W Azji

Jedzie się Siódemką. Jak u Szczerka, tylko w odwrotnym kierunku, na Kraków.

Trzeba skręcić w las bilbordów. Zanurzyć się w to wysypisko ogłoszeń po polsku, chińsku, wietnamsku, rosyjsku. Że suknie ślubne, że przewozy tanio, godny zaufania kantor. Hurt-detal, tax free, tłumacz przysięgły. Raj rajstop, militaria 24h, e-papierosy bez cła, alkohole import eksport, galeria biustonoszy.

Liczymy dziury w drodze, które omijamy i te, w które wjeżdżamy. Kluczymy pomiędzy hulajnogami załadowanymi po sufit ofoliowanymi paczkami, arabsko wyglądającymi panami ciągnącymi piramidy Cheopsa na paletach, skośnookimi dziećmi z tornistrami, zgrabnie jadącymi slalomem na rowerach pomiędzy górkami śmieci a samochodami z przyciemnianymi szybami.

Parkujemy pod blaszakiem, wiatr przewraca trupy opakowań po udanym handlu, resztki po nieudanych posiłkach, to co wypadło z dziury kraciastej torby wiezionej w pośpiechu na bazar.

W halach z labiryntu majtek 100% plastik tanio, pomiędzy bielizną zdjętą wprost z ciał aktorek porno, dostarczoną bez przystanku na manekiny, mijając najprawdziwsze sztuczne futra odnajdujemy drzwi do Nieba.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Jest jak w barze Społem we wczesnych latach 90-tych. Wszyscy jedzą zupę, więc trzeba zamówić zupę. Zupę 2 razy poprosimy. Z ciasteczkiem.

-Z kuczakiem czy woowiną?

Kobieto, nie wystawiaj mnie na próbę, przecież znam prawidłową odpowiedź, nie próbuj ze mną tych sztuczek. Frajerzy zamawiają z menu, ale my wiemy, co tu się święci.

Jak u Stasiuka, męska wyprawa, tyle że kobieca, w nieznane dzikie rejony, zamiast scyzoryka mamy paznokcie z brokatem, zamiast terenówki- suzuki w kolorze czerwonym, zamiast wódki pitej z nakrętki po oleju opałowym- butelkę nestea szykującą nasze żołądki na ucztę. Eksplorujemy ten Wschód nie ruszając paszportów z szuflad, nie kłócąc się z pogranicznikami, zaznajemy “obcego” z instagramem w komórkach gotowym do użycia w każdej chwili.

Przynoszą nam miski parującego wszechszczęścia, placki rozpadającego się mięsa, nałożone hojną ręką, taplają się niczym foczki w zatokach.

-Cytrynaa, czosnek..

No pewnie, że tak.

Za nami trzech panów Polaków, z rozmowy wynika, że to ich ulubione śniadanie, “siły mam po tym na cały dzień”. W duchu kiwam im głową, przytakuję tak głośno, jak tylko da się w myślach.

Milkniemy, jemy, kubki smakowe piszą odę. Co tam odę. Arię piszą. W trzech aktach. Osobno dla rosołku, osobno dla mięsa, dla makaronu. I epilog dla ciasteczka maczanego w wywarze.

Leave your comment