Bogactwo

Stasiuk pisał: “On udaje kelnera, ja udaję klienta”.

Udają, że od pokoleń w ich rodzinie noszą te Korsy, Vitony, limitowane serie bawełnianych koszulek po 400 zł sztuka, szytych w Bangladeszu, aligator na trampkach udaje, że grają w tenisa od kołyski, facet na koniu zobrazowany na tiszercie udaje,  że gra w polo została wyssana przez nich z mlekiem matki.

Umawiają się na squasha, jakby to było normalne, że w Polsce po pracy umawia się na squasha.

Każdy jest skądś, tylko tu większość ludzi znikąd, bo wstyd się przyznać do przodków pańszczyźnianych, do zgiętych wpół ze zdjętą czapką i bosymi stopami, dlatego dziś śmieją się z januszy, z sebków i z karyn, bo czują genetyczne plemienne pokrewieństwo i strach zabijają kpiną.

Miasta i wsie wysiedlane co pokolenie nie dały poczucia tożsamości, korzenie wyrywane co wojna, co powstanie, co plaga głodu, wysiedlenia, wędrówki za chlebem.  Koczownicze hordy słowiańskie, dumnie wynoszące “slavic” od “slava”, niechętnie spoglądające na konotację ze “slave” dziś zakrzykują kompleksy kurwami rzucanymi co drugie słowo, bluzgi maskujące pustkę przekazu, chłopskie prawdy pozbawione wątpliwości głoszone z ambony pewności siebie idioty. Kto głośniej krzyczy, ten ma rację, a racja musi być po naszej stronie, pokora jest dla frajerów.

Wypełniają tłumnie centra handlowe, spa i gabinety dentystyczne, między jednym “ja pierdolę” a drugim popijają rozcieńczone prosecco. 

Zimą apres ski all inclusive, grzaniec od 8 rano dawkowany do północy w równych transzach, najebani rzucają kurwami na włoskich stokach, we włoskich trattoriach śpiewając hej sokoły czekają na zejście lawiny, która pochłonie ich na zawsze i już nie będą musieli wkładać tego wysiłku w pokazywanie, że oni są Europejczykami, że tu przyjechali, bo ich stać. Zamawiają butelki wina i po pierwszym kieliszku zwracają kelnerowi, aby się przypodobać towarzystwu, że byle czego to nie tkną, że znają tę grę.

W samolocie do Bangkoku przewracają oczami, że “znowu z Polakami”, jakby była jakaś różnica upić się ginem z tonikiem w Emiratach, a najebać browarem wyciągniętym zza pazuchy w Rayanie.

Przeglądają kolorowe magazyny, które powiedzą im, czego mają nakupować, przewracają strony naklejonymi, utwardzonymi światłem i wyfrezowanymi pazurami w kolorze ombre mięta z limonką. Robią kwaśnie miny niezadowolenia z obsługi, bo przeciez klient nasz pan, a w tym kraju nasz pan to pan feudalny, a podwładny to chłop pańszczyźniany. Na moment można się zamienić w dręczyciela przodków i odbić genetycznie odziedziczoną krzywdę na recepcjonistce wykonującej umowę dzieło stania za ladą osiem godzin dziennie, na nocne zmiany i w weekendy.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

W niedzielę stroją dziedziców w Zara kids miniaturowe sexy outfity przełamane rockowym pazurem i idą do nowego kościoła: restauracji z branczem jesz ile chcesz, kawa i herbata gratis. Z mimozą w dłoni napełnianą niedyskretnie przez kelnerkę, nawaleni od rana pokrzykują “Lili nie biegaj, Lili ubrudzisz swoje lakosty”. Udają, że grają w serialu tvn, albo “Listy do M”.

W tygodniu pozorują, że robią istotne rzeczy budując słupki przychodów, dochodów i odchodów dla akcjonariuszy wielkich koncernów spożywczo- farmaceutyczno- kosmetycznych. Wieczorami zdradzają się na wyjazdach integracyjnych z luksusowymi escorts Tatianami o pseudonimie Cherry, przynosząc chlamydię, rzerzączkę i hifa. Rzucają talerzami z promocji w Duce o kuchnie z wyspą i rozwodzą się z hukiem i alimentami (ku rozpaczy Lili), albo idą na terapię i się ze sobą męczą (ku rozpaczy Lili).

Jak kardaszianki 312 zdjęć w windzie na instagramie, każde w innej “stylizacji”, bo już nikt się nie “ubiera”, każde z kaczym dziobem, miną srającego psa, głowa odchylona w profil, że niby niechcący ta fotka wyszła. Selfi potwierdzeniem istnienia, inaczej cię nie ma. Patrzcie mój ałtfit, zebrane lajki, hasztag taktrzebażyć, komcie “puknąłbym”, “piękna”, “share4share” “lajk4lajk”.

Wieczorem ważna gala, wręczenie nobla czy oskara za nakręcenie reklamy jakiegoś gówna, za słupek sprzedaży jogurtu, za kontrakt reklamowy z Kożuchowską, statuetkę wręcza Tomasz Kamel albo Michał Milowicz w zależności od budżetu. 

Powieś ten dyplom na tablicy korkowej jak w przedszkolu, kiedy pani pochwaliła cię za najładniej wycięte serce- taki organ wewnętrzny, został tam wtedy na ścianie w grupie czterolatków.

Nie czytają o wojnie, czasem wypowiedzą się “głosem rozsądku”, “prawdą pośrodku”, panowie pogódźcie się, bo przyjdą te zombie z Afryki i z Azji i nas rozerwą na strzępy, będą krzyczeć “oddawać audice, gajery, w których nie mieszczę się wyćwiczone z trenerem personalnym łydy, paletki cieni za 300 zł, w barwach jesiennych, dobrze napigmentowane”.

Humor poprawi im pranie mózgu z guru rozwoju osobistego, szkolenia i wyjazdy integracyjne z open barem i konkursami, gdzie można wygrać wycieczkę na Kanary. Porozmawiają z kolegami, że “płacę więc wymagam, a jak mi się podoba to i nie płacę i co mi zrobisz robolu, trzeba było wybrać inny zawód frajerze”.

“Motłoch” gardzi nimi a oni “motłochem”. Oni nie wierzą, że zasłużyliście, wy nie wierzycie, że im bułka z masłem smakuje bardziej niż liść rzodkiewki upstrzony kleksami sosów, jak ptasimi kupami w restauracji z gwiazdką miszelin.

Gdzieś jest granica, za którą odklejają się od rzeczywistości i zaczynają bredzić, że nie każdemu należy się opieka medyczna, leczenie, życie, jedzenie, woda, pokój, telefon komórkowy i szerokopasmowy internet.

Brzydkie chłopaki i dziewczyny spoglądają z murków, z których nie wstali od lat dziewięćdziesiątych na hummery, z których wysiadają nogi w moonbootsach w niedzielę, na cotygodniowy rosół i schabowego u mamy. Patrzą takie same twarze jak wasze, w kształcie kartofla, nienauczone konturowania i pielęgnacji wieloetapowej kosmetykami z sefory i myślą, że złapaliście Pana Boga za stopy. Oni i wy zapominacie często, że życie jest za darmo. Że miłość dziecka jest za darmo. Że wschód słońca nic nie kosztuje. Szum wiatru w lesie nie robi różnicy dla stanu konta. Że wtulenie się we włosy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego ze zdolnością kredytową.

Sprzymierzeńcy

Wszyscy wiemy jak wygląda wściekła homofobia. Badania mówią, że Polacy są w sumie podzieleni pół na pół w swojej tolerancji dla LGBT. 

Doświadczenie negatywne jest bardzo proste, ktoś wyzywa, pluje, bije, hejci w internecie, nosi te swoje koszulki, twarz wykrzywia obrzydzeniem, zatyka uszy dzieciom, używa słowa na P.

Czasem dużo bardziej załamują mnie tzw. “sprzymierzeńcy”. Oprócz chwalebnych “normalnych” postaw, gdy czujesz się po prostu człowiekiem i nie ma żadnych sensacji, zauważyłam cały katalog reakcji będących często tak naprawdę zawoalowaną homofobią, pod płaszczykiem “neutralności” i “tolerancji”.

Żeby nie przedłużać, macie tu swego rodzaju bestiarium, na kogo możecie się natknąć dokonując codziennych małych “coming outów”.

***

Łaskawca.

To chyba najpopularniejszy typ. Zaczyna zdanie od “Nie mam nic przeciwko gejom, ale..”. Idzie dalej cała wyliczanka na co by pozwolił a na co nie, jakich praw by Tobie udzielił, zna potrzeby Twojego związku, wie jakie papiery możesz podpisać i jaką spółkę założyć, aby wstąpić prawnie w związek paramałżeński. Często też usłyszysz, że “są w tym kraju ważniejsze rzeczy”, że nie możesz mieć dziecka, bo “jak przeżyje bez ojca/ matki”, “inne dzieci nie dadzą mu żyć”. Ma wszystko poukładane, na temat walki o równe prawa wie więcej niż prezes KPH, a parady tylko “zniechęcają do Was normalnych ludzi”. 

Aha- lubi używać słowa “normalność” w kontrze do pojęć “gej” i “lesbijka”.

***

Dobry chrześcijanin.

Podtyp Łaskawcy. W Biblii napisali o Sodomie i Gomorze, ale Jezus nauczał, aby wszystkich ludzi kochać, więc on pochyla się nad Tobą z miłosierdziem. Nie będzie krzyczał, że “do gazu”, on się będzie za ciebie modlił. Taktownie wyśle Ci linka do terapii, zaproponuje opcję celibatu. Poczujesz się przy nim jak grzesznik z klubu sado- maso, kiedy wspomnisz o swojej ostatniej randce. Chrześcijanin będzie traktował Cię z takim samym politowaniem, jak rozwodników i samotne matki, wpędzał w poczucie winy i grzechu pod płaszczykiem troski.

***

Taktowny.

Typ często występujący w rodzinach. Przemilczy wszystko. Nie zapyta o imię Twojej partnerki/ partnera, wstydliwie spuści oczy, gdy zobaczy jak rozmawiasz ze swoją dziewczyną. Zamiast “Wy”, uparcie będzie mówił tylko “Ty”, zignoruje dodanie do zaproszenia Twoją połówkę, nie będzie jej składał życzeń urodzinowych, przy wspólnych znajomych i rodzinie będzie mówił tylko o Twojej pracy i wycieczkach, nigdy nie wspominając nawet imienia osoby, z którą spędzasz życie. Niby nie robi Ci krzywdy, ale czujesz w jego towarzystwie wstyd za to kim jesteś, jego “dyskrecja” zapędza Cię do szafy i masz ciągle wrażenie, że robisz coś złego, tajnego, ukrywasz się niczym złodziej- fetyszysta nylonowych majtek na bazarze w biały dzień. Gdy wspominasz o swoim partnerze, następuje gwałtowna zmiana tematu poprzedzona chwilą zakłopotania.

***

Ciekawski.

Jest przeciwieństwem “Taktownego”. Gdy wspominasz, że masz dziewczynę/ chłopaka, oczy rozświetla mu błysk tysiąca atomówek. Znalazł skarb i go łatwo nie wypuści. Musi wszystko wiedzieć z “pierwszej ręki”, bo przypadkiem za mało jest stron w internecie poświęconym LGBT, za mało artykułów, wywiadów i historii. Spotkał geja/ lesbijkę, więc “eksperta” od tematu. Drążenie przy wielkanocnym stole w stylu “a kiedy przyprowadzisz kawalera”, “czy się z kimś spotykasz”, które przeżywają singielki po trzydziestce, to małe piwo w porównaniu z zestawem pytań od “Ciekawskiego”. Musi wiedzieć wszystko, jak się poznaliście, jak jest w gejowskim klubie, czy bierzecie ślub za granicą, poutyskuje z Wami na poziom tolerancji w społeczeństwie, jakby już prawie sam był homoseksualny. Czasem sprawa idzie dalej, co prowadzi nas do kolejnego typu:

14457390_975098879284918_7191301087574057246_n

***

Erotoman.

Erotomana najczęściej spotykają pary kobiece. Widział dużo pornografii i chciałby skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. W lżejszej formie zada Ci szereg niedyskretnych technicznych pytań, mimo, że kurwa mać, poznaliście się 3 minuty temu przez znajomego znajomego na jednej imprezie. W gorszym wypadku zaproponuje Ci siebie, trójkąt, “spróbuj z facetem”. Jeśli zdarzy Ci się chwycić za rękę swoją dziewczynę, Erotoman z drugiego kąta sali będzie przesyłał przeciągłe spojrzenia. Kiedy zniknie na dłuższą chwilę w łazience, to pamiętaj, żeby nie podawać mu dłoni. Obrzydzenie kontaktu z tym osobnikiem będziesz zmywać z siebie przez kilka dni.

***

Niepewna.

Kobieta, która “chciałaby spróbować, ale się boi”. Czasem kryptolesbijka, czasem dla swojego “misia”, który “z kobietą by jej pozwolił”. Czasem szukająca potwierdzenia swojej atrakcyjności. 

Będzie się przed Tobą prężyć, flirtować jak z mężczyzną, często oczekiwać zachowań typowo męskich, że jej postawisz drinka, powiesz, że jest ładna, otworzysz drzwi. Uwięziona w patriarchalnych rolach, nie umie się zachować w relacji z kobietą. Nie będzie potrafiła potraktować Cię jako koleżankę, czasem naopowiada dookoła głupot, że “chyba Ci się podoba”, albo, że “ją podrywałaś”. Nie potrafi nie traktować siebie jako obiektu seksualnego. Doprowadza to do żenujących sytuacji, gdzie idziesz z kimś na piwo, a zostajesz wrobiona w pseudorandkę.
Czasem trafi taka niepewna na kobietę, którą zaciągnie do łóżka jako eksperyment, potem będzie się zwierzać “I kissed a girl and I liked it”, zostawiając za sobą kompletnie skonfundowaną uczestniczkę jej eksperymentu.

***

Przyjaciółka geja.

Gej to obok torebki Birkin najbardziej pożądane akcesorium sezonu. Z gejem wspólnie maluje się paznokcie, geja się ciągnie do sklepu, żeby mówił, jak chudo wygląda w tej sukience, gej sprząta jej rzygi i zmywa roztarty tusz do rzęs, kiedy razem opijają jej kolejny nieudany związek. Gej nie ma osobowości, poza tym, że ma być zabawny, ma wysłuchiwać jej narzekań na facetów, być niegroźnym substytutem dla wszystkich męskich drani, z którymi się umawia. Bridget Jones miała swojego geja i ona też musi mieć. Gówno ją obchodzi, że z powodu swojej orientacji gej przez całą szkołę dostawał wpierdol, że nie rozmawia z matką od pięciu lat, a od trzech chodzi na psychoterapię, od dwóch bierze antydepresanty, a od roku myśli o wyjeździe z tego kraju, bo się tu udusi. 

Nic ważnego

Nie jestem fanką dzielenia się mądrymi cytatami, jednak muszę Wam coś przytoczyć: “To piękna rzecz przepierdolić kawał życia. Tę jedną, jedyną rzecz, którą się dostało. Na to trzeba mieć gest. Nie można być ściubolem, co to liczy każdą godzinę, że to trzeba tak, a to trzeba tak. Życie to w końcu strata jest.”

Często daję się wtłoczyć w poczucie winy, że “lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się tego nie zrobiło wcale”. 

Ja nie robię dużo.

Mogłam spróbować żyć za granicą.

Mogłam zwiedzić więcej świata.

Mogłam zrobić remont.

Mogłam narysować komiks.

Mogłam pójść na imprezę.

Mogłam “ogarnąć się” i więcej popracować. Zrobić fajniejszy projekt. Zarobić więcej pieniędzy. Wziąć udział w konkursie. W szkoleniu. 

Rośnie frustracja wynikająca z różnicy pomiędzy oczekiwaniami a rzeczywistością. Bo trzeba być dzielnym, realizować się, dopisywać sobie kolejne zajęcia, hobby, obowiązki, cele. Trzeba pokazać zdjęcia ładnego mieszkania na instagramie, kawy z serduszkiem, świetnej zabawy z grupą przyjaciół, podyskutować o książce, wystawie, ciekawej podróży. “Zacieszać”. Nie zrzędzić. Nie patrzeć bez sensu w grzejnik przez 15 minut. Nie przewijać bezmyślnie komórki przez pół godziny.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

Zamiast tego siedzę sobie w warszawskim bloku, przewijam fejsa, albo oglądam serial. Nawet nie to, że cziluję sobie z pięknymi widokami za oknem i twórczo odpoczywam ciesząc zmysły spokojem. 

Mijają sekundy, minuty, godziny niewarte wspomnień, uciekające w pustkę. Świat krzyczy “marnotrawstwo”, to se ne vrati.

Stwarzanie pozoru, że wszystko jestem w stanie zmieścić w swoim życiu, zrealizować każdy plan, który mi przyjdzie do głowy, rozciąganie siebie do granic, “popracować, posprzątać, ugotować, załatwić bank, załatwić mechanika, narysować, spotkać się, być najlepszą koleżanką, ciocią, siostrą, wyjechać w piękne miejsce, nawet odpocząć tak, jak wyobrażamy sobie odpoczynek, z widokiem na las albo morze, chociaż na czystej kanapie z mądrą książką”.

Zaakceptuję, że mam zlew pełny garów i nie mam siły już pozmywać. Że trzeci tydzień czytam jedną książkę, bo nie mam siły po pracy na śledzenie liter. Że nie każdy dostanie odpowiedź na maila po pięciu minutach. Że nie będzie mi się chciało pójść na piwo. Że zmiana kraju zamieszkania wydaje mi się bardzo trudna. 
Może każdy ma prawo być słabym. 

Happy people

Po “zrywach” szczęścia, towarzyskości, “radosności”, zazwyczaj następują u mnie długie milczące doły, urozmaicone zagłębianiem się w depresyjne filmy i muzykę.

Leży sobie taki strzępek na kanapie, ogląda z projektora “Closet monster“, wyskrobuje popcorn ze szczelin sofy, od rana słucha Toma Odella albo Radiohead. I cierpi dramatycznie. Rysuje smętne obrazki. Albo nie rysuje wcale “bo to nie ma sensu i ma za mało talentu”.

39

Może dlatego tak rzadko chodzę na imprezy, do przyjaciół, “do ludzi”. Za każdym razem jest to odchorowywane “kacem”, jakbym musiała zapłacić za ten wysiłek w towarzystwie. 
Wielokrotnie postanawiałam sobie, że będę bardziej otwarta, miła, wesoła. Rekordowo wytrzymuję w tym postanowieniu może dobę. 

Jeśli mnie kiedyś potkasz i będę “do rany przyłóż”, a następnego dnia nastąpi reset i jedyne, co wyduszę to “cześć”, nie miej do mnie żalu.

Nienajlepsza wersja siebie

Jestem leniwa. Bywa, że nie sprzątam przez tydzień. Albo dwa. Bywa, że wagaruję w pracy. Że nie chce mi się umyć włosów i wkładam czapkę. Że mam zaniedbane paznokcie. Że zjem czipsy na kolację. Że odwołam spotkanie, bo mi się nie chce. Że nie dotrzymam obietnicy. Że zapomnę o urodzinach. Że nie jestem asertywna, tylko wyrzucam z siebie jak leci. Albo, że się obrażę. Nie wszystkich ludzi lubię, często czuję się niekomfortowo w towarzystwie pewnych siebie i przebojowych. Na imprezach sprawdzam instagrama, bo boję się zagadać. Rzucam głupimi żartami, które wbijają szpile. Trudno mi się głębiej z kimś zaprzyjaźnić, bo boję się, że mnie odrzuci. Relaksują mnie newsy o Kim Kardashian. Robię sobie selfie, których nie wrzucam, żeby sprawdzić jak naprawdę wyglądam, bo zapominam. Bardzo źle przechodzę PMS.

tumblr_oci5vubh8s1vcdl4po1_1280

Jestem pracowita. Potrafię się zmobilizować i dotrzymywać zobowiązań. Nie spóźniam się. W miarę regularnie ćwiczę. Codziennie zmywam makijaż i nie zasnę be umycia zębów. Dobrze gotuję. Pokonuję strach przed spotkaniami i wychodzę do ludzi, nawiązuję rozmowy. Potrafię rozładować sytuację dowcipami. Selekcjonuję znajomości i potrafię odrzucić destrukcyjne. Dużo rysuję, mimo, że mam dużo pracy. Dużo czytam i oglądam dobre filmy. Od trzynastego roku życia regularnie prowadzę dziennik. Nie liczę zbytnio na innych i sama potrafię o siebie zadbać, nie przerzucam na nich moich problemów i cierpień. Nie oczekuję od ludzi, że będą wokół mnie orbitować. Nie plotkuję. Jestem lojalna. Mam spoko figurę. Jestem zadowolona z tego co mam, nie zazdroszczę. Życzę innym dobrze. Lubię moją rodzinę i przyjaciół, akceptuję wiele ich słabości. 

W dobie kołczy, poradników, motywacyjnego bulshitu, haseł “kochaj siebie” mówionych do lustra, oderwania od rzeczywistości, narcyzmu, “wybitnych jednostek”, mam swoją receptę na codzienność. Znaj siebie. Pozwól sobie na przeciętność i na słabość. Walcz z tym, z czym Ci źle.

Darmowy coaching tylko tu.

Demos i Kratos

Kiedyś, dawno dawno temu, kiedy uznałam, że mam za mało obowiązków na głowie, poza pracą na pełny etat i nowym związkiem, zapisałam się na studia międzykulturowe (ambitny plan poszerzania horyzontów).

Pamiętam taki przedmiot “teoria cywilizacji”. Zajęcia prowadził profesor uparcie zawieszony na Huntingtonie i jego zdaniu “Wschód to Wschód, a Zachód to Zachód” (i nigdy się nie spotkają).

W skrócie- chodziło o to, że przez Eurazję przebiega mentalna granica oddzielająca dwie cywilizacje (tak bardzo z grubsza).

W owym czasie miałam na taki stan rzeczy głęboką niezgodę, w mojej głowie jawiło się to raczej jako stopniowe przechodzenie, gradient, którego odcienie szarości przypadały właśnie na Polskę. Wydawało mi się, że jesteśmy “pośrodku”.

16

Do rzeczy- 10 lat minęło, to dużo i mało. Dziś absolutnie wierzę, że nie pokonaliśmy bariery, nie jesteśmy żadnym Zachodem, w najmniejszym stopniu. Że jesteśmy dokładnie taką samą “demokracją” jak Chiny czy Rosja, tylko w śmiesznej, małej, środkowoeuropejskiej skali, mamy ten sam brak zrozumienia czym demokracja jest.

Statystyczny Polak “rządy ludu” tłumaczy jako “dyktaturę większości”. Większość ma władzę i sobie za mordę trzyma całą resztę. Nie uwzględnia, że ta mniejszość to w takim samym stopniu ów “lud”, nie dopuszcza do żadnej dyskusji. A proszę Państwa- demokracja to pluralizm, demokracja nie tylko “toleruje” ale i szanuje “inne głosy”. Demokracja polega na tym, że umawiamy się, że pomimo różnic, staramy się aby wszystkim żyło się dobrze, że wszyscy są obywatelami, nie tylko ci, którzy akurat zagłosowali na partię u władzy. 

Władza nie jest na zawsze, dlatego Zachód umówił się, że wartości takie jak “wolność”, “równość” i “braterstwo” (solidarność z tymi, którzy są w innej sytuacji niż my), to wartości “europejskie”.

I teraz zastanówmy się jak te wartości mają się do tego co się obecnie w naszym kraju i w naszych głowach dzieje.

Dyktatura większości to nadal dyktatura. “Robię co chcę” bo “suweren” (ale przecież nie jako całość) dał “prawo”.

Mentalnie to my jesteśmy Wschód i nic tu nie zmieniają pociągi pendolino, autostrady i supermarkety. W Kazachstanie też mają Starbaksa.

Suma wszystkich dni

Bardzo lubię podsumowania. 

Siadam rano do laptopa, kiedy cisza i spokój, bateria chusteczek rozrzucona niczym miny w przypadkowych miejscach mieszkania, koty śpią w strategicznych lokalizacjach wokół kaloryferów, Warszawa ma kaca, a ja mam katar.

Wszyscy narzekają, że 2016 był straszny, i pewnie dla polityki, świata, w globalnej skali był.

Dla mnie to rok porządków w życiu. 2015 złoił mi skórę podstępnie i wstrętnie. Szesnastka to czas budowania, naprawiania, odnawiania.

Przede wszystkim zaczęłam rysować. A raczej po latach wróciłam do tego. 

Wcześniej zajęta “rozwojem zawodowym”, kolejnymi podróżami, spłacaniem kredytów, zapomniałam o tym, co dawało mi zawsze odskocznię. 

Wiem, że dzieje się to wszystko w wielkim chaosie, sama nie jestem pewna, w jaką stronę zmierzam, nie mam jakiegoś planu, intuicyjnie przelewam na papier codzienność i myśli, z zaskoczeniem odkrywając, że ktoś to ogląda, komentuje, kibicuje.

02

Fajnie mieć ponad 30 lat i odkrywać w sobie stabilizację, pozwalać na spokojny rozwój, nie przymuszać się już do żadnego wyścigu. 
Mam kilka postanowień, szczególnie dotyczących “bloga”. Piszę w cudzysłowie, bo nie wiem do końca w co się zamieni ta strona. 

Na początku miało być to coś w rodzaju internetowej galerii prac, ale stopniowo przekonuję się do innej formy komunikacji, ponieważ Facebook nieźle mnie wyręcza w łatwości prezentowania rysunków.

Z jednej strony myślę o komiksie, z drugiej o malowaniu obrazów i na razie rozgałęziam się bez planu.

2017, bądź owocny!

Old photos

So I was checking old photo albums, looking for pictures I could use for my mom’s birthday present.

I ended with some more ideas for drawings and thoughts about parenthood, childhood, memories.

I’ve always imagined that a person is adult, when they stop thinking what mother would say about them. For some time now my attitude towards my parents has changed a lot.
I used to have many claims about their behaviour, for a long time I was hurt, remembering what they did wrong. After years of thoughts and work, forgiveness day has come. They didn’t ask for it, it just happened. Not in words, just in my mind, but I felt really relieved.

I’ve learned to see them not as my guardians, but as people that in my age had 3 children. When I stopped awaitening parenting care from them, I finally felt like an adult person.
When you separate all this expectations of a child, it leaves just two people, who did mistakes and had their bad sides. Like I do and like I have.
As an adult I gave my inner child what it needed. So it left me with a peace.

194

195

 

Postcards

I present you some sketches that are very personal.

I like to remind myself vacations, nice weekends, time spent on the beach or in restaurant, by making this drawings. This is me and my girl.
For me it’s a form of a postcard, that stays with me years after trip and when I’m looking at it I feel summer, sand, wind, heat, taste of food and sound of music.

A little world with what’s important.

63

64

68

10

17

19

It’s time to say hello

av

A few words about me.

I’m interior designer by day and I’m drawing, painting etc.. by other day. In fact almost every day 😉

Usually it looks like this: I wake up, have some yoga excercises (for my bad backbone), then a cup of coffee with some music in my headphones.
Then the process of drawing starts. 
I usually draw things that somehow I feel passionate about. But sometimes these are dreams, or something that inspired me: a photo, movie or a book.

I hope you’ll enjoy this “blogish” thing I’m running.