Skąd się bierze TO w środku

Miałam 6 lat, kiedy wygrałam swój pierwszy konkurs plastyczny. Był o zasadach ruchu drogowego. Przedszkolaki zebrane w sali udekorowanej zielonym suknem, godło jeszcze bez korony, galaretka z bitą śmietaną na deser, od której zrobiło mi się niedobrze. Dyplom. Wywiad w lokalnej rozgłośni radiowej. 

-Jak masz na imię?

– Majisia.

– Powiedz Marysiu, co jest na twoim obrazku?

itd.

W podstawówce wszystkie zeszyty zamiast zapisanych lekcji zarysowane wzorkami, buziami, roślinami, zwierzętami. Do naszego domu przyszedł ksiądz po kolędzie:

-Czy córka wybiera się do liceum plastycznego?

-Nie, po tym nie ma pracy

W liceum w głowie “bzdury”. Jak manga i anime. Czarodziejkowy szał, potem NGE, GITS, tego typu pozycje.

Wszystkie gazetki szkolne mego pędzla. Portrety Puszkina, Norwida, Sobieskiego, kogo ja tam nie narysowałam. Prywatnie- tony absolutnie splagiatowanych komiksów, tony głupich komiksów i kilka całkiem pomysłowych. Czasem wydruk w jakiejś gazetce, fanzinie. Czasy bez internetu, jak tu pokazać swoją twórczość?

Niedawno przeglądałam te starocie. To nie jest tak, że ja miałam jakiś specjalny talent czy łatwość. Tego po prostu były tysiące. Sterta absolutnie potwornych bohomazów z asymetrycznymi twarzami i powykrzywianymi dłońmi.

W domu: nie zajmuj się tymi bzdurami, lepiej się ucz. Była nawet specjalna nazwa- “znowu rysujesz swoje małpieniata” (chyba z rosyjskiego to określenie?).

Za karę porwane rysunki. Potem już niszczyłam je sama. To jest tak, jakby człowiek sam się dźgał w serce, zabijał siebie kawałek po kawałku. Przestajesz w pewnym momencie czuć cokolwiek, obojętniejesz, odlatujesz w jakąś ciemność.

99

Nauczycielka z domu kultury:

-Marysiu, może byś poszła na ASP?

-Nie, ja się nie nadaję, będę lekarzem.

W klasie maturalnej zwrot, teraz albo nigdy. Na szybko sklejona teczka wysłana na Akademię. Pojechałam na bezpłatne konsultacje. Ładne rysunki, proszę przyjechać na plener. Nie stać mnie na plener, proszę pana, rodzice nie wspierają takich “głupot”, nie mam 2tys. złotych aby tam pojechać.

No to chociaż architektura wnętrz. Po tym będzie praca, prawda?

Praca była. Najpierw zapieprz za grosze w kolejnych firmach, potem na własną rękę. I gdzieś coś powoli odpadało kawałek po kawałku. Przestałam pisać pamiętniki i listy, bo po co, i tak zostaną przeczytane, a potem wyszydzone. 

Nauczona wstydzić się za wszystko, co wychodzi ze środka, nie chciałam już nawet próbować. Pokazanie swojego rysunku, czy tekstu to dla mnie jak stanąć nago na środku ulicy.

Dlaczego to robię? Bo sprawia mi cholerną przyjemność i choć na chwilę daje poczucie wolności.

Nie zapraszam bliskich na wystawy. Nie przychodzili na nie, kiedy byłam w szkole, nie przyjdą i teraz. Z gulą w gardle przyjmuję komplementy od rodziny mojej żony. Nie jestem w stanie nawet w to uwierzyć, że jadą z innego miasta i chce im się zobaczyć moje prace na jakiejś ścianie. Odpycham to i udaję, że nie słyszę.

Pamiętam jak miałam swój pierwszy wernisaż w liceum. Pokaz prac grupy z domu kultury. Nie poszłam na niego, bo musiałabym iść sama. Jedynie mój dziadek kazał mi się zaprowadzić. Pojechaliśmy autobusem na drugi koniec miasta, a tam zamknięte, “dziś nieczynne”, “zapraszamy jutro”. Obejrzeliśmy zza krat w oknach i ten jeden raz czułam, że ktoś jest ze mnie dumny.

Czysta krew

Chyba częściej się wkurzam niż smucę. Wczoraj fejsbuk pokazał mi post, który polubił znajomy. Post napisany wściekle elitarystycznym językiem- o motłochu, który wybrał dyktatora i nic z tego nie rozumie. O tym, że potomkowie niepiśmiennych bosonogich chłopów wywyższeni przez komunizm teraz zbierają plon. Że prostacy i idioci. Że faworyzowani przez PRLowską władzę zmierzają do tego samego. Pogarda strumieniami.

Ale nie fiksując się na chwilowej sytuacji, chciałabym sięgnąć głębiej.

Za każdym razem, kiedy ktoś ze znajomych pieje z zachwytu nad swoimi “szlacheckimi korzeniami”, przewracam oczami i przypomina mi się tekst Kapuścińskiego o rasizmie. Ogólnie rzecz biorąc duma z koloru skóry jest dla mnie tym samym co duma z pochodzenia. No gratuluję miałeś przypadkowe szczęście urodzić się akurat w rodzinie:

a. wykorzystującej niewolniczą pracę chłopów przymierających głodem, aby zachlewać się do nieprzytomności na polowaniach i dzięki współpracy z zaborcami gromadzącej majątki (to w przypadku tej “prawdziwej” szlachty)

b. niby szlacheckiej, ale żyjącej na klepisku, a różniącej się od chłopa tym, że potrafi czytać i pisać, z licznymi bękartami poczętymi na sianie przemocą.

Dla mnie pogardzanie niepiśmiennym chłopem pańszczyźnianym to strzelanie sobie samemu w głowę. Bo kto odpowiadał za taki stan rzeczy. W dużej mierze ominęła nas rewolucja przemysłowa Zachodu, kościół katolicki niestety wbrew własnym deklaracjom bardzo rzadko wychodzi do tzw “ludu”, prędzej pewnie księdza proboszcza można było spotkać na zakrapianej imprezie lokalnego panicza, niż uczącego bosonogie dzieci alfabetu. Dlaczego niemiecki pan mógł zorganizować szkołę, a polski nie? Jaki pasterz, takie owce moi drodzy.

Niedobrze mi się robi od przechwałek, jakiej kto jest krwi. Bądź człowieku dumny z tego, co sobą reprezentujesz, a nie z losowego przypadku. 

Ci pogardzani chłopi nie raz takich pyszałków wynosili bagnetami, i po trochu to się dzieje właśnie teraz.

To, że komunizm pozwolił kształcić się osobom, które do tej pory były pozbawione jakiejkolwiek możliwości oderwania się od pługa, poczytuję jako jego wielką zasługę.

Często na różnych stronach warszawskich, gdzie są np informacje o imprezach, obchodach itd mam okazję poczytać tonę pogardliwych komentarzy o “słoikach”.

Że nie płacą podatków w mieście, w którym mieszkają. Tak, bo gdyby mogli się tam zameldować, to nie byłoby problemu. Gdyby chciwy rynek mieszkaniowy nie pobierał równowartości średniej pensji za norę w ciemnej dupie, która jeszcze 50 lat temu nawet Warszawą nie była, to może nie trzeba by było wozić tych klopsów od mamy. 

c5d13537853905-574e8b6016a72

Sory, Warszawa to nie Nowy Jork ani Paryż, jak wyjmiecie przyjezdnych, to wiatr będzie hulał między blokami z wielkiej płyty zwanych “luksusowymi apartamentowcami 10 minut od centrum”. Jak podczas każdej Wielkanocy, kiedy miasto przypomina Phenian po przejeździe kolumny Kim Dzong Una.

Masz naprawdę wielki żal, że “ktoś kradnie Ci pracę”? To napisz lepsze CV.

Nie każdy potrafi docenić to, że dzięki tym ludziom właśnie w Warszawie jest energia, ruch, tłum na targach śniadaniowych. Że ten, kto nie dostał mieszkania po babci, prędzej czy później je kupi i zacznie płacić te wymarzone podatki w stolicy. I wyrobi sobie kartę Warszawiaka. I zamiast gołąbków w słoiku zje pyszne Pho od emigranta wietnamskiego, który z kolei wynajmie lokal od kogoś, kto akurat miał fuksa urodzić się w tym a nie innym miejscu.

Wiecie drodzy “rdzenni” Warszawiacy, jak ciężko jest zacząć życie w nowym miejscu, gdzie nie ma znajomych z podstawówki, nie wiesz, do jakiej przychodni pójść, dentystę i mechanika ogarniasz po latach strasznych wpadek i błędów, a mieszkanie na kupie wcale nie przypomina sytuacji z serialu “Friends”, prędzej nielegalny burdel 24h.

I nie, nie każdy chce “zostać w swojej wsi” (a często w uroczym miasteczku), bo na przykład wymarzył sobie aby być project managerem w firmie reklamowej i sory, że to komuś przeszkadza, ale na szczęście tu nie Rosja i można się jeszcze przemieszczać w celach zarobkowo- mieszkalnych. Ja mam propozycję, aby ci, którzy krzyczą o siedzeniu “u siebie”, zostali “u siebie” na wakacje, a swoje dzieci zapisali na półkolonie w mieście, rodziców do sanatorium z leczniczymi właściwościami warszawskiego smogu. Wtedy sobie krzyczcie o “lokalnych patriotach”.

Skąd się bierze duma z “czystej krwi”? Z kompleksów i z własnych małości. Bo nie czarujmy się, być “rodowitym Warszawiakiem”, albo mieć “szlacheckie korzenie” (co zresztą najczęściej nie idzie w parze), to dla np takiego “rodowitego Paryżanina” brzmi tak samo, jak: “jestem z Ułan Bator i mamy tam fajną jurtę od pokoleń”.

Warsztaty z umierania

Niedawno buszowałam z koleżanką w księgarni. Wpadła mi w oko okładka książki, którą czytałam rok temu- “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Zachwalałam znajomej, jak to dzieło poprzestawiało mi w głowie, za nami pan w średnim wieku nadstawiał uszu i kiedy udałyśmy się do kolejnych regałów, chwycił ten reportaż i po przewertowaniu ruszył do kasy.

Reklama dźwignią handlu, ale nie chcę tu omawiać tej książki, jest ona pretekstem do czegoś innego.

Jest w niej opisana scena tytułowych warsztatów. Prowadzi je buddyjski mnich, aby pomóc ludziom pozbierać się po tragedii katastrofy w Fukushimie. Są to techniki wizualizacyjno- medytacyjne, uczestnicy piszą na oddzielnych karteczkach najważniejsze przedmioty w swoim życiu, najważniejszych ludzi, najważniejsze aktywności itd. Następnie kawałek po kawałku słuchają opowieści, a raczej uczestniczą w czymś, co można porównać do role playing game. Prowadzący opisuje im kolejne stadia ich wyobrażonej choroby. 

Na początku słabną. Każe wybrać i wyrzucić jedną z karteczek. Potem walczą z chorobą- odpadają kolejne zapiski. W końcu czekają na śmierć, kawałek po kawałku, kiedy historia się rozwija przechodzi się od rzeczy najmniej istotnych do najważniejszych. Poddający się tej terapii największy problem mają z odkładaniem ludzi, zamiast miąć papier, ostrożnie go składają i delikatnie odsuwają. 

To, co zostaje nam na końcu, uświadamia, co w rzeczywistości jest dla nas ważne, najbardziej istotne.

Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie, myślę, że mocno mnie zmieniła. Jak często żyjemy czymś, co będzie za miesiąc, za rok, za pięć. Widzimy siebie w teoretycznych sytuacjach, do których aspirujemy, które nadejdą lub nie. Wściekamy się na rzeczywistość, która jest poza zasięgiem naszego wpływu.

tumblr_ocau7swfti1vcdl4po1_1280

Mam czasem taki moment, że gubię tydzień. Lecę nie wiadomo dokąd, a tu nagle sobota. I trzeba szybko odpoczywać, bo przecież zaraz od nowa kołowrotek.

Zbierałyśmy długo na remont. A tu zepsuł się samochód, no zdechło truchło i koniec, wkładanie kolejnych pieniędzy na reanimację przestało mieć jakikolwiek sens. Trzeba było kupić nowy. Remont się nie wydarzył.

Wizja kolejnych kilku lat odkładania (bo kredytu nie chcemy) zniechęcała do czegokolwiek. Także trudno- dziś i teraz. Kupiłam farbę i przemalowałam ściany, moja partnerka- meble kuchenne. I po kawałku, może nie będzie generalny i wymarzony, ale życie nieokreśloną przyszłością jest zbyt frustrujące.

Kiedyś dużo przejmowałam się tym, czego nie mam. Wciąż kolejne rzeczy do odhaczenia, klucz do szczęśliwości wiecznie gdzieś za rogiem, za mgłą. A to większe zarobki, albo kolejna życiowa podróż, ładniejsze, większe mieszkanie itd. W pewnym momencie zaczęłam robić różne rzeczy dla przyjemności. Rysować, pisać, dawać czas dla siebie. Już nie mam presji, żeby być mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, bogatsza. Żeby mnie bardziej rodzina lubiła, żeby wszystkich zadowolić i pokazać, że zasługuję na ich uwagę, aprobatę.

Nie potrzebuję żadnego kołcza, który będzie do mnie krzyczał, że mogę wszystko, sky is the limit i że mam wychodzić ze strefy komfortu. Ja swoją strefę komfortu cenię ponad resztę, kokoszę się w niej, przyjmuję gości jak chcę, a jak nie, spędzam samotnie w niej czas bez żalu, że coś mi ucieka.

I nieważne jak dużo mam pracy, obowiązków, że kot narzygał, chcę się wtedy czuć spokojna i pogodzona ze światem.

Od niedawna bardzo pomaga mi w tym poranna medytacja, która wycisza hałas w głowie. Wiem, że to wszystko może brzmieć jak tandetne teksty z książek hygge/ cohelio itd, ale w tym rozedrganym świecie i wariatkowie dążenia do sukcesu, w nieustających konkursach na to, kto ma więcej, przydałyby się obowiązkowe warsztaty z umierania.

Wszyscy byliśmy dziećmi

Dzieciństwo to coś do czego się wraca, żeby zrozumieć. Nie tylko nostalgia za oranżadką w proszku i komputerami Amiga.

Lubię sobie podkolorować, idealizować ten czas, bo kiedy jesteś dzieckiem wszystko ma inny smak i barwę. Widzę to po moich siostrzeńcach i siostrzenicach, którzy w muszli szukają głosu małej syrenki, a na wieść o lodach zaczynają skakać z radości.

Późniejsze życie, błędy i decyzje, które traktujemy beztrosko, okoliczności, na które nie mamy wpływu i takie, które zależą od nas, składają się na obrazek człowieka, którym się stajemy.

Była Janina. Zazdrościłam jej zagranicznych ubrań. Mama pracowała we Włoszech. Janina najlepiej na podwórku grała w gumę. Zawsze była trochę “ponad”.

Janina co wieczór w milczeniu prowadziła do domu swojego pijanego ojca. Kiedy była już pełnoletnia codziennie słyszałam przez ścianę z jej ust przekleństwa w stronę nietrzeźwego rodzica. Janina wyjechała i odcięła się od rodziny.

Była Marta. Marty rodzice pracowali w Stanach Zjednoczonych. Marta miała zawsze mieszkanie tylko dla siebie. Marzyłam, żeby jak ona mieć tyle przestrzeni i wolności. Nosiła w kieszeniach pieniądze, ja co najwyżej drobniaki na gumę do żucia. Czasem do Marty zaglądali dziadkowie. Marta była grzeczna i miała dobre oceny.

Rodzice Marty się rozwiedli zostawiając jej wspólne mieszkanie. Marta wyszła za mąż, urodziła dzieci. Z mężem pili dużo alkoholu, brali narkotyki. Teraz są na odwyku, opieka społeczna przekazała potomstwo przyrodniemu bratu Marty.

tumblr_obzrgq46ta1vcdl4po1_1280

Znałam Krzyśka, Ewę, Anetę, Bartka, Marka, Asię, Marcina, Karola i wiele innych dzieci, wrzuconych w dorosłość w czasach, kiedy nie było podręczników wychowywania, komunikacji asertywnej, rodzicielstwa bliskości, zajęć montessori, terapii sensorycznej, ADHD, alkoholik to był żul pijący denaturat, a nie wracający krzywym krokiem tato.

Idealizacja lat 80-tych, 90-tych, często w memach pt. “a pamiętacie jak z kluczem na szyi rozbijaliśmy sobie kolana i nikt nie dzwonił po pogotowie” pomaga nam nie czuć się tak źle z tym, co widzieliśmy, wyprzeć kłótnie za ścianami, bite za bezsensowne “przewinienia” dzieci, agresywne dziesięciolatki męczące zwierzęta, gdy nie było pedagoga/ psychologa do pomocy, brak reakcji na samotność “eurosierot”.

Mówią nam “wyrośliśmy na ludzi”.

Na ludzi nieradzących sobie z życiem, albo wręcz przeciwnie- po trupach dążących do samospełnienia, ludzi zasilających kozetki psychologów, nie potrafiących pozostać dłużej w jednym związku, wybierających związki toksyczne i destrukcyjne, dających się pomiatać przez pracodawców, klientów, pomiatających innymi, których uważamy za mniej zaradnych, albo niżej niż my stojących na drabinie.

Ludzi niewrażliwych na piękno, przyrodę, literaturę, sztukę. Bo nie ma miejsca na te wartości, kiedy w środku ból i cierpienie. 

Na ludzi, dla których pieniądz kupuje szczęście, “haule”, wyprzedaże, musthavy, lacosty i najki zaklejają z ulgą dziury w sercach. 

Wracamy z sentymentem do tych fioletowych łokci i napojów z woreczka, żeby zapomnieć o pasie na tyłku za złe świadectwo. 

Tajne miejsca

W tym roku wakacje nie rozpieszczają i nie chcą się udać. Pocieszam się, że to początek lata i staram nie poddawać już na wstępie.

Miało być polskie morze i Radiohead na Openerze, rybka na Rewie, wyspa Sobieszewska, o której śnię już od dłuższego czasu, piach, książki i rysunki.

Zamiast tego wyszła Warszawa.

Postanowiłam wykorzystać ten cudowny czas bez pracy i zrobić Wam mini poradnik, gdzie spędzić czas wokół stolicy i jednocześnie poczuć się jak w kurorcie.

W poniższym przypadku w kurorcie z lat 90-tych. 

Byś może to sentyment z dzieciństwa, pragnienie poczucia przez sekundę tego, co się czuło mając 8 lat, biegnąc z poobdzieranymi kolanami przez krzaki, kiedy nikt nie słyszał o kleszczach, a pająków używało się do straszenia co bardziej wrażliwych dzieci. Kiedy stopione lody spływały po rękach i brodzie, badyl ze sznurkiem to łuk, a kapelutek czy chustkę z głowy zdejmowało się zaraz po zniknięciu z zasięgu rodzicielskiego oka.

Zalesie Górne znajduje się tuż za Piasecznem, z Warszawy podróż samochodem zajmuje około 30 minut (widziałam też autobusy miejskie, więc na pewno jest jakiś przystanek). 

Cały interes kręci się wokół stawów usytuowanych w lesie. 

87

Znacie na pewno ten klimat, który świetnie odtwarzają książki Witkowskiego- podupadły kurort przed/ po sezonie, gdzie nie istnieje bhp, toaleta to krzaczki, pojedynczy panowie z wędką medytują na brzegu, w zaroślach pary w wieku moich rodziców ochoczo oddają się miłości, kilku znudzonych nastolatków okupuje pomost.

Można wynająć kajak albo rower wodny. My oczywiście w kształcie łabędzia. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wziąć rozwód, a potem powtórny ślub, to przysięgam, że do ołtarza popłynę na rowerze wodnym w kształcie łabędzia. Cała na biało. Hanka Bielicka zzielenieje w zaświatach z zazdrości.

Grupa licealistów w wynajętej atrapie kadilaka przepływała obok nas z gracją słuchając na cały regulator Edith Piaf, także pewna dawka abstrakcji jest nie do uniknięcia w tego typu miejscach.

Z brzegu stawu można łatwo niezbyt głęboką wodą dostać się na zalesioną wysepkę.  Jest też niedaleko tzw wake park, powiew hipsterskiej stolicy w tym zapomnianym przez bywalców plaż nad Wisłą miejscu. 

Jeśli chodzi o gastronomię, to zdecydowałyśmy się na żelazny punkt kurortów letnich- frytki i colę. Z nieznanych mi powodów smażone ziemniaki z dużą ilością soli na plaży zamieniają się w najpyszniejsze danie na świecie. Wprawdzie są też ze 2 food trucki, ale nie po to jechałam do lasu żeby obżerać się bao z kimchi jak na Nocnym Markecie.

Ludzie Warszawy, jeśli jak ja cenicie sobie proste przyjemności wczasów roku 1991-go, niestraszne Wam komary, przemrożone lody i rzeźby dinozaurów wyglądające zza zarośli- Zalesie Górne jest dla Was.

Równowaga

Wszystko co słyszeliście o “hygge” to prawda. Dania jest bezczelnie przytulna. Jedziesz autostradą i ani jednego bannera, tylko zieleń, pola, elektrownie wiatrowe, śliczne drewniane chatki, im bliżej morza tym ładniejsze zajazdy z wywieszonymi flagami, wydmy bez śladu papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, puszek po piwie, petów, czyste plaże, po których nie strach chodzić boso, można najwyżej nadepnąć na kraba lub muszlę okładniczka, dziwna cisza, przerywana szumem fal. Nie ma disco, nie ma sztucznych palm, nic nie udaje Copa Cabana, nie poskaczecie na dmuchanym zamku, nie popływacie na bananie, nie poćwiczycie aerobicu z gwiazdą. 

Możecie usiąść na piasku, otworzyć książkę (jak akurat nie pada), zrobić zdjęcie latarni morskiej, zjeść frytki albo hot doga z drewnianego domku. 

I wiecie co, nie ma nudy. Od przestrzeni prostują się myśli, od wiatru plączą się włosy. 

5a201f38166321-5757b5c8f3393

Kiedy tam trafiłam, w Warszawie akurat szalała Parada równości, największa w historii, trochę żałowałam, że nie dane mi było przemaszerować. 

Dla odmiany duńska wieś żyła innymi sprawami- świętem narodowym, długim weekendem, które obchodzono ku mojemu zdziwieniu nie racami, pochodami, bitwami na kostkę brukową, nie dymem i krzykiem i bez policji. Duńczycy wychodzili sobie rodzinami na spacer, na jarmark i do restauracji. 

Dzieci miały wolne od swoich wiejskich szkół wyjętych z katalogu dobrej minimalistycznej architektury. 

A ja skołowana myślami krążyłam wokół potopu szwedzkiego i zastanawiałam się dlaczego okupacja skandynawska nie przetrwała do dziś. Może jeszcze nie jest za późno? Może jeszcze nas najadą?

(nie) cierpliwość

To będzie taki trochę coming out. 

Kiedy byłam dzieckiem, lekarze ciągle mówili, że mam nadpobudliwość psycho- ruchową. No ale to były mroczne lata osiemdziesiąte i nikt nie słyszał o terapiach, psychologach, ważne było żeby dostać meblościankę albo miejsce w sanatorium. Jeśli chodzi o potrzeby duszy, to obowiązywała postawa pt. “chyba w dupie ci się poprzewracało”.

Także myślałam sobie całe życie, że coś ze mną jest nie tak. Że się tak potwornie męczę na lekcjach (co doprowadziło od sporadycznych nieobecności w podstawówce, do regularnych wagarów w liceum; kiedy inni uciekali ze szkoły, aby się napić piwa nad rzeczką, ja po prostu oglądałam tv, czytałam książkę, albo gotowałam w domu; jeśli nie mogłam akurat być u siebie, to po prostu spacerowałam po mieście).

Nie rozumiałam dlaczego z każdej imprezy wychodzę o 22:00, bo już mam dość. Dlaczego nie potrafię po prostu usiąść do tych lekcji i ich odrobić. Dlaczego odpływam myślami i nic nie pamiętam z rzeczy, które do mnie mówią. Że kiedy ogarnia mnie jakaś emocja, to jest ona niepowstrzymana i nie potrafię sobie racjonalizować rzeczy, które mnie spotykają. Dlaczego wciąż nawalam i zawodzę innych mimo, że nie ma przeszkód abym nie dotrzymała zobowiązań. Że nie potrafię wgłębiać się w przyjaźnie i z nikim nie wytrzymuję za długo i za często, że męczy mnie kiedy jestem z kimś dłużej niż godzina- dwie.

82
Jako nastolatka byłam tym wszystkim tak sfrustrowana, że zaczęłam uprawiać medytację zen. Wkurwiła mnie po kilku razach.
Jako osoba dorosła po każdym spędzie rodzinnym, kiedy siedzi się przy stole dłużej niż godzina- dwie, muszę iść spać, bo jestem tak wykończona. W początkach mojej pracy byłam przekonana, że jestem jakaś głupia, że zaczynam wszelkie projekty dobrze i porządnie, a kończę tak, że wstyd pokazać i się przyznać.
Przez te lata w kilku dziedzinach (zwłaszcza jeśli chodzi o organizację pracy), w mękach udało mi się opanować pewne rzeczy, jeśli gdzieś wyjeżdżam, pakuję się dobę przed i wygląda to mniej więcej tak, że chodzę pół dnia po całym domu i zbieram różne rzeczy na jedną kupę, bo na bank zapomnę.
Nauczyłam się mówić “najpierw pomyślę i wrócę z odpowiedzią”, bo wiem, że moje impulsywne działanie jest najczęściej skrajnie głupie. Potrafię rzucić wszystko i szorować piekarnik, bo akurat w tej sekundzie mnie wkurza, że jest przypalona kratka.
Jednocześnie jak coś robię to na sto procent, co owocuje przewrażliwieniem na krytykę, bo “dałam z siebie wszystko”.
Człowiek z ADHD się spala. To nie zawsze wygląda tak, że latasz jak wariat i śpiewasz na głos w tłumie. Często po prostu nie możesz utrzymać koncentracji, męczysz się, frustrujesz. Wszystko kosztuje dużo wysiłku, proste rzeczy jak odpowiedzenie na długiego maila.
Robię listy i odhaczam zadania, bo bym ugrzęzła.

Kończę ten wywód, bo mnie męczy 🙂

Porno

Wczoraj zrobiło mi się bardzo smutno. Obejrzałam dwa pierwsze odcinki nowego serialu dokumentalnego na Netflixie, który jest podobno kontynuacją “Hot girls wanted” (nie wiem, bo tego akurat nie widziałam), o tytule “Turned on”.

Netflixowe serie mają podobną konstrukcję, czy to “Chef’s table”, czy “Abstract”, tematy są podane w bardzo atrakcyjnej formie, mocnej emocjonalnie, to dokumenty, które dają mnóstwo rozrywki i bardzo wciągają.

Przeważnie łykam wszystkie odcinki za jednym razem poświęcając na to pół niedzieli z michą popcornu/ spaghetti/ marząc o wielkiej pieczonej świni, kiedy oglądam historie kucharzy.

Tym razem było inaczej i muszę sobie zrobić przerwę, zanim usiądę do odcinka trzeciego.

Nie spodziewajcie się w tym filmie odważnych scen erotycznych, opowiada o seksualności bez mięsa na stole i robi to bardzo dobrze.

Oczywiście, te programy są pełne uproszczeń i podkreśleń, ale przekaz płynie bardzo smutny. Porno sex nie jest w ogóle sexy. Nie jest kinky. Nie jest przyjemny.

Bardzo podobał mi się fragment z Ericą Lust, która stara się kręcić filmy pornograficzne dla kobiet, uwzględniające ich poczucie estetyki i potrzeby. Smutne refleksje, że w ogólnodostępnej pornografii i erotyce nie ma zaspokajania kobiety. Seks pełny jest przemocy, wręcz podręcznikowo pokazuje “jak gwałcić i upokarzać”.

Sami twórcy pornografii mówiący, że dostają zlecenia przekraczające coraz więcej tabu. Bo w świecie setek tysięcy darmowych filmów trzeba się czymś wyróżnić, najczęściej brutalnością, gdzie standardowy stosunek zaczyna się od traktowania kobiety jak szmatę, a kończy na topieniu jej głowy w kiblu. Czy tutaj już naprawdę chodzi o podniecenie?

Niedawno napisałam w komentarzu na którymś fajpejdżu lgbt, że pornografia “lesbijska” nie jest skierowana do lesbijek. Panowie się zdziwili, dużo kobiet przyznało mi z miejsca rację. Tak, lesbijki najczęściej nie wyglądają jak striptizerki z długimi tipsami i najczęściej nie kręci ich lizanie dildosów i wkładanie sobie do waginy różnych przedmiotów o rozmiarach “maczuga herkulesa”. 

74a

Miałam kiedyś kolegę, który był bardzo ciekawy “jak kobiety to robią”. Rozczarowałam go, że zupełnie nie wygląda to jak na pornolach, żeby obejrzał sobie jakieś erotyczne sceny “L word”, bo to by było bliżej życia.

Był taki film “Kids are all right”, a w nim dwie kobiety uprawiające sex do gejowskiego pornosa. Wcale mnie to nie dziwi, bo te o paniach to czyste fantasy..

Teraz sobie pomyślałam, że temat nie dotyczy tylko kobiet homoseksualnych. Pornografia nie jest dla kobiet. Połowa ludzkości nie jest brana pod uwagę w sprawach seksu. Dlatego mężczyźni w filmach erotycznych najczęściej są mało atrakcyjni. Dlatego rzadko prowadzą jakąkolwiek grę wstępną, dlatego nie ma miłości francuskiej na kobiecie. I nie chodzi o to, że pornografia kobieca ma być “delikatna i erotyczna”, ale żeby uwzględniała w jakikolwiek sposób kobiecą przyjemność.

Tak sobie myślę, że jeśli wielu współczesnych nastolatków napatrzy się na te wszystkie sceny przemocy seksualnej na kobietach karykaturalnie wymodelowanych udanymi i nieudanymi operacjami plastycznymi, to czy jakikolwiek stosunek odbyty z normalną dziewczyną w realnym życiu dorówna intensywnością temu co w internecie.

Nie chcę wyjść na dewotkę, myślę, że coś jest nie tak z naszym społeczeństwem, kiedy matka “wywalająca” cyca karmiąc swoje dziecko bardzo nam przeszkadza, kiedy irytuje nas trzymanie się za rękę dwóch gejów, pocałunek dwóch kobiet czy drag queen śpiewająca hity Edyty Górniak, a nie przeszkadza masturbacja do lolity gwałconej przez trzech chłopa na youpornie.

Widzialne

Nigdy nie byłam typem aktywistki. W rozmowach z ludźmi o różnej orientacji często pojawia się pytanie, wątpliwość dotycząca “obnoszenia się”. 

Ze strony osób heteroseksualnych, których preferencje są społecznie przezroczyste, wyraźne jest niezrozumienie, że ktoś się skupia na tym, z kim wchodzi w związek. Domyślnie, kiedy inni widzą obrączkę na moim palcu, zakładają, że mam męża. Prawo większości, prawdopodobieństwo trafienia jest dużo większe.

Wśród osób LGBT, które “nie lubią się obnosić” tłumaczę to po prostu strachem. Hej, patrzcie, jestem taki jak wy, nie biegam z piórkiem w tyłku.

Z tym, że nie.

Nie jesteśmy tacy sami ze względów nie tylko prawnych, nie tylko jeśli chodzi o narażenie na przemoc, na obelgi, na przykrości. Jesteśmy inni, bo często się zdarza, że nasze związki i relacje wyglądają inaczej, wielu z nas ma rodziny z wyboru, bo prawdziwe ich odrzuciły, bo funkcjonujemy w bańkach społecznych, kiedy nie uczestniczymy pełnoprawnie w świecie, który nas otacza (choćby celebracje świąt, walentynek, najróżniejszych okazji, które pomijają istnienie par/ rodzin nieheteroseksualnych).

Znam absolutnie absurdalne z mojego punktu widzenia sytuacje, gdzie “mama dziecka mieszka z ciocią” i dziadkowie o tym nie wiedzą, albo homoseksualnych mężczyzn zamieszczających zdjęcia z koleżankami sugerujące, że to są ich jakieś podboje. Nie potępiam, bo empatyzuję.

63 

Współczuję, że strach jest tak duży, że trzeba oszukiwać najbliższych, że pośród rodziny i kolegów z pracy ktoś czuje się na tyle źle, że żyje w kłamstwie.

Wiele osób LGBT, które znam, a które przechodziły proces samoakceptacji, przechodziło również terapię. 

Terapia ma wielkie zęby i się jej boimy, bo jeśli nie zdobędziemy się na szczerość, to nic nam nie da. Kiedy staniemy ze sobą twarzą w twarz i powiemy, że tak boję się, tylko wtedy będziemy w stanie naprawić sytuację. Zgrywanie chojraka “ja nie muszę obwieszczać całemu światu z kim sypiam” to fajne maskowanie strachu. Stawianie swojego związku jako czegoś nieważnego, czegoś “przy okazji” w życiu.

Doskonale wiem jak można się spinać, kiedy inni się gapią. Albo wydaje nam się, że się gapią. Jak wygląda życie w stresie, kiedy trzeba się bronić, udowadniać, że jestem “jedną z nich”.

Wiecie, w pewnym momencie to jest nie do zniesienia, jest takie “fuck it”. I mam więcej szacunku do drag queen w kozakach w panterkę niż do tych “na paradę nie chodzę, bo nie lubię epatować”. Bo “obnoszenie się” wymaga w cholerę odwagi, to jest narażenie się na zniewagi i przemoc, ale pozostanie wiernym sobie. Nie udowadnianie “jestem jak wy”, nie jestem i nie muszę.

Mogę mieć irokeza. Mogę żyć w otwartym związku. Mogę mieć swoją tęczową rodzinę. Mogę być gejem z Tinderem w komórce. Mogę mieć jedną dziewczynę przez całe życie. Mogę mieć tatuaże, albo koszulkę w cipki. Mogę też być przegiętą ciotą albo umięśnioną ciotą. Mogę nie znać sexu z facetem. Mogę mieć raz mężczyznę raz kobietę. I kij komukolwiek do tego.

Nie wiedziałam do końca dlaczego prowadzę tego bloga. Chyba po to, aby gdzieś powiedzieć to na głos.

Oddech

Na skraju zmęczenia, zestresowania i wkurzenia pojechałam sobie na wakacje.

Wiecie, ja tu dużo stękam, że presja, że “not-perfect”, pielęgnuję moje fobie, lenistwa, usprawiedliwiam swoje niedociągnięcia i lęki. Potem okazuje się, że co najmniej połowa tego wszystkiego wyszła z wyczerpania i frustracji nadmiarem pracy, uciążliwymi dojazdami i kontaktami z ludźmi, którzy z kolei swoje problemy odbijają na innych. 

I wyjeżdżam sobie gdzieś w cholerę (w tym wypadku słoneczne wybrzeża Wielkiej Brytanii) i okazuje się, że wszystko jest do rozwiązania, w głowie zaprowadzam porządek w godzinę, plecy magicznie przestają boleć, a twarz prasuje się z opuchlizny.

59

Wystarczą 4 dni świętego spokoju i nie okłamuję się już jakim jestem “introwertykiem pod kocem, społecznie niedostosowanym, dajcie mi ciemną pieczarę”, nagle potrafię wymyślić kilka stron komiksu, który padł w martwym punkcie miesiące temu, narysować 10 obrazków dziennie, przeczytać książki, do których zabierałam się niczym pies do jeża (trafiło na nową Bator i “Rok królika”- niestety rozczarowała mnie, oraz “Króla” Twardocha- tu bardzo się wciągnęłam, choć mam wrażenie, że on wciąż pisze o tym samym mężczyźnie, tylko zmienia dekoracje).

60

Morze szumiało, fale huczały, wiatr robił mi kołtun, nie było smogu, Szyszko i wycinka poczekały na mnie, Polska z daleka mała, śmieszna i wcale nie wstała z kolan, a tylko pokazała białe brzydkie dupsko wywołując zażenowanie. 

Zastanawia mnie, ile z nas po prostu wybiera “drogę koca i kota”, bo jesteśmy zwyczajnie i po ludzku zmęczeni.

A ile z nas “introwertyzmem” tłumaczy swoje fobie społeczne, i zamiast się nimi zająć, klika w internecie śmieszne obrazki o tym, jacy introwertycy są głębocy, twórczy i niezrozumiani przez świat.

Ja wyjechałam z silną motywacją do przemeblowania swojego porządku dnia, aby się nie wykańczać i mieć na co dzień choć odrobinę tej energii, która we mnie wstępuje po ustawieniu urlopowego respondera na mailu.

Wpis zainspirowany wpisem.