O jedzeniu

Wkrótce bachanalia, Tłusty Czwartek. Mam potrzebę napisania o jedzeniu.

Wczoraj rozmawiałam w towarzystwie o podróżach tanim kosztem i pomyślałam sobie, że gdybym miała wyjechać gdzieś z puszkami mielonki i patrzeć przez szybę na wszystkie wspaniałości na bazarach, w restauracjach i knajpkach, chyba wolałabym nie wyjeżdżać wcale.

Zdarzało nam się spać w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach, nie przywozimy żadnych pamiątek z naszych wojaży, często rezygnujemy z droższych biletów wstępu do jakiegoś oceanarium albo zamku.

Ale zawsze dobrze zjemy. 

Przestawiamy się na tubylczy tryb, unikamy starówkowej gastronomii. W Wietnamie na śniadanie wielka micha zupy na ulicy. W Barcelonie ciacho i kawa w dzielnicy muzułmańskiej (albo churros z czekoladą wśród staruszków). W Berlinie w zatłoczonej knajpie wielgachne kanapki. W Tajlandii talerz owoców popijany wodą z kokosa. Na Malcie.. “English breakfast” na tłusto (no dobra, tu długo tak nie wytrzymałyśmy i szybko przestawiłyśmy się na domowe sposoby).

Kiedy wysiadam z samolotu najbardziej nie mogę się doczekać tego wszystkiego, co spogląda w moim kierunku ze straganów. Dymiących, pachnących, wysypujących się stosów szczęścia.

7a74c340443945-577f69b996e90

Jem wszystko. Jem mięso. Nie w dużych ilościach- w domu może raz na tydzień. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi i jestem pogodzona z łańcuchem życia i śmierci w przyrodzie. Przeszkadza mi masowe traktowanie zwierząt, kupujemy więc eko jajka, eko mleko, teraz staram się wyszukiwać eko mięso (choć ze względu na to, że moja żona mięsa nie je, najczęściej zamawiam w knajpach). 
Do tematu odżywiania podchodzę całościowo, nie lubię traktowania jedzenia jak lekarstwa, łykania tego co “zdrowe”, wydzielania sobie składników, wiem co mi robi dobrze a co źle, ale nie zrezygnuję we Włoszech z mozarelli, bo nie po drodze mi z laktozą. 

Jem sezonowo. Czyli nie kupuję truskawek w grudniu. Jeśli nie chcemy szkodzić przyrodzie, minimalizować straty, to nie możemy wybierać, że “mięsa nie zjem, ale w oleju palmowym się wykąpię, do tego ubiorę się w tani badziew, wyprodukowany na przemocy i krzywdzie, który po roku wyrzucę”. Tak ogólnie, to jest to trudne. W każdej sferze można być po prostu świadomym i starać się wybrać coś, co najmniej szkodzi. 
Na przykład ostatnio szukam kosmetyków, które można przelać z torebek do butelek, aby nie produkować tyle śmieci. Piję wodę z kranu. 
Nie da się mieć wyrzutów sumienia cały czas.
Bardzo lubię chodzić do restauracji. Kiedy ktoś mnie obsługuje. Zawsze zamawiam rzeczy, których nie chce mi się robić w domu. Sałatkę to mogę skleić w 10 minut we własnej kuchni, więc raczej pozwolę sobie na wątróbkę.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Uwielbiam wietnamskie. Wszystko. Jeżdżę regularnie na wycieczki do Wólki Kosowskiej i tam to już spałaszuję nawet koźlinę we krwi. Nie obrzydza mnie nic, mało tego, uważam, że z szacunku dla zwierzęcia, które pozbawiliśmy życia, aby zjeść, nic nie można marnować. 
Wegetarianie pytają mnie, czy sama zabiłabym zwierzę. Jeśli byłabym głodna- tak. 

Szanuję cudzy wybór rezygnacji z mięsa. Ja mogę tylko ograniczyć, to by była dla mnie tortura nie móc zjeść ramenu w Kioto.

Gotowanie to przyjemność, ale też zwykła czynność. Nawet jak jestem zmęczona, nie mam problemu żeby coś upichcić na szybko. Zmywanie to inna historia.
Mogłabym podsumować swój stosunek do jedzenia jako hedonistyczno- świadomy. Nie jem, żeby dostarczyć sobie składników, żeby coś uzyskać (figurę, cerę, witaminy). Jem, bo mi smakuje. Wolę być głodna niż zjeść coś niedobrego. W fastfoodzie jestem dosłownie raz na pół roku, z okazji jakiegoś bardzo złośliwego PMS. Kiedy je się smacznie na co dzień, nie ma pokusy. 
Kiedy mam stresujący okres- chudnę, zapominam żeby się nakarmić.

c5d13537853905-574e8b6016a72

Staram się nie szkodzić naturze, ale wiem, że o ile nie mieszka się na samowystarczalnej farmie, to jest to bardzo trudne. Kiedy nie ma się kilku tysięcy złotych do wydania w eko- sklepie co miesiąc, to też wymaga sporo przemyślenia.
Smacznego.

Leave your comment