Szmaty

Był sobie piątek. Nie byle jaki- czarny, zwany finezyjnie “black frajdejem”. Oznaczało to, że fejsbuk atakował mnie “ogłoszeniami sponsorowanymi”, wszelkie polubione strony miały “wyjątkowe promocje”, a blogi doradzały na prawo i na lewo czego nakupować, na co nawydawać, żeby było “mądrze”, z “sensem”, w co “zainwestować” (umówmy się “inwestowanie to jest na giełdzie, w nieruchomości, albo w sztukę, definicją inwestycji jest wzrost wartości naszego zakupu, “inwestycja” w paletkę cieni zwróci się nam tylko w wypadku bycia profesjonalną charakteryzatorką lub makijażystką). 

W tym całym hałasie i chaosie mało kto kontemplował sens owego wydarzenia, jeśli już, to dostawał łatkę hejtera, buntownika, antysystemowca.

Lubię ubrania. Nie dla mnie jest minimalizm pod tytułem “kup jeden super płaszcz za tysiąc złotych, będzie do wszystkiego”. Ja muszę mieć do wyboru 4 płaszcze. I puchówkę. I parkę. I kurtkę “do lasu”. I  skórzaną. Dżinsówkę. Trencz. Tak działa mój mózg, że lubię się odpieprzyć, spojrzeć w lustro z zadowoleniem, poprzymierzać.

Nie odnajduję się w filozofii “inwestowania” w “lepsze” ciuchy. Owszem, mogę się zawziąć i nazbierać 2 kafle na coś z Vitkaca czy Zalando, przy normalnych zarobkach z tzw. “pracy umysłowej” to nie są nieosiągalne kosmosy. Z tym, że wolę pojechać do Barcelony na trzy dni, albo przepierdolić to beztrosko w dwa łikendy na Nocnym Markecie.

Kiedyś byłam leniwą bułką, dostawałam regularną pensję na etacie i dobrze było do biura ubrać się dobrze. No to hyc, najprostsze rozwiąznia- do centrum handlowego, haemy, zary i klokhousy. To było 10 lat temu. Wiecie ile ubrań mi zostało z tamtych czasów? Zero. Wielkie, okrągłe, tłuste nic.
Wiecie, co moja mama ma w szafie z ubrań ze swojej młodości? Tonę ciuchów. Na moich połowinkach w ogólniaku wystąpiłam w jej sukience sylwestrowej. Siostra zakosiła aksamitną małą czarną z lat 80tych. Skórzane sandałki z pierwszej pracy rodzicielka nosi do dziś.

Na początku reklamowałam te obdarte, sprane, powykręcane badziewiaki. Potem kilka razy zdarzyło mi się kupić ciuch “polskiej niszowej marki”, ale umówmy się- aby tak się ubierać, trzeba mieć w sobie tego ducha minimalizmu, że właśnie “jeden porządny sweter”. Ja tak nie umiem, chcę mieć czerwony, szary, w ciapki, zielony, z golfem i w serek.

I tu nastąpi oda do szmateksów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że “nic tam nie da się znaleźć”, że oni nie lubią grzebać. 
Kupowanie na szmateksach to jest polowanie, wymaga otwartego umysłu i wzroku sokoła, który dostrzegł myszkę w trawie z wysokości 30m. Ale też widzę, że z biegiem lat “odzież używana” staje się coraz mniej używana. Często lądują tam końcówki kolekcji ze sklepów, i to takich marek, że głowa mała.

Ja mam kilka strategii, gdyby ktoś chciał się tanio ubrać i skorzystać z mojego wieloletniego doświadczenia, to zapraszam na porady.

90

Po pierwsze- nie nastawiaj się na nic konkretnego, korzystaj z okazji. Wizyta w ciucholandzie to przygoda. Bardziej niż jako zakupy, traktuję to jak polowanie. Gdzieś tam, z tyłu głowy mam listę rzeczy, które bym chciała, ale ta lista rozkłada się w czasie. Budowanie garderoby z taniej odzieży to proces. Jeśli latem trafi Ci się płaszcz z merynosów, to go bierz. 

Po drugie- regularność. Ja po prostu wchodzę sobie po drodze po bułki, albo kiedy idę “przewietrzyć głowę”. Wpadam, przerzucam wieszaki i po 10 minutach wychodzę. Ostatnio tak właśnie upolowałam parkę Fjalraven i buty Ugg.

Po trzecie- bądź wybredna. Nie bierz z wieszaka sieciówkowych metek. Nie musisz kupić 10 rzeczy, bo są tanie, wystarczy jedna, ale taka, która rzeczywiście jest super. Ja patrzę na składy, jestem już tak rozpieszczona, że jak widzę, że sweter ma 20% wełny, to go odwieszam, zainteresuj się metkami, stawiaj na jakość- angora, kaszmir, jedwab.

Po czwarte- oszacuj czy się opłaca. Nie chodzi o to, żeby utonąć w morzu ciuchów, ale czy rzeczywiście to jest fajne, czy tego chcesz, ciucholand to trening asertywności. Czasem jakaś rzecz ma małą wadę i da się ją naprawić (np moje Uggi były trochę “złachane”, ale uprałam je, wypchałam ręcznikami, zakonserwowałam sprajem i odzyskały normalny kształt). Ale bywa, że plamy nie da się odprać, albo nie warto, bo pralnia chemiczna będzie droższa niż kupno nowej bluzeczki.
Trafił mi się kiedyś komplet Hugo Bossa- marynarka ze spódnicą, kosztował 30 zł, ale miał za długie rękawy. Jednak super jakość, nowy, z metką, opłacało mi się skrócić u krawca i zapłacić za pranie, łącznie wyszło 150 zł. Kupcie Hugo Bossa za 150 zł.

Po piąte- szukaj zadupia. Często łowię, kiedy jestem w małej miejscowości, czy na wakacjach, czy w pracy. Lokalni klienci nie zwracają uwagi na te same rzeczy, najczęściej do takich miejsc zaglądają starsze panie, albo matki szukające ubranek dziecięcych. Otwiera się ocean możliwości. W Bytomiu kupiłam Conversy, w Siedlcach Sisleya, w Białymstoku Lacosta, w Lidzbarku GAPa, w Grójcu Ralpha Laurena.
Ta sama zasada dotyczy wielkiego miasta- chodź na lumpeksy poza głównymi ulicami, jesteś na osiedlu u koleżanki, wejdź do takiego sklepu między blokami, ceny będą niższe, towar mniej przebrany.

Po szóste- dowiedz się jakie są dni dostawy. Jak mam trochę kasy, to idę w dzień wymiany towaru. Jest drożej, ale są super rzeczy. Warto znać dzień wyprzedaży, często tuż przed zmianą jest promocja w stylu “wszystko za złotówkę”. Warto wskoczyć na 10 minut i poprzewracać, mam z takiego eventu niemiecką kurtkę z kaczym puchem w środku (a ponieważ mam pralko- suszarkę, mogłam ją wyprać w domu).

Po siódme- grzeb w butach i torebkach. Klientki często tam nie zaglądają, można wyłowić skarby. Buty można umyć, wymienić wkładkę, skórzaną torebkę traktuję pastą do butów i jest jak nowa. Kupuję tylko ze skóry naturalnej, bo to jest moim zdaniem bardziej ekologiczne, taka rzecz będzie mi służyła do końca życia, skajowe wywala się po dwóch sezonach, nie da się ich naprawić, przepolerować. Mam świetne zamszowe kozaki i właśnie stuknął im 11 rok życia ze mną, dwa razy wymieniałam fleki.

Po ósme- noś ze sobą smartfon. Często na lumpach są rzeczy nieznanych u nas marek- niemieckich, brytyjskich, skandynawskich. Jak widzę, że coś porządnie wygląda, to guglam. Potem okazuje się, że to norweska firma produkująca profesjonalny outdoor po kilka kafli kurtka.

Także zachęcam do kupowania w odzieży używanej. Black Friday trwa tam cały rok, jest ekologiczniej, można znaleźć perły i nie wyczyścić portfela do cna. Jeśli dodatkowo ktoś lubi nietypowe i dziwne rzeczy (ostatnio kupiłam siostrzenicy kostium jednorożca), to tam znajduje się kopalnia wszelkich skarbów.

Granica

Podobno prawdziwa asertywność, to nie tylko mówienie “nie” i stawianie granic. Podobno szczerze asertywny człowiek potrafi zachować równowagę pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami innych. I nawet, kiedy się “poświęca”, to robi to świadomie, dobrowolnie i doskonale wie dlaczego, przez co nie czuje się nadużyty.

Podobno, bo ja, jak wiele osób miałam i mam ogromny problem z tak zwaną asertywnością. 

Jest to w jakimś sensie choroba cywilizacyjna naszego kręgu kulturowego. W języku angielskim powiemy do kogoś “take out the trash, please”, albo “could you take out the trash?”. W języku polskim najczęściej usłyszymy “trzeba wynieść śmieci” (jak często jesteście świadkami pytania, z dodanym “proszę” na końcu?).

To samo będzie w pracy, w związku, bardzo często jesteśmy zaplątani w sytuacje pasywno- agresywne, gdzie tak naprawdę nie ma opcji odmowy, jest założenie, iż się domyślimy i wykonamy żądaną czynność. 

W jakiś sposób przedstawia nam to stan ducha społeczeństwa, na każdym zakręcie czai się niewypowiedziana pułapka oczekiwań, rodziny są dysfunkcyjne w skali masowej, kiedy od dziecka uczymy się aby wybiegać naprzód życzeniom rodziców, nie mamy opcji odmowy, nie ma opcji uzasadnienia, tak naprawdę nie ma nawet zwykłego “proszę”, w pracy, kiedy klient/ szef złości się na nas, że sami nie domyśliliśmy się czego by od nas chciał.

No i żyjemy sobie jak tacy “telepaci”, raz się uda, a raz nie, groźbą są wymówki, fochy, obrażanie się, kłótnie. 

Muszę przyznać, że co jak co, ale z asertywnością zawsze miałam ogromny problem (jak wiele, WIELE osób w moim otoczeniu).

Bunt dwu- trzylatka polega na tym, że odkrywa słowo “nie”. I jak je sobie przyswoi, to korzysta ile może. Wypróbowuje granice rodziców i otoczenia, na ile może sobie pozwolić, ale przede wszystkim szuka własnych ram- co lubi, czego nie, określa tożsamość na zaprzeczeniu.

Kiedy odkrywasz słowo “asertywność”, stajesz się takim trzylatkiem, “nie” smakuje jak ambrozja, “mogę ale nie muszę”; w środowisku, gdzie dotąd grałaś wspólnie w jedną grę taka postawa nagle budzi niezrozumienie, złość, wrogość, “do tej pory robiła wszystko bez piśnięcia, a teraz mówi, że nie chce”. Problem w tym, że dopiero, kiedy otoczenie nauczy się, że odmowa jest w ogóle opcją, wtedy można zagrać “tak”.

7a74c340443945-577f69b996e90

Przeczytałam ostatnio artykuł o 10 rzeczach które kradną człowiekowi energię. Na pierwszym miejscu było otaczanie się ludźmi, którzy potrzebują cię tylko do tego aby się poskarżyć, wylać swoje żale, poobmawiać innych. Długo byłam takim koszem na śmieci na cudze emocje. Bo nie wypadało komuś odmówić wsparcia, jak jest w ciężkiej sytuacji. Skończyło się dla mnie tym, że byłam wiecznie rozdrażniona, przytłoczona sprawami innych, jednocześnie nie zostawało zbyt dużo miejsca na moje problemy. Oczywistością był fakt, że można do mnie zadzwonić i dwie godziny stękać o swoim partnerze/ rodzinie/ koleżankach. Aż w końcu przelało się cudze bagno.

Koniec, the end, więcej się nie zmieści. Wieczne uwikłanie w problemy, które mnie nie dotyczyły wykraczało znacznie poza pomoc przyjacielską, nie chodziło o to, że inni potrzebowali czegoś konkretnego, po prostu wyczyszczali się jak na spowiedzi i szli sobie zadowoleni dalej. A do mnie przyklejała się coraz grubsza warstwa lepkiej mazi ich życiowego syfu.

Przejmowałam się rodziną i bliskimi, ratowałam na siłę tych, którzy tego ratunku nie chcieli, żądali tylko uwagi, snopka światła na scenie ich życia. Nawet nie żądali- to było oczywiste, że takich rzeczy będąc osobą bliską się nie odmawia.

Miałam kilka sygnałów alarmowych, gdy powinnam wiedzieć, że halo- coś tu nie gra, kiedy ja potrzebowałam pomocy, nagle ze względu na dramy wokół nie mogłam o nią prosić. Odpowiedzialność za innych i ich nieszczęścia zaczęła przerastać odpowiedzialność za samą siebie.

Pierwsze oznaki buntu były dramatyczne. Pierwsze “nie” smakowało jak ambrozja. Pierwsze fochy, pierwsze plotki, zaznałam kilku trzaśnięć drzwiami, kłótni i obraz. Byłam już tak przekonana do tego, że “ain’t nobody’s bitch” to moje nowe motto wytatuowane na czole, uwzględniałam nawet iż zostanę sama bez przyjaciół i rodziny. Wstrzymanie kilku kontaktów przyniosło profity zdrowotne, poważnie- mniej choruję, lepiej się czuję, wyglądam ładniej. Zawsze drażniły mnie teksty w stylu “pokochaj siebie”, bo ich nie rozumiałam, teraz wiem, że pierwszym krokiem jest “szanuj się, dziewczyno”.

Może kiedyś będę na tyle mocna, że znowu dam radę dawać, z tym, że na moich warunkach i w moich granicach.

W Azji

Jedzie się Siódemką. Jak u Szczerka, tylko w odwrotnym kierunku, na Kraków.

Trzeba skręcić w las bilbordów. Zanurzyć się w to wysypisko ogłoszeń po polsku, chińsku, wietnamsku, rosyjsku. Że suknie ślubne, że przewozy tanio, godny zaufania kantor. Hurt-detal, tax free, tłumacz przysięgły. Raj rajstop, militaria 24h, e-papierosy bez cła, alkohole import eksport, galeria biustonoszy.

Liczymy dziury w drodze, które omijamy i te, w które wjeżdżamy. Kluczymy pomiędzy hulajnogami załadowanymi po sufit ofoliowanymi paczkami, arabsko wyglądającymi panami ciągnącymi piramidy Cheopsa na paletach, skośnookimi dziećmi z tornistrami, zgrabnie jadącymi slalomem na rowerach pomiędzy górkami śmieci a samochodami z przyciemnianymi szybami.

Parkujemy pod blaszakiem, wiatr przewraca trupy opakowań po udanym handlu, resztki po nieudanych posiłkach, to co wypadło z dziury kraciastej torby wiezionej w pośpiechu na bazar.

W halach z labiryntu majtek 100% plastik tanio, pomiędzy bielizną zdjętą wprost z ciał aktorek porno, dostarczoną bez przystanku na manekiny, mijając najprawdziwsze sztuczne futra odnajdujemy drzwi do Nieba.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Jest jak w barze Społem we wczesnych latach 90-tych. Wszyscy jedzą zupę, więc trzeba zamówić zupę. Zupę 2 razy poprosimy. Z ciasteczkiem.

-Z kuczakiem czy woowiną?

Kobieto, nie wystawiaj mnie na próbę, przecież znam prawidłową odpowiedź, nie próbuj ze mną tych sztuczek. Frajerzy zamawiają z menu, ale my wiemy, co tu się święci.

Jak u Stasiuka, męska wyprawa, tyle że kobieca, w nieznane dzikie rejony, zamiast scyzoryka mamy paznokcie z brokatem, zamiast terenówki- suzuki w kolorze czerwonym, zamiast wódki pitej z nakrętki po oleju opałowym- butelkę nestea szykującą nasze żołądki na ucztę. Eksplorujemy ten Wschód nie ruszając paszportów z szuflad, nie kłócąc się z pogranicznikami, zaznajemy “obcego” z instagramem w komórkach gotowym do użycia w każdej chwili.

Przynoszą nam miski parującego wszechszczęścia, placki rozpadającego się mięsa, nałożone hojną ręką, taplają się niczym foczki w zatokach.

-Cytrynaa, czosnek..

No pewnie, że tak.

Za nami trzech panów Polaków, z rozmowy wynika, że to ich ulubione śniadanie, “siły mam po tym na cały dzień”. W duchu kiwam im głową, przytakuję tak głośno, jak tylko da się w myślach.

Milkniemy, jemy, kubki smakowe piszą odę. Co tam odę. Arię piszą. W trzech aktach. Osobno dla rosołku, osobno dla mięsa, dla makaronu. I epilog dla ciasteczka maczanego w wywarze.

Kup sobie szczęście

Ostatnio się wkurzyłam. 

Co rano do kawy czytam blogi lajfstjlowe, czasem trochę o modzie (aczkolwiek coraz mniej, bo rzadko już można spotkać szafiarki, które dadzą “zwykłym dziewczynom” jakieś rozsądne budżetowo i jakościowo rozwiązania, częściej zaczynają wyglądać jak wieszaki obłożone wszystkim, co akurat miało metkę LV czy Prada i przyszło do nich w sponsorowanej paczce z bukietem absurdalnie drogich wiechci w pudełku).

Czytam sobie i się zapętlam. Już tu byłam. I have memory to this place. To już grali.

Kolejna Japonka wydała książkę o tym jak wypierdolić ze swojego życia ulubioną ramkę z jednorożcem z czasów liceum i zacząć się ubierać w 3 swetry i dwie białe koszulki na zmianę. Kompetencją Japonek piszących o sprzątaniu jest fakt, że są Japonkami. A w Japonii (urojonej) to wiadomo- hoho, tam to mają porządek, wszystko na miejscu, z ulicy można jeść i nawet jak 21 na 100 tys. obywateli popełnia samobójstwo, to przecież tylko w minimalistycznym pokoju wyłożonym odkurzonymi matami, bez kabli walających się po podłodze, z majtkami wyprasowanymi i złożonymi w żurawia origami w specjalne szufladki z Muji.

Już nie wystarczy być Duńczykiem żeby być szczęśliwym, dobrze być też Polakiem, bo recepta na polskie nieszczęścia też ukazała się w księgarniach. Do tego kup se dziadu KOLOROWANKĘ dla dorosłych, masz tu świecowe kredki i zapitalaj na kolanie zamiast zmienić pracę na mniej stresującą, albo pójść z mężem na terapię.

Z cyklu literatury sponsorowanej na blogach dowiesz się, że planując macierzyństwo musisz nabyć stos książek z przeciwstawnymi sobie poradami, wywiady z “kobietami sukcesu”, które Ci nie powiedzą, że hajsy to się robi stosując umowa o dzieło plus niepłatne urlopy dla swoich pracowników, zamiast tego będą stękać jak to się odważyły mimo 5 dzieci i trzydaniowych obiadów dla męża wziąć kredyt, otworzyć fabrykę śpiochów (bo właśnie zostały po raz kolejny matką, a jak się jest matką, to się wie wszystko na temat projektowania konfekcji niemowlęcej, dlatego każda matka u progu zwolnienia z korpo stoi przed wyborem drogi życiowej polegającej na produkcji “dizajnu dziecięcego” i opychania innym desperatkom świecąco- dzwoniących pieluch za 2 stówy).

Jeśli książki to za mało, to zawsze możesz odmienić swój los i zapłacić komuś żeby Cię zmotywował. Masz zupełnie bezsensowną pracę, to sobie pokrzyczycie w pełnej sali “mogę wszystko!”, “ambitne stawiam sobie cele!”, “dedlajny kocham!” i już od razu, jak w kościele, jest sacrum, jest wyższy sens, dusza nakarmiona. I jedynie “trener” liczy pieniążki, bo kiedy wracasz i spoglądasz na skrzynkę mailową, to nie za wiele się zmieniło, dalej drą ryja, że na już, asap, chyba żartujesz, że wychodzisz o 17, weekend to dodatkowy czas, wyśpisz się po śmierci, praca to pasja.

119

WYDAJE MI SIĘ, że ten, kto szuka motywacji na tego typu płatnych spędach i w podręcznikach, ma gdzieś w głębi siebie poczucie, że się marnuje. To nie jest tak, że każdy ma być kardiochirurgiem i tylko wtedy jego życie ma sens, kiedy ratuje innych. Praca może Ci dawać poczucie spełnienia, bo np. pomagasz komuś wybudować dom, o sens pracy nie pytają ci, co widzą jej namacalne efekty- uszyłaś sukienkę, naprawiłaś samochód, upiekłeś tort. Komuś smakowało, ktoś jest zadowolony. Pomaga, jeśli Ci zapłacono. A może po prostu jesteś dobrym fachowcem i praca nie jest wysiłkiem i sobie kosisz pieniądze jak żyto na Podlasiu przed wojną, potem jedziesz na Bali i spoko. 

W obecnych czasach dużo natomiast jest takich “wymyślonych zawodów” (bez obrazy, ale jednak), polegających na zarabianiu dla udziałowców wielkich korporacji. Spoko, jak ktoś widzi na prezentacji Power Pointa szybujące słupki i odczuwa satysfakcję, ale myślę, że to nie jest stan wieloletni (co potwierdzają współczynniki nałogów, alkoholizmu, narkomanii i samobójstw wśród maklerów, wysokiego szczebla managerów itd). Dlatego międzynarodowe korporacje coraz częściej wyglądają jak przedszkola dla dorosłych, jakoś muszą radzić sobie z wypaleniem swoich pszczółek. “Masz pograj w Playstation w robocie”, “idź na masaż”, “pojedź na szkolenie na Kanary”. Dlatego praca managera od proszku do prania jest wyceniana wyżej niż praca pielęgniarki lub nauczyciela- bo w przeciwieństwie do nich nie ma większej misji i na dłuższą metę tylko pieniądze są w stanie do niej zagonić.

Spoko, mam wielu znajomych, którzy świetnie się bawią w tych wielkich firmach i chwała im, szczęścia życzę, dla kogoś jednak powstają te msze święte samorozwoju i motywacji.

Już pomijam przypadek, kiedy zwyczajnie swoją pracę lubisz. Tu żaden Doktor M. Ci niepotrzebny.

Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że cała strefa internetu lajfstajlowego, to już tylko taka grubo zawoalowana reklama. Czasem nawet bez ściemy czytamy, co mamy sobie kupić, co jest musthavem, bez czego nie da się żyć. Szminki za 200 zł, buty za 800, bo metka z drzewkiem, byle gówniany t-shirt za 300, gdyż nad lewym cyckiem jest malutki znaczek krzyczący światu, że Cię stać. Sami sobie podajemy ten pokarm łyżkami do ust.
Żeby nie było, że jestem jakaś święta i odporna, lubię czasem wydawać kasę dla przyjemności. Najczęściej na książki (nie żałuję niczego), na żarcie na mieście zdecydowanie za dużo (shut up and take my money Nocny Markecie). Kosmetyki kupuję nienajtańsze, ale też nie z najwyższej półki, bo kieruję się mottem mojej dawnej znajomej: “na mordzie się nie oszczędza”. Natomiast nie widzę większego sensu aby mieć 3 palety z cieniami do powiek- mam jedną w brązach, i zużywam ją chyba trzeci rok, ma ze 20 kolorów, i nie wiem, jakim cudem blogerki są w stanie doprowadzić kilkanaście tego typu produktów do końca (prawdopodobnie wyrzucają lub rozdają). Mam 3 szminki. Z 5 lakierów do paznokci, z czego 2 dostałam, i tak najlepiej się wygląda w czerwonym. Podkładów mam kilka, bo się szybko opalam i ciągle coś jest za jasne albo za ciemne. Tusz do rzęs, puder, róż, eyeliner, rozświetlacz i bronzer. I to wszystko jak na osobę, która uwielbia “robić sobie twarz”. Z pielęgnacji to mam żelazną zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku dopóki nie zużyję tego co mam. Nie chcę wyrzucać kremów za 100 zł, wystarcza mi przeważnie na pół roku, czasem na rok.
Jak widzę ceny szmat szytych w Chinach w sieciówkach, to dostaję zawału. Ilekroć jestem w mniejszym mieście lub miasteczku idę na ciucholandy i wierzcie mi, chodzę ubrana w COSa, Sisleya, Ralpha Laurena, za kilkadziesiąt zł mam wór pięknych ubrań z jedwabiu, merynosa i angory. I przynajmniej jest ekologicznie.

Nie kupuję poradników. Jeśli coś jest nie tak z moim życiem, to są przyjaciele, rodzina, terapia, miesięczne kryzysy, które wykorzystuję na dojście do własnych wniosków. Bo droga jest ważna, jeśli ktoś chce Ci ją skrócić, to na mecie okaże się, że medal nie jest twój, a po maratonie na cudzym grzbiecie nie masz w sobie ani krzty siły, aby przebiec następny. 
Bo szit się nie kończy. Nie ma takiego momentu, żeby usiąść i sobie powiedzieć: już się nażyłem, już rozwiązałem swoje problemy, już jestem piękna, mądra, wszystko widziałam i wszystko zrozumiałam. Teraz zbieram owoce. 
Czasem nawet jest trudniej, bo poprzeczka się podnosi, życie spuszcza nam na głowy kolejne bomby, jeśli nie radzisz sobie na jednej wojnie, to za każdym razem, kiedy ktoś strzela będziesz szukał na to kołcza?

Droga na skróty jest kusząca, łatwiej wziąć amazoński narkotyk i nagle “zrozumieć swoje życie”, ale kiedy idziesz na jakiś szczyt, to nie zapomnij podziwiać widoków. Nie zapomnij upaść, otrzeć sobie kolan, zmęczyć się, popłakać, że już nie możesz i przyjąć ręki przyjaciela, który Cię podniesie, dzięki takiej trasie poznasz go pośród innych. A jak już wejdziesz na tę górę i się ucieszysz, pamiętaj, że za nią czeka następna i tak w nieskończoność.

Miasto

To bardzo dziwne, ale Białystok poznaję po zapachu. 

Mam niewiele powodów, by tam wracać. Znajomych zostało kilku. Rodzice wyprowadzili się do swojego wymarzonego domku na wsi. Dla mnie to miasto duchów. Miejsce- wehikuł czasu. Niby nic mnie już z nim nie łączy, a kiedy zbliżam się do pierwszych zabudowań, dostaję natychmiastowej migreny, która utrzymuje się przez cały pobyt.

W świadomości ogólnopolskiej Białystok od pewnego czasu stał się symbolem faszyzujących klimatów. Trudno go skojarzyć z czymś charakterystycznym, zawsze miałam tam poczucie braku tożsamości, nie udało się wytworzyć wspólnoty, lokalnej dumy z pozytywnych rzeczy, z którą można by było się utożsamiać. Podstawy do takich odczuć, Białystok miał bardzo porządne. Silna wielokulturowość, nawet wielonarodowość, lokalny koloryt, który mnóstwo zawdzięczał mniejszościom ze wschodnimi korzeniami. Niestety, kiedy obecnie triumfujące ideologie próbują to wyprzeć, wygonić, z miasta nie zostaje nic w sferze duchowej.
Nie ma na czym oprzeć więzi społecznej. Goni ten Białystok za hipsterską warszawską modą na ślepo, otwierając burgerownie z kilkuletnim opóźnieniem, małpując wielkomiejskie dekoracje lofciarskich lokali ziejących pustką, serwując kiepskie steki zamiast pyz i babki ziemniaczanej.

Gdybyż to chciało się dowartościować to, czego nie ma Warszawa, Poznań, Kraków i Gdańsk, bez udawania, że “tu jest jak na Powiślu”, gdybyś przestał się wstydzić swojego miękkiego akcentu, żydowskich korzeni, prawosławnych świątyń, tatarskiej kuchni. Nie robił z tego wyłącznie skansenu na comiesięcznym jarmarku. Nie wysilał się tyle zamazując swojskość wielgachnymi centrami handlowymi, w których kupują wyłącznie Białorusini i Rosjanie. 

69

Białystok pachnie samotnością. Kiedy idę wieczorem przez miasto, mimo, że “saturday night”, poza deptakiem przy głównym rynku nie spotykam żywej duszy. To miejsce charakteryzuje to, czego nie ma. 

Z domu wychodzi się “po coś”. Szybko wysikać psa. Wyjść do konkretnego sklepu. Podjechać na plac zabaw. 

Nie ma żuli okupujących murki i ławki. Nie ma sąsiadek plotkujących na ulicy. Nie ma młodzieży włóczącej się pijanym krokiem po zaułkach. Okularników z książką na ławkach. Niezobowiązującej rozmowy z obcym człowiekiem w barze. Kontaktu między dwiema matkami odprowadzającymi dziecko do przedszkola.
W Białymstoku usłyszałam, że życie towarzyskie jest tylko na filmach. W tym mieście tak się tego doświadcza.

Kiedy spacerujesz wieczorem pustymi ulicami, wszystkie głosy, pojedyncze samochody, dźwięk teleturnieju oglądanego przy otwartym oknie, docierają tak mocno, że czujesz się jak na haju. Więzi międzyludzkie ograniczają się do ciasnych grupek najbliższych, a na ulicy staramy się siebie nie zauważać. Stąd trzeba wciąż wyjeżdżać, żeby nie czuć się samotnie. Tożsamość ograniczyła się do cepelii i chleba ze smalcem, a wartość kulturowa, odrębność, są chowane ze wstydem pod hasłem “wiejskości”.
Nie wiem co zrobić w swoim sercu z Białymstokiem. 

Drama

Jakiś czas temu świat na chwilę zamarł, dzieci przestały płakać, psy szczekać, koty w sumie spały dalej snem sprawiedliwego (bo tych bestii nic nie ruszy).

W internet ruszyła informacja, że powstanie nowy sezon telenoweli amerykańskiej The L Word.

Miałam 25 lat, w sieci Piratebay był znanym i lubianym portalem do aktualizowania kolekcji filmów, odcinki seriali na podpisanych flamastrami cedekach przechodziły z rąk do rąk.

Moje życie wyglądało mniej więcej tak, że pomiędzy kolejnymi odcinkami odliczałam dni robiąc stadne powtórki z koleżankami.

Team Carmen, Team Shane, Team Alice, Team Betty (no dobra, nikt nie lubił Tiny). Ja na złość wszystkim stałam murem za Jenny (za każdym razem kiedy wygłaszałam na jej cześć peany, leciały w moją stronę pomidory, ogryzki, psie kupy i siekiery).

Do tej pory w telewizji nie dało się obejrzeć takich postaci, takich romansów, takiego seksu.

Oczywiście, były głosy, że elitarny świat bogatych kobiet z LA to bajkowy mit i że nie każdy może się identyfikować, ale umówmy się- gdybym chciała oglądać przygody lesbijki z bloku na Pradze, to by oznaczało, że natychmiast dożylnie należy podać mi antydepresanty. 

114

Serial oczywiście miał swoje wady, okropne stereotypy, czasem łopatologicznie wtłaczane ideologie, które musiały zostać wygłoszone przez bohaterki wielkimi literami, tak aby widz nie musiał czytać na Wikipedii co to feminizm, gender, transseksualność  itd.

Co do transpłciowości, to było wręcz tragicznie. Okropny antypatyczny bohater, irytujące zachowania i sztampa wyziewała z epizodów, powodując, że czerwieniłam się z zażenowania.

Nie inaczej było z obrazem mniejszości meksykańskiej. Niedawno rozmawiałam z koleżanką Hiszpanką i udzieliła mi informacji, że kwestie wygłaszane przez Carmen w jej rodzimym języku można by przyrównać do naszego “bla bla bla” z amerykańskim akcentem, jakiego nie powstydziłby się Brad Pit w Bękartach Wojny.

Niemniej- od czasu tej serii nic tak rozrywkowego, wciągającego nie pojawiło się w tv w temacie. Bo z całym szacunkiem, ale łatwiej mi się identyfikować z klubowiczką z Miasta Aniołów niż wytatuowaną więźniarką w Orange is the New Black.

Autorzy L Word ostatnią serię (w sumie dwie) położyli totalnie, może uda im się zrehabilitować, szczególnie, że poziom świata seriali przez te kilka lat poszybował pod sufit. Historia ma dotyczyć nowych bohaterek, stare ewentualnie pojawią się epizodycznie i ja przyjmuję to z pewną ulgą, bo ileż można patrzeć jak Betty i Tina biorą śluby/ rozwodzą się/ zdradzają/ kradną dzieci/ zachodzą w kolejne ciąże.

Czekam i trzymam kciuki.

Kulturalnie

Jesień, więc czas czytania, oglądania, życia pod kocem z kieliszkiem wina (ewentualnie herbaty z imbirem) i kotem na kolanach. Ostatnio wylosowałam szczęśliwie kilka niezłych pozycji kulturalno- popkulturalnych i postaram się podzielić z Wami moimi przeżyciami.

Seriale

Zaczniemy od łatwizny: serial Atypowy wszedł jak po maśle. PODOBNO rodzice osób z zespołem Aspergera nie byli zadowoleni z przekazu. Mam kilku bliższych i dalszych znajomych z nasileniem różnego spektrum autyzmu i muszę powiedzieć, że dla laika ta historia pomaga wiele zrozumieć.

Temat potraktowano z szacunkiem, bohater nie jest wyśmiewany (jak w Big Bang Theory czy Silicon Valley), jednocześnie nie ma śmiertelnego nadęcia licznych hollywoodzkich produkcji o geniuszach kryjących się pod płaszczem zaburzeń. Empatyzujesz, śmiejesz się, wzruszasz. Najbardziej dotknęła mnie historia “drugiego dziecka”, kiedy w rodzinie jest choroba, jedno z dzieci wymaga większej uwagi, a rodzeństwo musi szybko dorosnąć, staje się niewidzialne, niedocenione, nadopowiedzialne. Trochę może zabrakło tu pazura, bo przecież zdarza się również, że tacy bracia i siostry zaczynają sprawiać kłopoty wychowawcze, aby zaznaczyć swoją obecność, ale rozumiem, że tego typu wątek zrealizowała “uwalniająca się” matka.

Film jest ciepły, doceniam brak przegięć emocjonalnych, “normalność” relacji międzyludzkich. Zabrakło mi tego w dobrze zapowiadającym się netflixowym filmie “Aż do kości”, który tylko wprowadził mnie w stan “confused”.

***

Po artykułach w Wysokich Obcasach sięgnęłam po serial Top of the Lake i historia bardzo mnie poruszyła. 

Szczególnie w drugim sezonie- podobało mi się niejednoznaczne ukazanie bohaterów, trudne do oceny moralnej sytuacje, rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, przy jednoczesnym narzędziowym wykorzystywaniu surogatek z krajów “rozwijających się”. Czarny charakter z wyższym celem, który można w jakiś sposób zrozumieć a nawet usprawiedliwić, zagubiona nastolatka szukająca miłości, traumy przeszłości ciągnące się za główną bohaterką, nie pozwalając jej ułożyć sobie życia. 

Akcja jest dosyć powolna, trzeba dać sobie czas, żeby nas poruszyło. Kiedy to już się stanie, można o serialu rozmyślać tygodniami.

113

Filmy

Tu akurat na gorąco, bo byłam w kinie wczoraj. “The Square”, uczta.

Od czasu “Wielkiego Piękna” nikt tak cudownie nie pokazał “elit”. Śmiech miesza się z przerażeniem. Bełkot wsobnego świata snobów, oderwanego od rzeczywistości, zagubionego w sobie, bezrefleksyjne uczestnictwo w rzeczach pozornie “ważnych” i “mądrych”, a tak naprawdę ziejących pustką. Strach przed biedą, przed “gorszymi”, elitaryzm. Ludzie zamknięci w akwarium takich samych jak oni, czekających tylko na otwarty bufet, oddzieleni od “prawdziwego świata”, znieczulica społeczna i poszukiwanie sztucznie kreowanych wrażeń.

Jeśli to nie dostanie Oskara, to nie wiem co.

Książki

“Ma być czysto” Anny Cieplak. Dostałam od teściowej w prezencie. Zachęcała świetna okładka. Przykład, kiedy książkę można kupić ze względu na piękną oprawę graficzną.

Tak mogłyby wyglądać “Galerianki”, gdyby ktoś się przyłożył, wykazał empatią, wyczuciem, gdyby komuś chciało się nie myśleć tylko w kategoriach czarno- białych, upraszczających. Świat nastolatków bez lukru, wypełniony nową technologią, rodzinnymi komplikacjami, przyjaźnią, lękiem. Książka nasycona współczesnością, bardzo dobrze się ją czytało, bez nostalgii ale też bez popadania w zbytni dramatyzm.

***

Podobno słowo “Hen” ma po norwesku zbliżone znaczenie jak po polsku. Książka Ilony Wiśnewskiej to typ reportażu, który lubię, bo naznaczony sympatią do ludzi i tematu. Autorka jednocześnie nie ubarwia mitu “krainy Świętego Mikołaja”. Narracja jest spokojna, dokładna, prowadzona z sercem. Czytając zalewało mnie zimno, bardzo plastyczny język obiecywał fizyczne wręcz odczucia, wprowadzał w nastrój, w którym myśli się o odpaleniu kominka i nalaniu sobie gorącej herbaty. Dla tych co nie boją się zimy.

***

Zaczęłam też czytać “My z Jedwabnego”Anny Bikont. Ciężki temat, ujęty dziennikarskim prostym językiem.

Na razie jestem trochę zdewastowana i jedyne co mogę Wam powiedzieć, to przytoczyć tu cytat z książki: “Nienawiść- mówi Jacek (Kuroń)- bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia”.

***

Gdy było jeszcze ciepło, na hamaku przeczytałam “Księgę Zachwytów” Filipa Springera i polecam ją szczególnie tym, którzy twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskusja o gustach to moim zdaniem jedna z rzeczy, które WYPADA i trzeba poruszać. Jeśli tak jak ja dostajecie kurwicy na widok burdelu architektonicznego naszego kraju, ta książka pomoże Wam zaopatrzyć się w argumenty. Warto być mądrzejszym człowiekiem.

***

No i na koniec- Patti Smith i “Pociąg linii M”. Weszło idealnie w jeden weekend. Jeśli ktoś czytał jej “Poniedziałkowe dzieci”, to zna ten styl, pamiętnikowy, pełen wspomnień, emocji z głowy, subiektywny, melancholijny. Mimo, że czasem bywa smutno, to lektura jest bardzo relaksująca, przepływa przez czytelnika lekko, pozostawiając w miłym letargu.

Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Ożenek

Podobno ceremonie u Biedronia to taki hit, jak świeżaki w Biedrze albo prosecco w Lidlu. Każdy może wziąć ślub z Biedroniem. Każdy oprócz jego partnera.

Na ślubach kręcą mi się łzy w oczach, nie do końca są to łzy wzruszenia, często goryczy. 

Nie wiem jak czuje się Biedroń, kiedy patrzy na te wszystkie rodziny świętujące miłość, a potem wraca do domu, do “pana nikogo”. Nie wiem co sobie myślą pary, które na mają fajny event ze sławnym i lubianym politykiem, event podszyty nierównością i niesprawiedliwością. 

Kiedy ja widzę nagrania krążące po internecie, jest mi zwyczajnie przykro.

Nie czekałyśmy na zmianę prawa w Polsce. Nie chcę mieć zdjęć ślubnych z balkonikiem i siwymi włosami uniesionymi trwałą dla objętości. Nie chcę być częścią pary staruszek, które w internecie młodym wyciskają łzy w oczach, że całe życie razem, na przekór polityce, a teraz oto, u schyłku mogą się pobrać. Łzy kapią na klawiaturę, szery lecą, tęcza i jednorożce.

Chciałam wyjść w ładnej koronce, szpilkach, z kwiatami, zatańczyć z teściem na parkiecie, zatańczyć z teściową na parkiecie, zrobić “gorzko gorzko” bez potrzeby wyjmowania sztucznej szczęki i nie wymierzać sobie szampana, bo insulina skacze.

Spakowałyśmy kiecki, wraz z tabunem uchodźców ekonomicznych z Polski pofrunęłyśmy do Londynu, rozwrzeszczane bachory i pijani Janusze nie zmącili nam nastroju.

Denerwowałam się jak walnięta, makijaż nie tak, włosy nie halo, zgubiłam kosmetyk, moja narzeczona wisiorek, prawie się pokłóciłyśmy i już chciałam wracać.
Wyszło słońce na skołtunionym angielskim niebie, w urzędzie puścili nam Barryego White’a, było na luzie, z żartami, śmiechem, ze łzami, szampanem, triumfalnym marszem przez muzułmańską dzielnicę (ludzie się uśmiechali, o zgrozo), obiadem we włoskiej restauracji prowadzonej przez Polaków (którzy gratulowali- można? można).
Potem wesele na Kaszubach, takie jak chciałam, na trawie, z lampionami, boho style, en vogue, hipstery biorą ślub i puszczają fajerwerki, a zamiast białego misia słuchają The Ting Tings, piją prosecco i zapewniają wege catering.

111

W internetowych dyskusjach pojawiają się pytania “po co ludzie lgbt chcą brać śluby”. 

Całe życie towarzyszą nam różne ceremonie przejścia. Od prymitywnych ludów z buszu, po maklerów Nowego Jorku, dzielimy swój czas na etapy, rozdziały. Po to mamy chrzciny lub “pępkowe”, osiemnastki, kinseniery, obrzezania, bar micwy, i przede wszystkim- śluby.

Symboliczne określanie się w społeczeństwie, komunikowanie sobie i innym ważnego etapu w życiu. Oto jestem, świętujcie ze mną, uznajcie ten przełomowy moment. 

Oczywiście, że można różne rzeczy zapisać u notariusza. Można założyć spółkę z o. o. Można kupić sobie prywatne ubezpieczenie dla par. Można nosić w portfelu tysiąc świstków na wszelki wypadek. Tylko to nie zmieni nas od wewnątrz.

Symboliczne potwierdzenie przynależności do drugiej osoby, określenie swojej rodziny, powiedzenie “teraz to jest mój dom”, poczucie się “dorosłą”, to są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek papier o dziedziczeniu trzech kotów, dwóch komputerów i samochodu. Już nie ma dylematu kim jestem, gdzie przynależę, to wszystko zostało potwierdzone ceremonią, pokazane innym podczas uroczystości, tego już nie można kwestionować.
Już nie czuję się gówniarą, zyskałam świadomość kontroli własnego losu, własnych wyborów, dom, poczucie bezpieczeństwa. Ona jest moja, ja jestem jej.

Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara.