O lęku

Ten weekend był dla mnie czasem nadrabiania seriali. Nie będzie to żadna recenzja, a próba uchwycenia głębszego tematu jaki urodził mi się w głowie po dwóch wieczorach oglądania.

Byłam rozerwana między trzema pozycjami: tzw. guilty pleasure- RuPaul’s Drag Race, czwarty sezon Transparent i siódmy American Horror Story- Kult.

Pierwsze reality show pominę, bo to jest inna waga, czysta rozrywka pod kieliszek wina, mrugnięcie okiem i zanurzenie się w kampowym sosie.

Transparent to najmądrzej i najlepiej napisana historia w telewizji od lat. Nie mogę wprost uwierzyć, że twórcy nie zwątpili w inteligencję widza i nie zastosowali żadnych prostych łopatologicznych schematów, że zostawiają drzwi otwarte do indywidualnego przeżywania losów żydowskiej rodziny z LA. 

Serial zaczyna się coming outem ojca/ męża. Ujawnia, że całe życie czuł się kobietą. O ile wątek transpłciowości zajmuje dużo miejsca i można pokazywać go każdemu, kto się chce zorientować w tej tematyce, bo opowiada o osobach trans z szacunkiem, ale bez nabożnego cackania się, bez zarzucania nas sloganami, o tyle jest jednym z wielu zagadnień pojawiających się w scenariuszu. 

Przede wszystkim uderza mnie jak świetnie zostali napisani bohaterowie, co pozwala na zobaczenie wielowymiarowości każdej ludzkiej historii. Są sympatyczni i antypatyczni jednocześnie, każdy z nich ma swoją historię w zanadrzu, kawałek po kawałku odkrywamy co ich kształtowało, co kryje się za tą neurotyczną rodziną.

Dla mnie to serial o dziedziczeniu traumy, o niemożności przerwania zbiorowego poczucia nieszczęśliwości, jednoczenie się wokół trudnych rzeczy, które na dotykają. Rodzina Pfeffermanów wygląda jak obraz pod mikroskopem, jak rozedrgane komórki, na chwilę przylegające do siebie, zaraz się odbijają i natykają na kolejne. Mimo bliskości, ostatecznie każdy z nich zostaje sam ze sobą, każdy musi się przejrzeć we własnym lustrze, bo nie ma takiej możliwości, aby ktoś inny (choćby kochał ich najbardziej na świecie) mógł ich naprawić. 

To, co zostaje po obejrzeniu tego małego arcydzieła, to poczucie, że jesteśmy zdani sami na siebie, mimo ciasnych więzów łączących nas z innymi, tylko my możemy zmagać się z demonami w swoich głowach. Nikt nas nie uratuje, nie wykona za nas tej pracy, złapać się innej osoby można tylko na chwilę, bo ona też prawdopodobnie potrzebuje pomocy. Nigdy nie poznamy siebie nawzajem do końca, to co widzimy to tylko wierzchnia warstwa osoby matki, ojca, siostry, pod którą kryją się rzeczy dla nas niedostępne.

2e1e1a40974739-5794769e1c874

Tak naprawdę, najbardziej mną sponiewierał nowy sezon American Horror Story. Z serią Ryana Murphyego mam tzw. love/ hate relationship. Dwa pierwsze sezony były doskonałe, pierwszy raz widziałam coś takiego, horror, który by mnie poruszył. Potem nastąpiła długa droga w dół i po serii z czarownicami porzuciłam tę pozycję. 

Ostatnio z polecenia zaczęłam oglądać sezon siódmy, na razie jestem po dwóch odcinkach, ale poza tym, że jakoś bardzo straszny nie jest, dotyka czegoś, co jest aktualne.

Akcja zaczyna się, kiedy w USA wybory wygrywa Trump. Mamy parę kobiet, które są małżeństwem, mają synka, duży dom i miłe życie. Po ogłoszeniu wyników, jedna z nich zaczyna doznawać paranoi, jej lęki są bardzo silne, przestaje odróżniać prawdę od urojeń (choć w tej serii mogą to nie być zwidy, ale potraktujmy sprawę symbolicznie), traci całkowicie poczucie bezpieczeństwa, traci rozum.

I teraz chciałabym do czegoś Wam się przyznać. Wiem, że sporo osób na sytuację w Polsce mówi: żadna władza nie jest wieczna, odpycha od siebie wizje państwa totalitarnego, w którym pewne mniejszości przestają być obywatelami. 

Ja nie czuję się bezpiecznie. Zakrywamy to wszystko oczywiście dowcipami o Pawłowicz, o wzroście Kaczyńskiego, o Misiewiczach. Ale pamiętam, że kiedy widziałam zdjęcia z przemarszu nacjonalistów w moim rodzinnym Białymstoku, nie mogłam spać. 

Raz na jakiś czas po takim przypadku gorączkowo myślę, czy to już ten moment, kiedy pakujemy walizki. Czy mamy uciekać. Boję się i ten strach ma realne wielkie oczy. Boję się, że nastąpi ten moment, kiedy ktoś mnie zwyzywa. Kiedy ktoś zacznie nas bić. Kiedy przyjdą i zrobią sobie z nami co chcą. I państwo nie tylko nas nie obroni, ale zachęci oprawców. Boję się, że w krótkim czasie nasze życie zacznie wyglądać tak, jak życie społeczności LGBT w Rosji. Że jesteśmy współczesnymi Żydami i nasi przyjaciele i sąsiedzi nie okażą nam łaski, że będziemy szukali pojedynczych “sprawiedliwych”, którzy się przeciwstawią.

Dużo mówi się o symetrii, że kij ma dwa końce, prawda leży pośrodku. Ale ja nie wiem, czy taki prawicowiec nie może spać z lęku, że mu pobiją dziecko za jego poglądy.
Był taki mem, gdzie bardzo fajnie wyśmiano “symetrię” debaty publicznej: “Pozwólcie nam żyć” i kontra: “Pozwólcie nam mówić jak macie żyć”.

Oglądałam pierwszy odcinek, kiedy bohaterka wariowała ze strachu i widziałam swoją cząstkę, która siedzi gdzieś tam głęboko i rzadko jest dopuszczana do głosu. Boję się ją pokazać, bo wtedy nie będę mogła zaklinać rzeczywistości, strach stanie się oficjalny. Ile z nas żyje od dwóch- trzech lat w takim lęku. Ilu z nas zaczęło omijać szerokim łukiem panów w wyklętych koszulkach, cicho siedzieć, kiedy “oni” głośno dają upust swoim rasistowskim poglądom. Ilu z nas chojracko rzuca, że “bez przesady”, że “Unia nie pozwoli”. Ilu z nas szuka nienawiści do nieistniejących w Polsce muzułmanów, aby na chwilę się zjednoczyć we wspólnej sprawie niechęci, ciesząc się, że znaleziono “czarniejszego Murzyna”. 

Boję się. Niezależnie czy jest to lęk uzasadniony czy nie, obecnym czasom udało się uruchomić wewnątrz mnie instynkt ucieczki.

Radykalnie

Ostatnio wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat outowania znanych osób. Jak to w tego typu przypadkach- nikt nikogo nie przekonał, już od czasów Flinstonów wiadomo, że na fejsie racjami strzela się na oślep.

Chwilę potem wpadł mi w oko wywiad z Repliki z Piotrem Grabarczykiem o siedzeniu w szafie w showbiznesie. O tych gejach, o których wiemy, że nimi są, a którzy wypowiadają się na wszystkie możliwe tematy ważne społecznie, skąpiąc wsparcia prawom LGBT. I o tych, którzy zgrywają heteryków z kociakami u boku na co większych galach. O lesbijkach jak zwykle cicho, wiadomo, że lesbijki nie istnieją.

I powiem Wam, że się wkurzam, że na stare lata robię się coraz bardziej skrajna, że popularność też zobowiązuje, jeśli bywanie na ściankach i medialna obecność pomagają zarobić komuś na chleb, to niech chociaż nie szkodzi nam wszystkim, którzy żyjemy swoimi małymi życiami. Ukrywanie się przez osoby będące na świeczniku, celebrytów, dziennikarzy, polityków nie jest neutralne. Puszcza w świat przekaz, że homoseksualizm nie istnieje (bo jest niewidoczny), a jeśli istnieje, to jest wstydliwy.

I jeszcze pół biedy jeśli ktoś “ceni swoją prywatność”, ale kiedy takie osoby wprost robią kariery (szczególnie polityczne lub dziennikarskie) na szkodzeniu tęczowym braciom i siostrom, to jest to wstrętna hipokryzja.
Bo wiecie, czternastoletni chłopiec żyjący w zgodzie ze sobą ma więcej odwagi niż jeden z drugim stary dziad, dorosły człowiek z pieniędzmi, władzą i kontaktami, który boi się pokazać, że woli mężczyzn. Niż wielka dziennikarka prężąca dekolty w obawie, że prawda odebrałaby jej męską publiczność. 

Rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci, powinni świecić im przykładem, swoje postawy przekazywać potomstwu. Mało kto z nas ma homoseksualnych rodziców, nie mamy wzorca, jak być dumnym, jak wierzyć w siebie, jak nie dać się nienawiści.  

10

Naprawdę korona z głowy by nie spadła, gdyby jakiś aktor czy piosenkarz od czasu do czasu upomniał się o SWOJE prawa, gdyby przeszedł się na Paradę Równości, sprzeciwił homofobicznym żarcikom prowadzącego talk show.

Gdyby nie tylko pojedynczy nastolatek gej, ale też jego rówieśnicy z klasy, zobaczyli ilu nas jest, co reprezentujemy, że możemy tworzyć dobre filmy, dobrą muzykę, prawo tego kraju, że możemy być lubiani, normalni, sympatyczni, ile istnień można w ten sposób uratować. Ile w ludzkich głowach zmieniła niezłomna i szczera postawa Roberta Biedronia, który na pewno mógłby łatwiej zrobić karierę nie “obnosząc się”, a wybrał prawdę, wybrał szacunek do samego siebie.
To jest odpowiedzialność, która idzie za pewnymi funkcjami społecznymi. Jeśli jesteś aktorką lub celebrytką, to fajnie jest się udzielać w fundacji na rzecz zwierząt, robić charytatywne zbiórki na dom dziecka, wziąć udział w jakimś evencie na badania nad rakiem piersi. Czy różnej maści celebryci nie czują się zobowiązani, aby zrobić coś dobrego dla “swoich”, pomóc tym niewidzialnym, biednym, z małych miejscowości, zaszczutym.

Wymagam od tych na świeczniku przejęcia pewnego rodzaju funkcji “role model”. Jestem na tyle radykalna, że uważam, że powinni się outować, a ci, którzy szkodzą powinni liczyć się z byciem wyoutowanym, bo konsekwencje ich nienawiści do samych siebie ponoszą zwykli zjadacze chleba, bez władzy i pieniędzy, którzy nie mogą schować się za plecami ochrony BORu.

Poczytaj mi mamo

-Po co ci głowa? 

-Jem niom.

Było już bardzo dużo utyskiwań na temat stanu czytelnictwa. Od takich trochę zabawnych (przynajmniej dla mnie) akcji typu “nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, po statystyki z horroru, mówiące o tym, że 80% Polaków z literatury to najbardziej ceni sobie memy i statusy internetowe (ale tylko poniżej 3 linijek).

Nie kupuję tłumaczeń, że ktoś “nie ma czasu”, albo jest zbyt zmęczony. Z czytaniem jest jak ze sportem, kiedy się zaniedbasz, pierwsze 2-3 treningi bolą jak skurwysyn. Ale gdy nie używasz organu- zanika z prędkością trudną do nadrobienia.

Masz czas chodzić po galerii (handlowej, bo przecież nie takiej ze sztuką). Masz czas oglądać piętnasty sezon serialu o smutnych dziewczynach albo rozkładających się zwłokach mordujących ludzi. Masz czas drugą godzinę przewijać stronę Zary w poszukiwaniu promocji. Masz czas plotkować na fejsie. Nie bądź hipokrytą- powiedz, że ci się nie chce.

Nie chce się bo to wysiłek, a trud wynika z tego, że nie “trenujesz”.

Można oczywiście czerpać wiedzę o świecie z nagłówków, bo po kliknięciu okazuje się, że “wyczerpałeś limit darmowych artykułów”, a przecież nie chce ci się teraz płacić za dostęp, więc “Szok i niedowierzanie” w tytule pozwalają ci wyrobić opinię.

Można o świecie nie wiedzieć nic. Można żyć bez znajomości historii wojny w Wietnamie, biografii Beksińskiego, nie wiedząc kto to Stasiuk, a Nike to marka obuwia a nie nagrody literackie.

dfac5f41003153-5795bd1faa458

Myślę, że to bardzo przyjemne życie, głupota i nieświadomość to 90% lekkiej i miłej egzystencji.

Z książkami jest też jak z jedzeniem. Na początku może i przyjemnie walnąć sobie fast fooda, ale kiedy rozsmakujesz się w śmierdzących serach, dobrym winie i ostrygach, to nie przełkniesz już maczka tak łatwo. Może na kacu po imprezie, albo podczas okresu w dresie, z pryszczem na twarzy.

Czasem zdarza mi się wrzucić taką “literacką golonkę” na ruszt, guilty pleasure, człowiek się zeszmaci i obiecuje, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Czytanie może cię zmaltretować psychicznie. Wystawiasz się jak ofiara. Na przykład takie “Małe życie” Yanagihary to przeokropny szantaż emocjonalny. Albo się mu poddasz i spłyniesz łzami, albo rzucisz z wściekłością książką o ścianę.

Książka może cię wprowadzić w stan depresyjny, w stan beznadziei, jak wszystko co wydała na świat Swietłana Aleksiejewicz. 

Lektura może sprawić, że zmienisz zdanie na jakiś temat, może cię zrazić lub przekonać do różnych rzeczy. Może wywołać poczucie dyskomfortu. Możesz mieć gulę w gardle, możesz nie spać, jak ja po “Ciemno, prawie noc” Joanny Bator.

Możesz zmienić postrzeganie otaczającej cię rzeczywistości, zacząć zwracać uwagę na rzeczy, które dotąd były przezroczyste (polecam Springera).

Całkiem możliwe, że poczujesz się głupi, bo nie rozumiesz, albo nie nadążasz. 

Nigdy nie fetyszyzowałam druku, nie wąchałam roztoczy egzemplarzy z biblioteki, ani trującej chemii wprost z drukarni. Lubię jak sobie stoją na półkach, jest w tym satysfakcja zbieracza. Moje OCD nie pozwala mi porzucić książki nieskończonej i nawet, jeśli się męczę, to raczej doczytam. Nie mam wyrzutów, aby szmiry wystawić na śmietnik, nie widzę w książkach żadnej nietykalnej świętości.

Bez książek jednak, jak bez sztuki, można ślizgać się bezmyślnie po świecie, niczego nie rozumiejąc, nie pragnąc nawet dowiedzieć się, jaką historię kryją w sobie inni ludzie. Jak inaczej, niż poznając różne punkty widzenia, różne wrażliwości, światy, można wykształcić w sobie krytyczny umysł zdolny do jakiejkolwiek refleksji?

Bez sumienia

P. boli głowa. Zaczyna się od pulsującego sygnału w skroniach, sztywnienie schodzi na kark. Po kilkunastu minutach czuje każdy nerw w zębie, w oczodołach płonie. Wysyła swojego męża do apteki/ do żabki/ na stację benzynową. 

“Przykro mi, nie sprzedajemy tutaj leków przeciwbólowych. Klauzula sumienia nam zabrania. Leki prowadzą do uzależnień, można spowodować nimi samobójstwo, wrzody żołądka i zgagę. Poza tym ból uszlachetnia, tak nam mówi nasz Zbawiciel”

 


 

K. i T. urządzają urodziny koleżance. Wieszają serpentyny, układają playlistę, zamawiają tort. Solenizantka odstawiona, goście zaproszeni. Przed imprezą jadą do Tesco, ładują na wózek zgrzewki piwka, kartony wina, jakieś Igristoje na toast. Osiemnastkę ma się tylko raz.

“Przykro mi”- mówi pani na kasie. “Niezgodne by było z moim sumieniem sprzedać alkohol. Powoduje wzrost przemocy domowej, wypadki, bójki, przestępstwa. Ludzie po alkoholu stają się agresywni, sikają na placach zabaw. Wpadają w nałóg i niszczą życia swoje i bliskich”.

 


 

M. po drugiej operacji usunięcia torbieli na jajnikach dostaje od lekarza receptę na terapię hormonalną. Od okresu dojrzewania ciągną się kłopoty ginekologiczne, miała tak matka, miała ciotka. Wbrew zapewnieniom medyków- żadna z kolejnych ciąż nie uregulowała sytuacji, wręcz nastąpiło nasilenie, co skończyło się wycięciem macicy i przedwczesną menopauzą u rodzicielki. M. przerażona taką wizją udaje się do apteki.

“Niestety, tu panuje klauzula sumienia. Nie sprzedajemy antykoncepcji hormonalnej, jest to sprzeczne z Wolą Boską. Kobiety chcą łykać hormony aby puszczać się bezkarnie na prawo i lewo, a my je przed tym ratujemy”.

 


 

R. ma problemy seksualne. Może nie dbał wystarczająco o dietę, może za mało ruchu w młodości, za dużo siedzenia za biurkiem. Może to dużo stresu i zmartwień dziećmi, kredytami. Żona R. po 50-tce przerodziła się w huragan miłości. W końcu mają dom dla siebie, wolny czas, nie muszą chodzić na żadne wywiadówki. W radiu leciała reklama środka wspomagającego erekcję. R. udaje się do apteki, gdzie słyszy, że to grzech i sumienie nie pozwala sprzedać tych środków, a ta niemoc to Wola Boska.

 


 

D. i L. od pięciu lat czekają na dziecko. Przepraszam- nie czekają, w sumie to intensywnie nad tym pracują. Na początku po prostu kochali się gdzie i jak popadło zdając się na los. Z czasem szczegółowa aplikacja wyliczała im ten moment, kiedy mają iść do łóżka. Kolejne etapy gorączkowego mierzenia temperatury co rano, wróżenia z fusów wyimaginowanych objawów ciążowych, nienawiści do kolejnych znajomych zachodzących w ciąże, bioenergoterapeutach, kłótniach, rezygnacji, wakacji, lekarz zaleca im naprotechnologiczne cuda wsparte modlitwą, jedyną słuszną drogę poczęcia naturalnego. Nikt nie wie, że D. ma niedrożne jajowody i jedyne co pomoże jej zajść w ciążę, to zapłodnienie pozaustrojowe.


 

Dwie z powyższych sytuacji to prawda. Zgadnij które.