Lata

Trudno mi zrobić podsumowanie roku 2017 bez kontekstu jego poprzednika- 2016. Nie da rady zamknąć się w 365 dniach, odciąć krechą jeden okres od drugiego.

Rok temu zdecydowałam, że moje rysowanie to trochę za mało. Niezbyt wiedziałam, co zrobić z wykupioną impulsywnie domeną seaofgray.com.

Nie miałam planu.

Pod wpływem 2016, który mi skopał dupę tak bardzo, że nie dałam rady się podnieść, po bezsennych nocach, złości mieszanej z poczuciem krzywdy, odkryciu w sobie całego wiadra emocji, które ciężko zaakceptować, żalu, po utracie zaufania do wielu osób, które w trudnych chwilach nie wiedziały kiedy zamknąć japę, już nie mówią o wsparciu, po urwaniu paru kontaktów i smutnej refleksji, że wybieram sobie na znajomych totalnych narcyzów i plotkarzy, po wielu nocach przepłakanych w poduszkę, chwyciłam za pędzel.

Przypomniałam sobie, co porzuciłam, co było moją pasją. Na początku rysowałam i malowałam jak szalona. Trzeba było odreagować miesiące kotłowaniny, wyrzucić splątane emocje. 

Do szuflady nigdy się nie sprawdza. Bądźmy szczerzy- twórczość bez pokazywania nie istnieje. Emocja bez uzewnętrznienia, bez odbiorcy jest tylko echem.

Wrzucałam sobie na tego bloga kiepskiej jakości skany i kilku znajomych nawet to oglądało. 

Rok temu postanowiłam, że będę też pisać. Że rysunek to za mało, że siedzi we mnie dużo słów i zdań, pewnie trochę grafomańskich, ale internet jest demokratyczny i przyjmie wszystko, nawet najgorsze wypociny i najgłupsze myśli.

131

Autoterapia zadziałała. Czuję się jakbym pokonała przepaść. Jakbym kawałek po kawałku wygrzebała się z jakiejś olbrzymiej ciemnej jamy. 
2017 to rok w którym uczyłam się godzić z różnymi rzeczami, na które nie miałam wpływu, w którym uporządkowałam wiele swoich relacji i zdecydowałam, co jest priorytetowe, kiedy powiedziałam na głos na co się nie godzę, czego nie dopuszczam. Że nie ma miejsca już na żadne hieny i pijawki, że nie zgodę się na wykorzystywanie, na gnębienie, na błyszczenie moim kosztem.

I tak się złożyło, że dzięki tej stronie poznałam też trochę fajnych ludzi, że prowadzenie tego bloga stało się świetnym oderwaniem od codzienności. Autoterapia zmieniła się w małą społeczność. 

Czego życzę sobie w 2018? Nie mam życzeń typu “żeby coś konkretnego się stało, żebym coś dostała”. Chcę nauczyć się w pełni cieszyć tym co mam. Nie tęsknić do spraw poza moim zasięgiem, nie płakać za brakiem. 
Mam nadzieję, że będziecie mieli ochotę mi  tym towarzyszyć.

Winne przyjemności

Oglądałam Kirsten Stewart na laptopie, zapijając tanią łiski Grant’s z Lidla w promocji (na szczęście z okazji Świąt przeceniają wszelką wódę), film był nudny, więc przewijałam w międzyczasie fejsa, instagrama, stalkowałam gwiazdy na Pudelku i dopadł mnie wyrzut sumienia. Jeden. Dopadł na chwilę, spowodowany “spojrzeniem na siebie z zewnątrz”, ale za chwilę go uciszyłam, w imię “akceptacji własnych słabości” i “docierania do prawdziwego ja”.

To się nazywa “guilty pleasures”, ale ja nie mam wyrzutów sumienia. 
Wokół jest tyle autokreacji, idealnych zdjęć, gdzie nawet bigos wygląda fotogenicznie, a nie standardowo- jak wymioty w misce, leży sobie na pięknym talerzu obok koca, bombki i książki o rozwoju osobistym, ja mam odruch “w tył zwrot, naprzód marsz”.
Kiedy Ci kaktus usycha, pralka wypluła ulubiony sweter w stanie skurczonym tak, że możesz go podarować czterolatkowi, odpadł lakier od paznokci ukazując wcześniejsze warstwy, jak przekroje skorupy ziemskiej w podręczniku geografii, bo nie chciało Ci się zmywać, więc dokładasz i dokładasz, kiedy na obiad zjadasz popkorn z mikrofali, a na basen nie idziesz, bo nie chciało Ci się ogolić nóg (od dwóch tygodni), to nie dołuj się, tylko kilkadziesiąt osób w naszym 35- milionowym kraju ma statusy zaczynające się od “poniedziałkowy poranek w Nowym Yorku, zostawcie łapkę w górę”.

Średnio widzę kupowanie marmurowego blatu do kuchni tylko po to, żeby kubek z kawą wyglądał na nim ładnie na zdjęciach, przynoszę więc ulgę Wam wszystkim śpiącym w niedopasowanej piżamie, wychodzącym do sklepu w czapce przykrywającej tłuste włosy i płaczącym na 2398861 odcinku Mody na Sukces. Przynoszę listę “wstydu”, czyli, co w życiu daje mi radość, a jest daleko od udawanego świata smutnych pozerów.

15

Zacznę z grubej rury- w każdy poniedziałek rano oglądam Kardaszianki. Jestem uzależniona. Patrzę na ten botoks, na te problemy z dupy, na to pławienie się w hajsie, z którym ci ludzie nie wiedzą już co zrobić, co jeszcze kupić, co wyrzucić, co przechlać i wciągnąć, żeby jakoś ten nadmiar zużyć. A on napływa i ich podtapia Niagarą zielonych papierków, brylantów i złotych łańcuchów. I wiecie co mi w tym robi dobrze- że oni wcale nie są szczęśliwsi niż my. Patrzę sobie na ten obraz pod mikroskopem, na te ich rozwody, uzależnienia, kolonoskopie i porody i daje mi to proste szczęście. 

Drugą pokrewną przyjemnością jest oglądanie vlogów o malowaniu się. Ja nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w makijażu, szczerze mówiąc, ponad 5-10 minutowy standard, pacnąć podkład, tusz, coś na policzek, i jak mam więcej czasu to szminkę, nie chce mi się wychylać. W jakiś sposób obserwowanie, jak panie nakładają na siebie kolejne warstwy, jest wciągające. Robią to z taką powagą, jakby to było rzeczywiście ważne, używają słów “tym cieniem można budować”, “róż jest dobrze napigmentowany”, “w tę bazę warto zainwestować”. Przysypane tonami szminek, błyszczyków, rozświetlaczy, latami nie robią nic innego, tylko się malują. I to jest fascynujące. 
Teraz zaczął się sezon na otwieranie kalendarzy adwentowych na vlogach i ja mam takie przeczucie, że to wszystko wyląduje w koszach na śmieci. Niech ktoś zrobi otwieranie kalendarzy z alkoholem. Live. Całych na raz. Oglądałabym.

Jak jesteśmy już przy ważnych tematach z internetu- kłócenie się na fejsie. Mój boże. Niech no pojawi się temat aborcji na Wysokich Obcasach. Nie da się powstrzymać tej lawiny. A weź i mnie przegadaj, do ostatniego trupa. Nie powinnam, ciśnienie skacze, ale mój mały wewnętrzny fejsbukowy patrol nie potrafi odpuścić. Nie śpię, bo kłócę się o prawa kobiet. Nałóg. Internetowy obywatel. 

Z interakcji międzyludzkich to lubię niezobowiązujące rozmowy ze starszymi paniami. Najczęściej w warzywniaku, albo na ciucholandzie. Lgniemy do siebie. Ostatnio moja mama mi powiedziała, że jestem mentalnym emerytem. Trudno, biorę to na klatę, proud to be old.

W temacie bazarów- lubię wydawać pieniądze na straganach. Żyłkę przekupy odziedziczyłam po dziadku, który mnie zabierał na targ w dzieciństwie. Mało kupowaliśmy- jakiś flek do buta, żarówkę, jabłko, ale co się dziadek nagadał, natargował, to jego. I mi tak zostało, sorry sprzedawcy w Marrakeszu, nie chciałam wam tego robić.

Żeby nie było za słodko, to zwierzę Wam się, że czerpię dużą satysfakcję z “mrocznych myśli”. Pewnie jest na to jakaś nazwa zaburzenia, ale kiedy mi źle, to sobie wyobrażam jak umarłam i wszyscy płaczą i “mają za swoje, mogli być dla mnie mili, a teraz wącham kwiatki od spodu”. Pogrzeb mam zaplanowany od a do z, gdyby ktoś pytał, to mogę wysłać szczegółowe instrukcje pochówku. Fajnie by było, gdyby się zjawił Benedict Cumberbatch i uronił łzę, że szkoda, że mnie nigdy nie poznał.

A jeśli jesteśmy przy mroku, jak jadę samochodem i leci “Nothing else matters” Metalliki, to śpiewam. I płaczę.

 

Dzień

Stanisław obudził się o świcie. To była pora dnia, którą najbardziej cenił- ciszę, spokój, tak zwaną chwilę dla siebie, zanim rzeczywistość postawi go na nogi, zawlecze do szeregu i zrobi musztrę.
Jego żona Alicja przewracała się na drugi bok, wydając dźwięki zadowolonego z siebie hipopotama- innymi słowy chrapała tak, że wszystkie włosy stawały dęba na jej bujnie porośniętych nogach.
W ciemności zrobił sobie kawę, piętnaście minut spoglądania przez okno, zanim się zacznie.
Pierwszy był Dziedzic. Dobudzić toto bez awantury graniczyło z cudem, a Stanisław w cuda nie wierzył, wierzył w silną konsekwencję. Dlatego nie ugiął się ani na moment, gdy Dziedzic zaproponował na śniadanie ciastka w czekoladzie, argumentując “a mama mi pozwala”. Stanisław machnął ręką zniecierpliwiony, notując wczorajszy wieczór, gdy jego żona, lekko zawiana po imprezie integracyjnej, obiecywała wszelkie cuda świata płaczącym dzieciom. A dzieci płakały, bo znowu mama zapomniała o przedstawieniu w szkole, z czego wynikła seria negocjacji, przekupstw i przyrzeczeń.

Mała Księżniczka wyleciała jak z procy, demonstracyjnie ogłaszając, że nie ma pracy domowej na plastykę, więc zamiast wrzucić kanapkę na ruszt, Stanisław spędził ostatnie dziesięć minut poranka na wyklejaniu Pani Jesieni z liści juki, bazylii oraz laurowych Kamis. 
Nie zdążył się nawet ogolić, na szczęście poprzedniego wieczora wyprasował rzeczy swoje i Alicji, gdy w drzwiach pojawiła się jego żona. Całe szczęście kupił jej nowe rajstopy w dużych paczkach i nie chodziła już w tych pozaciąganych.

-Czy możesz dziś zawieźć dzieci do szkoły? Mam ważne zebranie, mój awans może od tego zależeć- odezwała się na dzień dobry.

-Tylko wezmę samochód, ok?

-Wiesz przecież, jak na mnie patrzą koleżanki, kiedy podjeżdżam autobusem, to tylko cztery przystanki, dasz radę! I tak masz po drodze.

Stanisław znał tę rozmowę, nawet nie drążył tematu, wiedział, że kolejna, taka sama kłótnia o to, czyja praca jest ważniejsza, będzie tylko stratą kolejnych cennych minut.

Alicja wyleciała jak z procy, bez śniadania, rzucając, że zje na stacji benzynowej, a on pomyślał tylko, że znowu na kolację będzie miał zeschnięte kanapki- niedojadki.

Po wczorajszym wieczorze dzieci były trochę nie do ogarnięcia, co znaczyło, że w autobusie znowu wszyscy patrzyli na niego wilkiem. Jakaś kobieta przez telefon wyraziła swoje niezadowolenie, że “bachory nie dają jej porozmawiać, więc zadzwoni później”, inny “perfekcyjny ojciec” karcąco wykrzywiał usta w kurzą dupkę, a jakiś stary dziad uraczył go poradą, że “powinien pilnować swoich dzieci”. “Dzięki kurwa za naukę, sam bym na to nie wpadł”, pomyślał Stanisław i tylko złapał Dziedzica za kaptur w ostatniej chwili, chroniąc go przed wyrąbaniem głową w kasownik.

W drodze do pracy, uwolniony od potomstwa spoglądał tępo przez okno autobusu na Warszawę, usiłując w myślach zorganizować porządek tego dnia.

Wtem kolano. Złożył nogi bliżej jedna drugiej. Znowu kolano. Nogi w lewo, poranna gimnastyka. Szybkie zerknięcie ponad prawe ramię. Na siedzeniu obok rozmościła się wygodnie paniusia, lat około 50, dezodorant to taki dinozaur z okresu jury, brudnymi pazurami dłubała sobie w zębie. Rozkrok przekroczył dawno neutralne 45 stopni, niebezpiecznie zbliżał się w stronę szpagatu.

163

Stanisław poczuł mdłości, wysiadł dwa przystanki wcześniej. 

-A co pan taki smutny, uśmiechnie się!- usłyszał za plecami. Słowa wypadały z paszczy przystankowej żulicy, od 9 rano z obowiązkową puszką piwa “Mocne Dębowe” oraz wiszącym bezwładnie szlugiem z jej warg. -Ja znam sposób, żeby ci poprawić nastrój, chłopaczku! Niezłą masz dupę!- rechot towarzyszył Stanisławowi, zanim żulica znalazła sobie następnego chłopaka do zaczepek, padło na piętnastoletniego blondynka ze słodką grzywką, zupełnie czerwonego na twarzy w reakcji na “awanse”.

W pracy jak zwykle: “Staszku przynieś to, Staszku skseruj, Staszku skarbku zanieś to do księgowości”. Żadna z tych rzeczy nie należała do jego obowiązków, ale wiedział, że przy odmowie zyska miano gbura i na dłuższą metę nikt nie będzie chciał awansować “niemiłego” mężczyzny. Nie w firmie złożonej głownie z kobiet.

Koleżanki znad komputerów, na których ekranach jako tapety poustawiały zdjęcia jędrnych męskich pośladków (oczywiście implanty, naturalne tyłki są takie nieatrakcyjne) przerzucały się historyjkami z wczorajszej imprezy (na którą on nie poszedł, bo teatrzyk szkolny). Która spiła kolegę, która się z kim przelizała, kto jest sztywniakiem i nie chciał zatańczyć “przytulanga”.

Po lanczu poszedł do szefowej “po prośbie”, zadzwonili ze szkoły, że Mała Księżniczka wymiotuje i trzeba ją zabrać.

-Dlatego właśnie nie lubię zatrudniać mężczyzn, ciągle im dzieci chorują. Ale co zrobić, ktoś musi nam ubarwiać to biuro, służyć za ozdobę w miejscu pracy. Człowiekowi też należy się czasem, żeby sobie popatrzyła, nie?- i tu nastąpiło mrugnięcie okiem i rzut oka na rozporek Stanisława.

Na szczęście szefowa pozwalała czasem pracownikom płci męskiej na takie zwolnienia, ZUS płacił, uff, kobiety nie mogły liczyć na tego typu czas z dziećmi.

Wieczorem, kiedy już zrobił kolację i położył spać potomstwo, zjawiła się Alicja. Padła na łóżko wykończona. Chciał jej opowiedzieć o dniu, jednak powstrzymało go donośne chrapanie. Dziś nie będzie seksu, z czego się nawet ucieszył, bo przestał brać zastrzyki hormonalne, po których puchnie mu całe ciało, a jego małżonka “nie lubi” prezerwatyw. Wizja kolejnego potomka wprawiała go w spazmy, także nie kochali się prawie wcale, poza dniami niepłodnymi wyliczonymi przez aplikację, trudno było o miłość. Podejrzewał czasem, jak jego temperamentna żona zaspokaja swoje potrzeby, ale nic nie mówił, bo ze względu na dzieci (i na niską ściągalność alimentów) rozwód to byłaby ostatnia rzecz jakiej potrzebował.

 

Po śniegu

Wszystko zaczęło się od tego, że nie zdążyłam zmienić opon na zimowe.
Szósta rano, ciemność wpychała mnie z powrotem pod kołdrę, w głowie szumiał kodeinowy kac po tabletkach na kaszel. Za oknem spadło białe. Płatek po płatku lądowało na planecie Ziemia, zacierając ślady życia. 
Z moim stanem oskrzeli komunikacja miejska wydawała się biletem ekspresowym do krainy powikłań, destynejszyn angina, koklusz i gruźlica.

Korzystając z niewiarygodnych technologii szpiegowskich GPS zamówiłam więc Ubera.
– O, Suzuki Ignis- zagaiłam- Ale się stęskniłam, kiedyś takim jeździłam, fajne autko.
Tu nastąpiła dłuższa i mało istotna, acz sympatyczna rozmowa o japońskich samochodach, kosztach naprawy i hurtowniach z tanimi częściami.
– Ja tam lubię śnieg, jak porządnie napada- zmienia temat mój drajwer, na oko lat 21, miła twarz, uśmiechnięte oczy.
– Ja też, mogłabym mieszkać w Skandynawii i nic a nic mi to nie przeszkadza.
– Też bym mógł, ale teraz to chyba bym nie chciał.
– A dlaczego?
– Wie pani, z tymi ciapatymi..
Nastąpiło porozumiewawcze spojrzeniu w lusterku, sugerujące, że nadajemy na tej samej fali, że on wie, że ja wiem, tymczasem ja nie wiem. W tym geście zawarta była myśl o wspólnej platformie, o jedności, o nici porozumienia.
– Pieprzenie, prędzej dadzą mi w twarz na Pradze niż tam, pojechałby pan samemu się przekonać.

Dalsza droga upłynęła w niezręcznym klimacie, napięciu i ostrożnym doborze słów, aby się wzajemnie nie pozagryzać w tym Suzuki. “Krwawa jatka w uberze sprowokowana przez muzułmańskich imigrantów”- tak by brzmiały nagłówki.

129

W drogę powrotną zabrała mnie taksówka.

Wturlałyśmy się z koleżanką do auta zasapane, zmarznięte, z przemoczonymi butami i rzęsami przyklejonymi do szkieł okularów.
– Wie pan, trochę się nabiegałyśmy, bo pomyliłyśmy taksówki.
– O, to nieźle się dzień zaczyna.
– Nieźle to się już wcześniej zaczął, bo nie zmieniłam opon, a tu napadało.
– To dobrze, że pani myśląca i nie wyjechała, ile już dzwonów na mieście. Wie pani, ludzie nie wierzą w takie rzeczy i jeżdżą na letnich. Że spisek firm produkujących opony. Teraz same spiski. Antyszczepionkowcy, ludzie głupieją, szukają wrogów, ziemia płaska, geje im przeszkadzają, cyrk za darmo.

Uśmiechnęłam się pod nosem, dalsza rozmowa to ciąg polecania sobie “chińczyków” i pizzerii, opowieści o mieszkaniach, cienkich ścianach, włoskich wakacjach.

Po południu, pracując przed komputerem w słuchawkach miałam audycję radiową, której tematem były “przekonania”.
To, jak bierzemy swój punkt widzenia za ogólnoobowiązującą normę, za coś uniwersalnego. Kiedy nie dopuszczamy możliwości, że ten drugi człowiek może mieć zupełnie inny kod, że ma do niego prawo, nawet jeśli wywołuje to w nas dyskomfort.
Egocentryzm kulturowy pozwala nam widzieć własną słuszność, nasze postępowanie jako jedyne właściwe.

Zrodziła się we mnie wątpliwość, że jeśli wychodzimy z pozycji jedynej normy, to nie ma miejsca na rozwój, kiedy przekonania nie pozwalają nam na nawiązanie relacji z innymi, są strategią nieskuteczną w postępowaniu w społeczeństwie, bo de facto nie dostajemy wtedy tego, czego chcemy, przeciwna strona się po prostu zamyka.
W żadnej z tych rozmów nikt nie zapytał “A co pani sądzi o (niech będzie) ‘ciapatych’?”, “co pani sądzi o antyszczepionkowcach?”. Mógłby wtedy powstać jakikolwiek dialog, nawet przepychanka na argumenty, ale z miejscem na inne zdanie. Gdy się rozstajemy, każde obstając nadal przy swoim, to przynajmniej nie w poczuciu, że między nami jest betonowy mur nie do przeskoczenia.

Ucieczki

To był wiek dzikości serca, siedem, albo osiem lat na karku.

Czasy, gdy nikt nie montował fotelików w samochodach, o pasach bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu można było pomarzyć. 

Do szkoły chodziłam z sąsiadką, która była w tej samej klasie. Nikt nie kosił trawników, wiosna nieokiełznana ręką człowieka zagarniała ile mogła mleczami, stokrotkami, pokrzywą i kłującym ostem. Muchy latały wokół jarzeniowych lamp w malowanych farbą olejną klasach, dzieci zdzierały kolana ślizgając się po linoleum, które zastępowało poważne posadzki.

Po latach szkoła się dziwnie skurczyła i nawet (niegdyś wysypane żużlem, dziś zamienionym na piankę) boisko wydawało się tycie.

Za szkołą znajdowała się górka. Zimą wyślizgana jak tafla lustra przez które prześwitywało błoto i kamienie. Kto miał sanki, zjeżdżał na sankach. Inni na kurtkach i kartonach, odważni “na stojaka” na własnych butach. Ja, jako jedna z nielicznych na osiedlu posiadałam łyżwy, czego konsekwencją był mało inteligentny zjazd na figurówkach. Skutek, mimo, że spektakularny, jednak niezakończony żadnym złamaniem, nie nauczył mnie zbyt wiele w tym temacie, wobec czego tego typu akcje regularnie się powtarzały.

Latem chodziliśmy “za górkę”. Za górką były krzaki, w krzakach były śmieci, butelki po denaturacie, skamieniałe prezerwatywy i skórki od chleba. Między odpadkami płynęła sobie kanałem, górnolotnie nazwanym przez lokalsów “rzeczką”, woda.

***

Zosia była moją antytezą. Ja brunetka, ona blondynka. Ja z rodzeństwem, ona jedynaczka. Tradycyjna rodzina u mnie kontra rozwiedziona matka i ojczym z importu o dźwięcznym imieniu Luigi u niej. Zero kasy w kieszeni, za to kanapka i jabłko w plecaku versus wypadające z portfela pieniądze i zapiekanka na obiad. Dyscyplina przeciw braku kontroli.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że zostałyśmy przyjaciółkami. Stan ten trwał od początku podstawówki, po ósmą, ostatnią klasę, kiedy to Zosia poszła do zawodówki, a ja do liceum i nasze drogi rozeszły się na zawsze. 

01
Przerobiłyśmy za to w ciągu tych kilku lat wiele stopni zażyłości, od nagrywania sobie (mi) odcinków Czarodziejki z Księżyca, kiedy jedna miała szlaban (ja), po pomaganie w pisaniu klasówek (jej). “Miała na mnie zły wpływ”, to słyszałam od rodziców i niejednokrotnie nasze akcje kończyły się zakazem znajomości, rozsadzeniem w ławce i potajemnym pisaniem listów na lekcjach.

***

Wracając do rzeczki. “Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać”. Komunizm dopiero skonał i nawet dzieci czuły powiew wolności.

W ramach powyższego zaplanowałyśmy z Zosią Wielką Ucieczkę.

Siedząc na kępie traw i mocząc bose stopy w kanale, w którym o dziwo rozwijało się życie w postaci kijanek, wypakowałyśmy moje kanapki z folii aluminiowej, wysypałyśmy pieniądze Zosi i liczyłyśmy na co nam wystarczy. Dla mnie to było bogactwo, majątek, bo jedyna waluta, jaką wówczas obracałam, to drobne otrzymane od dziadka w celu zakupienia chrupek Fritos bądź gumy Turbo.

Zosia miała klucz na szyi, zapewniała, że u niej w domu i tak nikogo nie ma, więc możemy się tam zakraść, zabrać namiot i potrzebny ekwipunek.

Klucz na szyi był dla mnie totemem nieosiągalnym do około dziesiątego roku życia. Wcześniej po prostu wchodziłam do domu, w którym czekała na mnie babcia z obiadem. Jeśli nie mogła być, szłam do sąsiadki, koleżanki mojej mamy, i ona robiła mi kanapki, puszczała z kasety video kreskówkę, dopóki ktoś z rodziców nie wrócił.

Plan ucieczki zakładał wędrówkę przez świat z namiotem, kradzież jedzenia z działek i ogródków, spanie w lasach, aż dotrzemy do ciepłych krajów i tam zamieszkamy nad morzem. Wyobraźnia podsuwała nam raj wolności absolutnej, gdzie nie ma dorosłych, życie w wiecznej zabawie i słońcu.

Pech chciał, że ledwie po godzinie- dwóch zjawiła się moja rodzicielka, cała ugotowana. Gdy zauważyła, że Mania, z którą zazwyczaj wracałam ze szkoły jest w domu, wszczęła alarm poszukiwań, prawie już dzwoniąc na policję, straż pożarną i pogotowie.

Koniec naszego planu był tragiczny- na mnie czekał pas, na Zosię czekały puste ściany.

 

Polka

Dzień dobry, tu Polka.

Nie wyjechałam, jestem, trwam. Dlaczego?- bo chcę. Bo mogę. Bo jak ktoś mi mówi- Nie podoba ci się to wypierdalaj, to ja mu odpowiadam- Nie.

Bo jak w rodzinie dzieje się źle, to się nie ucieka, a próbuje naprawić.  

Bo niby dlaczego mam zostawić swój dom, swoją pracę, najbliższych i dalszych, bo jakiś łysol, którego pradziadek boso kopał kartofle w nocy, żeby jego pan nie widział, nie będzie mi mówił gdzie mam żyć i co mam mieć wpisane w paszporcie. Bo to tak samo moje miejsce jak i jego.

Bo mam zmieszaną krew jak w koktajlu, gdzie prosecco współgra z whisky, sokiem z jeżyn i wisienką kandyzowaną na dnie.

Moja babcia co drugie słowo mówiła po rosyjsku, ale zawsze tam, na Podlasiu była u siebie. Dziadek był socjalistą z powołania, bo widział niesprawiedliwy przedwojenny świat, a potem front pokazał mu piekło od którego trzęsły mu się ręce ilekroć słyszał język niemiecki w telewizji. Uciekali, stracili rodziny, zostali rozdzieleni na dziesięciolecia z najbliższymi, palono im domy i wsie, widzieli rozstrzelanych sąsiadów.

Drugi dziadek na piechotę po wojnie szedł odbudowywać Warszawę tylko po to, aby jacyś “lokalni patrioci” na forach internetowych jego wnuczce ubliżali od słoików i wieśniaków.

Tu nadaje Polka, od dwunastu lat żyjąca w związku z kobietą.

fc2d9045298783-582c0dacdf4be

Polka, która ma w dowodzie i w paszporcie wpisaną narodowość, potwierdzoną stemplem, wypaloną pod skórą miłość do ziemniaka i kapusty, nostalgię za śnieżną zimą i palącym latem, za zapachem gnijących jabłek i świergotem wróbli. 

Polka, która nie wyznaje Boga Ojca, która wstydzi się za Jedwabne, za pogromy kieleckie. Polka, która nie doświadczyła “szarmanckiego traktowania” tradycyjnych Polaków, co najwyżej próby obmacywania w autobusach i wulgarne uwagi na temat wyglądu.

Jej polskość jest nienachalna. W hostelach w Tajlandii zapytana skąd jest zawsze tłumaczyła gdzie jej kraj leży i jak wygląda, bo mało kto był świadomy tego zakątka świata. W Wietnamie taksówkarz zaśpiewał jej “sto lat” i chwalił wódkę. W Japonii upewniali się czy przypadkiem nie “Holland”. Francuzi reagowali “Polish people are hard working”, Anglicy się krzywili, Włosi podrywali. Z dystansu Kaczyński, Pawłowicz i Duda nie mieli żadnego znaczenia, bo na okładkach hiszpańskich dzienników był np. Putin albo Trump.

Polka bez poczucia krzywdy, ze świadomością szans, których nie mieli jej przodkowie. Która nie wyjechała do UK, do Niemiec, do Kanady. Która tu płaci podatki Państwu plującemu jej w twarz i każącemu się utylizować w jakimś kominie pod Krakowem.

Polka, która nie potrzebuje czuć dumy ze sportowych osiągnięć obcych ludzi, bo jest dumna ze swojej pracy i z tego ile sama zbudowała mimo braku “znajomości”, koneksji, bogatego taty. 

Która cieszy się ilekroć polski film wygra Oscara albo palmę, budynek- Pritzkera, gra się sprzeda w milionach egzemplarzy, a naukowiec przyczyni do przełomu w medycynie.

Polka nie cieszy się gdy widzi race, nie podnoszą jej wartości transparenty o czymś tak przypadkowym jak rasa czy tożsamość, to nie są “osiągnięcia”, nie zarabia się pieniędzy ani szacunku na byciu białym katolikiem. Życie nie staje się lepsze z powodu “czystej krwi”, nie jest się bardziej kochanym przez bliskich bo się poszło do kościoła. Bo znajdźcie mi kogoś kto nie ma we krwi Ślązaka, Kaszuba, Mazura, Litwina, Ukraińca, Tatara, Niemca. I zróbcie z tych ludzi nową Polskę, może wyjdzie Wam coś wielkości Monako. Zakaz wjazdu “obcym” i wyjazdu “swoim”. Zróbcie sobie raj beze mnie.

 

Po sezonie

Odkąd przeczytałam “Drwala” Witkowskiego miałam takie marzenie o kurorcie poza sezonem. Historia zatoczyła koło, siedzę w Mielnie, jest koniec października, owinięta w koce jak naleśnik, z leżaka zapadam się w “Wymazane” tego pisarza.

Wjeżdżałyśmy przez miasto duchów. Zamknięte sklepy, restauracje, wszystkie stoliki i krzesła w ogródkach zebrane na kupki, powiązane łańcuchami, śpią pod kołderkami folii.

Z rzadka neon, że 24h alkohole, pali się światło, zbłąkany wędrowiec może podążać za fatamorganą obiecującą piwo Żubr, Okocim i Nalewkę Babuni.

Pod pensjonatem Ameba facet w waciaku nieśpiesznie zamiata liście, nigdzie nie uciekną, opuszczone place zabaw nie irytują go rozwrzeszczaną klientelą siedmio-, ośmio-  dziewięciolatków.

Mewy skapitulowały, skurczone w sobie obserwują nas bez nadziei. Nie będzie kradzionej frytki, resztek fląderki wygrzebanych ze śmietnika.

Dwa stragany rzuciły wyzwanie światu i sprzedają jeszcze resztkami sił czapki z pomponami, podróby emu wysadzane klejnotami w kolorach flagi brytyjskiej, szalo-poncza z chińskiego akrylu.

Plaża jest pusta, od czasu do czasu przewijają się obywatele zaprzyjaźnionej Republiki Niemiec, raczej tacy w wieku porozrodczym. Spacerują, wdychają jod, szukają ostatniej kawiarni na promenadzie serwującej zupę dnia, zestaw dnia, specjalnie dla nich rozmrażającej to, co zostało po szaleństwach lata.

W praktycznych butach trekkingowych, w wiatrówkach z dekatlonu, z saszetkami uwiązanymi na szyi patrzą jak polskie niebo miesza się z niebem niemieckim, jak nasze morze staje się ich morzem, a ryby i mewy nie uznają różnic gramatyki i ortografii.125

Na wąskiej ścieżce spotykamy parę z dziećmi, mówimy “dzieniobry”, następnie rejestrujemy ich wystraszony rzut oka na rowery i już wiemy, że spotkanie międzycywilizacyjne trzeciego stopnia zakończone porażką 0:1, domniemaniem polskiej chęci kradzieży niemieckich dwukołowców.

Trochę nam przykro, ale nawet nie tak bardzo, bo mamy widok na jezioro, na chmury i na deszcz, a do tego pakiet “masaż i glinka” w hotelu medical spa, tylko 500 m od naszego domku.

Wchodząc do solankowego basenu, tej zupy wypełnionej wkładką ciał emerytów, opuszczają nast troski z gazet, Kaczyński nas opuszcza, strajki lekarzy i kobiet, ustawy antyaborcyjne, cały bajzel dryfuje gdzieś w pizdu, na dalekiej wyspie oderwanej od kontynentu umysłu.

Wracamy w noc, wesołe smutne miasteczko, czarniejsze niż niebo, wygraża, że w przyszłe lato jeszcze pokaże co to strach przed diabelskim młynem. Jeszcze dzieci będą rzygały po wacie cukrowej w nadmiarze, panowie potracą małe fortuny usiłując ustrzelić plastikową różę dla Nikoli lub Wiktorii poznanej w barze Albatros, emeryci powygrażają na hałas co im nie daje w nocy spać na wczasach.

W hotelach pojedyncze okna wysyłają SOS w ciemność ulic, a wiatr zbiera resztki szyldów o parawanach, ręcznikach, lodach włoskich i przejażdżkach pontonem za 20 zł/h.

Dżungla

Czytałam wczoraj wieczorem wywiad z Orhanem Pamukiem. Było tam wspomnienie o jego ojcu, który uważał, że ludzi inteligentnych cechuje świadomość, że nie wiedzą wszystkiego najlepiej.

Plotka to danie sobie prawa do osądzenia cudzego życia i postępowania, jednocześnie bez znajomości uwarunkowań, niuansów, często nawet prawdy.

Plotkarz nie ma nic do zaoferowania własną osobą, dlatego sprzedaje innych. Miecz jest obosieczny, bo kiedy słuchasz i potakujesz różnym wymyślonym bzdetom, możesz być stuprocentowo pewna/ pewny, że o Tobie pójdą w świat dokładnie takie same bujdy.

Są plotki i ploteczki. Do tych drugich zaliczam jakieś niewinne małe sensacyjki: kto z kim się całował, kto pijany usnął pod stołem, kto umieścił śmieszne zdjęcie na fejsie. Relacje z wydarzeń, bez ściemy, wymyślania komuś intencji, powodów, dopisywania znaczeń. Rzeczy, których nie wstydzisz się oplotkowanej osobie powiedzieć w twarz nie są niczym strasznym, ot życie towarzyskie.

44f07543150247-57e4dd80f3316Gorzej, kiedy ktoś zbija kapitał społeczny na nieszczęściach lub problemach innych osób. Rozpowiadanie cudzych tajemnic, powierzonych w zaufaniu, “rozpracowywanie” cudzych związków, nadawanie na czyichś partnerów, pieprzenie na prawo i lewo o terapiach innych, ich zawirowaniach finansowych, zdrowotnych. 
Nie wiedziałam, że ludzie mogą być sobie tak nieżyczliwi, dopóki nie trafiłam niechcący w wir matczynych obmawiań i pomawiań. Ta za mało się zajmuje dzieckiem, ta jest przyssana do potomka, ta o siebie nie dba, inna imprezuje zamiast siedzieć w domu i pilnować gówniarza, o mężach i partnerach, co “pomagają”, albo i nie.

Czułam się jakbym zanurzyła się w jednym wielkim szambie.

Wzajemne oceny, zaglądanie sobie do łóżek, misek, życia, kibla, z czego co najmniej połowa to gównoprawdy.
Mam taką refleksję, że ludzie szczęśliwi nie muszą tego robić. Że plotkują i obmawiają ci, którzy szukają kogoś do porównania, kto jest gorszy, głupszy, brzydszy, biedniejszy, tylko po to, żeby zrobić sobie dobrze jego kosztem.
Czasem to jest niezwykle pochlebiające- nagle ktoś zaczyna się zwierzać z osobistych spraw- swoich i innych ludzi, pyta Cię o opinię, czujesz, że zostałeś obdarowany zaufaniem. Do momentu, kiedy się orientujesz, że te historie idą dalej w świat, zaczynają żyć własnym życiem i zmieniać się w jakieś piramidalne kłamstwa.

Troska o bliskich to powiedzieć im w twarz o swoich wątpliwościach, porozmawiać z nimi (a nie z obcymi ludźmi, którzy nie mają prawa do osądów), i jeśli jest potrzeba- zaproponować pomoc. Reszta to toksyny.

Już nigdy nie będzie takiego lata

Skończyło się gwałtownie i bez ostrzeżenia. Było jak z reklamy coca-coli. 

Jechałyśmy samochodem, wokół zielone, wieś kaszubska, z głośników Bogusław Linda recytował hymn do musztardy. Wszystko było tak nasycone latem, że bałam się utopić w tym krajobrazie.

Młodość, wino, kąpiel w jeziorze o zachodzie słońca, tak stereotypowa, że mogłaby być sceną z filmu konkursowego na Sundance Festival. W przyzwyczajonej do smogu głowie szumiało od nadmiaru tlenu, włosy pachniały dymem ogniska. Brakowało tylko kogoś z gitarą, albo bębenkiem.

Piękno lata jest cudowne, bo ulotne. Poczucie tego, że zaraz się skończy, że nie jest go dużo, pomaga mi wykorzystać każdą sekundę. Zwijam się z żalu kiedy muszę pracować, zamiast leżeć na kocu z książką pod moim ulubionym drzewem w parku. 

112

Nigdy nie poddawałam się sezonowym dołkom. Kiedy chlapa, łyso, pogoda jakby diabeł się powiesił, znajduję plusy: mogę bez wyrzutów sumienia kłębić się pod kocami z książką, robić maratony serialowe nie bojąc, że jakaś przygoda ucieka, bo nie chciało mi się wyjść z domu. 

Mam swoją strategię “skandynawską”, gdy nie myślę o tym, aby “przetrwać”, ale wykorzystać ten czas. Najwięcej na basen chodzę właśnie jesienią i zimą, jest to jedyne miejsce, gdzie możesz się rozebrać i wciąż będzie ciepło. W saunie robię sobie mini spa, wychodzę jak po wakacjach.

Może to głupio zabrzmi, jak rada cioci Władzi na imieninach- ubieram się ciepło. Siąpi, wieje, piździ, wkładam dodatkowy podkoszulek, wielgachny szalik, wełniane skarpety, nie sterczę wtedy na przystanku jak zmokła wrona. Szczerze mówiąc wolę nawet “modę” jesienno- zimową, bo mogę cokolwiek mam na sobie zakryć płaszczem, czapką, nie muszę się martwić, że akurat wychodzę do sklepu w górze od piżamy.

Czekam do Świąt. Od września słucham Christmas songs. Kiedyś byłam Grinchem, dużo zmieniło się, gdy poczułam, że rodzinne święta mogą być fajne i bez spiny, że można nie przegiąć z żarciem, niekoniecznie trzeba siedzieć jak za karę przy stole, że fajnie jest napić się wspólnie wina, pograć w planszówki, porzucać śniegiem.

A jak jest bardzo źle- kupujemy bilet do ciepłego na Ryana czy Wizza i lecimy na kilka dni. Odświeżenie natychmiastowe. 

Kobiety

Jest duszno i dosyć ciemno. Z tym pierwszym energiczna blondynka radzi sobie przebiegając przez całe pomieszczenie z odświeżaczem powietrza.

Sterty kolorowych szmatek spadają z wieszaków, nikt nie traci czasu na podnoszenie.

 

-Zna pani angielski?

-Trochę.

-Przetłumaczy mi pani, co na tej koszulce, żeby stara baba z czymś głupim nie chodziła po mieście.

-“Bądź spokojny i ciesz się Wiedniem”

-A to dobrze.

 

Od czasu do czasu zaplącze się osobnik męski. Ukierunkowany na wieszak ze spodniami albo koszulami. Wchodzi, łapie, przykłada do bioder, krytycznym wzrokiem spogląda na metkę. 5 zł to tanio czy drogo? 

Czasem przywlecze go żona. Grzebie, wyciąga, wyławia, stoi niecierpliwie pod przymierzalnią. “Już włożyłeś? Pokaż no się. Tu się podłoży i będzie super”.

tumblr_odn1hqw4bw1vcdl4po1_1280

 

Świeżo upieczone matki zastanawiają się, czy na roczne dziecko nie za duża ta sukienka. 

-Jak za duża to podrośnie, byleby nie za mała.

Czy tą plamkę da się odprać, czy to bawełna, a bywają czasem kombinezoniki?

 

Dwie dziewczyny pod kotarą. 

-Dżoana! Mam coś dla ciebie! Espeszaly for ju!

-No, pokaż jak wyglądasz. O! Super! Znaczy w tłoku ujdzie!

-Odsłoń trochę te nogi!

 

-Proszę pani, ja będę tu przed panią stała, tylko jeszcze zapomniałam zobaczyć tamte wieszaki, zaraz wracam.

 

-Spojrzy pani na metkę, czy to można do pralki? Nie wzięłam dziś okularów.

 

W kasie zaradna i żwawa sprzedawczyni zachwala, że we wtorki wszystko po 2 zł, w każdą sobotę dostawa.

-Widzi pani, wyszłam dziś po bułki, a wracam z garniturem Hugo Boss.

-Hugo Boss? Ale mnie pani wkurzyła! Pokaże pani! No rzeczywiście! Kurde, powinnam teraz policzyć trzy razy tyle!

-Od razu dzień mi dobrze się zaczął.