Drama

Jakiś czas temu świat na chwilę zamarł, dzieci przestały płakać, psy szczekać, koty w sumie spały dalej snem sprawiedliwego (bo tych bestii nic nie ruszy).

W internet ruszyła informacja, że powstanie nowy sezon telenoweli amerykańskiej The L Word.

Miałam 25 lat, w sieci Piratebay był znanym i lubianym portalem do aktualizowania kolekcji filmów, odcinki seriali na podpisanych flamastrami cedekach przechodziły z rąk do rąk.

Moje życie wyglądało mniej więcej tak, że pomiędzy kolejnymi odcinkami odliczałam dni robiąc stadne powtórki z koleżankami.

Team Carmen, Team Shane, Team Alice, Team Betty (no dobra, nikt nie lubił Tiny). Ja na złość wszystkim stałam murem za Jenny (za każdym razem kiedy wygłaszałam na jej cześć peany, leciały w moją stronę pomidory, ogryzki, psie kupy i siekiery).

Do tej pory w telewizji nie dało się obejrzeć takich postaci, takich romansów, takiego seksu.

Oczywiście, były głosy, że elitarny świat bogatych kobiet z LA to bajkowy mit i że nie każdy może się identyfikować, ale umówmy się- gdybym chciała oglądać przygody lesbijki z bloku na Pradze, to by oznaczało, że natychmiast dożylnie należy podać mi antydepresanty. 

114

Serial oczywiście miał swoje wady, okropne stereotypy, czasem łopatologicznie wtłaczane ideologie, które musiały zostać wygłoszone przez bohaterki wielkimi literami, tak aby widz nie musiał czytać na Wikipedii co to feminizm, gender, transseksualność  itd.

Co do transpłciowości, to było wręcz tragicznie. Okropny antypatyczny bohater, irytujące zachowania i sztampa wyziewała z epizodów, powodując, że czerwieniłam się z zażenowania.

Nie inaczej było z obrazem mniejszości meksykańskiej. Niedawno rozmawiałam z koleżanką Hiszpanką i udzieliła mi informacji, że kwestie wygłaszane przez Carmen w jej rodzimym języku można by przyrównać do naszego “bla bla bla” z amerykańskim akcentem, jakiego nie powstydziłby się Brad Pit w Bękartach Wojny.

Niemniej- od czasu tej serii nic tak rozrywkowego, wciągającego nie pojawiło się w tv w temacie. Bo z całym szacunkiem, ale łatwiej mi się identyfikować z klubowiczką z Miasta Aniołów niż wytatuowaną więźniarką w Orange is the New Black.

Autorzy L Word ostatnią serię (w sumie dwie) położyli totalnie, może uda im się zrehabilitować, szczególnie, że poziom świata seriali przez te kilka lat poszybował pod sufit. Historia ma dotyczyć nowych bohaterek, stare ewentualnie pojawią się epizodycznie i ja przyjmuję to z pewną ulgą, bo ileż można patrzeć jak Betty i Tina biorą śluby/ rozwodzą się/ zdradzają/ kradną dzieci/ zachodzą w kolejne ciąże.

Czekam i trzymam kciuki.

Kulturalnie

Jesień, więc czas czytania, oglądania, życia pod kocem z kieliszkiem wina (ewentualnie herbaty z imbirem) i kotem na kolanach. Ostatnio wylosowałam szczęśliwie kilka niezłych pozycji kulturalno- popkulturalnych i postaram się podzielić z Wami moimi przeżyciami.

Seriale

Zaczniemy od łatwizny: serial Atypowy wszedł jak po maśle. PODOBNO rodzice osób z zespołem Aspergera nie byli zadowoleni z przekazu. Mam kilku bliższych i dalszych znajomych z nasileniem różnego spektrum autyzmu i muszę powiedzieć, że dla laika ta historia pomaga wiele zrozumieć.

Temat potraktowano z szacunkiem, bohater nie jest wyśmiewany (jak w Big Bang Theory czy Silicon Valley), jednocześnie nie ma śmiertelnego nadęcia licznych hollywoodzkich produkcji o geniuszach kryjących się pod płaszczem zaburzeń. Empatyzujesz, śmiejesz się, wzruszasz. Najbardziej dotknęła mnie historia “drugiego dziecka”, kiedy w rodzinie jest choroba, jedno z dzieci wymaga większej uwagi, a rodzeństwo musi szybko dorosnąć, staje się niewidzialne, niedocenione, nadopowiedzialne. Trochę może zabrakło tu pazura, bo przecież zdarza się również, że tacy bracia i siostry zaczynają sprawiać kłopoty wychowawcze, aby zaznaczyć swoją obecność, ale rozumiem, że tego typu wątek zrealizowała “uwalniająca się” matka.

Film jest ciepły, doceniam brak przegięć emocjonalnych, “normalność” relacji międzyludzkich. Zabrakło mi tego w dobrze zapowiadającym się netflixowym filmie “Aż do kości”, który tylko wprowadził mnie w stan “confused”.

***

Po artykułach w Wysokich Obcasach sięgnęłam po serial Top of the Lake i historia bardzo mnie poruszyła. 

Szczególnie w drugim sezonie- podobało mi się niejednoznaczne ukazanie bohaterów, trudne do oceny moralnej sytuacje, rozpacz ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci, przy jednoczesnym narzędziowym wykorzystywaniu surogatek z krajów “rozwijających się”. Czarny charakter z wyższym celem, który można w jakiś sposób zrozumieć a nawet usprawiedliwić, zagubiona nastolatka szukająca miłości, traumy przeszłości ciągnące się za główną bohaterką, nie pozwalając jej ułożyć sobie życia. 

Akcja jest dosyć powolna, trzeba dać sobie czas, żeby nas poruszyło. Kiedy to już się stanie, można o serialu rozmyślać tygodniami.

113

Filmy

Tu akurat na gorąco, bo byłam w kinie wczoraj. “The Square”, uczta.

Od czasu “Wielkiego Piękna” nikt tak cudownie nie pokazał “elit”. Śmiech miesza się z przerażeniem. Bełkot wsobnego świata snobów, oderwanego od rzeczywistości, zagubionego w sobie, bezrefleksyjne uczestnictwo w rzeczach pozornie “ważnych” i “mądrych”, a tak naprawdę ziejących pustką. Strach przed biedą, przed “gorszymi”, elitaryzm. Ludzie zamknięci w akwarium takich samych jak oni, czekających tylko na otwarty bufet, oddzieleni od “prawdziwego świata”, znieczulica społeczna i poszukiwanie sztucznie kreowanych wrażeń.

Jeśli to nie dostanie Oskara, to nie wiem co.

Książki

“Ma być czysto” Anny Cieplak. Dostałam od teściowej w prezencie. Zachęcała świetna okładka. Przykład, kiedy książkę można kupić ze względu na piękną oprawę graficzną.

Tak mogłyby wyglądać “Galerianki”, gdyby ktoś się przyłożył, wykazał empatią, wyczuciem, gdyby komuś chciało się nie myśleć tylko w kategoriach czarno- białych, upraszczających. Świat nastolatków bez lukru, wypełniony nową technologią, rodzinnymi komplikacjami, przyjaźnią, lękiem. Książka nasycona współczesnością, bardzo dobrze się ją czytało, bez nostalgii ale też bez popadania w zbytni dramatyzm.

***

Podobno słowo “Hen” ma po norwesku zbliżone znaczenie jak po polsku. Książka Ilony Wiśnewskiej to typ reportażu, który lubię, bo naznaczony sympatią do ludzi i tematu. Autorka jednocześnie nie ubarwia mitu “krainy Świętego Mikołaja”. Narracja jest spokojna, dokładna, prowadzona z sercem. Czytając zalewało mnie zimno, bardzo plastyczny język obiecywał fizyczne wręcz odczucia, wprowadzał w nastrój, w którym myśli się o odpaleniu kominka i nalaniu sobie gorącej herbaty. Dla tych co nie boją się zimy.

***

Zaczęłam też czytać “My z Jedwabnego”Anny Bikont. Ciężki temat, ujęty dziennikarskim prostym językiem.

Na razie jestem trochę zdewastowana i jedyne co mogę Wam powiedzieć, to przytoczyć tu cytat z książki: “Nienawiść- mówi Jacek (Kuroń)- bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia”.

***

Gdy było jeszcze ciepło, na hamaku przeczytałam “Księgę Zachwytów” Filipa Springera i polecam ją szczególnie tym, którzy twierdzą, że o gustach się nie dyskutuje. Dyskusja o gustach to moim zdaniem jedna z rzeczy, które WYPADA i trzeba poruszać. Jeśli tak jak ja dostajecie kurwicy na widok burdelu architektonicznego naszego kraju, ta książka pomoże Wam zaopatrzyć się w argumenty. Warto być mądrzejszym człowiekiem.

***

No i na koniec- Patti Smith i “Pociąg linii M”. Weszło idealnie w jeden weekend. Jeśli ktoś czytał jej “Poniedziałkowe dzieci”, to zna ten styl, pamiętnikowy, pełen wspomnień, emocji z głowy, subiektywny, melancholijny. Mimo, że czasem bywa smutno, to lektura jest bardzo relaksująca, przepływa przez czytelnika lekko, pozostawiając w miłym letargu.

Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Ożenek

Podobno ceremonie u Biedronia to taki hit, jak świeżaki w Biedrze albo prosecco w Lidlu. Każdy może wziąć ślub z Biedroniem. Każdy oprócz jego partnera.

Na ślubach kręcą mi się łzy w oczach, nie do końca są to łzy wzruszenia, często goryczy. 

Nie wiem jak czuje się Biedroń, kiedy patrzy na te wszystkie rodziny świętujące miłość, a potem wraca do domu, do “pana nikogo”. Nie wiem co sobie myślą pary, które na mają fajny event ze sławnym i lubianym politykiem, event podszyty nierównością i niesprawiedliwością. 

Kiedy ja widzę nagrania krążące po internecie, jest mi zwyczajnie przykro.

Nie czekałyśmy na zmianę prawa w Polsce. Nie chcę mieć zdjęć ślubnych z balkonikiem i siwymi włosami uniesionymi trwałą dla objętości. Nie chcę być częścią pary staruszek, które w internecie młodym wyciskają łzy w oczach, że całe życie razem, na przekór polityce, a teraz oto, u schyłku mogą się pobrać. Łzy kapią na klawiaturę, szery lecą, tęcza i jednorożce.

Chciałam wyjść w ładnej koronce, szpilkach, z kwiatami, zatańczyć z teściem na parkiecie, zatańczyć z teściową na parkiecie, zrobić “gorzko gorzko” bez potrzeby wyjmowania sztucznej szczęki i nie wymierzać sobie szampana, bo insulina skacze.

Spakowałyśmy kiecki, wraz z tabunem uchodźców ekonomicznych z Polski pofrunęłyśmy do Londynu, rozwrzeszczane bachory i pijani Janusze nie zmącili nam nastroju.

Denerwowałam się jak walnięta, makijaż nie tak, włosy nie halo, zgubiłam kosmetyk, moja narzeczona wisiorek, prawie się pokłóciłyśmy i już chciałam wracać.
Wyszło słońce na skołtunionym angielskim niebie, w urzędzie puścili nam Barryego White’a, było na luzie, z żartami, śmiechem, ze łzami, szampanem, triumfalnym marszem przez muzułmańską dzielnicę (ludzie się uśmiechali, o zgrozo), obiadem we włoskiej restauracji prowadzonej przez Polaków (którzy gratulowali- można? można).
Potem wesele na Kaszubach, takie jak chciałam, na trawie, z lampionami, boho style, en vogue, hipstery biorą ślub i puszczają fajerwerki, a zamiast białego misia słuchają The Ting Tings, piją prosecco i zapewniają wege catering.

111

W internetowych dyskusjach pojawiają się pytania “po co ludzie lgbt chcą brać śluby”. 

Całe życie towarzyszą nam różne ceremonie przejścia. Od prymitywnych ludów z buszu, po maklerów Nowego Jorku, dzielimy swój czas na etapy, rozdziały. Po to mamy chrzciny lub “pępkowe”, osiemnastki, kinseniery, obrzezania, bar micwy, i przede wszystkim- śluby.

Symboliczne określanie się w społeczeństwie, komunikowanie sobie i innym ważnego etapu w życiu. Oto jestem, świętujcie ze mną, uznajcie ten przełomowy moment. 

Oczywiście, że można różne rzeczy zapisać u notariusza. Można założyć spółkę z o. o. Można kupić sobie prywatne ubezpieczenie dla par. Można nosić w portfelu tysiąc świstków na wszelki wypadek. Tylko to nie zmieni nas od wewnątrz.

Symboliczne potwierdzenie przynależności do drugiej osoby, określenie swojej rodziny, powiedzenie “teraz to jest mój dom”, poczucie się “dorosłą”, to są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek papier o dziedziczeniu trzech kotów, dwóch komputerów i samochodu. Już nie ma dylematu kim jestem, gdzie przynależę, to wszystko zostało potwierdzone ceremonią, pokazane innym podczas uroczystości, tego już nie można kwestionować.
Już nie czuję się gówniarą, zyskałam świadomość kontroli własnego losu, własnych wyborów, dom, poczucie bezpieczeństwa. Ona jest moja, ja jestem jej.

Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara. 

Zorientowani

Orientacja inna niż heteroseksualna wymaga deklaracji. Zawsze mnie to lekko irytowało, że coś jest domyślne, a każdy, kto się w tych pojęciach nie mieści, musi się społecznie ometkować, żeby inni wiedzieli o co chodzi.

Bycie z kobietą często ustawia Cię na pozycji otwartej. Otwartej na propozycje.

Na przykład heteroseksualnej dziewczynie w heteroseksualnym związku niezwykle rzadko będą składane propozycje trójkątów czy innych figur geometrycznych. Zakłada się, że jej związek jest monogamiczny, a partner po takich słowach może zwyczajnie dać w ryj.

Nawet nie wiecie ile razy zdarzyło mi się usłyszeć od obcych ludzi oferty zupełnie jednoznaczne. Czasem nawet nie poprzedzały ich słowne zapytania, a od razu przechodzono do czynów, bez zbędnych ceregieli. Ha- nikt nawet mi kolacji nie zaproponował, a już leci z łapami!

Jest jakiś magiczny pornograficzny mit, wzięty z bajek dla dorosłych na różnych fantastycznych internetowych stronach, że jak spotykasz nieheteroseksualną kobietę, to następuje akcja. Innymi słowy używasz sobie innej osoby do zrealizowania erotycznej fantazji.

tumblr_ocwzxs7jmn1vcdl4po1_1280

Wystarczy, że w towarzystwie pojawiają się słowa: “moja dziewczyna”, “moja partnerka”, a w głowach co poniektórych, jak u Pomysłowego Dobromira, zapala się żaróweczka. 

Ja rozumiem, że są związki otwarte, związki poliamoryczne i jakie tam chcecie spektrum ludzkich relacji. Ale może zanim ktoś złoży propozycję nie do odrzucenia, warto się dowiedzieć, czy taka osoba przypadkiem nie jest w związku monogamicznym? 

Już nie mówiąc o tym, że jeśli, drogi mężczyzno, spotykasz lesbijkę, to odwrotnie niż w pornografii i piosenkach Kazika- może ona nie mieć ochoty na twoje dodatkowe końcówki?

Do tego dochodzi cała sprawa biseksualizmu. 

Szczerze mówiąc, ja już nawet nie używam słowa “biseksualność” w towarzystwie, bo działa ono jak zaproszenie do łóżkowych eksperymentów.
Hej, nawet jeśli ktoś jest panseksualno- biseksualno- transseksualno- cotamjeszcze seksualny, to wcale nie oznacza, że musi mieć ochotę na czyjekolwiek nagie pośladki w swoim łóżku, tylko dlatego, że pod wpływem wina, niczym kuracjusze w Ciechocinku zerwani ze smyczy domowych starych kapci, zaczynacie toczyć ślinę swoich fantazji.

Jeśli wiesz, że dziewczyna ma faceta, to podbijanie do niej na pewno uważasz za głupie. Co sprawia, że w sytuacji, gdy “cel” jest w związku z kobietą, rozpatrujesz te propozycje jako naturalne? Albo co gorsza- zachęcasz swoją dziewczynę do takiego podboju, bo “z kobietą to nie zdrada”. A może podejdź do geja i zaproponuj mu trójkącik? I don’t think so.

To sprawia, że kobiety są trochę traktowane jak coś “do używania”. Że związek kobiety z kobietą to nie jest dla wielu prawdziwa relacja, tylko takie sobie wygłupy. 

A ponad wszystkim- może nie jesteś aż takim ciachem, za jakie się uważasz.

 

 

Skąd się bierze TO w środku

Miałam 6 lat, kiedy wygrałam swój pierwszy konkurs plastyczny. Był o zasadach ruchu drogowego. Przedszkolaki zebrane w sali udekorowanej zielonym suknem, godło jeszcze bez korony, galaretka z bitą śmietaną na deser, od której zrobiło mi się niedobrze. Dyplom. Wywiad w lokalnej rozgłośni radiowej. 

-Jak masz na imię?

– Majisia.

– Powiedz Marysiu, co jest na twoim obrazku?

itd.

W podstawówce wszystkie zeszyty zamiast zapisanych lekcji zarysowane wzorkami, buziami, roślinami, zwierzętami. Do naszego domu przyszedł ksiądz po kolędzie:

-Czy córka wybiera się do liceum plastycznego?

-Nie, po tym nie ma pracy

W liceum w głowie “bzdury”. Jak manga i anime. Czarodziejkowy szał, potem NGE, GITS, tego typu pozycje.

Wszystkie gazetki szkolne mego pędzla. Portrety Puszkina, Norwida, Sobieskiego, kogo ja tam nie narysowałam. Prywatnie- tony absolutnie splagiatowanych komiksów, tony głupich komiksów i kilka całkiem pomysłowych. Czasem wydruk w jakiejś gazetce, fanzinie. Czasy bez internetu, jak tu pokazać swoją twórczość?

Niedawno przeglądałam te starocie. To nie jest tak, że ja miałam jakiś specjalny talent czy łatwość. Tego po prostu były tysiące. Sterta absolutnie potwornych bohomazów z asymetrycznymi twarzami i powykrzywianymi dłońmi.

W domu: nie zajmuj się tymi bzdurami, lepiej się ucz. Była nawet specjalna nazwa- “znowu rysujesz swoje małpieniata” (chyba z rosyjskiego to określenie?).

Za karę porwane rysunki. Potem już niszczyłam je sama. To jest tak, jakby człowiek sam się dźgał w serce, zabijał siebie kawałek po kawałku. Przestajesz w pewnym momencie czuć cokolwiek, obojętniejesz, odlatujesz w jakąś ciemność.

99

Nauczycielka z domu kultury:

-Marysiu, może byś poszła na ASP?

-Nie, ja się nie nadaję, będę lekarzem.

W klasie maturalnej zwrot, teraz albo nigdy. Na szybko sklejona teczka wysłana na Akademię. Pojechałam na bezpłatne konsultacje. Ładne rysunki, proszę przyjechać na plener. Nie stać mnie na plener, proszę pana, rodzice nie wspierają takich “głupot”, nie mam 2tys. złotych aby tam pojechać.

No to chociaż architektura wnętrz. Po tym będzie praca, prawda?

Praca była. Najpierw zapieprz za grosze w kolejnych firmach, potem na własną rękę. I gdzieś coś powoli odpadało kawałek po kawałku. Przestałam pisać pamiętniki i listy, bo po co, i tak zostaną przeczytane, a potem wyszydzone. 

Nauczona wstydzić się za wszystko, co wychodzi ze środka, nie chciałam już nawet próbować. Pokazanie swojego rysunku, czy tekstu to dla mnie jak stanąć nago na środku ulicy.

Dlaczego to robię? Bo sprawia mi cholerną przyjemność i choć na chwilę daje poczucie wolności.

Nie zapraszam bliskich na wystawy. Nie przychodzili na nie, kiedy byłam w szkole, nie przyjdą i teraz. Z gulą w gardle przyjmuję komplementy od rodziny mojej żony. Nie jestem w stanie nawet w to uwierzyć, że jadą z innego miasta i chce im się zobaczyć moje prace na jakiejś ścianie. Odpycham to i udaję, że nie słyszę.

Pamiętam jak miałam swój pierwszy wernisaż w liceum. Pokaz prac grupy z domu kultury. Nie poszłam na niego, bo musiałabym iść sama. Jedynie mój dziadek kazał mi się zaprowadzić. Pojechaliśmy autobusem na drugi koniec miasta, a tam zamknięte, “dziś nieczynne”, “zapraszamy jutro”. Obejrzeliśmy zza krat w oknach i ten jeden raz czułam, że ktoś jest ze mnie dumny.

Czysta krew

Chyba częściej się wkurzam niż smucę. Wczoraj fejsbuk pokazał mi post, który polubił znajomy. Post napisany wściekle elitarystycznym językiem- o motłochu, który wybrał dyktatora i nic z tego nie rozumie. O tym, że potomkowie niepiśmiennych bosonogich chłopów wywyższeni przez komunizm teraz zbierają plon. Że prostacy i idioci. Że faworyzowani przez PRLowską władzę zmierzają do tego samego. Pogarda strumieniami.

Ale nie fiksując się na chwilowej sytuacji, chciałabym sięgnąć głębiej.

Za każdym razem, kiedy ktoś ze znajomych pieje z zachwytu nad swoimi “szlacheckimi korzeniami”, przewracam oczami i przypomina mi się tekst Kapuścińskiego o rasizmie. Ogólnie rzecz biorąc duma z koloru skóry jest dla mnie tym samym co duma z pochodzenia. No gratuluję miałeś przypadkowe szczęście urodzić się akurat w rodzinie:

a. wykorzystującej niewolniczą pracę chłopów przymierających głodem, aby zachlewać się do nieprzytomności na polowaniach i dzięki współpracy z zaborcami gromadzącej majątki (to w przypadku tej “prawdziwej” szlachty)

b. niby szlacheckiej, ale żyjącej na klepisku, a różniącej się od chłopa tym, że potrafi czytać i pisać, z licznymi bękartami poczętymi na sianie przemocą.

Dla mnie pogardzanie niepiśmiennym chłopem pańszczyźnianym to strzelanie sobie samemu w głowę. Bo kto odpowiadał za taki stan rzeczy. W dużej mierze ominęła nas rewolucja przemysłowa Zachodu, kościół katolicki niestety wbrew własnym deklaracjom bardzo rzadko wychodzi do tzw “ludu”, prędzej pewnie księdza proboszcza można było spotkać na zakrapianej imprezie lokalnego panicza, niż uczącego bosonogie dzieci alfabetu. Dlaczego niemiecki pan mógł zorganizować szkołę, a polski nie? Jaki pasterz, takie owce moi drodzy.

Niedobrze mi się robi od przechwałek, jakiej kto jest krwi. Bądź człowieku dumny z tego, co sobą reprezentujesz, a nie z losowego przypadku. 

Ci pogardzani chłopi nie raz takich pyszałków wynosili bagnetami, i po trochu to się dzieje właśnie teraz.

To, że komunizm pozwolił kształcić się osobom, które do tej pory były pozbawione jakiejkolwiek możliwości oderwania się od pługa, poczytuję jako jego wielką zasługę.

Często na różnych stronach warszawskich, gdzie są np informacje o imprezach, obchodach itd mam okazję poczytać tonę pogardliwych komentarzy o “słoikach”.

Że nie płacą podatków w mieście, w którym mieszkają. Tak, bo gdyby mogli się tam zameldować, to nie byłoby problemu. Gdyby chciwy rynek mieszkaniowy nie pobierał równowartości średniej pensji za norę w ciemnej dupie, która jeszcze 50 lat temu nawet Warszawą nie była, to może nie trzeba by było wozić tych klopsów od mamy. 

c5d13537853905-574e8b6016a72

Sory, Warszawa to nie Nowy Jork ani Paryż, jak wyjmiecie przyjezdnych, to wiatr będzie hulał między blokami z wielkiej płyty zwanych “luksusowymi apartamentowcami 10 minut od centrum”. Jak podczas każdej Wielkanocy, kiedy miasto przypomina Phenian po przejeździe kolumny Kim Dzong Una.

Masz naprawdę wielki żal, że “ktoś kradnie Ci pracę”? To napisz lepsze CV.

Nie każdy potrafi docenić to, że dzięki tym ludziom właśnie w Warszawie jest energia, ruch, tłum na targach śniadaniowych. Że ten, kto nie dostał mieszkania po babci, prędzej czy później je kupi i zacznie płacić te wymarzone podatki w stolicy. I wyrobi sobie kartę Warszawiaka. I zamiast gołąbków w słoiku zje pyszne Pho od emigranta wietnamskiego, który z kolei wynajmie lokal od kogoś, kto akurat miał fuksa urodzić się w tym a nie innym miejscu.

Wiecie drodzy “rdzenni” Warszawiacy, jak ciężko jest zacząć życie w nowym miejscu, gdzie nie ma znajomych z podstawówki, nie wiesz, do jakiej przychodni pójść, dentystę i mechanika ogarniasz po latach strasznych wpadek i błędów, a mieszkanie na kupie wcale nie przypomina sytuacji z serialu “Friends”, prędzej nielegalny burdel 24h.

I nie, nie każdy chce “zostać w swojej wsi” (a często w uroczym miasteczku), bo na przykład wymarzył sobie aby być project managerem w firmie reklamowej i sory, że to komuś przeszkadza, ale na szczęście tu nie Rosja i można się jeszcze przemieszczać w celach zarobkowo- mieszkalnych. Ja mam propozycję, aby ci, którzy krzyczą o siedzeniu “u siebie”, zostali “u siebie” na wakacje, a swoje dzieci zapisali na półkolonie w mieście, rodziców do sanatorium z leczniczymi właściwościami warszawskiego smogu. Wtedy sobie krzyczcie o “lokalnych patriotach”.

Skąd się bierze duma z “czystej krwi”? Z kompleksów i z własnych małości. Bo nie czarujmy się, być “rodowitym Warszawiakiem”, albo mieć “szlacheckie korzenie” (co zresztą najczęściej nie idzie w parze), to dla np takiego “rodowitego Paryżanina” brzmi tak samo, jak: “jestem z Ułan Bator i mamy tam fajną jurtę od pokoleń”.

Warsztaty z umierania

Niedawno buszowałam z koleżanką w księgarni. Wpadła mi w oko okładka książki, którą czytałam rok temu- “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Zachwalałam znajomej, jak to dzieło poprzestawiało mi w głowie, za nami pan w średnim wieku nadstawiał uszu i kiedy udałyśmy się do kolejnych regałów, chwycił ten reportaż i po przewertowaniu ruszył do kasy.

Reklama dźwignią handlu, ale nie chcę tu omawiać tej książki, jest ona pretekstem do czegoś innego.

Jest w niej opisana scena tytułowych warsztatów. Prowadzi je buddyjski mnich, aby pomóc ludziom pozbierać się po tragedii katastrofy w Fukushimie. Są to techniki wizualizacyjno- medytacyjne, uczestnicy piszą na oddzielnych karteczkach najważniejsze przedmioty w swoim życiu, najważniejszych ludzi, najważniejsze aktywności itd. Następnie kawałek po kawałku słuchają opowieści, a raczej uczestniczą w czymś, co można porównać do role playing game. Prowadzący opisuje im kolejne stadia ich wyobrażonej choroby. 

Na początku słabną. Każe wybrać i wyrzucić jedną z karteczek. Potem walczą z chorobą- odpadają kolejne zapiski. W końcu czekają na śmierć, kawałek po kawałku, kiedy historia się rozwija przechodzi się od rzeczy najmniej istotnych do najważniejszych. Poddający się tej terapii największy problem mają z odkładaniem ludzi, zamiast miąć papier, ostrożnie go składają i delikatnie odsuwają. 

To, co zostaje nam na końcu, uświadamia, co w rzeczywistości jest dla nas ważne, najbardziej istotne.

Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie, myślę, że mocno mnie zmieniła. Jak często żyjemy czymś, co będzie za miesiąc, za rok, za pięć. Widzimy siebie w teoretycznych sytuacjach, do których aspirujemy, które nadejdą lub nie. Wściekamy się na rzeczywistość, która jest poza zasięgiem naszego wpływu.

tumblr_ocau7swfti1vcdl4po1_1280

Mam czasem taki moment, że gubię tydzień. Lecę nie wiadomo dokąd, a tu nagle sobota. I trzeba szybko odpoczywać, bo przecież zaraz od nowa kołowrotek.

Zbierałyśmy długo na remont. A tu zepsuł się samochód, no zdechło truchło i koniec, wkładanie kolejnych pieniędzy na reanimację przestało mieć jakikolwiek sens. Trzeba było kupić nowy. Remont się nie wydarzył.

Wizja kolejnych kilku lat odkładania (bo kredytu nie chcemy) zniechęcała do czegokolwiek. Także trudno- dziś i teraz. Kupiłam farbę i przemalowałam ściany, moja partnerka- meble kuchenne. I po kawałku, może nie będzie generalny i wymarzony, ale życie nieokreśloną przyszłością jest zbyt frustrujące.

Kiedyś dużo przejmowałam się tym, czego nie mam. Wciąż kolejne rzeczy do odhaczenia, klucz do szczęśliwości wiecznie gdzieś za rogiem, za mgłą. A to większe zarobki, albo kolejna życiowa podróż, ładniejsze, większe mieszkanie itd. W pewnym momencie zaczęłam robić różne rzeczy dla przyjemności. Rysować, pisać, dawać czas dla siebie. Już nie mam presji, żeby być mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, bogatsza. Żeby mnie bardziej rodzina lubiła, żeby wszystkich zadowolić i pokazać, że zasługuję na ich uwagę, aprobatę.

Nie potrzebuję żadnego kołcza, który będzie do mnie krzyczał, że mogę wszystko, sky is the limit i że mam wychodzić ze strefy komfortu. Ja swoją strefę komfortu cenię ponad resztę, kokoszę się w niej, przyjmuję gości jak chcę, a jak nie, spędzam samotnie w niej czas bez żalu, że coś mi ucieka.

I nieważne jak dużo mam pracy, obowiązków, że kot narzygał, chcę się wtedy czuć spokojna i pogodzona ze światem.

Od niedawna bardzo pomaga mi w tym poranna medytacja, która wycisza hałas w głowie. Wiem, że to wszystko może brzmieć jak tandetne teksty z książek hygge/ cohelio itd, ale w tym rozedrganym świecie i wariatkowie dążenia do sukcesu, w nieustających konkursach na to, kto ma więcej, przydałyby się obowiązkowe warsztaty z umierania.

Wszyscy byliśmy dziećmi

Dzieciństwo to coś do czego się wraca, żeby zrozumieć. Nie tylko nostalgia za oranżadką w proszku i komputerami Amiga.

Lubię sobie podkolorować, idealizować ten czas, bo kiedy jesteś dzieckiem wszystko ma inny smak i barwę. Widzę to po moich siostrzeńcach i siostrzenicach, którzy w muszli szukają głosu małej syrenki, a na wieść o lodach zaczynają skakać z radości.

Późniejsze życie, błędy i decyzje, które traktujemy beztrosko, okoliczności, na które nie mamy wpływu i takie, które zależą od nas, składają się na obrazek człowieka, którym się stajemy.

Była Janina. Zazdrościłam jej zagranicznych ubrań. Mama pracowała we Włoszech. Janina najlepiej na podwórku grała w gumę. Zawsze była trochę “ponad”.

Janina co wieczór w milczeniu prowadziła do domu swojego pijanego ojca. Kiedy była już pełnoletnia codziennie słyszałam przez ścianę z jej ust przekleństwa w stronę nietrzeźwego rodzica. Janina wyjechała i odcięła się od rodziny.

Była Marta. Marty rodzice pracowali w Stanach Zjednoczonych. Marta miała zawsze mieszkanie tylko dla siebie. Marzyłam, żeby jak ona mieć tyle przestrzeni i wolności. Nosiła w kieszeniach pieniądze, ja co najwyżej drobniaki na gumę do żucia. Czasem do Marty zaglądali dziadkowie. Marta była grzeczna i miała dobre oceny.

Rodzice Marty się rozwiedli zostawiając jej wspólne mieszkanie. Marta wyszła za mąż, urodziła dzieci. Z mężem pili dużo alkoholu, brali narkotyki. Teraz są na odwyku, opieka społeczna przekazała potomstwo przyrodniemu bratu Marty.

tumblr_obzrgq46ta1vcdl4po1_1280

Znałam Krzyśka, Ewę, Anetę, Bartka, Marka, Asię, Marcina, Karola i wiele innych dzieci, wrzuconych w dorosłość w czasach, kiedy nie było podręczników wychowywania, komunikacji asertywnej, rodzicielstwa bliskości, zajęć montessori, terapii sensorycznej, ADHD, alkoholik to był żul pijący denaturat, a nie wracający krzywym krokiem tato.

Idealizacja lat 80-tych, 90-tych, często w memach pt. “a pamiętacie jak z kluczem na szyi rozbijaliśmy sobie kolana i nikt nie dzwonił po pogotowie” pomaga nam nie czuć się tak źle z tym, co widzieliśmy, wyprzeć kłótnie za ścianami, bite za bezsensowne “przewinienia” dzieci, agresywne dziesięciolatki męczące zwierzęta, gdy nie było pedagoga/ psychologa do pomocy, brak reakcji na samotność “eurosierot”.

Mówią nam “wyrośliśmy na ludzi”.

Na ludzi nieradzących sobie z życiem, albo wręcz przeciwnie- po trupach dążących do samospełnienia, ludzi zasilających kozetki psychologów, nie potrafiących pozostać dłużej w jednym związku, wybierających związki toksyczne i destrukcyjne, dających się pomiatać przez pracodawców, klientów, pomiatających innymi, których uważamy za mniej zaradnych, albo niżej niż my stojących na drabinie.

Ludzi niewrażliwych na piękno, przyrodę, literaturę, sztukę. Bo nie ma miejsca na te wartości, kiedy w środku ból i cierpienie. 

Na ludzi, dla których pieniądz kupuje szczęście, “haule”, wyprzedaże, musthavy, lacosty i najki zaklejają z ulgą dziury w sercach. 

Wracamy z sentymentem do tych fioletowych łokci i napojów z woreczka, żeby zapomnieć o pasie na tyłku za złe świadectwo.