

Ja nie robię dużo.

Mogłam spróbować żyć za granicą.

Mogłam zwiedzić więcej świata.

Mogłam zrobić remont.

Mogłam narysować komiks.

Mogłam pójść na imprezę.

Mogłam “ogarnąć się” i więcej popracować. Zrobić fajniejszy projekt. Zarobić więcej pieniędzy. Wziąć udział w konkursie. W szkoleniu. 

Rośnie frustracja wynikająca z różnicy pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością. Bo trzeba być dzielnym, realizować się, dopisywać sobie kolejne zajęcia, hobby, obowiązki, cele. Trzeba pokazać zdjęcia ładnego mieszkania na instagramie, kawy z serduszkiem, świetnej zabawy z grupą przyjaciół, podyskutować o książce, wystawie, ciekawej podróży. “Zacieszać”. Nie zrzędzić. Nie patrzeć bez sensu w grzejnik przez 15 minut. Nie przewijać bezmyślnie komórki przez pół godziny.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

Zamiast tego siedzę sobie w warszawskim bloku, przewijam fejsa, albo oglądam serial. Nawet nie to, że cziluję sobie z pięknymi widokami za oknem i twórczo odpoczywam ciesząc zmysły spokojem. 

Mijają sekundy, minuty, godziny niewarte wspomnień, uciekające w pustkę. Świat krzyczy “marnotrawstwo”, to se ne vrati.

Stwarzanie pozoru, że wszystko jestem w stanie zmieścić w swoim życiu, zrealizować każdy plan, który mi przyjdzie do głowy, rozciąganie siebie do granic, “popracować, posprzątać, ugotować, załatwić bank, załatwić mechanika, narysować, spotkać się, być najlepszą koleżanką, ciocią, siostrą, wyjechać w piękne miejsce, nawet odpocząć tak, jak wyobrażamy sobie odpoczynek, z widokiem na las albo morze, chociaż na czystej kanapie z mądrą książką”.

Zaakceptuję, że mam zlew pełny garów i nie mam siły już pozmywać. Że trzeci tydzień czytam jedną książkę, bo nie mam siły po pracy na śledzenie liter. Że nie każdy dostanie odpowiedź na maila po pięciu minutach. Że nie będzie mi się chciało pójść na piwo. Że zmiana kraju zamieszkania wydaje mi się bardzo trudna. 
Może każdy ma prawo być słabym. 

O jedzeniu

Wkrótce bachanalia, Tłusty Czwartek. Mam potrzebę napisania o jedzeniu.

Wczoraj rozmawiałam w towarzystwie o podróżach tanim kosztem i pomyślałam sobie, że gdybym miała wyjechać gdzieś z puszkami mielonki i patrzeć przez szybę na wszystkie wspaniałości na bazarach, w restauracjach i knajpkach, chyba wolałabym nie wyjeżdżać wcale.

Zdarzało nam się spać w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach, nie przywozimy żadnych pamiątek z naszych wojaży, często rezygnujemy z droższych biletów wstępu do jakiegoś oceanarium albo zamku.

Ale zawsze dobrze zjemy. 

Przestawiamy się na tubylczy tryb, unikamy starówkowej gastronomii. W Wietnamie na śniadanie wielka micha zupy na ulicy. W Barcelonie ciacho i kawa w dzielnicy muzułmańskiej (albo churros z czekoladą wśród staruszków). W Berlinie w zatłoczonej knajpie wielgachne kanapki. W Tajlandii talerz owoców popijany wodą z kokosa. Na Malcie.. “English breakfast” na tłusto (no dobra, tu długo tak nie wytrzymałyśmy i szybko przestawiłyśmy się na domowe sposoby).

Kiedy wysiadam z samolotu najbardziej nie mogę się doczekać tego wszystkiego, co spogląda w moim kierunku ze straganów. Dymiących, pachnących, wysypujących się stosów szczęścia.

7a74c340443945-577f69b996e90

Jem wszystko. Jem mięso. Nie w dużych ilościach- w domu może raz na tydzień. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi i jestem pogodzona z łańcuchem życia i śmierci w przyrodzie. Przeszkadza mi masowe traktowanie zwierząt, kupujemy więc eko jajka, eko mleko, teraz staram się wyszukiwać eko mięso (choć ze względu na to, że moja żona mięsa nie je, najczęściej zamawiam w knajpach). 
Do tematu odżywiania podchodzę całościowo, nie lubię traktowania jedzenia jak lekarstwa, łykania tego co “zdrowe”, wydzielania sobie składników, wiem co mi robi dobrze a co źle, ale nie zrezygnuję we Włoszech z mozarelli, bo nie po drodze mi z laktozą. 

Jem sezonowo. Czyli nie kupuję truskawek w grudniu. Jeśli nie chcemy szkodzić przyrodzie, minimalizować straty, to nie możemy wybierać, że “mięsa nie zjem, ale w oleju palmowym się wykąpię, do tego ubiorę się w tani badziew, wyprodukowany na przemocy i krzywdzie, który po roku wyrzucę”. Tak ogólnie, to jest to trudne. W każdej sferze można być po prostu świadomym i starać się wybrać coś, co najmniej szkodzi. 
Na przykład ostatnio szukam kosmetyków, które można przelać z torebek do butelek, aby nie produkować tyle śmieci. Piję wodę z kranu. 
Nie da się mieć wyrzutów sumienia cały czas.
Bardzo lubię chodzić do restauracji. Kiedy ktoś mnie obsługuje. Zawsze zamawiam rzeczy, których nie chce mi się robić w domu. Sałatkę to mogę skleić w 10 minut we własnej kuchni, więc raczej pozwolę sobie na wątróbkę.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Uwielbiam wietnamskie. Wszystko. Jeżdżę regularnie na wycieczki do Wólki Kosowskiej i tam to już spałaszuję nawet koźlinę we krwi. Nie obrzydza mnie nic, mało tego, uważam, że z szacunku dla zwierzęcia, które pozbawiliśmy życia, aby zjeść, nic nie można marnować. 
Wegetarianie pytają mnie, czy sama zabiłabym zwierzę. Jeśli byłabym głodna- tak. 

Szanuję cudzy wybór rezygnacji z mięsa. Ja mogę tylko ograniczyć, to by była dla mnie tortura nie móc zjeść ramenu w Kioto.

Gotowanie to przyjemność, ale też zwykła czynność. Nawet jak jestem zmęczona, nie mam problemu żeby coś upichcić na szybko. Zmywanie to inna historia.
Mogłabym podsumować swój stosunek do jedzenia jako hedonistyczno- świadomy. Nie jem, żeby dostarczyć sobie składników, żeby coś uzyskać (figurę, cerę, witaminy). Jem, bo mi smakuje. Wolę być głodna niż zjeść coś niedobrego. W fastfoodzie jestem dosłownie raz na pół roku, z okazji jakiegoś bardzo złośliwego PMS. Kiedy je się smacznie na co dzień, nie ma pokusy. 
Kiedy mam stresujący okres- chudnę, zapominam żeby się nakarmić.

c5d13537853905-574e8b6016a72

Staram się nie szkodzić naturze, ale wiem, że o ile nie mieszka się na samowystarczalnej farmie, to jest to bardzo trudne. Kiedy nie ma się kilku tysięcy złotych do wydania w eko- sklepie co miesiąc, to też wymaga sporo przemyślenia.
Smacznego.

Miłość

Jutro Walentynki. Przeczytałam niedawno, że podczas pocałunku, świeżo zakochana osoba ma tyle serotoniny, co mózg kogoś z zaburzeniami obsesyjno- kompulsywnymi. 

Bez większych ceregieli: walentynkowe kartki.

47

48

Radio Nostalgia

Tu Radio Nostalgia. Nadajemy wiadomości sprzed dwudziestu lat. Gdy wszystko było piękniejsze, coca-cola taka zimna i pożywna, a reprezentacja pięknie nam grała.

Był taki odcinek South Park, gdzie pojawiły się jagódki- Member Berries. Namiętnie powtarzały: “Member Goonies?”, “Member Yoda?” itd. Osoby, które zjadły owoce, zamiast interesować się teraźniejszością, zagłębiały się w wyidealizowane obrazy przeszłości. Choroba pokolenia lat 80-tych i 90-tych.

Pamiętamy te wszystkie super rzeczy, to gorące lato, granie w gumę, kasety video, komiksy, te lody “prawdziwe”. Pewnie dużą część swojej popularności serial “Stranger Things” zawdzięcza właśnie tej najntinsowej tęsknocie.

26977d40094399-577242b8eee9c

Stawiamy pomniki wspomnieniom z prostej przyczyny: byliśmy młodzi i nie dotyczyły nas horrory zarabiania na życie, nawet bieda była malownicza, bo z perspektywy dziecka może nam się kojarzyć z tym, że dostaliśmy podróbkę Barbie, a nie z niezapłaconymi rachunkami. Nie wiedzieliśmy co to kredyt. Przed dorosłym się uciekało, przed szefem/ klientem nie możemy.

Bo w bandzie dzieciaków jest szczerość, naiwność, są proste relacje, a między dorosłymi lawirujemy, wstrzymujemy emocje, podejrzewamy. 
To nie jest tęsknota za napojem z foliowego woreczka, tylko za młodym ciałem i duchem, którym byliśmy. Chęć ucieczki przed dorosłością w świat prostych zasad, w zdrowie, w zabawę, w brak odpowiedzialności.

Powiem Wam, że świat mnie trochę przytłacza i ja też coraz częściej łykam taką jagódkę.

 

Bajka

Wychowałam się na rosyjskich baśniach. Pamiętam grube książki z ładnymi, realistycznymi ilustracjami. Strony pomazane przeze mnie i moje rodzeństwo kredkami.

Opowieści miały przedziwne morały, zawsze mnie zaskakiwała niesprawiedliwość tych historii. Głupi Iwanuszka szczęściem wygrywający życie. Żebrak bez rozumu zdobywający fuksem bogactwo. Gotowane na wolnym ogniu i pożerane dzieci. Mądre żony idiotów wyposażające ich w różne atrybuty, które pomagają im przeżyć. Okrutni rodzice wysyłający swoje potomstwo na śmierć. Głód. Rozbójnicy. Zamieć.

272a5d41454965-57a6ed44d76fe

Do kompletu w tamtych czasach krążyły baśnie braci Grimm, nieokrojone cenzurą, pozostawiające w naszych umysłach koszmary nocne. Ludożerców i obdzieranie ze skóry. Ćwiartowanie, siekanie i duszenie.

W czasach wczesnej podstawówki zaliczyłam również spotkanie z Thorgalem (oraz Szninklem, którego zupełnie nie zrozumiałam). Także nagość i przemoc od dziecka sączyła się do mózgu. 

aa858e41454965-57a6ed44d7002

I wiecie co, nie czuję się znieczulona. Wręcz przeciwnie- będąc dorosła, bardzo trudno mi się patrzy na krwawe sceny na ekranie. Styczność z obrazkowym seksem może uchroniła nas od pruderii, nauczyła co to ciało w czasach, w których nie było czegoś takiego jak wychowanie seksualne (czy tam do życia w rodzinie, chociaż to akurat pewnie nie pomaga).

Nie wiem czy to dobra lekcja- że przemoc jest bezsensowna i niesprawiedliwa, że biedni umierają z głodu, a głupi zyskują bogactwa. Z pewnością ta o dobrodziejstwach posiadania mądrej żony jest przydatna.

8058b341454965-57b016a46b8b2

Kiedy patrzę na moich znajomych, którzy dziś są rodzicami, wydaje mi się, że jest im o wiele trudniej niż naszym matkom i ojcom. Oglądałam z tatą “Terminatora” w wieku ok 8 lat i nikt się nie dziwił. W wieku 9 lat sama przeczytałam całego “Władcę Pierścieni”. Nikt nie pilnował, które książki są dla nas właściwe. Stały na półce, to braliśmy. Bawiliśmy się w mordowanie, to udawaliśmy, że się zabijamy. Nikt naszych rodziców nie oceniał, żaden ekspert im nie mówił, że są niewydolni wychowawczo, nikt nie zastanawiał się nad naszą psychiką, lękami.

Nie jestem fanką narracji “sentymentalnej” pt. “za moich czasów było lepiej, wyrośliśmy na ludzi”, “pętaliśmy się do nocy po podwórku z kluczem na szyi, dostawaliśmy pasem, jedliśmy chleb z cukrem i wszystko z nami ok”, itd.

46a78941454965-57b016a46be2d

W sumie to zazdroszczę trochę dzisiejszym dzieciom, że mają tyle uwagi, miłości i troski. Patrzę jak wyrastają na fajne, niezakompleksione, pewne siebie i asertywne osoby. Takie, które mają świadomość, że nie wolno męczyć zwierząt, że mrówka czuje, że kot może nie mieć ochoty na zabawę.

Cały ten wywód wziął się z tego, że znalazłam kilka powyższych rysunków, wykonanych kilka miesięcy temu. Inspirowały mnie właśnie stare ilustracje baśni z lat dziecięcych.

Lubię

Mały słownik rzeczy ulubionych.

Najbardziej lubię siedzieć rano w mojej yukacie przywiezionej z Japonii, pić kawę z mlekiem do porannej gazety.
Poranki mam bardzo ciche i spokojne, żona śpi do późna, koty, jak się im da paszy, zalegają na grzejnikach i poduszkach. Często w piżamie/ dresie wyskakuję po gazetę i wracam pod koc.40

W maju mam urodziny, mój miesiąc idealny, nawet deszcz mi nie przeszkadza jeśli się zdarzy. Odzyskuję energię, dużo wagaruję, chodzę nad Wisłę, do lasu.41

Piwonie odurzają jak muzyka. Posłuchajcie.42

O ile jest taka możliwość, chodzę na łyżwy w każdy weekend. Lodowisko mam dosłownie pod domem, urząd dzielnicy otworzył darmowe pod szkołą. Najlepiej jeździ się rano, jestem wtedy często sama, inni śpią.43

Rzadko się mocniej umaluję, zaraz wszystko zjadam i rozmazuję. Ale bardzo lubię “coś ze sobą zrobić” na wyjście.

W prezentach czasem dostaję małe zawieszki lub naszyjniki. Jestem bardzo przywiązana do faktu, że coś wisi mi na szyi.44