Na zdjęciu

Zdjęcie w albumie. Kto to? Pani taka, była niebyła, dziesięć lat temu istniała, potem przestała.

Jak była głodna (uczuć, słów i gestów), to się częstowała, potem przeszła na dietę i musiała sobie odmawiać.

Chwila w życiu, jak mgnienie, jak pendolino 120 km/h, pełną parą w fochy, emocje, radości.

163

Przez chwilę się pojawiła, trochę namieszała bigosu, kupiła kilka prezentów, trzasnęła parę razy drzwiami, a potem poszła i została ta główka na zdjęciach. Głupio wydrapać żyletką, dziwnie- wyciąć, zamazać markerem, ale już jej nie ma i ta obcość niepasująca do fotografii podkreśla życiowe porażki, złe wybory, głupie posunięcia.

Na terapii

Nigdy za bardzo nie działały na mnie poradniki. Raczej wywoływały frustrację niemożnością wprowadzenia ich w życie.

To chyba przewaga doświadczania nad wiedzą.

Depresję miałam tylko raz, i to w odpowiedzi na mocne wydarzenia, z którymi inaczej nie potrafiłam sobie poradzić. 
Mimo pesymizmu, który prowadzi mnie przez życie, nie jestem osobą depresyjną. Nawet jak jest źle- wstaję z łóżka, robię różne rzeczy, radzę sobie z codziennością. Kiedy pojawiają się gorsze momenty, raczej unikam myślenia o nich. Taki mechanizm, może nie jest zbyt dobry, bo nie rozwiązuje niczego, za to pozwala mi spać spokojnie. W lżejszych wypadkach wygląda to tak, że kiedy wisi nade mną pająk, to ja go omijam wzrokiem aż sam odejdzie. Nie wchodzimy sobie w drogę.
Kiedy mam sytuację konfliktowo- kryzysową z innym człowiekiem, po prostu go unikam aż się rozejdzie po kościach.

Miałam jednak sporo problemów, które ciągnęły się od czasów dzieciństwa, marnując mi (podobno) najpiękniejsze chwile młodości, nie pozwalając cieszyć się życiem, gdy wchodziłam w dorosłość. 
Nie układałam sobie przez to trwałych, zdrowych relacji z ludźmi, najeżona kolcami odpychałam każdego, kto mógł być blisko. Sama sobie do lustra nie potrafiłam powiedzieć ani jednej miłej rzeczy. W zasadzie egzystowałam nie wiadomo po co, bo z tego wszystkiego nie miałam zbyt wiele przyjemności.

W Polsce powszechny jest wstyd mówienia o terapii. Oczywiście, co chwila zdarza się wysyp opowieści o depresjach sławnych osób, pisarzy, muzyków, blogerów, dziennikarzy, ale są to historie oderwane od szarej rzeczywistości, gdzie człowiek zastanawia się co do garnka wrzucić i czy go nie wypieprzą z pracy w następnym miesiącu, więc dla wielu to czysta egzotyka.
Oprócz poważniejszych problemów psychicznych, depresja jest czymś, co “usprawiedliwia” pójście po pomoc.

Ja poszłam, bo potrzebowałam się naprawić. Bo źle mi było z sobą. Z tym, jak sobie radzę i nie radzę z różnymi rzeczami, bo sama siebie wkurzałam. Bo nie potrafiłam przełożyć mądrości poradnikowych na własne zachowanie. Bo bałam się, że zacznę tracić ludzi, na których mi zależało, na własną prośbę.

Wydaje mi się, że szczególnie w Polsce, wiele elementów terapeutycznych po prostu przydałoby się uczyć w szkołach. Kiedy już przekopiesz tę tonę gówna spod dywanu własnego umysłu, zaczynasz widzieć, co się dzieje dookoła. W jakie gry próbują z tobą pogrywać ludzie bliscy i obcy, jak wymuszają różne rzeczy, wywołują poczucie winy lub obowiązku, jak nie szanują granic.

Kiedy po raz pierwszy udało mi się bardzo trudną i konfliktową sprawę w pracy załatwić w asertywny sposób, gdzie nie czułam się w końcu wykorzystana ani zgnojona- kupiłam sobie drogie wino i wypiłam je wieczorem w łóżku przy świecach. Byłam z siebie dumna, że się obroniłam, jednocześnie nie rzucając nożami na oślep, nie odpłacając głupimi pyskówkami i agresją.

151

Na co dzień jesteśmy nauczeni czuć się winnymi (zjedz zupkę, mamusia tak się starała). Albo się poddajemy tym szantażom, i nieszczęśliwi zapełniamy cudze dziury w sercach, albo atakujemy w samoobronie każdego, kto się nawinie z jakimiś oczekiwaniami. 

Po terapii zaczynasz to widzieć. Zaczynasz się szanować. Bronić siebie, nie dawać skakać po sobie każdemu, kto ma na to ochotę. Ale uczysz się też dawać, bo wiesz, że ofiarujesz tyle ile chcesz, że nikt ci nie wyrwie siłą więcej niż masz.

Dla mnie terapia zawsze miała tę przewagę nad kołczingiem czy podręcznikami, że daje ci czas na zrozumienie, czas na trening i pracę, na dochodzenie do wniosków samemu. Kiedy na przykład uczysz się rysować, to dużo dłużej zajmie ci ćwiczenie ręki z modela, poznawanie wszystkich zasad. Jasne że szybciej można coś przekalkować, efekt będzie spektakularny i natychmiastowy, tylko de facto nie działa, kiedy musisz improwizować w sytuacji bez podkładki.

Większość z nas, w tym pięknym kraju nie wychowała się w domach, gdzie rodzice byli odpowiedzialnymi dorosłymi, zapewniającymi nam poczucie bezwarunkowej miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, którzy w dorosły sposób załatwiali swoje konflikty, byli czuli i dostępni. Takie były czasy, komunizm, transformacja, wielu przegrało, potomkowie pokolenia zranionego wojną. Mam wrażenie, że zdrowego podejścia do dzieci uczy się dopiero moje pokolenie trzydziestolatków, że dopiero część dzisiejszych dzieci będzie w stanie funkcjonować w świecie bez kompleksów, szanując siebie i innych, bez tej dziury nie do zasypania. I może one nie pójdą na terapię. 

Nam, starym dupom wychowanym często na pasku stosowanym jako środek na wszelką niesubordynację, polecam “kozetkę”. Dla samych siebie.

Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.

Piękno

Nie wszystko można mieć. Na przykład bardzo chciałam Sabotage Beastie Boys na swoim weselu, ale jakoś nie wyszło.

Podobnie z urodą. Brunetki chcą być blondynkami, niscy chcą być wyżsi, wysocy- niżsi.
Ja marzyłam o kręconych włosach, natura niestety obdarzyła mnie azjatyckimi gładkościami.

Przed studniówką 2 (DWA) dni trzymałam wałki na piankę. Po rozpuszczeniu zostało mi tylko upięcie, bo nic to nie dało.

Ostatnio ponowiłam próby posiadania fal syrenich. Z tym, że nie mam w domu lokówki. Nic to, kiedy wpisze się w YouTuba “loki prostownicą” wyskakuje miliard filmów instruktażowych. Dziewczyny robią sobie boskie burze afro.
W moim wykonaniu z łazienki co 3 minuty padało sakramentalne “kurwa mać”, poprzedzane swądem spalenizny.

We fryzjerstwie mam jednak spore doświadczenie od dziecka. 

W przedszkolu wymyśliłam, że sprawię lalkom Barbie siostry fryzury a’la Marie z Roxette (a Roxette to byli moi bogowie). Także blondyny dostały makeover na zapałkę.

113

Niczego się nie nauczyłam na błędach i we wczesnej podstawówce, oglądając w tv jakąś bajkę w stylu Troskliwych Misi, zauważyłam, że ktoś nieopatrznie zostawił w moim zasięgu nożyczki. Postanowiłam więc poprawić sobie bez lusterka wszelkie krzywizny grzywki. Pół roku w opasce na czole to coś, do czego można się przyzwyczaić.

Zresztą nie był to jedyny przypadek, kiedy nosiłam tę ozdobę.

Bawiąc się pewnego pięknego dnia w kosmitów, przyssałam sobie do głowy, między brwiami, termometr akwarystyczny, wykradziony wprost ze szklanego domu naszych skalarów, gupików i glonojadów. Kiedy ściągnęłam gumowy krążek, okazało się, że mam na czole flagę Japonii- idealnie okrągłe czerwone koło- krwiak.

Mogło być dużo gorzej. I było.

U kosmetyczki, do której chodziłam w liceum, podpatrzyłam ogrzewane okłady na cerę.
Postanowiłam zaoszczędzić sobie trochę pieniędzy i wykonać coś podobnego w domu.
Zamoczyłam ręcznik w wywarze z rumianku i położyłam na własną niewinną twarz. Dla wzmocnienia efektu, niczym wisienkę na torcie, na MOKRYM ręczniku umieściłam poduszkę elektryczną. Podłączoną do prądu.

Może to życie moje takie jest, bo w młodości kopnęło mnie w głowę.

Dzieło

Zawsze w takich momentach zaczynam oglądać ogłoszenia o pracę. Miła posadka, od tej do tej, średnia lub niezła pensja co miesiąc, ubezpieczenie.

Nie żył, kto w Polsce nie pracował na freelansie. Nie zaznał smaku adrenaliny, kto na umowie o dzieło nie zachorował, nie złamał nogi, nie miał raty kredytu do spłaty, podczas gdy “księgowa klienta wyjechała na wakacje”, “zapomniała zrobić przelew”, albo zwyczajnie nie odbiera telefonu.

Praca w strefie zleceń to kręgi piekła, o jakich nie śniło się tym, co siedzą w budżetówce.

Czasem żyjesz jak król, jak cesarz wszechświata, Bill Gates własnej dzielnicy. Trafia się duże zlecenie, przychodzi milusia zaliczka, to poszalejesz i se zapłacisz rachunki. Szerokim gestem wykupisz kotu- cukrzykowi zapas insuliny. Niech ma. Zapełnisz lodówkę. W weekend pójdziecie do kina i na obiad.

Częściej jest tak: zapitalasz, jeździsz na spotkania, dostajesz tonę maili, telefonów, w których mówią ci, jak ma być i że o gustach się nie dyskutuje. Wylewa się z ciebie bełt przetrawionych wyobrażeń ludzi wychowanych w pastelowych blokach, w szarych blokach, na marzeniach o luksusie w wersji z Dynastii. Wylewa się, ale robisz. Ileś opcji, klient nasz pan. 

W końcu nadchodzi dzień płatności. 

Wtedy dowiadujesz się, że termin na fakturze to sugestia. Że zapłacenie w ogóle to jest opcja. Można tak, a można nie. Że nagle wszyscy chorują. Rodzą dzieci. Dostają miesiączki. Dokładnie w momencie, w którym czekasz na przelew.

Trochę ci głupio, ale się upominasz. Tak tak, zapłacimy, noproblemo.

37629a43816671-57fdd49284ade

Potem gorzej, bo bank do ciebie dzwoni, że gdzie ratka. Kończy się OC, więc nie jeździsz samochodem. Naruszasz konto oszczędnościowe, bo trzeba iść do dentysty. Jak masz działalność, to skarbówka szybko blokuje ci konto, bo nie zapłaciłeś vatu od kwoty, która nigdy nie wpłynęła na twój rachunek.

Klientka mówi, że jej niezręcznie, że się tak upominasz. Czujesz się jak debil. Jak nędzarz, mimo, że na papierze kwoty pięciocyfrowe. 

Czasem trafiasz na takich milusich, co nie zapłacą w ogóle. Jedni powiedzą, że uważają, że “już wystarczająco w ich ocenie przelali”, inni przestaną odbierać telefony, w końcu napiszą maila jak im się dzieło nie podobało. 

Czasem pójdziesz do sądu i przez trzy lata będziesz płacić za prawnika, żeby odzyskać kilkaset złotych. Częściej machniesz ręką, karawana jedzie dalej.

W końcu przychodzi przelew. Znowu jak król złoty- spłacasz debety, rachunki, ratki, odsetki karne, wysyłasz potwierdzenia, odkładasz coś tam na czarną godzinę, wiesz że ta nastąpi szybciej niż później, czarne godziny zawsze nadchodzą znienacka, z kolejnym “urlopem w księgowości”.

W rubryczkach “dochody” wychodzą ci ładne sumki i myślisz, że jesteś chyba jakąś pierdołą życiową, liczysz i planujesz, powinno stykać, powinno zostawać, jest w tabelkach. A potem dostajesz 3 przelewy z dwutygodniowym opóźnieniem, czwarty w ogóle nie wyszedł i już wiesz, że bez dociskania się nie obejdzie.

Spotykasz znajomego, on ci mówi: “Ja już dawno na Polskę nie robię, chyba bym życiowej kurwicy dostał. Wysyłam do Francji wykonaną robotę, zaraz jest wypłata, nikt nie dyskutuje, nikt się nie wykłóca”. 

Co jakiś czas oglądasz więc opcje pracy na etat, opcje pracy na zagranicę. Kiedyś frustracja przeleje się ponad to, co możesz znieść i po prostu to zrobisz.

Szmaty

Był sobie piątek. Nie byle jaki- czarny, zwany finezyjnie “black frajdejem”. Oznaczało to, że fejsbuk atakował mnie “ogłoszeniami sponsorowanymi”, wszelkie polubione strony miały “wyjątkowe promocje”, a blogi doradzały na prawo i na lewo czego nakupować, na co nawydawać, żeby było “mądrze”, z “sensem”, w co “zainwestować” (umówmy się “inwestowanie to jest na giełdzie, w nieruchomości, albo w sztukę, definicją inwestycji jest wzrost wartości naszego zakupu, “inwestycja” w paletkę cieni zwróci się nam tylko w wypadku bycia profesjonalną charakteryzatorką lub makijażystką). 

W tym całym hałasie i chaosie mało kto kontemplował sens owego wydarzenia, jeśli już, to dostawał łatkę hejtera, buntownika, antysystemowca.

Lubię ubrania. Nie dla mnie jest minimalizm pod tytułem “kup jeden super płaszcz za tysiąc złotych, będzie do wszystkiego”. Ja muszę mieć do wyboru 4 płaszcze. I puchówkę. I parkę. I kurtkę “do lasu”. I  skórzaną. Dżinsówkę. Trencz. Tak działa mój mózg, że lubię się odpieprzyć, spojrzeć w lustro z zadowoleniem, poprzymierzać.

Nie odnajduję się w filozofii “inwestowania” w “lepsze” ciuchy. Owszem, mogę się zawziąć i nazbierać 2 kafle na coś z Vitkaca czy Zalando, przy normalnych zarobkach z tzw. “pracy umysłowej” to nie są nieosiągalne kosmosy. Z tym, że wolę pojechać do Barcelony na trzy dni, albo przepierdolić to beztrosko w dwa łikendy na Nocnym Markecie.

Kiedyś byłam leniwą bułką, dostawałam regularną pensję na etacie i dobrze było do biura ubrać się dobrze. No to hyc, najprostsze rozwiąznia- do centrum handlowego, haemy, zary i klokhousy. To było 10 lat temu. Wiecie ile ubrań mi zostało z tamtych czasów? Zero. Wielkie, okrągłe, tłuste nic.
Wiecie, co moja mama ma w szafie z ubrań ze swojej młodości? Tonę ciuchów. Na moich połowinkach w ogólniaku wystąpiłam w jej sukience sylwestrowej. Siostra zakosiła aksamitną małą czarną z lat 80tych. Skórzane sandałki z pierwszej pracy rodzicielka nosi do dziś.

Na początku reklamowałam te obdarte, sprane, powykręcane badziewiaki. Potem kilka razy zdarzyło mi się kupić ciuch “polskiej niszowej marki”, ale umówmy się- aby tak się ubierać, trzeba mieć w sobie tego ducha minimalizmu, że właśnie “jeden porządny sweter”. Ja tak nie umiem, chcę mieć czerwony, szary, w ciapki, zielony, z golfem i w serek.

I tu nastąpi oda do szmateksów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że “nic tam nie da się znaleźć”, że oni nie lubią grzebać. 
Kupowanie na szmateksach to jest polowanie, wymaga otwartego umysłu i wzroku sokoła, który dostrzegł myszkę w trawie z wysokości 30m. Ale też widzę, że z biegiem lat “odzież używana” staje się coraz mniej używana. Często lądują tam końcówki kolekcji ze sklepów, i to takich marek, że głowa mała.

Ja mam kilka strategii, gdyby ktoś chciał się tanio ubrać i skorzystać z mojego wieloletniego doświadczenia, to zapraszam na porady.

90

Po pierwsze- nie nastawiaj się na nic konkretnego, korzystaj z okazji. Wizyta w ciucholandzie to przygoda. Bardziej niż jako zakupy, traktuję to jak polowanie. Gdzieś tam, z tyłu głowy mam listę rzeczy, które bym chciała, ale ta lista rozkłada się w czasie. Budowanie garderoby z taniej odzieży to proces. Jeśli latem trafi Ci się płaszcz z merynosów, to go bierz. 

Po drugie- regularność. Ja po prostu wchodzę sobie po drodze po bułki, albo kiedy idę “przewietrzyć głowę”. Wpadam, przerzucam wieszaki i po 10 minutach wychodzę. Ostatnio tak właśnie upolowałam parkę Fjalraven i buty Ugg.

Po trzecie- bądź wybredna. Nie bierz z wieszaka sieciówkowych metek. Nie musisz kupić 10 rzeczy, bo są tanie, wystarczy jedna, ale taka, która rzeczywiście jest super. Ja patrzę na składy, jestem już tak rozpieszczona, że jak widzę, że sweter ma 20% wełny, to go odwieszam, zainteresuj się metkami, stawiaj na jakość- angora, kaszmir, jedwab.

Po czwarte- oszacuj czy się opłaca. Nie chodzi o to, żeby utonąć w morzu ciuchów, ale czy rzeczywiście to jest fajne, czy tego chcesz, ciucholand to trening asertywności. Czasem jakaś rzecz ma małą wadę i da się ją naprawić (np moje Uggi były trochę “złachane”, ale uprałam je, wypchałam ręcznikami, zakonserwowałam sprajem i odzyskały normalny kształt). Ale bywa, że plamy nie da się odprać, albo nie warto, bo pralnia chemiczna będzie droższa niż kupno nowej bluzeczki.
Trafił mi się kiedyś komplet Hugo Bossa- marynarka ze spódnicą, kosztował 30 zł, ale miał za długie rękawy. Jednak super jakość, nowy, z metką, opłacało mi się skrócić u krawca i zapłacić za pranie, łącznie wyszło 150 zł. Kupcie Hugo Bossa za 150 zł.

Po piąte- szukaj zadupia. Często łowię, kiedy jestem w małej miejscowości, czy na wakacjach, czy w pracy. Lokalni klienci nie zwracają uwagi na te same rzeczy, najczęściej do takich miejsc zaglądają starsze panie, albo matki szukające ubranek dziecięcych. Otwiera się ocean możliwości. W Bytomiu kupiłam Conversy, w Siedlcach Sisleya, w Białymstoku Lacosta, w Lidzbarku GAPa, w Grójcu Ralpha Laurena.
Ta sama zasada dotyczy wielkiego miasta- chodź na lumpeksy poza głównymi ulicami, jesteś na osiedlu u koleżanki, wejdź do takiego sklepu między blokami, ceny będą niższe, towar mniej przebrany.

Po szóste- dowiedz się jakie są dni dostawy. Jak mam trochę kasy, to idę w dzień wymiany towaru. Jest drożej, ale są super rzeczy. Warto znać dzień wyprzedaży, często tuż przed zmianą jest promocja w stylu “wszystko za złotówkę”. Warto wskoczyć na 10 minut i poprzewracać, mam z takiego eventu niemiecką kurtkę z kaczym puchem w środku (a ponieważ mam pralko- suszarkę, mogłam ją wyprać w domu).

Po siódme- grzeb w butach i torebkach. Klientki często tam nie zaglądają, można wyłowić skarby. Buty można umyć, wymienić wkładkę, skórzaną torebkę traktuję pastą do butów i jest jak nowa. Kupuję tylko ze skóry naturalnej, bo to jest moim zdaniem bardziej ekologiczne, taka rzecz będzie mi służyła do końca życia, skajowe wywala się po dwóch sezonach, nie da się ich naprawić, przepolerować. Mam świetne zamszowe kozaki i właśnie stuknął im 11 rok życia ze mną, dwa razy wymieniałam fleki.

Po ósme- noś ze sobą smartfon. Często na lumpach są rzeczy nieznanych u nas marek- niemieckich, brytyjskich, skandynawskich. Jak widzę, że coś porządnie wygląda, to guglam. Potem okazuje się, że to norweska firma produkująca profesjonalny outdoor po kilka kafli kurtka.

Także zachęcam do kupowania w odzieży używanej. Black Friday trwa tam cały rok, jest ekologiczniej, można znaleźć perły i nie wyczyścić portfela do cna. Jeśli dodatkowo ktoś lubi nietypowe i dziwne rzeczy (ostatnio kupiłam siostrzenicy kostium jednorożca), to tam znajduje się kopalnia wszelkich skarbów.

Granica

Podobno prawdziwa asertywność, to nie tylko mówienie “nie” i stawianie granic. Podobno szczerze asertywny człowiek potrafi zachować równowagę pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami innych. I nawet, kiedy się “poświęca”, to robi to świadomie, dobrowolnie i doskonale wie dlaczego, przez co nie czuje się nadużyty.

Podobno, bo ja, jak wiele osób miałam i mam ogromny problem z tak zwaną asertywnością. 

Jest to w jakimś sensie choroba cywilizacyjna naszego kręgu kulturowego. W języku angielskim powiemy do kogoś “take out the trash, please”, albo “could you take out the trash?”. W języku polskim najczęściej usłyszymy “trzeba wynieść śmieci” (jak często jesteście świadkami pytania, z dodanym “proszę” na końcu?).

To samo będzie w pracy, w związku, bardzo często jesteśmy zaplątani w sytuacje pasywno- agresywne, gdzie tak naprawdę nie ma opcji odmowy, jest założenie, iż się domyślimy i wykonamy żądaną czynność. 

W jakiś sposób przedstawia nam to stan ducha społeczeństwa, na każdym zakręcie czai się niewypowiedziana pułapka oczekiwań, rodziny są dysfunkcyjne w skali masowej, kiedy od dziecka uczymy się aby wybiegać naprzód życzeniom rodziców, nie mamy opcji odmowy, nie ma opcji uzasadnienia, tak naprawdę nie ma nawet zwykłego “proszę”, w pracy, kiedy klient/ szef złości się na nas, że sami nie domyśliliśmy się czego by od nas chciał.

No i żyjemy sobie jak tacy “telepaci”, raz się uda, a raz nie, groźbą są wymówki, fochy, obrażanie się, kłótnie. 

Muszę przyznać, że co jak co, ale z asertywnością zawsze miałam ogromny problem (jak wiele, WIELE osób w moim otoczeniu).

Bunt dwu- trzylatka polega na tym, że odkrywa słowo “nie”. I jak je sobie przyswoi, to korzysta ile może. Wypróbowuje granice rodziców i otoczenia, na ile może sobie pozwolić, ale przede wszystkim szuka własnych ram- co lubi, czego nie, określa tożsamość na zaprzeczeniu.

Kiedy odkrywasz słowo “asertywność”, stajesz się takim trzylatkiem, “nie” smakuje jak ambrozja, “mogę ale nie muszę”; w środowisku, gdzie dotąd grałaś wspólnie w jedną grę taka postawa nagle budzi niezrozumienie, złość, wrogość, “do tej pory robiła wszystko bez piśnięcia, a teraz mówi, że nie chce”. Problem w tym, że dopiero, kiedy otoczenie nauczy się, że odmowa jest w ogóle opcją, wtedy można zagrać “tak”.

7a74c340443945-577f69b996e90

Przeczytałam ostatnio artykuł o 10 rzeczach które kradną człowiekowi energię. Na pierwszym miejscu było otaczanie się ludźmi, którzy potrzebują cię tylko do tego aby się poskarżyć, wylać swoje żale, poobmawiać innych. Długo byłam takim koszem na śmieci na cudze emocje. Bo nie wypadało komuś odmówić wsparcia, jak jest w ciężkiej sytuacji. Skończyło się dla mnie tym, że byłam wiecznie rozdrażniona, przytłoczona sprawami innych, jednocześnie nie zostawało zbyt dużo miejsca na moje problemy. Oczywistością był fakt, że można do mnie zadzwonić i dwie godziny stękać o swoim partnerze/ rodzinie/ koleżankach. Aż w końcu przelało się cudze bagno.

Koniec, the end, więcej się nie zmieści. Wieczne uwikłanie w problemy, które mnie nie dotyczyły wykraczało znacznie poza pomoc przyjacielską, nie chodziło o to, że inni potrzebowali czegoś konkretnego, po prostu wyczyszczali się jak na spowiedzi i szli sobie zadowoleni dalej. A do mnie przyklejała się coraz grubsza warstwa lepkiej mazi ich życiowego syfu.

Przejmowałam się rodziną i bliskimi, ratowałam na siłę tych, którzy tego ratunku nie chcieli, żądali tylko uwagi, snopka światła na scenie ich życia. Nawet nie żądali- to było oczywiste, że takich rzeczy będąc osobą bliską się nie odmawia.

Miałam kilka sygnałów alarmowych, gdy powinnam wiedzieć, że halo- coś tu nie gra, kiedy ja potrzebowałam pomocy, nagle ze względu na dramy wokół nie mogłam o nią prosić. Odpowiedzialność za innych i ich nieszczęścia zaczęła przerastać odpowiedzialność za samą siebie.

Pierwsze oznaki buntu były dramatyczne. Pierwsze “nie” smakowało jak ambrozja. Pierwsze fochy, pierwsze plotki, zaznałam kilku trzaśnięć drzwiami, kłótni i obraz. Byłam już tak przekonana do tego, że “ain’t nobody’s bitch” to moje nowe motto wytatuowane na czole, uwzględniałam nawet iż zostanę sama bez przyjaciół i rodziny. Wstrzymanie kilku kontaktów przyniosło profity zdrowotne, poważnie- mniej choruję, lepiej się czuję, wyglądam ładniej. Zawsze drażniły mnie teksty w stylu “pokochaj siebie”, bo ich nie rozumiałam, teraz wiem, że pierwszym krokiem jest “szanuj się, dziewczyno”.

Może kiedyś będę na tyle mocna, że znowu dam radę dawać, z tym, że na moich warunkach i w moich granicach.

W Azji

Jedzie się Siódemką. Jak u Szczerka, tylko w odwrotnym kierunku, na Kraków.

Trzeba skręcić w las bilbordów. Zanurzyć się w to wysypisko ogłoszeń po polsku, chińsku, wietnamsku, rosyjsku. Że suknie ślubne, że przewozy tanio, godny zaufania kantor. Hurt-detal, tax free, tłumacz przysięgły. Raj rajstop, militaria 24h, e-papierosy bez cła, alkohole import eksport, galeria biustonoszy.

Liczymy dziury w drodze, które omijamy i te, w które wjeżdżamy. Kluczymy pomiędzy hulajnogami załadowanymi po sufit ofoliowanymi paczkami, arabsko wyglądającymi panami ciągnącymi piramidy Cheopsa na paletach, skośnookimi dziećmi z tornistrami, zgrabnie jadącymi slalomem na rowerach pomiędzy górkami śmieci a samochodami z przyciemnianymi szybami.

Parkujemy pod blaszakiem, wiatr przewraca trupy opakowań po udanym handlu, resztki po nieudanych posiłkach, to co wypadło z dziury kraciastej torby wiezionej w pośpiechu na bazar.

W halach z labiryntu majtek 100% plastik tanio, pomiędzy bielizną zdjętą wprost z ciał aktorek porno, dostarczoną bez przystanku na manekiny, mijając najprawdziwsze sztuczne futra odnajdujemy drzwi do Nieba.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Jest jak w barze Społem we wczesnych latach 90-tych. Wszyscy jedzą zupę, więc trzeba zamówić zupę. Zupę 2 razy poprosimy. Z ciasteczkiem.

-Z kuczakiem czy woowiną?

Kobieto, nie wystawiaj mnie na próbę, przecież znam prawidłową odpowiedź, nie próbuj ze mną tych sztuczek. Frajerzy zamawiają z menu, ale my wiemy, co tu się święci.

Jak u Stasiuka, męska wyprawa, tyle że kobieca, w nieznane dzikie rejony, zamiast scyzoryka mamy paznokcie z brokatem, zamiast terenówki- suzuki w kolorze czerwonym, zamiast wódki pitej z nakrętki po oleju opałowym- butelkę nestea szykującą nasze żołądki na ucztę. Eksplorujemy ten Wschód nie ruszając paszportów z szuflad, nie kłócąc się z pogranicznikami, zaznajemy “obcego” z instagramem w komórkach gotowym do użycia w każdej chwili.

Przynoszą nam miski parującego wszechszczęścia, placki rozpadającego się mięsa, nałożone hojną ręką, taplają się niczym foczki w zatokach.

-Cytrynaa, czosnek..

No pewnie, że tak.

Za nami trzech panów Polaków, z rozmowy wynika, że to ich ulubione śniadanie, “siły mam po tym na cały dzień”. W duchu kiwam im głową, przytakuję tak głośno, jak tylko da się w myślach.

Milkniemy, jemy, kubki smakowe piszą odę. Co tam odę. Arię piszą. W trzech aktach. Osobno dla rosołku, osobno dla mięsa, dla makaronu. I epilog dla ciasteczka maczanego w wywarze.

Kup sobie szczęście

Ostatnio się wkurzyłam. 

Co rano do kawy czytam blogi lajfstjlowe, czasem trochę o modzie (aczkolwiek coraz mniej, bo rzadko już można spotkać szafiarki, które dadzą “zwykłym dziewczynom” jakieś rozsądne budżetowo i jakościowo rozwiązania, częściej zaczynają wyglądać jak wieszaki obłożone wszystkim, co akurat miało metkę LV czy Prada i przyszło do nich w sponsorowanej paczce z bukietem absurdalnie drogich wiechci w pudełku).

Czytam sobie i się zapętlam. Już tu byłam. I have memory to this place. To już grali.

Kolejna Japonka wydała książkę o tym jak wypierdolić ze swojego życia ulubioną ramkę z jednorożcem z czasów liceum i zacząć się ubierać w 3 swetry i dwie białe koszulki na zmianę. Kompetencją Japonek piszących o sprzątaniu jest fakt, że są Japonkami. A w Japonii (urojonej) to wiadomo- hoho, tam to mają porządek, wszystko na miejscu, z ulicy można jeść i nawet jak 21 na 100 tys. obywateli popełnia samobójstwo, to przecież tylko w minimalistycznym pokoju wyłożonym odkurzonymi matami, bez kabli walających się po podłodze, z majtkami wyprasowanymi i złożonymi w żurawia origami w specjalne szufladki z Muji.

Już nie wystarczy być Duńczykiem żeby być szczęśliwym, dobrze być też Polakiem, bo recepta na polskie nieszczęścia też ukazała się w księgarniach. Do tego kup se dziadu KOLOROWANKĘ dla dorosłych, masz tu świecowe kredki i zapitalaj na kolanie zamiast zmienić pracę na mniej stresującą, albo pójść z mężem na terapię.

Z cyklu literatury sponsorowanej na blogach dowiesz się, że planując macierzyństwo musisz nabyć stos książek z przeciwstawnymi sobie poradami, wywiady z “kobietami sukcesu”, które Ci nie powiedzą, że hajsy to się robi stosując umowa o dzieło plus niepłatne urlopy dla swoich pracowników, zamiast tego będą stękać jak to się odważyły mimo 5 dzieci i trzydaniowych obiadów dla męża wziąć kredyt, otworzyć fabrykę śpiochów (bo właśnie zostały po raz kolejny matką, a jak się jest matką, to się wie wszystko na temat projektowania konfekcji niemowlęcej, dlatego każda matka u progu zwolnienia z korpo stoi przed wyborem drogi życiowej polegającej na produkcji “dizajnu dziecięcego” i opychania innym desperatkom świecąco- dzwoniących pieluch za 2 stówy).

Jeśli książki to za mało, to zawsze możesz odmienić swój los i zapłacić komuś żeby Cię zmotywował. Masz zupełnie bezsensowną pracę, to sobie pokrzyczycie w pełnej sali “mogę wszystko!”, “ambitne stawiam sobie cele!”, “dedlajny kocham!” i już od razu, jak w kościele, jest sacrum, jest wyższy sens, dusza nakarmiona. I jedynie “trener” liczy pieniążki, bo kiedy wracasz i spoglądasz na skrzynkę mailową, to nie za wiele się zmieniło, dalej drą ryja, że na już, asap, chyba żartujesz, że wychodzisz o 17, weekend to dodatkowy czas, wyśpisz się po śmierci, praca to pasja.

119

WYDAJE MI SIĘ, że ten, kto szuka motywacji na tego typu płatnych spędach i w podręcznikach, ma gdzieś w głębi siebie poczucie, że się marnuje. To nie jest tak, że każdy ma być kardiochirurgiem i tylko wtedy jego życie ma sens, kiedy ratuje innych. Praca może Ci dawać poczucie spełnienia, bo np. pomagasz komuś wybudować dom, o sens pracy nie pytają ci, co widzą jej namacalne efekty- uszyłaś sukienkę, naprawiłaś samochód, upiekłeś tort. Komuś smakowało, ktoś jest zadowolony. Pomaga, jeśli Ci zapłacono. A może po prostu jesteś dobrym fachowcem i praca nie jest wysiłkiem i sobie kosisz pieniądze jak żyto na Podlasiu przed wojną, potem jedziesz na Bali i spoko. 

W obecnych czasach dużo natomiast jest takich “wymyślonych zawodów” (bez obrazy, ale jednak), polegających na zarabianiu dla udziałowców wielkich korporacji. Spoko, jak ktoś widzi na prezentacji Power Pointa szybujące słupki i odczuwa satysfakcję, ale myślę, że to nie jest stan wieloletni (co potwierdzają współczynniki nałogów, alkoholizmu, narkomanii i samobójstw wśród maklerów, wysokiego szczebla managerów itd). Dlatego międzynarodowe korporacje coraz częściej wyglądają jak przedszkola dla dorosłych, jakoś muszą radzić sobie z wypaleniem swoich pszczółek. “Masz pograj w Playstation w robocie”, “idź na masaż”, “pojedź na szkolenie na Kanary”. Dlatego praca managera od proszku do prania jest wyceniana wyżej niż praca pielęgniarki lub nauczyciela- bo w przeciwieństwie do nich nie ma większej misji i na dłuższą metę tylko pieniądze są w stanie do niej zagonić.

Spoko, mam wielu znajomych, którzy świetnie się bawią w tych wielkich firmach i chwała im, szczęścia życzę, dla kogoś jednak powstają te msze święte samorozwoju i motywacji.

Już pomijam przypadek, kiedy zwyczajnie swoją pracę lubisz. Tu żaden Doktor M. Ci niepotrzebny.

Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że cała strefa internetu lajfstajlowego, to już tylko taka grubo zawoalowana reklama. Czasem nawet bez ściemy czytamy, co mamy sobie kupić, co jest musthavem, bez czego nie da się żyć. Szminki za 200 zł, buty za 800, bo metka z drzewkiem, byle gówniany t-shirt za 300, gdyż nad lewym cyckiem jest malutki znaczek krzyczący światu, że Cię stać. Sami sobie podajemy ten pokarm łyżkami do ust.
Żeby nie było, że jestem jakaś święta i odporna, lubię czasem wydawać kasę dla przyjemności. Najczęściej na książki (nie żałuję niczego), na żarcie na mieście zdecydowanie za dużo (shut up and take my money Nocny Markecie). Kosmetyki kupuję nienajtańsze, ale też nie z najwyższej półki, bo kieruję się mottem mojej dawnej znajomej: “na mordzie się nie oszczędza”. Natomiast nie widzę większego sensu aby mieć 3 palety z cieniami do powiek- mam jedną w brązach, i zużywam ją chyba trzeci rok, ma ze 20 kolorów, i nie wiem, jakim cudem blogerki są w stanie doprowadzić kilkanaście tego typu produktów do końca (prawdopodobnie wyrzucają lub rozdają). Mam 3 szminki. Z 5 lakierów do paznokci, z czego 2 dostałam, i tak najlepiej się wygląda w czerwonym. Podkładów mam kilka, bo się szybko opalam i ciągle coś jest za jasne albo za ciemne. Tusz do rzęs, puder, róż, eyeliner, rozświetlacz i bronzer. I to wszystko jak na osobę, która uwielbia “robić sobie twarz”. Z pielęgnacji to mam żelazną zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku dopóki nie zużyję tego co mam. Nie chcę wyrzucać kremów za 100 zł, wystarcza mi przeważnie na pół roku, czasem na rok.
Jak widzę ceny szmat szytych w Chinach w sieciówkach, to dostaję zawału. Ilekroć jestem w mniejszym mieście lub miasteczku idę na ciucholandy i wierzcie mi, chodzę ubrana w COSa, Sisleya, Ralpha Laurena, za kilkadziesiąt zł mam wór pięknych ubrań z jedwabiu, merynosa i angory. I przynajmniej jest ekologicznie.

Nie kupuję poradników. Jeśli coś jest nie tak z moim życiem, to są przyjaciele, rodzina, terapia, miesięczne kryzysy, które wykorzystuję na dojście do własnych wniosków. Bo droga jest ważna, jeśli ktoś chce Ci ją skrócić, to na mecie okaże się, że medal nie jest twój, a po maratonie na cudzym grzbiecie nie masz w sobie ani krzty siły, aby przebiec następny. 
Bo szit się nie kończy. Nie ma takiego momentu, żeby usiąść i sobie powiedzieć: już się nażyłem, już rozwiązałem swoje problemy, już jestem piękna, mądra, wszystko widziałam i wszystko zrozumiałam. Teraz zbieram owoce. 
Czasem nawet jest trudniej, bo poprzeczka się podnosi, życie spuszcza nam na głowy kolejne bomby, jeśli nie radzisz sobie na jednej wojnie, to za każdym razem, kiedy ktoś strzela będziesz szukał na to kołcza?

Droga na skróty jest kusząca, łatwiej wziąć amazoński narkotyk i nagle “zrozumieć swoje życie”, ale kiedy idziesz na jakiś szczyt, to nie zapomnij podziwiać widoków. Nie zapomnij upaść, otrzeć sobie kolan, zmęczyć się, popłakać, że już nie możesz i przyjąć ręki przyjaciela, który Cię podniesie, dzięki takiej trasie poznasz go pośród innych. A jak już wejdziesz na tę górę i się ucieszysz, pamiętaj, że za nią czeka następna i tak w nieskończoność.

Miasto

To bardzo dziwne, ale Białystok poznaję po zapachu. 

Mam niewiele powodów, by tam wracać. Znajomych zostało kilku. Rodzice wyprowadzili się do swojego wymarzonego domku na wsi. Dla mnie to miasto duchów. Miejsce- wehikuł czasu. Niby nic mnie już z nim nie łączy, a kiedy zbliżam się do pierwszych zabudowań, dostaję natychmiastowej migreny, która utrzymuje się przez cały pobyt.

W świadomości ogólnopolskiej Białystok od pewnego czasu stał się symbolem faszyzujących klimatów. Trudno go skojarzyć z czymś charakterystycznym, zawsze miałam tam poczucie braku tożsamości, nie udało się wytworzyć wspólnoty, lokalnej dumy z pozytywnych rzeczy, z którą można by było się utożsamiać. Podstawy do takich odczuć, Białystok miał bardzo porządne. Silna wielokulturowość, nawet wielonarodowość, lokalny koloryt, który mnóstwo zawdzięczał mniejszościom ze wschodnimi korzeniami. Niestety, kiedy obecnie triumfujące ideologie próbują to wyprzeć, wygonić, z miasta nie zostaje nic w sferze duchowej.
Nie ma na czym oprzeć więzi społecznej. Goni ten Białystok za hipsterską warszawską modą na ślepo, otwierając burgerownie z kilkuletnim opóźnieniem, małpując wielkomiejskie dekoracje lofciarskich lokali ziejących pustką, serwując kiepskie steki zamiast pyz i babki ziemniaczanej.

Gdybyż to chciało się dowartościować to, czego nie ma Warszawa, Poznań, Kraków i Gdańsk, bez udawania, że “tu jest jak na Powiślu”, gdybyś przestał się wstydzić swojego miękkiego akcentu, żydowskich korzeni, prawosławnych świątyń, tatarskiej kuchni. Nie robił z tego wyłącznie skansenu na comiesięcznym jarmarku. Nie wysilał się tyle zamazując swojskość wielgachnymi centrami handlowymi, w których kupują wyłącznie Białorusini i Rosjanie. 

69

Białystok pachnie samotnością. Kiedy idę wieczorem przez miasto, mimo, że “saturday night”, poza deptakiem przy głównym rynku nie spotykam żywej duszy. To miejsce charakteryzuje to, czego nie ma. 

Z domu wychodzi się “po coś”. Szybko wysikać psa. Wyjść do konkretnego sklepu. Podjechać na plac zabaw. 

Nie ma żuli okupujących murki i ławki. Nie ma sąsiadek plotkujących na ulicy. Nie ma młodzieży włóczącej się pijanym krokiem po zaułkach. Okularników z książką na ławkach. Niezobowiązującej rozmowy z obcym człowiekiem w barze. Kontaktu między dwiema matkami odprowadzającymi dziecko do przedszkola.
W Białymstoku usłyszałam, że życie towarzyskie jest tylko na filmach. W tym mieście tak się tego doświadcza.

Kiedy spacerujesz wieczorem pustymi ulicami, wszystkie głosy, pojedyncze samochody, dźwięk teleturnieju oglądanego przy otwartym oknie, docierają tak mocno, że czujesz się jak na haju. Więzi międzyludzkie ograniczają się do ciasnych grupek najbliższych, a na ulicy staramy się siebie nie zauważać. Stąd trzeba wciąż wyjeżdżać, żeby nie czuć się samotnie. Tożsamość ograniczyła się do cepelii i chleba ze smalcem, a wartość kulturowa, odrębność, są chowane ze wstydem pod hasłem “wiejskości”.
Nie wiem co zrobić w swoim sercu z Białymstokiem.