Poranek z hipokrytą

Śledziłam tę dyskusję od jakiegoś czasu. Piasek i jego muzyka to guilty pleasure okresu dojrzewania. Niby nigdy nie kupiłam kasety/ płyty, ale jak leciał w radio, czy na szkolnej dyskotece “Niecierpliwy”, to przytrzymywałam rzęsami łezki wzruszenia. Te piosenki, mimo, że takie, no co by nie mówić, czasem trochę kiczowate, zawierały w sobie jakąś podskórną dawkę smutku. Jak się potem okazało, nie bez kozery pojawiło się przeczucie niespełnionej miłości zawartej w tekstach.
Pana Andrzeja wyałtowano, pisały pudelki i inne takie. W owym czasie byłam już osobą dorosłą, zajętą życiem zawodowym i z (wyrobionym w miarę) własnym gustem muzyczno- literackim, więc zupełnie przeszło mi to koło nosa.

Jakiś czas temu pisałam tu na blogu co myślę o celebrytach- szafiarzach, wszelkich lizusach systemu opresyjnego wobec nich, udających “jestem jednym z was”, przy okazji krzywdząc tzw. “szarego człowieka”. 
Panie Piasku, w czasach, gdy Pan siedział sobie w ciepłym apartamencie, kitrając przed światem boy-toyów i przeglądając Grindra czy co tam teraz jest modne do uprawiania seksu, w Pańskich kochanych Kielcach, w których zaczynał Pan w zespole Mafia, dwie zakochane w sobie dziewczyny popełniły samobójstwo. O czym Maria Peszek napisała piosenkę, a gazety (w tym Wyborcza) podały informacje o “przyjaciółkach”, z “niewiadomych przyczyn”. Bo homofobia jest u nas wciąż niewystarczającym powodem aby udowodnić opresję. Systemową. Ogólnospołeczną.

No i czytam sobie wywiad z gwiazdorem, dławię się kawą i wkurwiam. 

“Moja publiczność jest taka.. normalna. To zwykli ludzie, dla których wartością jest rodzina, miłość, poukładany świat”. 

Wie Pan dla kogo wartością jest miłość, rodzina i poukładany świat? Dla tych co mają jaja nie siedzieć w szafie i swoją miłość, związki i rodzinę traktują priorytetowo, nie godząc się na sprowadzanie ich do pokątnego seksu w knajpianych kiblach, chcą tę miłość pokazać światu, “machać tą flagą”, iść z komunikatem, że to jest “normalne” i nie wstydzą się siebie.

Był taki antybohater w filmie “Django”, czarnoskóry niewolnik broniący porządku ustalanego przez jego białych panów. Tak samo zachowują się kobiety “antyfeministki”. Stary i lubiany mechanizm wyparcia, spojrzenie w lustro “tak, to ja jestem tą osobą dyskryminowaną” może budzić silny dyskomfort i sprzeciw, lepiej być przecież w jednej drużynie z większością, z silniejszym.

Dalej Pan Andrzej mówi, że “nie wstydzi się wierzyć w Boga”. Rozumiem, że w kraju, w którym w każdym urzędzie, szkole, w sejmie wisi krzyż, gdzie na każdym rogu stoi wielgachny kościół, wiara w Boga jest czymś, co trzeba ukrywać przed prześladowaniami? No brawo, gratuluję tej “odwagi”. Nie no, nie ma to jak iść “pod prąd”.

Gratuluję również, że wzrusza Pana Puszcza Białowieska i broni Pan sądów, a już ci “machający flagą” ze zniczami po kolejnym dzieciaku, który się zabił z powodu homofobii nie.

Dlaczego mnie to wkurza? Niech sobie Piasek ma poglądy jakie chce, przecież jest wolność słowa.

Dlatego, że te wszystkie bzdury wystawia w kontrze do aktywizmu LGBT, że jawi się jako “zdroworozsądkowy obrońca wartości”, czyli “hej, jestem gejem, ale bronię heteronormy, taki fajny ze mnie równiacha”.

To żadna odwaga być oportunistą, opowiadać w gazetach rzeczy utwierdzające uprzedzenia. To jest właśnie ten model “normalnego niewychylającego się geja”, którym straszą nas homofobi na forach internetowych, jako przeciwwagę do “zboczeńców na paradach”. Czyli w domu po kryjomu.

Gdyby nie “machający flagami”, to dziś Pan Piaseczny miałby teczkę w prokuraturze, albo żonę i dzieci, a po nocach szukałby męskiego przyrodzenia w klopie na Placu Trzech Krzyży. Jest Pan więc winny tym ludziom bezgraniczny szacunek za swoje życie, bo dla takich nadstawiali swojego karku i latami znosili upokorzenia, aby Pan mógł dziś cieszyć się wolnością. Bo jawne bycie sobą, mimo narażenia się na przemoc to jest odwaga, na jaką niewielu stać.

Blok kulturalny

Wcale mi się nie chciało składać literek w ostatnim czasie. Jesień wyobrażam sobie w scenach przedstawiających mnie siedzącą pod pluszowym kocem, w futrzastych kapciach, z kubkiem gorącej herbaty imbirowej i książką w ręku. Do tego dorzućmy wyimaginowany kominek.
Kończy się z zapchanym nosem, tabletkowym burdelem na szafce przy łóżku i serialach na tablecie.

Także przeczytałam ostatnio tylko dwie książki, ale jest plan na nadrobienie, wielkie chęci i wspaniałe tytuły na horyzoncie.
Zrobię Wam tu subiektywny przegląd tego, co mi się ostatnio w kulturze udało “zaliczyć”. Było też więcej pozycji, tu wymienię te, które mnie ujęły.

***

Film

Zacznę od torpedy- “Bladerunner”. Idźcie na to, bo jest tak dobry, że aż strach. Zaliczyłyśmy projekcję 4d, czyli bujało nam fotelami, dmuchało we włosy i psikało w twarz wodą,  było jak w wesołym miasteczku. Taka technologia po prostu gra z filmami, gdzie jest dużo scen akcji, latania, wybuchów, czujesz się jak uczestnik wydarzeń, nie tylko widz.
Muszę jednak dodać łyżkę dziegciu. Jared Kurwa Leto. 
To nie jest, że ja go jakoś nie lubię, ale przy takich aktorach jak Gosling czy Harrison Ford, Pan Jared wypada jak uczestnik kółka teatralnego z gimnazjum. Gra zawsze nie o jeden ton wyżej, tylko o dziesięć, przy każdej jego scenie bolały mnie zęby. Nie wiem jakim jest człowiekiem, jakoś specjalnie nie śledzę jego kariery, ale to któryś film z rzędu, gdzie wszystkiego w nim jest “too much”. Jeśli mamy osobę, której cała fizjonomia jest już przerysowana i naturalnie nie do końca wygląda jak człowiek, to wydaje mi się, że przy takich aktorach sprawdza się minimalna technika wyrazu. Bo wszystko, co zrobi “za mocno”, bije po oczach sztucznością. Jared Leto jest takim Nickolasem Cagem naszych czasów. Patos, pretensjonalność, scena z zabijaniem nowo narodzonego androida to nieudany szantaż emocjonalny. Jeśli nie dał się poprowadzić reżyserowi, to ja bym wolała, żeby go wycięli, bo na tych scenach musiałam zasłaniać twarz.
Są aktorzy charakterystyczni, “wielkoocy”, jak np Jake Gyllehaal. I spójrzcie, jak jego gra wygląda w Donnie Darko, czy w Brokeback Mountain. Jak się ma “mocną twarz”, to się postępuje oszczędnie, inaczej wychodzi karykatura.
Ale Ryan i Harrison- moc! Efekty- szóstka z plusem! Klimat bladerunnerowski- jest jak trzeba. Historia nawet ciekawsza niż w pierwowzorze, wszystko się udało, na pewno będę powtarzać seans, jak się pojawi na netflixach czy innych amazonach.

Najlepszy
Poszłam na film z siostrą, obchodząc Święto Niepodległości jak najszerszym łukiem. I wiecie co, to jest polskie kino z jakiego jestem dumna, to jest nasza wizytówka w świat, jak ktoś chce być patriotą, to niech kupuje bilety na takie produkcje, niech im kibicuje na festiwalach, śmiało mogę powiedzieć, że wstydu nie ma.
“Najlepszy” to mainstream, ale mainstream na wysokim poziomie. Świetne aktorstwo (bałam się, że Gierszał, taki dosyć delikatny z wyglądu chłopak, nie będzie wiarygodny w roli ironmena), wykorzystanie osób, które nie kojarzą nam się typowo z tego typu kreacjami (przemocowy ojciec, matka), ukradł mi serce Gajos i Jakubik. 
To jest dzieło, po którym wychodzi się z sali kinowej z głową pełną emocji. Z wielkim sercem.
Niektórzy piszą w recenzjach, że sceny “z lustrem” były niepotrzebne. Mi zupełnie nie przeszkadzały, myślę, że dobrze obrazowały, że człowiek który żyje w nałogu zawsze ma tę mroczną część w sobie, że to jest walka na całe życie, że autodestrukcja to nie jest coś co cię opuszcza, nawet jak jesteś już “czysty”.
Po takich filmach jak “Ostatnia Rodzina”, “Jestem mordercą”, “Zjednoczone Stany Miłości” potrafię w ciemno kupować bilety na polskie kino.

***1d81fe41454441-57a6e235c556e

Seriale

Master of None
Z Netflixa, trochę przypadkiem, bo myślałam, że to będzie serial komediowy. Bardzo fajna obyczajówka w “sundance’owym” klimacie. Pierwsza seria trochę hipsterska, druga BARDZO “inna”. Nietypowe jak na serial eksperymenty z formą, każdy odcinek w trochę innej konwencji. Nowy Jork odrobinę jak w starym Woodym Allenie, ale aktualizowany o multikulti, o mniejszości seksualne, o “millenialsową” tematykę. Epizody są słodko- gorzkie, każdy kto lubi inteligentne produkcje o związkach, o trzydziestolatkach, niezobowiązujące seriale na dwa wieczory z michą popkornu zagryzaną eklerem popijanym czerwonym winem, powinien spróbować tego dzieła.
Odcinki poruszają też tak aktualną ostatnio tematykę molestowania seksualnego i równouprawnienia. Bohaterowie są bardzo “ludzcy” i łatwo można się z nimi utożsamiać. Polecam.

Mindhunter
Lubię tematykę seryjnych morderców. Szczególnie, kiedy są to opowieści na faktach. Jest to fascynacja wykroczeniem ponad to, co nazywamy “człowieczeństwem”, głębokim, bezinteresownym złem. Zawsze zastanawiałam się, co musi się stać, żeby człowiek mógł zabijać i nie czuć przy tym żadnych emocji związanych z zadawaniem bólu, krzywdy, kiedy nie dotyka go empatia, kiedy nie ma wyrzutów sumienia wobec swoich ofiar i ich rodzin. 
Podoba mi się, że “Mindhunter” nie eksploatuje grozy, jak to robił “Hannibal”. Że nie urządza nam wielkiej uczty makabry. Podoba mi się powolny, cichy klimat serialu, ciemna tonacja, spokój przeplatany z napięciem. Podobał mi się finał, nieoczywisty, pozostawiający widza z głową otwartą na to, co się właściwie stało.
Świetnie kontrastują ze sobą główni bohaterowie, postacie żeńskie w końcu z krwi i kości, to, że motywacje pojawiających się osobowości nie są dla nas do końca jasne i zrozumiałe, nie ma dużo ekspozycji, więc musimy otworzyć się na różne ewentualności. 
No i jest dobrze zrealizowany, więcej tego chcę.

Stranger Things
Co tu dużo mówić, jestem fanką, posiadaczką bluzy z nadrukiem lampek podpisanych alfabetem. W drugiej serii może nie ma aż tyle niepokoju, tajemnicy, bo sporo kart zostało odkrytych, ale oglądałam w Halloween i nic lepszego na tę noc nie mogłam ustrzelić.
Dzieciaki świetne, może wątek z “punkami” nie do końca potrzebny, ale fajnie się oglądało, uderza w moją potrzebę nostalgii. 

***

Ksiązki

Wymazane
Witkowski to Witkowski. Jak się lubi połączenie ironii z celną obserwacją, kiedy nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, przegięcie i drwiny ze wszystkich tabu, świętości, karykaturalne ukazanie postaci, przy jednoczesnej sympatii do nich, to wiadomo, że on nam tego dostarczy. Najlepiej piszący autor w Polsce. Pisać patetycznie i tworzyć skomplikowane konstrukcje umie co drugi, banału ci u nas dostatek, ale pisać tak, że ja się śmieję na głos w autobusie, jednocześnie nie mając poczucia “guilty pleasure”, to trzeba docenić. 
Przez jego powieści czytelnik leci jak burza. Trafne spostrzeżenia, detale, które na co dzień umykają, ale składają się na rzeczywistość, tu przejaskrawione, podkreślone na czerwono i z wykrzyknikiem, absurdy wyolbrzymione pozwalają spojrzeć na świat z dystansu, na kpinę. Himalaje ironii, ale też autoironii, bez cynizmu, z czułością nad brzydotą, nad głupotą, nad stereotypami.
Przeczytałam wszystkie książki Witkowskiego. Każda to strzał prosto w serce.

O winie

Niestety nie o napoju bogów, nie o wytrawnym, nie o niedajboże słodkim czy półsłodkim, nie o tym czy pić w kieliszkach, czy w lampkach, nie o primitivo barwiącym zęby na fiolet, po którym strach sięgnąć po szczoteczkę, nie o kwaśnym i brońcie mnie- nie o truskawkowym.

O winach w głowach będzie, jak uderzają, komu uderzają i po co, a kto ich nie ma. Chaotycznie i bez sensu, bo nie jestem psychologiem, a tak po prostu siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak, coś mi się przydarza, to próbuję zrozumieć i różne rzeczy z tego wychodzą. 
Nigdy nie wiem czy mam rację. Często coś tam mi się wydaje, mam jakieś poglądy, które łatwo obalić rozsądnym argumentem i potem tylko wiem, że nic nie wiem.

Zdarza się, że nawalę, że coś zrobię źle, muszę się uderzyć w pierś, w policzek, posypać głowę popiołem i przywiązać do pala, niech kamienują. Mam ten okropny stan, kiedy zrypię sprawy, że kwitnie w mózgownicy “to wszystko moja wina, jestem beznadziejna, już nigdy więcej czegoś tam nie zrobię, nie będę próbować, poddaję się”, i tak oto wina przeradza się w poczucie krzywdy- proszę mnie żałować, gdyż jestem nieudacznikiem niezamierzonym.

Ale- zdarza mi się też zareagować jak dorosły człowiek, przeprosić i wyciągnąć wnioski na przyszłość, zastanowić nad sobą bez taplania się w bagienku miłych ciepłych samokrytycznych myśli.

Najbardziej jednak mnie wkurza, kiedy spotkam coś, co się nazywa “nonapologizing”. Zjawisko wykrzywionej asertywności, dawniej zwane przez nauczycieli w podstawówce: “wszyscy winni, tylko nie ona”.

Kiedy ktoś zamiast powiedzieć: przepraszam, nawaliłem, bezczelnie i prosto w twarz mówi “przykro mi, ale..”, “co mogłam zrobić..” oraz najgorsze: “przykro mi, że tak się czujesz”.

Niby przykro, niby przepraszam, ale umywam ręce, no sorry co ty chcesz, nie moja sprawa a najlepiej to nie przesadzaj, tylko zastanów się nad swoją reakcją.

77

Wzburzyło się to we mnie po reakcji na kradzież moich obrazów, natomiast jest to mechanizm znany i lubiany, szczególnie upowszechniany przez treningi biznesowe, NLPy i inne takie sztuczne gadki na liniach telemarketingowych. 

Nawala firma- wkurwiłeś się, piszesz reklamację i dostajesz w nagrodę nie normalne ludzkie “przepraszam”, rekompensatę i pocztówkę z kokardą i czekoladką. Serwuje ci się “przykro nam, że doszło do tej sytuacji, zapewniamy, że nasza firma dba o dobro swojego klienta”. 

Czujesz się wtedy jak chory na umyśle histeryk pieniacz z “problemami pierwszego świata”, bo zepsuł się telefon i co się przejmujesz tak telefonem, ludzie cierpią na świecie głód, a pani po drugiej stronie kabla, przecież nic z tym telefonem nie ma wspólnego. Możesz pojechać do fabryki w Chinach zachodnich, niedaleko pustyni Gobi, odnaleźć ośmioletnie dziecko składające produkt za dolara miesięcznie i do niego skierować swoją tłustą zachodnią pretensję.

Czasem tęsknię za starym dobrym poczuciem odpowiedzialności, obowiązku, tym nieasertywnym, gdzie mówi się “przepraszam, zachowałem się jak chuj, co mogę zrobić aby ci to wynagrodzić”. Kiedy na chwilę tak naprawdę opuszczamy przyłbicę i przyjmujemy, że nie jesteśmy idealni, że potrafimy w dorosły sposób zaakceptować konsekwencje swojego zachowania.

Boimy się zakłócić swoją równowagę, wybić z rytmu, zobaczyć rysę na własnym charakterze, zasłaniamy się gadkami kradzionymi z biura obsługi klienta i rozkładamy bezradnie ręce. Po drugiej stronie stoi frustracja, bo bardzo trudno o przebaczenie, o oczyszczenie bez skruchy.

 

Bogactwo

Stasiuk pisał: “On udaje kelnera, ja udaję klienta”.

Udają, że od pokoleń w ich rodzinie noszą te Korsy, Vitony, limitowane serie bawełnianych koszulek po 400 zł sztuka, szytych w Bangladeszu, aligator na trampkach udaje, że grają w tenisa od kołyski, facet na koniu zobrazowany na tiszercie udaje,  że gra w polo została wyssana przez nich z mlekiem matki.

Umawiają się na squasha, jakby to było normalne, że w Polsce po pracy umawia się na squasha.

Każdy jest skądś, tylko tu większość ludzi znikąd, bo wstyd się przyznać do przodków pańszczyźnianych, do zgiętych wpół ze zdjętą czapką i bosymi stopami, dlatego dziś śmieją się z januszy, z sebków i z karyn, bo czują genetyczne plemienne pokrewieństwo i strach zabijają kpiną.

Miasta i wsie wysiedlane co pokolenie nie dały poczucia tożsamości, korzenie wyrywane co wojna, co powstanie, co plaga głodu, wysiedlenia, wędrówki za chlebem.  Koczownicze hordy słowiańskie, dumnie wynoszące “slavic” od “slava”, niechętnie spoglądające na konotację ze “slave” dziś zakrzykują kompleksy kurwami rzucanymi co drugie słowo, bluzgi maskujące pustkę przekazu, chłopskie prawdy pozbawione wątpliwości głoszone z ambony pewności siebie idioty. Kto głośniej krzyczy, ten ma rację, a racja musi być po naszej stronie, pokora jest dla frajerów.

Wypełniają tłumnie centra handlowe, spa i gabinety dentystyczne, między jednym “ja pierdolę” a drugim popijają rozcieńczone prosecco. 

Zimą apres ski all inclusive, grzaniec od 8 rano dawkowany do północy w równych transzach, najebani rzucają kurwami na włoskich stokach, we włoskich trattoriach śpiewając hej sokoły czekają na zejście lawiny, która pochłonie ich na zawsze i już nie będą musieli wkładać tego wysiłku w pokazywanie, że oni są Europejczykami, że tu przyjechali, bo ich stać. Zamawiają butelki wina i po pierwszym kieliszku zwracają kelnerowi, aby się przypodobać towarzystwu, że byle czego to nie tkną, że znają tę grę.

W samolocie do Bangkoku przewracają oczami, że “znowu z Polakami”, jakby była jakaś różnica upić się ginem z tonikiem w Emiratach, a najebać browarem wyciągniętym zza pazuchy w Rayanie.

Przeglądają kolorowe magazyny, które powiedzą im, czego mają nakupować, przewracają strony naklejonymi, utwardzonymi światłem i wyfrezowanymi pazurami w kolorze ombre mięta z limonką. Robią kwaśnie miny niezadowolenia z obsługi, bo przeciez klient nasz pan, a w tym kraju nasz pan to pan feudalny, a podwładny to chłop pańszczyźniany. Na moment można się zamienić w dręczyciela przodków i odbić genetycznie odziedziczoną krzywdę na recepcjonistce wykonującej umowę dzieło stania za ladą osiem godzin dziennie, na nocne zmiany i w weekendy.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

W niedzielę stroją dziedziców w Zara kids miniaturowe sexy outfity przełamane rockowym pazurem i idą do nowego kościoła: restauracji z branczem jesz ile chcesz, kawa i herbata gratis. Z mimozą w dłoni napełnianą niedyskretnie przez kelnerkę, nawaleni od rana pokrzykują “Lili nie biegaj, Lili ubrudzisz swoje lakosty”. Udają, że grają w serialu tvn, albo “Listy do M”.

W tygodniu pozorują, że robią istotne rzeczy budując słupki przychodów, dochodów i odchodów dla akcjonariuszy wielkich koncernów spożywczo- farmaceutyczno- kosmetycznych. Wieczorami zdradzają się na wyjazdach integracyjnych z luksusowymi escorts Tatianami o pseudonimie Cherry, przynosząc chlamydię, rzerzączkę i hifa. Rzucają talerzami z promocji w Duce o kuchnie z wyspą i rozwodzą się z hukiem i alimentami (ku rozpaczy Lili), albo idą na terapię i się ze sobą męczą (ku rozpaczy Lili).

Jak kardaszianki 312 zdjęć w windzie na instagramie, każde w innej “stylizacji”, bo już nikt się nie “ubiera”, każde z kaczym dziobem, miną srającego psa, głowa odchylona w profil, że niby niechcący ta fotka wyszła. Selfi potwierdzeniem istnienia, inaczej cię nie ma. Patrzcie mój ałtfit, zebrane lajki, hasztag taktrzebażyć, komcie “puknąłbym”, “piękna”, “share4share” “lajk4lajk”.

Wieczorem ważna gala, wręczenie nobla czy oskara za nakręcenie reklamy jakiegoś gówna, za słupek sprzedaży jogurtu, za kontrakt reklamowy z Kożuchowską, statuetkę wręcza Tomasz Kamel albo Michał Milowicz w zależności od budżetu. 

Powieś ten dyplom na tablicy korkowej jak w przedszkolu, kiedy pani pochwaliła cię za najładniej wycięte serce- taki organ wewnętrzny, został tam wtedy na ścianie w grupie czterolatków.

Nie czytają o wojnie, czasem wypowiedzą się “głosem rozsądku”, “prawdą pośrodku”, panowie pogódźcie się, bo przyjdą te zombie z Afryki i z Azji i nas rozerwą na strzępy, będą krzyczeć “oddawać audice, gajery, w których nie mieszczę się wyćwiczone z trenerem personalnym łydy, paletki cieni za 300 zł, w barwach jesiennych, dobrze napigmentowane”.

Humor poprawi im pranie mózgu z guru rozwoju osobistego, szkolenia i wyjazdy integracyjne z open barem i konkursami, gdzie można wygrać wycieczkę na Kanary. Porozmawiają z kolegami, że “płacę więc wymagam, a jak mi się podoba to i nie płacę i co mi zrobisz robolu, trzeba było wybrać inny zawód frajerze”.

“Motłoch” gardzi nimi a oni “motłochem”. Oni nie wierzą, że zasłużyliście, wy nie wierzycie, że im bułka z masłem smakuje bardziej niż liść rzodkiewki upstrzony kleksami sosów, jak ptasimi kupami w restauracji z gwiazdką miszelin.

Gdzieś jest granica, za którą odklejają się od rzeczywistości i zaczynają bredzić, że nie każdemu należy się opieka medyczna, leczenie, życie, jedzenie, woda, pokój, telefon komórkowy i szerokopasmowy internet.

Brzydkie chłopaki i dziewczyny spoglądają z murków, z których nie wstali od lat dziewięćdziesiątych na hummery, z których wysiadają nogi w moonbootsach w niedzielę, na cotygodniowy rosół i schabowego u mamy. Patrzą takie same twarze jak wasze, w kształcie kartofla, nienauczone konturowania i pielęgnacji wieloetapowej kosmetykami z sefory i myślą, że złapaliście Pana Boga za stopy. Oni i wy zapominacie często, że życie jest za darmo. Że miłość dziecka jest za darmo. Że wschód słońca nic nie kosztuje. Szum wiatru w lesie nie robi różnicy dla stanu konta. Że wtulenie się we włosy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego ze zdolnością kredytową.

Sprzymierzeńcy

Wszyscy wiemy jak wygląda wściekła homofobia. Badania mówią, że Polacy są w sumie podzieleni pół na pół w swojej tolerancji dla LGBT. 

Doświadczenie negatywne jest bardzo proste, ktoś wyzywa, pluje, bije, hejci w internecie, nosi te swoje koszulki, twarz wykrzywia obrzydzeniem, zatyka uszy dzieciom, używa słowa na P.

Czasem dużo bardziej załamują mnie tzw. “sprzymierzeńcy”. Oprócz chwalebnych “normalnych” postaw, gdy czujesz się po prostu człowiekiem i nie ma żadnych sensacji, zauważyłam cały katalog reakcji będących często tak naprawdę zawoalowaną homofobią, pod płaszczykiem “neutralności” i “tolerancji”.

Żeby nie przedłużać, macie tu swego rodzaju bestiarium, na kogo możecie się natknąć dokonując codziennych małych “coming outów”.

***

Łaskawca.

To chyba najpopularniejszy typ. Zaczyna zdanie od “Nie mam nic przeciwko gejom, ale..”. Idzie dalej cała wyliczanka na co by pozwolił a na co nie, jakich praw by Tobie udzielił, zna potrzeby Twojego związku, wie jakie papiery możesz podpisać i jaką spółkę założyć, aby wstąpić prawnie w związek paramałżeński. Często też usłyszysz, że “są w tym kraju ważniejsze rzeczy”, że nie możesz mieć dziecka, bo “jak przeżyje bez ojca/ matki”, “inne dzieci nie dadzą mu żyć”. Ma wszystko poukładane, na temat walki o równe prawa wie więcej niż prezes KPH, a parady tylko “zniechęcają do Was normalnych ludzi”. 

Aha- lubi używać słowa “normalność” w kontrze do pojęć “gej” i “lesbijka”.

***

Dobry chrześcijanin.

Podtyp Łaskawcy. W Biblii napisali o Sodomie i Gomorze, ale Jezus nauczał, aby wszystkich ludzi kochać, więc on pochyla się nad Tobą z miłosierdziem. Nie będzie krzyczał, że “do gazu”, on się będzie za ciebie modlił. Taktownie wyśle Ci linka do terapii, zaproponuje opcję celibatu. Poczujesz się przy nim jak grzesznik z klubu sado- maso, kiedy wspomnisz o swojej ostatniej randce. Chrześcijanin będzie traktował Cię z takim samym politowaniem, jak rozwodników i samotne matki, wpędzał w poczucie winy i grzechu pod płaszczykiem troski.

***

Taktowny.

Typ często występujący w rodzinach. Przemilczy wszystko. Nie zapyta o imię Twojej partnerki/ partnera, wstydliwie spuści oczy, gdy zobaczy jak rozmawiasz ze swoją dziewczyną. Zamiast “Wy”, uparcie będzie mówił tylko “Ty”, zignoruje dodanie do zaproszenia Twoją połówkę, nie będzie jej składał życzeń urodzinowych, przy wspólnych znajomych i rodzinie będzie mówił tylko o Twojej pracy i wycieczkach, nigdy nie wspominając nawet imienia osoby, z którą spędzasz życie. Niby nie robi Ci krzywdy, ale czujesz w jego towarzystwie wstyd za to kim jesteś, jego “dyskrecja” zapędza Cię do szafy i masz ciągle wrażenie, że robisz coś złego, tajnego, ukrywasz się niczym złodziej- fetyszysta nylonowych majtek na bazarze w biały dzień. Gdy wspominasz o swoim partnerze, następuje gwałtowna zmiana tematu poprzedzona chwilą zakłopotania.

***

Ciekawski.

Jest przeciwieństwem “Taktownego”. Gdy wspominasz, że masz dziewczynę/ chłopaka, oczy rozświetla mu błysk tysiąca atomówek. Znalazł skarb i go łatwo nie wypuści. Musi wszystko wiedzieć z “pierwszej ręki”, bo przypadkiem za mało jest stron w internecie poświęconym LGBT, za mało artykułów, wywiadów i historii. Spotkał geja/ lesbijkę, więc “eksperta” od tematu. Drążenie przy wielkanocnym stole w stylu “a kiedy przyprowadzisz kawalera”, “czy się z kimś spotykasz”, które przeżywają singielki po trzydziestce, to małe piwo w porównaniu z zestawem pytań od “Ciekawskiego”. Musi wiedzieć wszystko, jak się poznaliście, jak jest w gejowskim klubie, czy bierzecie ślub za granicą, poutyskuje z Wami na poziom tolerancji w społeczeństwie, jakby już prawie sam był homoseksualny. Czasem sprawa idzie dalej, co prowadzi nas do kolejnego typu:

14457390_975098879284918_7191301087574057246_n

***

Erotoman.

Erotomana najczęściej spotykają pary kobiece. Widział dużo pornografii i chciałby skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. W lżejszej formie zada Ci szereg niedyskretnych technicznych pytań, mimo, że kurwa mać, poznaliście się 3 minuty temu przez znajomego znajomego na jednej imprezie. W gorszym wypadku zaproponuje Ci siebie, trójkąt, “spróbuj z facetem”. Jeśli zdarzy Ci się chwycić za rękę swoją dziewczynę, Erotoman z drugiego kąta sali będzie przesyłał przeciągłe spojrzenia. Kiedy zniknie na dłuższą chwilę w łazience, to pamiętaj, żeby nie podawać mu dłoni. Obrzydzenie kontaktu z tym osobnikiem będziesz zmywać z siebie przez kilka dni.

***

Niepewna.

Kobieta, która “chciałaby spróbować, ale się boi”. Czasem kryptolesbijka, czasem dla swojego “misia”, który “z kobietą by jej pozwolił”. Czasem szukająca potwierdzenia swojej atrakcyjności. 

Będzie się przed Tobą prężyć, flirtować jak z mężczyzną, często oczekiwać zachowań typowo męskich, że jej postawisz drinka, powiesz, że jest ładna, otworzysz drzwi. Uwięziona w patriarchalnych rolach, nie umie się zachować w relacji z kobietą. Nie będzie potrafiła potraktować Cię jako koleżankę, czasem naopowiada dookoła głupot, że “chyba Ci się podoba”, albo, że “ją podrywałaś”. Nie potrafi nie traktować siebie jako obiektu seksualnego. Doprowadza to do żenujących sytuacji, gdzie idziesz z kimś na piwo, a zostajesz wrobiona w pseudorandkę.
Czasem trafi taka niepewna na kobietę, którą zaciągnie do łóżka jako eksperyment, potem będzie się zwierzać “I kissed a girl and I liked it”, zostawiając za sobą kompletnie skonfundowaną uczestniczkę jej eksperymentu.

***

Przyjaciółka geja.

Gej to obok torebki Birkin najbardziej pożądane akcesorium sezonu. Z gejem wspólnie maluje się paznokcie, geja się ciągnie do sklepu, żeby mówił, jak chudo wygląda w tej sukience, gej sprząta jej rzygi i zmywa roztarty tusz do rzęs, kiedy razem opijają jej kolejny nieudany związek. Gej nie ma osobowości, poza tym, że ma być zabawny, ma wysłuchiwać jej narzekań na facetów, być niegroźnym substytutem dla wszystkich męskich drani, z którymi się umawia. Bridget Jones miała swojego geja i ona też musi mieć. Gówno ją obchodzi, że z powodu swojej orientacji gej przez całą szkołę dostawał wpierdol, że nie rozmawia z matką od pięciu lat, a od trzech chodzi na psychoterapię, od dwóch bierze antydepresanty, a od roku myśli o wyjeździe z tego kraju, bo się tu udusi. 

Nic ważnego

Nie jestem fanką dzielenia się mądrymi cytatami, jednak muszę Wam coś przytoczyć: “To piękna rzecz przepierdolić kawał życia. Tę jedną, jedyną rzecz, którą się dostało. Na to trzeba mieć gest. Nie można być ściubolem, co to liczy każdą godzinę, że to trzeba tak, a to trzeba tak. Życie to w końcu strata jest.”

Często daję się wtłoczyć w poczucie winy, że “lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło wcale”. 

Ja nie robię dużo.

Mogłam spróbować żyć za granicą.

Mogłam zwiedzić więcej świata.

Mogłam zrobić remont.

Mogłam narysować komiks.

Mogłam pójść na imprezę.

Mogłam “ogarnąć się” i więcej popracować. Zrobić fajniejszy projekt. Zarobić więcej pieniędzy. Wziąć udział w konkursie. W szkoleniu. 

Rośnie frustracja wynikająca z różnicy pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością. Bo trzeba być dzielnym, realizować się, dopisywać sobie kolejne zajęcia, hobby, obowiązki, cele. Trzeba pokazać zdjęcia ładnego mieszkania na instagramie, kawy z serduszkiem, świetnej zabawy z grupą przyjaciół, podyskutować o książce, wystawie, ciekawej podróży. “Zacieszać”. Nie zrzędzić. Nie patrzeć bez sensu w grzejnik przez 15 minut. Nie przewijać bezmyślnie komórki przez pół godziny.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

Zamiast tego siedzę sobie w warszawskim bloku, przewijam fejsa, albo oglądam serial. Nawet nie to, że cziluję sobie z pięknymi widokami za oknem i twórczo odpoczywam ciesząc zmysły spokojem. 

Mijają sekundy, minuty, godziny niewarte wspomnień, uciekające w pustkę. Świat krzyczy “marnotrawstwo”, to se ne vrati.

Stwarzanie pozoru, że wszystko jestem w stanie zmieścić w swoim życiu, zrealizować każdy plan, który mi przyjdzie do głowy, rozciąganie siebie do granic, “popracować, posprzątać, ugotować, załatwić bank, załatwić mechanika, narysować, spotkać się, być najlepszą koleżanką, ciocią, siostrą, wyjechać w piękne miejsce, nawet odpocząć tak, jak wyobrażamy sobie odpoczynek, z widokiem na las albo morze, chociaż na czystej kanapie z mądrą książką”.

Zaakceptuję, że mam zlew pełny garów i nie mam siły już pozmywać. Że trzeci tydzień czytam jedną książkę, bo nie mam siły po pracy na śledzenie liter. Że nie każdy dostanie odpowiedź na maila po pięciu minutach. Że nie będzie mi się chciało pójść na piwo. Że zmiana kraju zamieszkania wydaje mi się bardzo trudna. 
Może każdy ma prawo być słabym. 

Happy people

Po “zrywach” szczęścia, towarzyskości, “radosności”, zazwyczaj następują u mnie długie milczące doły, urozmaicone zagłębianiem się w depresyjne filmy i muzykę.

Leży sobie taki strzępek na kanapie, ogląda z projektora “Closet monster“, wyskrobuje popcorn ze szczelin sofy, od rana słucha Toma Odella albo Radiohead. I cierpi dramatycznie. Rysuje smętne obrazki. Albo nie rysuje wcale “bo to nie ma sensu i ma za mało talentu”.

39

Może dlatego tak rzadko chodzę na imprezy, do przyjaciół, “do ludzi”. Za każdym razem jest to odchorowywane “kacem”, jakbym musiała zapłacić za ten wysiłek w towarzystwie. 
Wielokrotnie postanawiałam sobie, że będę bardziej otwarta, miła, wesoła. Rekordowo wytrzymuję w tym postanowieniu może dobę. 

Jeśli mnie kiedyś potkasz i będę “do rany przyłóż”, a następnego dnia nastąpi reset i jedyne, co wyduszę to “cześć”, nie miej do mnie żalu.

Nienajlepsza wersja siebie

Jestem leniwa. Bywa, że nie sprzątam przez tydzień. Albo dwa. Bywa, że wagaruję w pracy. Że nie chce mi się umyć włosów i wkładam czapkę. Że mam zaniedbane paznokcie. Że zjem czipsy na kolację. Że odwołam spotkanie, bo mi się nie chce. Że nie dotrzymam obietnicy. Że zapomnę o urodzinach. Że nie jestem asertywna, tylko wyrzucam z siebie jak leci. Albo, że się obrażę. Nie wszystkich ludzi lubię, często czuję się niekomfortowo w towarzystwie pewnych siebie i przebojowych. Na imprezach sprawdzam instagrama, bo boję się zagadać. Rzucam głupimi żartami, które wbijają szpile. Trudno mi się głębiej z kimś zaprzyjaźnić, bo boję się, że mnie odrzuci. Relaksują mnie newsy o Kim Kardashian. Robię sobie selfie, których nie wrzucam, żeby sprawdzić jak naprawdę wyglądam, bo zapominam. Bardzo źle przechodzę PMS.

tumblr_oci5vubh8s1vcdl4po1_1280

Jestem pracowita. Potrafię się zmobilizować i dotrzymywać zobowiązań. Nie spóźniam się. W miarę regularnie ćwiczę. Codziennie zmywam makijaż i nie zasnę be umycia zębów. Dobrze gotuję. Pokonuję strach przed spotkaniami i wychodzę do ludzi, nawiązuję rozmowy. Potrafię rozładować sytuację dowcipami. Selekcjonuję znajomości i potrafię odrzucić destrukcyjne. Dużo rysuję, mimo, że mam dużo pracy. Dużo czytam i oglądam dobre filmy. Od trzynastego roku życia regularnie prowadzę dziennik. Nie liczę zbytnio na innych i sama potrafię o siebie zadbać, nie przerzucam na nich moich problemów i cierpień. Nie oczekuję od ludzi, że będą wokół mnie orbitować. Nie plotkuję. Jestem lojalna. Mam spoko figurę. Jestem zadowolona z tego co mam, nie zazdroszczę. Życzę innym dobrze. Lubię moją rodzinę i przyjaciół, akceptuję wiele ich słabości. 

W dobie kołczy, poradników, motywacyjnego bulshitu, haseł “kochaj siebie” mówionych do lustra, oderwania od rzeczywistości, narcyzmu, “wybitnych jednostek”, mam swoją receptę na codzienność. Znaj siebie. Pozwól sobie na przeciętność i na słabość. Walcz z tym, z czym Ci źle.

Darmowy coaching tylko tu.

Demos i Kratos

Kiedyś, dawno dawno temu, kiedy uznałam, że mam za mało obowiązków na głowie, poza pracą na pełny etat i nowym związkiem, zapisałam się na studia międzykulturowe (ambitny plan poszerzania horyzontów).

Pamiętam taki przedmiot “teoria cywilizacji”. Zajęcia prowadził profesor uparcie zawieszony na Huntingtonie i jego zdaniu “Wschód to Wschód, a Zachód to Zachód” (i nigdy się nie spotkają).

W skrócie- chodziło o to, że przez Eurazję przebiega mentalna granica oddzielająca dwie cywilizacje (tak bardzo z grubsza).

W owym czasie miałam na taki stan rzeczy głęboką niezgodę, w mojej głowie jawiło się to raczej jako stopniowe przechodzenie, gradient, którego odcienie szarości przypadały właśnie na Polskę. Wydawało mi się, że jesteśmy “pośrodku”.

16

Do rzeczy- 10 lat minęło, to dużo i mało. Dziś absolutnie wierzę, że nie pokonaliśmy bariery, nie jesteśmy żadnym Zachodem, w najmniejszym stopniu. Że jesteśmy dokładnie taką samą “demokracją” jak Chiny czy Rosja, tylko w śmiesznej, małej, środkowoeuropejskiej skali, mamy ten sam brak zrozumienia czym demokracja jest.

Statystyczny Polak “rządy ludu” tłumaczy jako “dyktaturę większości”. Większość ma władzę i sobie za mordę trzyma całą resztę. Nie uwzględnia, że ta mniejszość to w takim samym stopniu ów “lud”, nie dopuszcza do żadnej dyskusji. A proszę Państwa- demokracja to pluralizm, demokracja nie tylko “toleruje” ale i szanuje “inne głosy”. Demokracja polega na tym, że umawiamy się, że pomimo różnic, staramy się aby wszystkim żyło się dobrze, że wszyscy są obywatelami, nie tylko ci, którzy akurat zagłosowali na partię u władzy. 

Władza nie jest na zawsze, dlatego Zachód umówił się, że wartości takie jak “wolność”, “równość” i “braterstwo” (solidarność z tymi, którzy są w innej sytuacji niż my), to wartości “europejskie”.

I teraz zastanówmy się jak te wartości mają się do tego co się obecnie w naszym kraju i w naszych głowach dzieje.

Dyktatura większości to nadal dyktatura. “Robię co chcę” bo “suweren” (ale przecież nie jako całość) dał “prawo”.

Mentalnie to my jesteśmy Wschód i nic tu nie zmieniają pociągi pendolino, autostrady i supermarkety. W Kazachstanie też mają Starbaksa.

Suma wszystkich dni

Bardzo lubię podsumowania. 

Siadam rano do laptopa, kiedy cisza i spokój, bateria chusteczek rozrzucona niczym miny w przypadkowych miejscach mieszkania, koty śpią w strategicznych lokalizacjach wokół kaloryferów, Warszawa ma kaca, a ja mam katar.

Wszyscy narzekają, że 2016 był straszny, i pewnie dla polityki, świata, w globalnej skali był.

Dla mnie to rok porządków w życiu. 2015 złoił mi skórę podstępnie i wstrętnie. Szesnastka to czas budowania, naprawiania, odnawiania.

Przede wszystkim zaczęłam rysować. A raczej po latach wróciłam do tego. 

Wcześniej zajęta “rozwojem zawodowym”, kolejnymi podróżami, spłacaniem kredytów, zapomniałam o tym, co dawało mi zawsze odskocznię. 

Wiem, że dzieje się to wszystko w wielkim chaosie, sama nie jestem pewna, w jaką stronę zmierzam, nie mam jakiegoś planu, intuicyjnie przelewam na papier codzienność i myśli, z zaskoczeniem odkrywając, że ktoś to ogląda, komentuje, kibicuje.

02

Fajnie mieć ponad 30 lat i odkrywać w sobie stabilizację, pozwalać na spokojny rozwój, nie przymuszać się już do żadnego wyścigu. 
Mam kilka postanowień, szczególnie dotyczących “bloga”. Piszę w cudzysłowie, bo nie wiem do końca w co się zamieni ta strona. 

Na początku miało być to coś w rodzaju internetowej galerii prac, ale stopniowo przekonuję się do innej formy komunikacji, ponieważ Facebook nieźle mnie wyręcza w łatwości prezentowania rysunków.

Z jednej strony myślę o komiksie, z drugiej o malowaniu obrazów i na razie rozgałęziam się bez planu.

2017, bądź owocny!