Granica

Podobno prawdziwa asertywność, to nie tylko mówienie “nie” i stawianie granic. Podobno szczerze asertywny człowiek potrafi zachować równowagę pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami innych. I nawet, kiedy się “poświęca”, to robi to świadomie, dobrowolnie i doskonale wie dlaczego, przez co nie czuje się nadużyty.

Podobno, bo ja, jak wiele osób miałam i mam ogromny problem z tak zwaną asertywnością. 

Jest to w jakimś sensie choroba cywilizacyjna naszego kręgu kulturowego. W języku angielskim powiemy do kogoś “take out the trash, please”, albo “could you take out the trash?”. W języku polskim najczęściej usłyszymy “trzeba wynieść śmieci” (jak często jesteście świadkami pytania, z dodanym “proszę” na końcu?).

To samo będzie w pracy, w związku, bardzo często jesteśmy zaplątani w sytuacje pasywno- agresywne, gdzie tak naprawdę nie ma opcji odmowy, jest założenie, iż się domyślimy i wykonamy żądaną czynność. 

W jakiś sposób przedstawia nam to stan ducha społeczeństwa, na każdym zakręcie czai się niewypowiedziana pułapka oczekiwań, rodziny są dysfunkcyjne w skali masowej, kiedy od dziecka uczymy się aby wybiegać naprzód życzeniom rodziców, nie mamy opcji odmowy, nie ma opcji uzasadnienia, tak naprawdę nie ma nawet zwykłego “proszę”, w pracy, kiedy klient/ szef złości się na nas, że sami nie domyśliliśmy się czego by od nas chciał.

No i żyjemy sobie jak tacy “telepaci”, raz się uda, a raz nie, groźbą są wymówki, fochy, obrażanie się, kłótnie. 

Muszę przyznać, że co jak co, ale z asertywnością zawsze miałam ogromny problem (jak wiele, WIELE osób w moim otoczeniu).

Bunt dwu- trzylatka polega na tym, że odkrywa słowo “nie”. I jak je sobie przyswoi, to korzysta ile może. Wypróbowuje granice rodziców i otoczenia, na ile może sobie pozwolić, ale przede wszystkim szuka własnych ram- co lubi, czego nie, określa tożsamość na zaprzeczeniu.

Kiedy odkrywasz słowo “asertywność”, stajesz się takim trzylatkiem, “nie” smakuje jak ambrozja, “mogę ale nie muszę”; w środowisku, gdzie dotąd grałaś wspólnie w jedną grę taka postawa nagle budzi niezrozumienie, złość, wrogość, “do tej pory robiła wszystko bez piśnięcia, a teraz mówi, że nie chce”. Problem w tym, że dopiero, kiedy otoczenie nauczy się, że odmowa jest w ogóle opcją, wtedy można zagrać “tak”.

7a74c340443945-577f69b996e90

Przeczytałam ostatnio artykuł o 10 rzeczach które kradną człowiekowi energię. Na pierwszym miejscu było otaczanie się ludźmi, którzy potrzebują cię tylko do tego aby się poskarżyć, wylać swoje żale, poobmawiać innych. Długo byłam takim koszem na śmieci na cudze emocje. Bo nie wypadało komuś odmówić wsparcia, jak jest w ciężkiej sytuacji. Skończyło się dla mnie tym, że byłam wiecznie rozdrażniona, przytłoczona sprawami innych, jednocześnie nie zostawało zbyt dużo miejsca na moje problemy. Oczywistością był fakt, że można do mnie zadzwonić i dwie godziny stękać o swoim partnerze/ rodzinie/ koleżankach. Aż w końcu przelało się cudze bagno.

Koniec, the end, więcej się nie zmieści. Wieczne uwikłanie w problemy, które mnie nie dotyczyły wykraczało znacznie poza pomoc przyjacielską, nie chodziło o to, że inni potrzebowali czegoś konkretnego, po prostu wyczyszczali się jak na spowiedzi i szli sobie zadowoleni dalej. A do mnie przyklejała się coraz grubsza warstwa lepkiej mazi ich życiowego syfu.

Przejmowałam się rodziną i bliskimi, ratowałam na siłę tych, którzy tego ratunku nie chcieli, żądali tylko uwagi, snopka światła na scenie ich życia. Nawet nie żądali- to było oczywiste, że takich rzeczy będąc osobą bliską się nie odmawia.

Miałam kilka sygnałów alarmowych, gdy powinnam wiedzieć, że halo- coś tu nie gra, kiedy ja potrzebowałam pomocy, nagle ze względu na dramy wokół nie mogłam o nią prosić. Odpowiedzialność za innych i ich nieszczęścia zaczęła przerastać odpowiedzialność za samą siebie.

Pierwsze oznaki buntu były dramatyczne. Pierwsze “nie” smakowało jak ambrozja. Pierwsze fochy, pierwsze plotki, zaznałam kilku trzaśnięć drzwiami, kłótni i obraz. Byłam już tak przekonana do tego, że “ain’t nobody’s bitch” to moje nowe motto wytatuowane na czole, uwzględniałam nawet iż zostanę sama bez przyjaciół i rodziny. Wstrzymanie kilku kontaktów przyniosło profity zdrowotne, poważnie- mniej choruję, lepiej się czuję, wyglądam ładniej. Zawsze drażniły mnie teksty w stylu “pokochaj siebie”, bo ich nie rozumiałam, teraz wiem, że pierwszym krokiem jest “szanuj się, dziewczyno”.

Może kiedyś będę na tyle mocna, że znowu dam radę dawać, z tym, że na moich warunkach i w moich granicach.

Leave your comment