Warsztaty z umierania

Niedawno buszowałam z koleżanką w księgarni. Wpadła mi w oko okładka książki, którą czytałam rok temu- “Ganbare! Warsztaty umierania” Katarzyny Boni. Zachwalałam znajomej, jak to dzieło poprzestawiało mi w głowie, za nami pan w średnim wieku nadstawiał uszu i kiedy udałyśmy się do kolejnych regałów, chwycił ten reportaż i po przewertowaniu ruszył do kasy.

Reklama dźwignią handlu, ale nie chcę tu omawiać tej książki, jest ona pretekstem do czegoś innego.

Jest w niej opisana scena tytułowych warsztatów. Prowadzi je buddyjski mnich, aby pomóc ludziom pozbierać się po tragedii katastrofy w Fukushimie. Są to techniki wizualizacyjno- medytacyjne, uczestnicy piszą na oddzielnych karteczkach najważniejsze przedmioty w swoim życiu, najważniejszych ludzi, najważniejsze aktywności itd. Następnie kawałek po kawałku słuchają opowieści, a raczej uczestniczą w czymś, co można porównać do role playing game. Prowadzący opisuje im kolejne stadia ich wyobrażonej choroby. 

Na początku słabną. Każe wybrać i wyrzucić jedną z karteczek. Potem walczą z chorobą- odpadają kolejne zapiski. W końcu czekają na śmierć, kawałek po kawałku, kiedy historia się rozwija przechodzi się od rzeczy najmniej istotnych do najważniejszych. Poddający się tej terapii największy problem mają z odkładaniem ludzi, zamiast miąć papier, ostrożnie go składają i delikatnie odsuwają. 

To, co zostaje nam na końcu, uświadamia, co w rzeczywistości jest dla nas ważne, najbardziej istotne.

Po przeczytaniu tej książki długo nie mogłam dojść do siebie, myślę, że mocno mnie zmieniła. Jak często żyjemy czymś, co będzie za miesiąc, za rok, za pięć. Widzimy siebie w teoretycznych sytuacjach, do których aspirujemy, które nadejdą lub nie. Wściekamy się na rzeczywistość, która jest poza zasięgiem naszego wpływu.

tumblr_ocau7swfti1vcdl4po1_1280

Mam czasem taki moment, że gubię tydzień. Lecę nie wiadomo dokąd, a tu nagle sobota. I trzeba szybko odpoczywać, bo przecież zaraz od nowa kołowrotek.

Zbierałyśmy długo na remont. A tu zepsuł się samochód, no zdechło truchło i koniec, wkładanie kolejnych pieniędzy na reanimację przestało mieć jakikolwiek sens. Trzeba było kupić nowy. Remont się nie wydarzył.

Wizja kolejnych kilku lat odkładania (bo kredytu nie chcemy) zniechęcała do czegokolwiek. Także trudno- dziś i teraz. Kupiłam farbę i przemalowałam ściany, moja partnerka- meble kuchenne. I po kawałku, może nie będzie generalny i wymarzony, ale życie nieokreśloną przyszłością jest zbyt frustrujące.

Kiedyś dużo przejmowałam się tym, czego nie mam. Wciąż kolejne rzeczy do odhaczenia, klucz do szczęśliwości wiecznie gdzieś za rogiem, za mgłą. A to większe zarobki, albo kolejna życiowa podróż, ładniejsze, większe mieszkanie itd. W pewnym momencie zaczęłam robić różne rzeczy dla przyjemności. Rysować, pisać, dawać czas dla siebie. Już nie mam presji, żeby być mądrzejsza, ładniejsza, fajniejsza, bogatsza. Żeby mnie bardziej rodzina lubiła, żeby wszystkich zadowolić i pokazać, że zasługuję na ich uwagę, aprobatę.

Nie potrzebuję żadnego kołcza, który będzie do mnie krzyczał, że mogę wszystko, sky is the limit i że mam wychodzić ze strefy komfortu. Ja swoją strefę komfortu cenię ponad resztę, kokoszę się w niej, przyjmuję gości jak chcę, a jak nie, spędzam samotnie w niej czas bez żalu, że coś mi ucieka.

I nieważne jak dużo mam pracy, obowiązków, że kot narzygał, chcę się wtedy czuć spokojna i pogodzona ze światem.

Od niedawna bardzo pomaga mi w tym poranna medytacja, która wycisza hałas w głowie. Wiem, że to wszystko może brzmieć jak tandetne teksty z książek hygge/ cohelio itd, ale w tym rozedrganym świecie i wariatkowie dążenia do sukcesu, w nieustających konkursach na to, kto ma więcej, przydałyby się obowiązkowe warsztaty z umierania.

3 thoughts on “Warsztaty z umierania

Leave your comment