Rzeczywistość

Gładka biała skóra instagrama. Długie sztuczne rzęsy- 200 zł w salonie kosmetycznym. Ciążowa/ ślubna/ z dzieckiem sesja zdjęciowa w idyllicznym posprzątanym wnętrzu z włosami ułożonymi w fale- 1000 zł. Kolejny kosmetyk, który tym razem na pewno rozwiąże nasze problemy ze skórą. Jedno ujęcie wybrane z tysiąca, na którym nie wyglądam jak skrzyżowanie ziemniaka z kalafiorem. Wydymające usta gwiazdy youtuba pokazują jak się umalować i i tak nigdy nie masz determinacji, żeby codziennie zrobić to w ten staranny sposób. Zdjęcia wydepilowanych zawsze i wszędzie nóg szafiarek- na plaży/ w spa/ na ściance/ we własnym łóżku.

Sztuczny obraz rzeczywistości, aspiracja- kobiety robią sobie zdjęcia ślubne, gdzie wyglądają jak księżniczki Disneya z tym biednym manekinem u boku i myślą, że tak to jest taka bajka, ta ich miłość. To dziecko na fotkach włożone w koszyk z jakąś monstrualną kokardą na głowie wcale nie rzyga i sra co godzinę. Ta ciąża na zdjęciach celebrytki, po tym nie widać, że płód uciska jej pęcherz i musi nosić wkładki bo popuszcza, i że cały czas jej się odbija.

I na instagramie ten fotel z kotem, książką i kubkiem herbaty, w której nie pływa ani jeden koci włos, a w mieszkaniu “nigdy nie suszy się pranie na środku”.

Nie wiem jak Wy, ale gdyby zrobić mi zdjęcie rano w pościeli, to byłyby na nim tłuste włosy (zanim umyję), kilka pryszczy (zanim zakryję), trzydniowy zarost na łydkach (bo akurat nie wyskoczę ze spodni tego dnia).

sleep_by_seaofgray-da9fx6d

Czy to w ogóle realne, żeby co dzień budzić się w jedwabnej piżamie lub koronkowej koszulce (u mnie to najczęściej dół w koty plus pamiątkowa koszulka z jakiegoś biegu). Mieć codziennie zrobione paznokcie, a w łóżku wcale nie znajdować okruchów chrupek z wczorajszego oglądania Netflixa na tablecie.

Ostatnio jeden taki magazyn wyprasował Lenie Dunham cellulit. Podniósł się krzyk, i słusznie. Wszyscy mówią: pokochaj siebie, przy czym jednocześnie podają milion rzeczy, które są z Tobą nie tak, które koniecznie powinnaś poprawić. Przyjaciółka wpierniczy się, że masz stary sweter, mama, że czemu w dziurawych dżinsach chodzisz, ktoś w internecie napisze, że zawsze trzeba golić bikini, żeby nie “wyglądać jak małpa”.

Już sobie wyobrażam, jak faceci czepiają się siebie- stary, ale ci usta pierzchną, słuchaj idź do fryzjera, może byś włożył inne spodnie, bo te cię pogrubiają, ale masz pryszcza posmaruj pastą do zębów.

Rosną nam włosy na ciele, no sory, nie każdy jest w stanie codziennie wszystko sobie ogolić, jeszcze ułożyć fryzurę, zrobić pełny makijaż, paznokcie i wypucować buty na połysk. Bez tych wszystkich czynności wyglądamy jak normalny człowiek, którego skóra i ciało rządzi się różnymi fizjologicznymi procesami. 

Miałam kiedyś koleżankę, która zanim jej facet wstał, zakrywała wszystkie swoje mankamenty korektorem. 

Wiecie, że na wygląd dziewczynek wydaje się więcej niż na ich edukację?

Potem dziwimy się, że nie ma kobiet w polityce i na stanowiskach? Bo zajmują się tym, żeby się podobać. Bo zamiast tego, co ja o sobie myślę, ważniejsze jest jak inni mnie postrzegają? W dodatku inni dają sobie swobodne prawo do opinii na temat wyglądu kobiet, a my na to pozwalamy.

O związkach

Temat, który w polskim internecie jest mało rozwinięty (bo po angielsku można nawet przeczytać specjalistyczne poradniki). 

Związki pomiędzy kobietami.

Za każdym razem przeżywam irytację, kiedy widzę, co nam pokazuje popkultura w tym temacie. Zazdroszczę gejom większego wyboru dzieł skierowanych do nich. Sytuację można podsumować: “o nas, bez nas, nie dla nas”.

Rozumiem, że może lesbijki, czy kobiety biseksualne to stosunkowo niewielka grupa odbiorców, ale mam trochę dosyć tej słabizny na ekranie (w książkach, poza romansami i erotyką, to w ogóle praktycznie temat nie ruszany).

Mamy albo jakieś wystylizowane sople lodu, a’la “Carol”, albo absolutnie aseksualne panie w średnim wieku- “Kids are all right” (oczywiście bohaterkę rozbudza mężczyzna). Albo nastolatki “próbujące sobie”, przeważnie bez żadnej chemii (niezliczone seriale). No i oczywiście wampy rzucające się na siebie, aby widz płci męskiej “popatrzył”.

Dobre filmy mogę policzyć na palcach jednej dłoni (“Służąca” dała radę, “Heavenly creatures”, “Fucking Amal”).

Ale odchodzę tu od tematu.

57

Zakładam, że w związkach LGBT jest podobnie jak w związkach hetero- w zależności od pochodzenia partnerów, od środowiska, od wykształcenia, od tego co ich łączy, romans czy stare kapcie, może być bardzo różnie.

Są też rzeczy specyficzne, wynikające z faktu, że mamy dwóch mężczyzn i dwie kobiety. 

Jestem w relacji ponad 10 lat.  Wzięłyśmy ślub w UK. Było wesele na Kaszubach, tort, fajerwerki, szampan i tańce do rana.

Były wzloty i upadki, ale zawsze wiedziałam, że to jest ten “dom”, moje miejsce, moja osoba.

Wiem, że jest wiele modeli wieloletnich związków, łatwo wpaść w pułapkę “siostrzeństwa”, gdzie kobiety z czasem zaczynają bardziej się przyjaźnić niż kochać.

Ja wyszłam z założenia, że partnerka nie jest moją koleżanką, i w tym chyba leży nasz sukces. 

Nie zwierzamy się sobie ze wszystkiego, mamy po części osobne paczki przyjaciół i inne zainteresowania. Nie zrastamy się.

Długo na to narzekałam, teraz traktuję to jako pole do podtrzymywania tzw. “chemii”.
Wydaje mi się, że przez to, że społeczeństwo traktuje dwie kobiety w związku jako coś niegroźnego, aseksualnego, część par przybiera właśnie taką pozę. Łatwiej wtedy o akceptację środowiska, nikt nie robi problemów, można bezboleśnie egzystować z sąsiadami i rodziną, trochę jakby udając dwie “ciotki- stare panny”, które razem sobie żyją.

tumblr_oh6u27l31f1vcdl4po1_1280

Myślę sobie, że wtedy można niechcący przenieść ten wizerunek z zewnątrz do środka, do domu, do codzienności.

Jest to w jakimś sensie stawianie się na pozycji kogoś “gorszego” w społeczeństwie, starych panien z kotem, odbieranie sobie prawa do bycia istotą seksualną, spełnioną w relacji fizycznej.

Powiem Wam, że to bardzo wyzwalające, kiedy moje przyjaciółki opowiadają o swoich facetach i ja w tej samej manierze wyrzucam zwierzenia o żonie. Kiedy one zachwycają się jakimś aktorem, ja wygłaszam podobne opinie o aktorce.

Wydaje mi się, że lesbijki często unikają takich tematów w heteroseksualnym środowisku, trochę się “kastrują” na własne życzenie, bo kobieta mówiąca o seksie jest wyzwaniem, a kobieta, która jest “psem na baby”, to w ogóle skandal, babochłop i wynaturzenie. Kiedy jednak przełamie się te bariery, potem wszystko wychodzi naturalnie, bo mamy takie samo prawo do ekspresji jak każdy.

I pamiętajcie, droga do sukcesu w związku, to zawsze mieć ostatnie zdanie: “przepraszam kochanie, miałaś rację”.

Woda

Mam na osiedlu dwie pływalnie. 

Jedna to taki mały aquapark, ze ślizgawką, pięcioma różnymi saunami, grotą solną, biczami, fontannami, solarium, laguną, siłką, cuda wianki, wodotryski.

Druga- oldschoolowy budynek wyłożony płytkami, sauna fińska, dżakuzi i to by było na tyle z wyposażenia.

Pierwsza tuż pod domem, do drugiej mam 15-20 minut na piechotę.

Tej pierwszej nienawidzę szczerze całym sercem.

Bywają tam pakersi ścigający się na torach, lalunie prężące biust na leżakach, chmary dzieci wrzeszczących na ślizgawkach. Pary uprawiające semi- sex pod wodą. 

Mój ulubiony basen odwiedzają ludzie “nieforemni”, starsi, w małych, przyzwoitych ilościach. Niezawadzający nikomu, pilnujący się na torach, mówiący dzień dobry i dziękuję w saunie. 

W saunie rozmawia się. Na przykład kiedyś Pan Włoch mieszkający w Polsce od dwudziestu lat opowiadał mi swoje przygody. Abo Pan Tirowiec radził w sprawie samochodu. Dziś słuchałam z przyjemnością wymiany zdań córki z ojcem, o tym jak minął im tydzień.

W saunie się milczy bez skrępowania.

Pod sztuczną palmą zostawia się ręcznik i wskakuje w bąbelki dżakuzi, gdzie moczymy tyłki niczym japońscy mafiozi w gorących źródłach.

54

Mam swoją rutynę. Najpierw sauna 10 minut, potem pływanie 10 minut i tak powtarzam dwa razy, po czym kończę w masażu wodnym. Po tym zabiegu czuję się “wyczyszczona” od środka. Całe napięcie, stres, wkurw, smutek, wszystko spływa z potem.

Zgubiłam kiedyś na tej pływalni pierścionek zaręczynowy. Odwiedzałam to miejsce z przyjaciółką, z siostrą, z żoną. Najczęściej sama, zostawiając telefon w domu, moment odcięcia.

W dzieciństwie, dwa razy w tygodniu mój dziadek prowadził mnie na basen. Ratownik, znajomy rodziców, uczył mnie pływać, a dziadek wychodził na zewnątrz, przez okno machał ręką, pamiętam jak go wypatrywałam, czy jest, czy patrzy jak nurkuję.

Czasem plotkował z paniami bileterkami, wszystkie nas znały.

Czasem w zastępstwie przychodziła babcia. Po wszystkim kupowała mi słodycze.

I przysięgam, że mimo, iż odeszli, ciągle wydaje mi się, że ich widzę za szybą.

Może to dziwne, kiedy pływalnia stanowi miejsce sentymentalne, ale nie ma nic głębiej relaksującego i odcinającego od świata, niż zanurzenie się w zachlorowanej wodzie.

O jedzeniu

Wkrótce bachanalia, Tłusty Czwartek. Mam potrzebę napisania o jedzeniu.

Wczoraj rozmawiałam w towarzystwie o podróżach tanim kosztem i pomyślałam sobie, że gdybym miała wyjechać gdzieś z puszkami mielonki i patrzeć przez szybę na wszystkie wspaniałości na bazarach, w restauracjach i knajpkach, chyba wolałabym nie wyjeżdżać wcale.

Zdarzało nam się spać w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach, nie przywozimy żadnych pamiątek z naszych wojaży, często rezygnujemy z droższych biletów wstępu do jakiegoś oceanarium albo zamku.

Ale zawsze dobrze zjemy. 

Przestawiamy się na tubylczy tryb, unikamy starówkowej gastronomii. W Wietnamie na śniadanie wielka micha zupy na ulicy. W Barcelonie ciacho i kawa w dzielnicy muzułmańskiej (albo churros z czekoladą wśród staruszków). W Berlinie w zatłoczonej knajpie wielgachne kanapki. W Tajlandii talerz owoców popijany wodą z kokosa. Na Malcie.. “English breakfast” na tłusto (no dobra, tu długo tak nie wytrzymałyśmy i szybko przestawiłyśmy się na domowe sposoby).

Kiedy wysiadam z samolotu najbardziej nie mogę się doczekać tego wszystkiego, co spogląda w moim kierunku ze straganów. Dymiących, pachnących, wysypujących się stosów szczęścia.

7a74c340443945-577f69b996e90

Jem wszystko. Jem mięso. Nie w dużych ilościach- w domu może raz na tydzień. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi i jestem pogodzona z łańcuchem życia i śmierci w przyrodzie. Przeszkadza mi masowe traktowanie zwierząt, kupujemy więc eko jajka, eko mleko, teraz staram się wyszukiwać eko mięso (choć ze względu na to, że moja żona mięsa nie je, najczęściej zamawiam w knajpach). 
Do tematu odżywiania podchodzę całościowo, nie lubię traktowania jedzenia jak lekarstwa, łykania tego co “zdrowe”, wydzielania sobie składników, wiem co mi robi dobrze a co źle, ale nie zrezygnuję we Włoszech z mozarelli, bo nie po drodze mi z laktozą. 

Jem sezonowo. Czyli nie kupuję truskawek w grudniu. Jeśli nie chcemy szkodzić przyrodzie, minimalizować straty, to nie możemy wybierać, że “mięsa nie zjem, ale w oleju palmowym się wykąpię, do tego ubiorę się w tani badziew, wyprodukowany na przemocy i krzywdzie, który po roku wyrzucę”. Tak ogólnie, to jest to trudne. W każdej sferze można być po prostu świadomym i starać się wybrać coś, co najmniej szkodzi. 
Na przykład ostatnio szukam kosmetyków, które można przelać z torebek do butelek, aby nie produkować tyle śmieci. Piję wodę z kranu. 
Nie da się mieć wyrzutów sumienia cały czas.
Bardzo lubię chodzić do restauracji. Kiedy ktoś mnie obsługuje. Zawsze zamawiam rzeczy, których nie chce mi się robić w domu. Sałatkę to mogę skleić w 10 minut we własnej kuchni, więc raczej pozwolę sobie na wątróbkę.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Uwielbiam wietnamskie. Wszystko. Jeżdżę regularnie na wycieczki do Wólki Kosowskiej i tam to już spałaszuję nawet koźlinę we krwi. Nie obrzydza mnie nic, mało tego, uważam, że z szacunku dla zwierzęcia, które pozbawiliśmy życia, aby zjeść, nic nie można marnować. 
Wegetarianie pytają mnie, czy sama zabiłabym zwierzę. Jeśli byłabym głodna- tak. 

Szanuję cudzy wybór rezygnacji z mięsa. Ja mogę tylko ograniczyć, to by była dla mnie tortura nie móc zjeść ramenu w Kioto.

Gotowanie to przyjemność, ale też zwykła czynność. Nawet jak jestem zmęczona, nie mam problemu żeby coś upichcić na szybko. Zmywanie to inna historia.
Mogłabym podsumować swój stosunek do jedzenia jako hedonistyczno- świadomy. Nie jem, żeby dostarczyć sobie składników, żeby coś uzyskać (figurę, cerę, witaminy). Jem, bo mi smakuje. Wolę być głodna niż zjeść coś niedobrego. W fastfoodzie jestem dosłownie raz na pół roku, z okazji jakiegoś bardzo złośliwego PMS. Kiedy je się smacznie na co dzień, nie ma pokusy. 
Kiedy mam stresujący okres- chudnę, zapominam żeby się nakarmić.

c5d13537853905-574e8b6016a72

Staram się nie szkodzić naturze, ale wiem, że o ile nie mieszka się na samowystarczalnej farmie, to jest to bardzo trudne. Kiedy nie ma się kilku tysięcy złotych do wydania w eko- sklepie co miesiąc, to też wymaga sporo przemyślenia.
Smacznego.

Miłość

Jutro Walentynki. Przeczytałam niedawno, że podczas pocałunku, świeżo zakochana osoba ma tyle serotoniny, co mózg kogoś z zaburzeniami obsesyjno- kompulsywnymi. 

Bez większych ceregieli: walentynkowe kartki.

47

48

Bajka

Wychowałam się na rosyjskich baśniach. Pamiętam grube książki z ładnymi, realistycznymi ilustracjami. Strony pomazane przeze mnie i moje rodzeństwo kredkami.

Opowieści miały przedziwne morały, zawsze mnie zaskakiwała niesprawiedliwość tych historii. Głupi Iwanuszka szczęściem wygrywający życie. Żebrak bez rozumu zdobywający fuksem bogactwo. Gotowane na wolnym ogniu i pożerane dzieci. Mądre żony idiotów wyposażające ich w różne atrybuty, które pomagają im przeżyć. Okrutni rodzice wysyłający swoje potomstwo na śmierć. Głód. Rozbójnicy. Zamieć.

272a5d41454965-57a6ed44d76fe

Do kompletu w tamtych czasach krążyły baśnie braci Grimm, nieokrojone cenzurą, pozostawiające w naszych umysłach koszmary nocne. Ludożerców i obdzieranie ze skóry. Ćwiartowanie, siekanie i duszenie.

W czasach wczesnej podstawówki zaliczyłam również spotkanie z Thorgalem (oraz Szninklem, którego zupełnie nie zrozumiałam). Także nagość i przemoc od dziecka sączyła się do mózgu. 

aa858e41454965-57a6ed44d7002

I wiecie co, nie czuję się znieczulona. Wręcz przeciwnie- będąc dorosła, bardzo trudno mi się patrzy na krwawe sceny na ekranie. Styczność z obrazkowym seksem może uchroniła nas od pruderii, nauczyła co to ciało w czasach, w których nie było czegoś takiego jak wychowanie seksualne (czy tam do życia w rodzinie, chociaż to akurat pewnie nie pomaga).

Nie wiem czy to dobra lekcja- że przemoc jest bezsensowna i niesprawiedliwa, że biedni umierają z głodu, a głupi zyskują bogactwa. Z pewnością ta o dobrodziejstwach posiadania mądrej żony jest przydatna.

8058b341454965-57b016a46b8b2

Kiedy patrzę na moich znajomych, którzy dziś są rodzicami, wydaje mi się, że jest im o wiele trudniej niż naszym matkom i ojcom. Oglądałam z tatą “Terminatora” w wieku ok 8 lat i nikt się nie dziwił. W wieku 9 lat sama przeczytałam całego “Władcę Pierścieni”. Nikt nie pilnował, które książki są dla nas właściwe. Stały na półce, to braliśmy. Bawiliśmy się w mordowanie, to udawaliśmy, że się zabijamy. Nikt naszych rodziców nie oceniał, żaden ekspert im nie mówił, że są niewydolni wychowawczo, nikt nie zastanawiał się nad naszą psychiką, lękami.

Nie jestem fanką narracji “sentymentalnej” pt. “za moich czasów było lepiej, wyrośliśmy na ludzi”, “pętaliśmy się do nocy po podwórku z kluczem na szyi, dostawaliśmy pasem, jedliśmy chleb z cukrem i wszystko z nami ok”, itd.

46a78941454965-57b016a46be2d

W sumie to zazdroszczę trochę dzisiejszym dzieciom, że mają tyle uwagi, miłości i troski. Patrzę jak wyrastają na fajne, niezakompleksione, pewne siebie i asertywne osoby. Takie, które mają świadomość, że nie wolno męczyć zwierząt, że mrówka czuje, że kot może nie mieć ochoty na zabawę.

Cały ten wywód wziął się z tego, że znalazłam kilka powyższych rysunków, wykonanych kilka miesięcy temu. Inspirowały mnie właśnie stare ilustracje baśni z lat dziecięcych.

Lubię

Mały słownik rzeczy ulubionych.

Najbardziej lubię siedzieć rano w mojej yukacie przywiezionej z Japonii, pić kawę z mlekiem do porannej gazety.
Poranki mam bardzo ciche i spokojne, żona śpi do późna, koty, jak się im da paszy, zalegają na grzejnikach i poduszkach. Często w piżamie/ dresie wyskakuję po gazetę i wracam pod koc.40

W maju mam urodziny, mój miesiąc idealny, nawet deszcz mi nie przeszkadza jeśli się zdarzy. Odzyskuję energię, dużo wagaruję, chodzę nad Wisłę, do lasu.41

Piwonie odurzają jak muzyka. Posłuchajcie.42

O ile jest taka możliwość, chodzę na łyżwy w każdy weekend. Lodowisko mam dosłownie pod domem, urząd dzielnicy otworzył darmowe pod szkołą. Najlepiej jeździ się rano, jestem wtedy często sama, inni śpią.43

Rzadko się mocniej umaluję, zaraz wszystko zjadam i rozmazuję. Ale bardzo lubię “coś ze sobą zrobić” na wyjście.

W prezentach czasem dostaję małe zawieszki lub naszyjniki. Jestem bardzo przywiązana do faktu, że coś wisi mi na szyi.44

Szafa

Przedstawiam Wam gotowy przepis na to, jak bezproblemowo, bez dramatu, potu i łez wyjść z szafy i do niej nie wrócić.

Powodów aby to zrobić jest mnóstwo. Od samotnych świąt w otoczeniu cioć i babć dopytujących się o “kawalera” na horyzoncie, po wykluczanie się samemu z najróżniejszych towarzyskich eventów, niezręczne akrobacje językowe w rozmowach w pracy, przedziwne przemykanie się byleby ktoś nie zagadał o te wakacje, na których właśnie byliśmy.

Życie w stresie, w tajemnicy jest nie tylko niezdrowe dla psychiki, również nie działa pozytywnie na Wasz związek, poczucie “ukrywania się” sprawia, że sami wrzucamy się w rolę kogoś kto robi coś złego, coś perwersyjnego.

Szczególnie ciekawie wygląda to na fejsbuku, gdzie widzę kontrast między znajomymi “wyoutowanymi”, a tymi, którzy się ukrywają.

Trochę straszno, trochę śmieszno, kiedy widzisz zdjęcia z wakacji z jedną osobą na nich, jakieś neutralne statusy o wizytach w knajpach (samemu). 

Wiem, że są introwertycy, którzy nie dzielą się niczym, bo im tak dobrze, bo nie mają potrzeby pokazania jak leżą pod palmą, spędzają urodziny, czy piją wieczorne winko. I ok, jeśli to wynika po prostu z osobowości, niezależnie od orientacji. Wielu z nas ma jednak odruch społecznego przeżywania szczęścia i to właśnie, mimo krytyki, dają nam media społecznościowe. Ja sobie myślę, że to musi nieźle dławić, kiedy siedzi w Tobie chęć podzielenia się czymś, pokazania jakiegoś skrawka swojego życia, kawałka radości lub smutku z codziennych wydarzeń, i tak się cenzurujesz, że nie przechodzi Ci to przez gardło (lub klawiaturę).

Recepta: wywalić lub zablokować osoby, które mogą nam zaszkodzić. Są opcje w ustawieniach, gdzie wiadomo kto co widzi. 
Inna sprawa jest taka, że najczęściej mylnie osądzamy stan rzeczy. Przeważnie wygląda to tak, że ci ludzie (co do których mamy pewność o ich homofobii), kiedy się o tym dowiedzą, nie są w stanie powiedzieć nam tego wszystkiego w twarz. Twardziel w internecie, dupa w prawdziwym świecie. Życie sensacji jest krótkie i po dwóch tygodniach zazwyczaj już nie ma tematu.

31

Drugim punktem jest naturalność tego jak my się z tym wszystkim zachowujemy. 

Ponieważ w większości nie mamy napisanego na czole “HOMO”, coming outu dokonujemy codziennie, w każdej możliwej sytuacji, gdzie jesteśmy “nowi” towarzysko. Dużo łatwiej by było, gdybyśmy byli pomalowani na zielono, wyjaśniłoby to wiele z góry, a na ulicach zrobiłoby się wiosennie niczym na irlandzkim pastwisku.

Nie każdemu trzeba od razu składać wielkie wyznania, tłumaczyć się dlaczego tak jest i najlepiej od razu załączać stos fachowych opracowań na temat homoseksualizmu.

Najlepszą robotę odwalają proste, krótkie, oczywiste komunikaty, z którymi nie zostawiamy pola dyskusji. Bo ja nie pozwalam innym rozważać mojego związku, wyborów i życia. 

Wystarczy powiedzieć “byłam z dziewczyną na wakacjach”, “mój chłopak tez świetnie gotuje”. W 50% rozmowa idzie dalej, powiedzmy w 49% padnie pytanie: “masz dziewczynę/ chłopaka?” (na które odpowiadamy twierdząco i to wystarcza), w 1% ktoś będzie dalej wyciągał temat i jedyne, co można zrobić to mu powiedzieć, żeby sobie doczytał, jeśli odczuwa tematem jakąś fascynację.

Nie tłumaczymy się z naszego życia. Hetero nie pytają nas, kiedy i z kim mogą się spotykać. Na jakich warunkach i w jakich układach. 

I wiecie co, kiedy jest w danym środowisku przejrzysta sprawa, dużo się zmienia w świadomości ludzi. Mniej pozwalają sobie na homofobię, na durne teksty, na szykany.

A jeśli rzeczywiście macie wokół siebie wściekle nienawistnych ludzi, to- kaman, have some self respect, czas zmienić towarzystwo. Nigdy nie zrozumiem otaczania się ludźmi, którzy nami gardzą, jak coś mi śmierdzi to wychodzę, a nie wdycham. 

Nie jestem niczyją mamą ani terapeutką, aby go uczyć kultury i empatii.

Media społecznościowe dają nam wielką szansę na coming out. Zamieszczamy jedno zdjęcie z “Misiakiem/ Misiaką” i niech sobie pogadają kilka dni- tygodni, a zdziwicie się ile dodatkowo otrzymacie wsparcia.

I co ważne- to wszystko trzeba zrobić szybko, nie wolno dusić się latami w “tajemnicach” i “sekretach”, bo staje się to dużo trudniejsze. I najgorsze jest potem odkręcanie kłamstw.

Tako rzecze ciocia dobra rada.

It get’s better.

Moonlight

Dziewczyno, jeśli miałaś szczęście (bądź pecha) być nastolatką w barwnych latach 90-tych, na pewno oprócz niewątpliwych uroków grandżowych flanel, boysbandów, nagrywanych kaset magnetofonowych oraz wideo, ruskich gierek a’la tetris czy wyścigówki, o rozlewających się ekranach, mody na mulinę w warkoczykach, na pamiętniki “złote myśli”, kalendarzy nastolatka, Bravo Girl i Jeziora Marzeń, dopadła Cię w jakimś stopniu Czarodziejka z Księżyca.

Nie wiem, jakie otumaniające podprogowe przekazy Japończycy włożyli do tego serialu, ale zarówno w Polsce, jak i na świecie, dziewczynki w wieku 12-18 lat dotknął absolutny szał.

Co tu dużo mówić- gdyby nie Sailor Moon, całkiem możliwe, że ja nigdy bym nie zainteresowała się komiksem, a z rysowania po prostu bym “wyrosła”. 

Najgorszą karą był szlaban na odcinek (w sumie mało skuteczną, bo zastępy koleżanek zaraz po epizodzie- który zresztą nagrywały na kasety video- dzwoniły ze szczegółowym streszczeniem). 

26

Ja przepraszam bardzo- ja pisałam LISTY (takie papierowe) z innymi fankami z całej Polski, jak również ze świata (miałam koleżanki z Hiszpanii, Luxemburga, Stanów, a nawet z Japonii).

Wysyłałyśmy sobie rysunki, kserówki obrazków (internet był raczkujący, więc jakikolwiek magazyn ze zdjęciem Czarodziejek był zmaltretowany w punktach xero). Kolportowałyśmy między sobą kasety magnetofonowe z piosenkami z serialu (jakim cudem to przedostało się z Japonii, przecież bez torrentów, tego nie wiem, sieć dilerska jest tajemnicza, niezbadana i nieskończona).

Jedne były “team Mamoru”, inne “team Three Lights”, jeszcze inne “team Haruka”. No ludzie, Haruka! Ryczałam jak nienormalna, przewijając w kółko scenę śmierci Sailor Uranus i Neptun.

Serial się skończył, moje Moonies pracują dziś w korporacjach, szpitalach, mają własne firmy, są redaktorkami, rysowniczkami, naukowcami na uniwersytetach. I tylko kiedy mignie mi na Fejsbuku jakiś plecaczek z Luną, powstrzymuję się, aby nie kliknąć “kup teraz”.

1 dzień

Tylko tutaj, szok i niedowierzanie, niepowtarzalne materiały, exclusive, włączcie parental protection, mokry sen Krystyny Pawłowicz, Wasze życie nie będzie już takie samo, seks, rozpusta, podejrzane substancje.

Dzień z życia jałowego związku. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

 

7:00. Niezidentyfikowane narkotyki.

03

7:20. Szatańskie ćwiczenia jogi.

04

8:00. W tym internecie to pewnie same bezeceństwa.

05

8:30. Twórczość promująca homoseksualizm.

06

10:30. Dziki seks na pobudkę.

07

11:00- 18:00. Dzień poświęcony na dywersję państwa polskiego pod przykrywką pracy biurowej

11

19:00. Kolacja z wrogich niemieckich produktów z niemieckiej sieci dyskontów.

13

20:00. Indoktrynacja.

12

22:30. Wyjątkowo dziś bez trójkątów, czworokątów i wykorzystywania dzieci/ kotów/ nieboszczyków.

14