Tajne miejsca

W tym roku wakacje nie rozpieszczają i nie chcą się udać. Pocieszam się, że to początek lata i staram nie poddawać już na wstępie.

Miało być polskie morze i Radiohead na Openerze, rybka na Rewie, wyspa Sobieszewska, o której śnię już od dłuższego czasu, piach, książki i rysunki.

Zamiast tego wyszła Warszawa.

Postanowiłam wykorzystać ten cudowny czas bez pracy i zrobić Wam mini poradnik, gdzie spędzić czas wokół stolicy i jednocześnie poczuć się jak w kurorcie.

W poniższym przypadku w kurorcie z lat 90-tych. 

Byś może to sentyment z dzieciństwa, pragnienie poczucia przez sekundę tego, co się czuło mając 8 lat, biegnąc z poobdzieranymi kolanami przez krzaki, kiedy nikt nie słyszał o kleszczach, a pająków używało się do straszenia co bardziej wrażliwych dzieci. Kiedy stopione lody spływały po rękach i brodzie, badyl ze sznurkiem to łuk, a kapelutek czy chustkę z głowy zdejmowało się zaraz po zniknięciu z zasięgu rodzicielskiego oka.

Zalesie Górne znajduje się tuż za Piasecznem, z Warszawy podróż samochodem zajmuje około 30 minut (widziałam też autobusy miejskie, więc na pewno jest jakiś przystanek). 

Cały interes kręci się wokół stawów usytuowanych w lesie. 

87

Znacie na pewno ten klimat, który świetnie odtwarzają książki Witkowskiego- podupadły kurort przed/ po sezonie, gdzie nie istnieje bhp, toaleta to krzaczki, pojedynczy panowie z wędką medytują na brzegu, w zaroślach pary w wieku moich rodziców ochoczo oddają się miłości, kilku znudzonych nastolatków okupuje pomost.

Można wynająć kajak albo rower wodny. My oczywiście w kształcie łabędzia. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wziąć rozwód, a potem powtórny ślub, to przysięgam, że do ołtarza popłynę na rowerze wodnym w kształcie łabędzia. Cała na biało. Hanka Bielicka zzielenieje w zaświatach z zazdrości.

Grupa licealistów w wynajętej atrapie kadilaka przepływała obok nas z gracją słuchając na cały regulator Edith Piaf, także pewna dawka abstrakcji jest nie do uniknięcia w tego typu miejscach.

Z brzegu stawu można łatwo niezbyt głęboką wodą dostać się na zalesioną wysepkę.  Jest też niedaleko tzw wake park, powiew hipsterskiej stolicy w tym zapomnianym przez bywalców plaż nad Wisłą miejscu. 

Jeśli chodzi o gastronomię, to zdecydowałyśmy się na żelazny punkt kurortów letnich- frytki i colę. Z nieznanych mi powodów smażone ziemniaki z dużą ilością soli na plaży zamieniają się w najpyszniejsze danie na świecie. Wprawdzie są też ze 2 food trucki, ale nie po to jechałam do lasu żeby obżerać się bao z kimchi jak na Nocnym Markecie.

Ludzie Warszawy, jeśli jak ja cenicie sobie proste przyjemności wczasów roku 1991-go, niestraszne Wam komary, przemrożone lody i rzeźby dinozaurów wyglądające zza zarośli- Zalesie Górne jest dla Was.

Równowaga

Wszystko co słyszeliście o “hygge” to prawda. Dania jest bezczelnie przytulna. Jedziesz autostradą i ani jednego bannera, tylko zieleń, pola, elektrownie wiatrowe, śliczne drewniane chatki, im bliżej morza tym ładniejsze zajazdy z wywieszonymi flagami, wydmy bez śladu papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, puszek po piwie, petów, czyste plaże, po których nie strach chodzić boso, można najwyżej nadepnąć na kraba lub muszlę okładniczka, dziwna cisza, przerywana szumem fal. Nie ma disco, nie ma sztucznych palm, nic nie udaje Copa Cabana, nie poskaczecie na dmuchanym zamku, nie popływacie na bananie, nie poćwiczycie aerobicu z gwiazdą. 

Możecie usiąść na piasku, otworzyć książkę (jak akurat nie pada), zrobić zdjęcie latarni morskiej, zjeść frytki albo hot doga z drewnianego domku. 

I wiecie co, nie ma nudy. Od przestrzeni prostują się myśli, od wiatru plączą się włosy. 

5a201f38166321-5757b5c8f3393

Kiedy tam trafiłam, w Warszawie akurat szalała Parada równości, największa w historii, trochę żałowałam, że nie dane mi było przemaszerować. 

Dla odmiany duńska wieś żyła innymi sprawami- świętem narodowym, długim weekendem, które obchodzono ku mojemu zdziwieniu nie racami, pochodami, bitwami na kostkę brukową, nie dymem i krzykiem i bez policji. Duńczycy wychodzili sobie rodzinami na spacer, na jarmark i do restauracji. 

Dzieci miały wolne od swoich wiejskich szkół wyjętych z katalogu dobrej minimalistycznej architektury. 

A ja skołowana myślami krążyłam wokół potopu szwedzkiego i zastanawiałam się dlaczego okupacja skandynawska nie przetrwała do dziś. Może jeszcze nie jest za późno? Może jeszcze nas najadą?

(nie) cierpliwość

To będzie taki trochę coming out. 

Kiedy byłam dzieckiem, lekarze ciągle mówili, że mam nadpobudliwość psycho- ruchową. No ale to były mroczne lata osiemdziesiąte i nikt nie słyszał o terapiach, psychologach, ważne było żeby dostać meblościankę albo miejsce w sanatorium. Jeśli chodzi o potrzeby duszy, to obowiązywała postawa pt. “chyba w dupie ci się poprzewracało”.

Także myślałam sobie całe życie, że coś ze mną jest nie tak. Że się tak potwornie męczę na lekcjach (co doprowadziło od sporadycznych nieobecności w podstawówce, do regularnych wagarów w liceum; kiedy inni uciekali ze szkoły, aby się napić piwa nad rzeczką, ja po prostu oglądałam tv, czytałam książkę, albo gotowałam w domu; jeśli nie mogłam akurat być u siebie, to po prostu spacerowałam po mieście).

Nie rozumiałam dlaczego z każdej imprezy wychodzę o 22:00, bo już mam dość. Dlaczego nie potrafię po prostu usiąść do tych lekcji i ich odrobić. Dlaczego odpływam myślami i nic nie pamiętam z rzeczy, które do mnie mówią. Że kiedy ogarnia mnie jakaś emocja, to jest ona niepowstrzymana i nie potrafię sobie racjonalizować rzeczy, które mnie spotykają. Dlaczego wciąż nawalam i zawodzę innych mimo, że nie ma przeszkód abym nie dotrzymała zobowiązań. Że nie potrafię wgłębiać się w przyjaźnie i z nikim nie wytrzymuję za długo i za często, że męczy mnie kiedy jestem z kimś dłużej niż godzina- dwie.

82
Jako nastolatka byłam tym wszystkim tak sfrustrowana, że zaczęłam uprawiać medytację zen. Wkurwiła mnie po kilku razach.
Jako osoba dorosła po każdym spędzie rodzinnym, kiedy siedzi się przy stole dłużej niż godzina- dwie, muszę iść spać, bo jestem tak wykończona. W początkach mojej pracy byłam przekonana, że jestem jakaś głupia, że zaczynam wszelkie projekty dobrze i porządnie, a kończę tak, że wstyd pokazać i się przyznać.
Przez te lata w kilku dziedzinach (zwłaszcza jeśli chodzi o organizację pracy), w mękach udało mi się opanować pewne rzeczy, jeśli gdzieś wyjeżdżam, pakuję się dobę przed i wygląda to mniej więcej tak, że chodzę pół dnia po całym domu i zbieram różne rzeczy na jedną kupę, bo na bank zapomnę.
Nauczyłam się mówić “najpierw pomyślę i wrócę z odpowiedzią”, bo wiem, że moje impulsywne działanie jest najczęściej skrajnie głupie. Potrafię rzucić wszystko i szorować piekarnik, bo akurat w tej sekundzie mnie wkurza, że jest przypalona kratka.
Jednocześnie jak coś robię to na sto procent, co owocuje przewrażliwieniem na krytykę, bo “dałam z siebie wszystko”.
Człowiek z ADHD się spala. To nie zawsze wygląda tak, że latasz jak wariat i śpiewasz na głos w tłumie. Często po prostu nie możesz utrzymać koncentracji, męczysz się, frustrujesz. Wszystko kosztuje dużo wysiłku, proste rzeczy jak odpowiedzenie na długiego maila.
Robię listy i odhaczam zadania, bo bym ugrzęzła.

Kończę ten wywód, bo mnie męczy 🙂

Porno

Wczoraj zrobiło mi się bardzo smutno. Obejrzałam dwa pierwsze odcinki nowego serialu dokumentalnego na Netflixie, który jest podobno kontynuacją “Hot girls wanted” (nie wiem, bo tego akurat nie widziałam), o tytule “Turned on”.

Netflixowe serie mają podobną konstrukcję, czy to “Chef’s table”, czy “Abstract”, tematy są podane w bardzo atrakcyjnej formie, mocnej emocjonalnie, to dokumenty, które dają mnóstwo rozrywki i bardzo wciągają.

Przeważnie łykam wszystkie odcinki za jednym razem poświęcając na to pół niedzieli z michą popcornu/ spaghetti/ marząc o wielkiej pieczonej świni, kiedy oglądam historie kucharzy.

Tym razem było inaczej i muszę sobie zrobić przerwę, zanim usiądę do odcinka trzeciego.

Nie spodziewajcie się w tym filmie odważnych scen erotycznych, opowiada o seksualności bez mięsa na stole i robi to bardzo dobrze.

Oczywiście, te programy są pełne uproszczeń i podkreśleń, ale przekaz płynie bardzo smutny. Porno sex nie jest w ogóle sexy. Nie jest kinky. Nie jest przyjemny.

Bardzo podobał mi się fragment z Ericą Lust, która stara się kręcić filmy pornograficzne dla kobiet, uwzględniające ich poczucie estetyki i potrzeby. Smutne refleksje, że w ogólnodostępnej pornografii i erotyce nie ma zaspokajania kobiety. Seks pełny jest przemocy, wręcz podręcznikowo pokazuje “jak gwałcić i upokarzać”.

Sami twórcy pornografii mówiący, że dostają zlecenia przekraczające coraz więcej tabu. Bo w świecie setek tysięcy darmowych filmów trzeba się czymś wyróżnić, najczęściej brutalnością, gdzie standardowy stosunek zaczyna się od traktowania kobiety jak szmatę, a kończy na topieniu jej głowy w kiblu. Czy tutaj już naprawdę chodzi o podniecenie?

Niedawno napisałam w komentarzu na którymś fajpejdżu lgbt, że pornografia “lesbijska” nie jest skierowana do lesbijek. Panowie się zdziwili, dużo kobiet przyznało mi z miejsca rację. Tak, lesbijki najczęściej nie wyglądają jak striptizerki z długimi tipsami i najczęściej nie kręci ich lizanie dildosów i wkładanie sobie do waginy różnych przedmiotów o rozmiarach “maczuga herkulesa”. 

74a

Miałam kiedyś kolegę, który był bardzo ciekawy “jak kobiety to robią”. Rozczarowałam go, że zupełnie nie wygląda to jak na pornolach, żeby obejrzał sobie jakieś erotyczne sceny “L word”, bo to by było bliżej życia.

Był taki film “Kids are all right”, a w nim dwie kobiety uprawiające sex do gejowskiego pornosa. Wcale mnie to nie dziwi, bo te o paniach to czyste fantasy..

Teraz sobie pomyślałam, że temat nie dotyczy tylko kobiet homoseksualnych. Pornografia nie jest dla kobiet. Połowa ludzkości nie jest brana pod uwagę w sprawach seksu. Dlatego mężczyźni w filmach erotycznych najczęściej są mało atrakcyjni. Dlatego rzadko prowadzą jakąkolwiek grę wstępną, dlatego nie ma miłości francuskiej na kobiecie. I nie chodzi o to, że pornografia kobieca ma być “delikatna i erotyczna”, ale żeby uwzględniała w jakikolwiek sposób kobiecą przyjemność.

Tak sobie myślę, że jeśli wielu współczesnych nastolatków napatrzy się na te wszystkie sceny przemocy seksualnej na kobietach karykaturalnie wymodelowanych udanymi i nieudanymi operacjami plastycznymi, to czy jakikolwiek stosunek odbyty z normalną dziewczyną w realnym życiu dorówna intensywnością temu co w internecie.

Nie chcę wyjść na dewotkę, myślę, że coś jest nie tak z naszym społeczeństwem, kiedy matka “wywalająca” cyca karmiąc swoje dziecko bardzo nam przeszkadza, kiedy irytuje nas trzymanie się za rękę dwóch gejów, pocałunek dwóch kobiet czy drag queen śpiewająca hity Edyty Górniak, a nie przeszkadza masturbacja do lolity gwałconej przez trzech chłopa na youpornie.

Widzialne

Nigdy nie byłam typem aktywistki. W rozmowach z ludźmi o różnej orientacji często pojawia się pytanie, wątpliwość dotycząca “obnoszenia się”. 

Ze strony osób heteroseksualnych, których preferencje są społecznie przezroczyste, wyraźne jest niezrozumienie, że ktoś się skupia na tym, z kim wchodzi w związek. Domyślnie, kiedy inni widzą obrączkę na moim palcu, zakładają, że mam męża. Prawo większości, prawdopodobieństwo trafienia jest dużo większe.

Wśród osób LGBT, które “nie lubią się obnosić” tłumaczę to po prostu strachem. Hej, patrzcie, jestem taki jak wy, nie biegam z piórkiem w tyłku.

Z tym, że nie.

Nie jesteśmy tacy sami ze względów nie tylko prawnych, nie tylko jeśli chodzi o narażenie na przemoc, na obelgi, na przykrości. Jesteśmy inni, bo często się zdarza, że nasze związki i relacje wyglądają inaczej, wielu z nas ma rodziny z wyboru, bo prawdziwe ich odrzuciły, bo funkcjonujemy w bańkach społecznych, kiedy nie uczestniczymy pełnoprawnie w świecie, który nas otacza (choćby celebracje świąt, walentynek, najróżniejszych okazji, które pomijają istnienie par/ rodzin nieheteroseksualnych).

Znam absolutnie absurdalne z mojego punktu widzenia sytuacje, gdzie “mama dziecka mieszka z ciocią” i dziadkowie o tym nie wiedzą, albo homoseksualnych mężczyzn zamieszczających zdjęcia z koleżankami sugerujące, że to są ich jakieś podboje. Nie potępiam, bo empatyzuję.

63 

Współczuję, że strach jest tak duży, że trzeba oszukiwać najbliższych, że pośród rodziny i kolegów z pracy ktoś czuje się na tyle źle, że żyje w kłamstwie.

Wiele osób LGBT, które znam, a które przechodziły proces samoakceptacji, przechodziło również terapię. 

Terapia ma wielkie zęby i się jej boimy, bo jeśli nie zdobędziemy się na szczerość, to nic nam nie da. Kiedy staniemy ze sobą twarzą w twarz i powiemy, że tak boję się, tylko wtedy będziemy w stanie naprawić sytuację. Zgrywanie chojraka “ja nie muszę obwieszczać całemu światu z kim sypiam” to fajne maskowanie strachu. Stawianie swojego związku jako czegoś nieważnego, czegoś “przy okazji” w życiu.

Doskonale wiem jak można się spinać, kiedy inni się gapią. Albo wydaje nam się, że się gapią. Jak wygląda życie w stresie, kiedy trzeba się bronić, udowadniać, że jestem “jedną z nich”.

Wiecie, w pewnym momencie to jest nie do zniesienia, jest takie “fuck it”. I mam więcej szacunku do drag queen w kozakach w panterkę niż do tych “na paradę nie chodzę, bo nie lubię epatować”. Bo “obnoszenie się” wymaga w cholerę odwagi, to jest narażenie się na zniewagi i przemoc, ale pozostanie wiernym sobie. Nie udowadnianie “jestem jak wy”, nie jestem i nie muszę.

Mogę mieć irokeza. Mogę żyć w otwartym związku. Mogę mieć swoją tęczową rodzinę. Mogę być gejem z Tinderem w komórce. Mogę mieć jedną dziewczynę przez całe życie. Mogę mieć tatuaże, albo koszulkę w cipki. Mogę też być przegiętą ciotą albo umięśnioną ciotą. Mogę nie znać sexu z facetem. Mogę mieć raz mężczyznę raz kobietę. I kij komukolwiek do tego.

Nie wiedziałam do końca dlaczego prowadzę tego bloga. Chyba po to, aby gdzieś powiedzieć to na głos.

Oddech

Na skraju zmęczenia, zestresowania i wkurzenia pojechałam sobie na wakacje.

Wiecie, ja tu dużo stękam, że presja, że “not-perfect”, pielęgnuję moje fobie, lenistwa, usprawiedliwiam swoje niedociągnięcia i lęki. Potem okazuje się, że co najmniej połowa tego wszystkiego wyszła z wyczerpania i frustracji nadmiarem pracy, uciążliwymi dojazdami i kontaktami z ludźmi, którzy z kolei swoje problemy odbijają na innych. 

I wyjeżdżam sobie gdzieś w cholerę (w tym wypadku słoneczne wybrzeża Wielkiej Brytanii) i okazuje się, że wszystko jest do rozwiązania, w głowie zaprowadzam porządek w godzinę, plecy magicznie przestają boleć, a twarz prasuje się z opuchlizny.

59

Wystarczą 4 dni świętego spokoju i nie okłamuję się już jakim jestem “introwertykiem pod kocem, społecznie niedostosowanym, dajcie mi ciemną pieczarę”, nagle potrafię wymyślić kilka stron komiksu, który padł w martwym punkcie miesiące temu, narysować 10 obrazków dziennie, przeczytać książki, do których zabierałam się niczym pies do jeża (trafiło na nową Bator i “Rok królika”- niestety rozczarowała mnie, oraz “Króla” Twardocha- tu bardzo się wciągnęłam, choć mam wrażenie, że on wciąż pisze o tym samym mężczyźnie, tylko zmienia dekoracje).

60

Morze szumiało, fale huczały, wiatr robił mi kołtun, nie było smogu, Szyszko i wycinka poczekały na mnie, Polska z daleka mała, śmieszna i wcale nie wstała z kolan, a tylko pokazała białe brzydkie dupsko wywołując zażenowanie. 

Zastanawia mnie, ile z nas po prostu wybiera “drogę koca i kota”, bo jesteśmy zwyczajnie i po ludzku zmęczeni.

A ile z nas “introwertyzmem” tłumaczy swoje fobie społeczne, i zamiast się nimi zająć, klika w internecie śmieszne obrazki o tym, jacy introwertycy są głębocy, twórczy i niezrozumiani przez świat.

Ja wyjechałam z silną motywacją do przemeblowania swojego porządku dnia, aby się nie wykańczać i mieć na co dzień choć odrobinę tej energii, która we mnie wstępuje po ustawieniu urlopowego respondera na mailu.

Wpis zainspirowany wpisem.

Rzeczywistość

Gładka biała skóra instagrama. Długie sztuczne rzęsy- 200 zł w salonie kosmetycznym. Ciążowa/ ślubna/ z dzieckiem sesja zdjęciowa w idyllicznym posprzątanym wnętrzu z włosami ułożonymi w fale- 1000 zł. Kolejny kosmetyk, który tym razem na pewno rozwiąże nasze problemy ze skórą. Jedno ujęcie wybrane z tysiąca, na którym nie wyglądam jak skrzyżowanie ziemniaka z kalafiorem. Wydymające usta gwiazdy youtuba pokazują jak się umalować i i tak nigdy nie masz determinacji, żeby codziennie zrobić to w ten staranny sposób. Zdjęcia wydepilowanych zawsze i wszędzie nóg szafiarek- na plaży/ w spa/ na ściance/ we własnym łóżku.

Sztuczny obraz rzeczywistości, aspiracja- kobiety robią sobie zdjęcia ślubne, gdzie wyglądają jak księżniczki Disneya z tym biednym manekinem u boku i myślą, że tak to jest taka bajka, ta ich miłość. To dziecko na fotkach włożone w koszyk z jakąś monstrualną kokardą na głowie wcale nie rzyga i sra co godzinę. Ta ciąża na zdjęciach celebrytki, po tym nie widać, że płód uciska jej pęcherz i musi nosić wkładki bo popuszcza, i że cały czas jej się odbija.

I na instagramie ten fotel z kotem, książką i kubkiem herbaty, w której nie pływa ani jeden koci włos, a w mieszkaniu “nigdy nie suszy się pranie na środku”.

Nie wiem jak Wy, ale gdyby zrobić mi zdjęcie rano w pościeli, to byłyby na nim tłuste włosy (zanim umyję), kilka pryszczy (zanim zakryję), trzydniowy zarost na łydkach (bo akurat nie wyskoczę ze spodni tego dnia).

sleep_by_seaofgray-da9fx6d

Czy to w ogóle realne, żeby co dzień budzić się w jedwabnej piżamie lub koronkowej koszulce (u mnie to najczęściej dół w koty plus pamiątkowa koszulka z jakiegoś biegu). Mieć codziennie zrobione paznokcie, a w łóżku wcale nie znajdować okruchów chrupek z wczorajszego oglądania Netflixa na tablecie.

Ostatnio jeden taki magazyn wyprasował Lenie Dunham cellulit. Podniósł się krzyk, i słusznie. Wszyscy mówią: pokochaj siebie, przy czym jednocześnie podają milion rzeczy, które są z Tobą nie tak, które koniecznie powinnaś poprawić. Przyjaciółka wpierniczy się, że masz stary sweter, mama, że czemu w dziurawych dżinsach chodzisz, ktoś w internecie napisze, że zawsze trzeba golić bikini, żeby nie “wyglądać jak małpa”.

Już sobie wyobrażam, jak faceci czepiają się siebie- stary, ale ci usta pierzchną, słuchaj idź do fryzjera, może byś włożył inne spodnie, bo te cię pogrubiają, ale masz pryszcza posmaruj pastą do zębów.

Rosną nam włosy na ciele, no sory, nie każdy jest w stanie codziennie wszystko sobie ogolić, jeszcze ułożyć fryzurę, zrobić pełny makijaż, paznokcie i wypucować buty na połysk. Bez tych wszystkich czynności wyglądamy jak normalny człowiek, którego skóra i ciało rządzi się różnymi fizjologicznymi procesami. 

Miałam kiedyś koleżankę, która zanim jej facet wstał, zakrywała wszystkie swoje mankamenty korektorem. 

Wiecie, że na wygląd dziewczynek wydaje się więcej niż na ich edukację?

Potem dziwimy się, że nie ma kobiet w polityce i na stanowiskach? Bo zajmują się tym, żeby się podobać. Bo zamiast tego, co ja o sobie myślę, ważniejsze jest jak inni mnie postrzegają? W dodatku inni dają sobie swobodne prawo do opinii na temat wyglądu kobiet, a my na to pozwalamy.

O związkach

Temat, który w polskim internecie jest mało rozwinięty (bo po angielsku można nawet przeczytać specjalistyczne poradniki). 

Związki pomiędzy kobietami.

Za każdym razem przeżywam irytację, kiedy widzę, co nam pokazuje popkultura w tym temacie. Zazdroszczę gejom większego wyboru dzieł skierowanych do nich. Sytuację można podsumować: “o nas, bez nas, nie dla nas”.

Rozumiem, że może lesbijki, czy kobiety biseksualne to stosunkowo niewielka grupa odbiorców, ale mam trochę dosyć tej słabizny na ekranie (w książkach, poza romansami i erotyką, to w ogóle praktycznie temat nie ruszany).

Mamy albo jakieś wystylizowane sople lodu, a’la “Carol”, albo absolutnie aseksualne panie w średnim wieku- “Kids are all right” (oczywiście bohaterkę rozbudza mężczyzna). Albo nastolatki “próbujące sobie”, przeważnie bez żadnej chemii (niezliczone seriale). No i oczywiście wampy rzucające się na siebie, aby widz płci męskiej “popatrzył”.

Dobre filmy mogę policzyć na palcach jednej dłoni (“Służąca” dała radę, “Heavenly creatures”, “Fucking Amal”).

Ale odchodzę tu od tematu.

57

Zakładam, że w związkach LGBT jest podobnie jak w związkach hetero- w zależności od pochodzenia partnerów, od środowiska, od wykształcenia, od tego co ich łączy, romans czy stare kapcie, może być bardzo różnie.

Są też rzeczy specyficzne, wynikające z faktu, że mamy dwóch mężczyzn i dwie kobiety. 

Jestem w relacji ponad 10 lat.  Wzięłyśmy ślub w UK. Było wesele na Kaszubach, tort, fajerwerki, szampan i tańce do rana.

Były wzloty i upadki, ale zawsze wiedziałam, że to jest ten “dom”, moje miejsce, moja osoba.

Wiem, że jest wiele modeli wieloletnich związków, łatwo wpaść w pułapkę “siostrzeństwa”, gdzie kobiety z czasem zaczynają bardziej się przyjaźnić niż kochać.

Ja wyszłam z założenia, że partnerka nie jest moją koleżanką, i w tym chyba leży nasz sukces. 

Nie zwierzamy się sobie ze wszystkiego, mamy po części osobne paczki przyjaciół i inne zainteresowania. Nie zrastamy się.

Długo na to narzekałam, teraz traktuję to jako pole do podtrzymywania tzw. “chemii”.
Wydaje mi się, że przez to, że społeczeństwo traktuje dwie kobiety w związku jako coś niegroźnego, aseksualnego, część par przybiera właśnie taką pozę. Łatwiej wtedy o akceptację środowiska, nikt nie robi problemów, można bezboleśnie egzystować z sąsiadami i rodziną, trochę jakby udając dwie “ciotki- stare panny”, które razem sobie żyją.

tumblr_oh6u27l31f1vcdl4po1_1280

Myślę sobie, że wtedy można niechcący przenieść ten wizerunek z zewnątrz do środka, do domu, do codzienności.

Jest to w jakimś sensie stawianie się na pozycji kogoś “gorszego” w społeczeństwie, starych panien z kotem, odbieranie sobie prawa do bycia istotą seksualną, spełnioną w relacji fizycznej.

Powiem Wam, że to bardzo wyzwalające, kiedy moje przyjaciółki opowiadają o swoich facetach i ja w tej samej manierze wyrzucam zwierzenia o żonie. Kiedy one zachwycają się jakimś aktorem, ja wygłaszam podobne opinie o aktorce.

Wydaje mi się, że lesbijki często unikają takich tematów w heteroseksualnym środowisku, trochę się “kastrują” na własne życzenie, bo kobieta mówiąca o seksie jest wyzwaniem, a kobieta, która jest “psem na baby”, to w ogóle skandal, babochłop i wynaturzenie. Kiedy jednak przełamie się te bariery, potem wszystko wychodzi naturalnie, bo mamy takie samo prawo do ekspresji jak każdy.

I pamiętajcie, droga do sukcesu w związku, to zawsze mieć ostatnie zdanie: “przepraszam kochanie, miałaś rację”.

Woda

Mam na osiedlu dwie pływalnie. 

Jedna to taki mały aquapark, ze ślizgawką, pięcioma różnymi saunami, grotą solną, biczami, fontannami, solarium, laguną, siłką, cuda wianki, wodotryski.

Druga- oldschoolowy budynek wyłożony płytkami, sauna fińska, dżakuzi i to by było na tyle z wyposażenia.

Pierwsza tuż pod domem, do drugiej mam 15-20 minut na piechotę.

Tej pierwszej nienawidzę szczerze całym sercem.

Bywają tam pakersi ścigający się na torach, lalunie prężące biust na leżakach, chmary dzieci wrzeszczących na ślizgawkach. Pary uprawiające semi- sex pod wodą. 

Mój ulubiony basen odwiedzają ludzie “nieforemni”, starsi, w małych, przyzwoitych ilościach. Niezawadzający nikomu, pilnujący się na torach, mówiący dzień dobry i dziękuję w saunie. 

W saunie rozmawia się. Na przykład kiedyś Pan Włoch mieszkający w Polsce od dwudziestu lat opowiadał mi swoje przygody. Abo Pan Tirowiec radził w sprawie samochodu. Dziś słuchałam z przyjemnością wymiany zdań córki z ojcem, o tym jak minął im tydzień.

W saunie się milczy bez skrępowania.

Pod sztuczną palmą zostawia się ręcznik i wskakuje w bąbelki dżakuzi, gdzie moczymy tyłki niczym japońscy mafiozi w gorących źródłach.

54

Mam swoją rutynę. Najpierw sauna 10 minut, potem pływanie 10 minut i tak powtarzam dwa razy, po czym kończę w masażu wodnym. Po tym zabiegu czuję się “wyczyszczona” od środka. Całe napięcie, stres, wkurw, smutek, wszystko spływa z potem.

Zgubiłam kiedyś na tej pływalni pierścionek zaręczynowy. Odwiedzałam to miejsce z przyjaciółką, z siostrą, z żoną. Najczęściej sama, zostawiając telefon w domu, moment odcięcia.

W dzieciństwie, dwa razy w tygodniu mój dziadek prowadził mnie na basen. Ratownik, znajomy rodziców, uczył mnie pływać, a dziadek wychodził na zewnątrz, przez okno machał ręką, pamiętam jak go wypatrywałam, czy jest, czy patrzy jak nurkuję.

Czasem plotkował z paniami bileterkami, wszystkie nas znały.

Czasem w zastępstwie przychodziła babcia. Po wszystkim kupowała mi słodycze.

I przysięgam, że mimo, iż odeszli, ciągle wydaje mi się, że ich widzę za szybą.

Może to dziwne, kiedy pływalnia stanowi miejsce sentymentalne, ale nie ma nic głębiej relaksującego i odcinającego od świata, niż zanurzenie się w zachlorowanej wodzie.

O jedzeniu

Wkrótce bachanalia, Tłusty Czwartek. Mam potrzebę napisania o jedzeniu.

Wczoraj rozmawiałam w towarzystwie o podróżach tanim kosztem i pomyślałam sobie, że gdybym miała wyjechać gdzieś z puszkami mielonki i patrzeć przez szybę na wszystkie wspaniałości na bazarach, w restauracjach i knajpkach, chyba wolałabym nie wyjeżdżać wcale.

Zdarzało nam się spać w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach, nie przywozimy żadnych pamiątek z naszych wojaży, często rezygnujemy z droższych biletów wstępu do jakiegoś oceanarium albo zamku.

Ale zawsze dobrze zjemy. 

Przestawiamy się na tubylczy tryb, unikamy starówkowej gastronomii. W Wietnamie na śniadanie wielka micha zupy na ulicy. W Barcelonie ciacho i kawa w dzielnicy muzułmańskiej (albo churros z czekoladą wśród staruszków). W Berlinie w zatłoczonej knajpie wielgachne kanapki. W Tajlandii talerz owoców popijany wodą z kokosa. Na Malcie.. “English breakfast” na tłusto (no dobra, tu długo tak nie wytrzymałyśmy i szybko przestawiłyśmy się na domowe sposoby).

Kiedy wysiadam z samolotu najbardziej nie mogę się doczekać tego wszystkiego, co spogląda w moim kierunku ze straganów. Dymiących, pachnących, wysypujących się stosów szczęścia.

7a74c340443945-577f69b996e90

Jem wszystko. Jem mięso. Nie w dużych ilościach- w domu może raz na tydzień. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi i jestem pogodzona z łańcuchem życia i śmierci w przyrodzie. Przeszkadza mi masowe traktowanie zwierząt, kupujemy więc eko jajka, eko mleko, teraz staram się wyszukiwać eko mięso (choć ze względu na to, że moja żona mięsa nie je, najczęściej zamawiam w knajpach). 
Do tematu odżywiania podchodzę całościowo, nie lubię traktowania jedzenia jak lekarstwa, łykania tego co “zdrowe”, wydzielania sobie składników, wiem co mi robi dobrze a co źle, ale nie zrezygnuję we Włoszech z mozarelli, bo nie po drodze mi z laktozą. 

Jem sezonowo. Czyli nie kupuję truskawek w grudniu. Jeśli nie chcemy szkodzić przyrodzie, minimalizować straty, to nie możemy wybierać, że “mięsa nie zjem, ale w oleju palmowym się wykąpię, do tego ubiorę się w tani badziew, wyprodukowany na przemocy i krzywdzie, który po roku wyrzucę”. Tak ogólnie, to jest to trudne. W każdej sferze można być po prostu świadomym i starać się wybrać coś, co najmniej szkodzi. 
Na przykład ostatnio szukam kosmetyków, które można przelać z torebek do butelek, aby nie produkować tyle śmieci. Piję wodę z kranu. 
Nie da się mieć wyrzutów sumienia cały czas.
Bardzo lubię chodzić do restauracji. Kiedy ktoś mnie obsługuje. Zawsze zamawiam rzeczy, których nie chce mi się robić w domu. Sałatkę to mogę skleić w 10 minut we własnej kuchni, więc raczej pozwolę sobie na wątróbkę.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Uwielbiam wietnamskie. Wszystko. Jeżdżę regularnie na wycieczki do Wólki Kosowskiej i tam to już spałaszuję nawet koźlinę we krwi. Nie obrzydza mnie nic, mało tego, uważam, że z szacunku dla zwierzęcia, które pozbawiliśmy życia, aby zjeść, nic nie można marnować. 
Wegetarianie pytają mnie, czy sama zabiłabym zwierzę. Jeśli byłabym głodna- tak. 

Szanuję cudzy wybór rezygnacji z mięsa. Ja mogę tylko ograniczyć, to by była dla mnie tortura nie móc zjeść ramenu w Kioto.

Gotowanie to przyjemność, ale też zwykła czynność. Nawet jak jestem zmęczona, nie mam problemu żeby coś upichcić na szybko. Zmywanie to inna historia.
Mogłabym podsumować swój stosunek do jedzenia jako hedonistyczno- świadomy. Nie jem, żeby dostarczyć sobie składników, żeby coś uzyskać (figurę, cerę, witaminy). Jem, bo mi smakuje. Wolę być głodna niż zjeść coś niedobrego. W fastfoodzie jestem dosłownie raz na pół roku, z okazji jakiegoś bardzo złośliwego PMS. Kiedy je się smacznie na co dzień, nie ma pokusy. 
Kiedy mam stresujący okres- chudnę, zapominam żeby się nakarmić.

c5d13537853905-574e8b6016a72

Staram się nie szkodzić naturze, ale wiem, że o ile nie mieszka się na samowystarczalnej farmie, to jest to bardzo trudne. Kiedy nie ma się kilku tysięcy złotych do wydania w eko- sklepie co miesiąc, to też wymaga sporo przemyślenia.
Smacznego.