Jak odkryłam internet i się zdziwiłam

Technologia często mnie przerasta. Byłam przedostatnim człowiekiem na Ziemi, który kupił sobie smartfona. Dotykowego. Przez długi czas przychodziłam do operatora i oferta telefonów z przyciskami coraz bardziej zawężała się do takich dla niedowidzących staruszków. Aż po prostu pewnego dnia nie miałam wyboru (a musicie mi uwierzyć, że ja katuję komórki- topię, zbijam, psuję, wsadzam nie tak kartę i nie mogę wyjąć). Także tak nieekologicznie wychodzi, że muszę co jakiś czas zmienić telefon i nie pomagają nawet gumowe etui, klapki i inne panierki.

Nie umiem też za bardzo w internety. Do dziś nie mam maila w telefonie, latami nie potrafiłam sobie zgrać poczty firmowej z gmailem, miesiąc temu odkryłam, że są aplikacje plannery pracy. Jeszcze rok temu zapisywałam wszystko w “analogowym kalendarzu”, nosiłam więc ze sobą taka cegiełkę w torebce i dostawałam coraz większej skoliozy.

Ale nie o tym.

Jestem takim bardzo prymitywnym użytkownikiem Youtuba. Na przykład rzucą w Lidlu świeżą makrelę, to ja wpisuję “mackerel recipe” i już po chwili gotuję sobie z pulchną Koreanką coś pysznego. 

Bywa,  że chcę zrobić jakiś wymyślny makijaż, to wchodzę na tutoriale. Albo akurat wspominam podróże do Azji, to oglądam vlogi ludzi którzy tam żyją. Czasem recenzje filmów i książek, albo podcasty blogów popkulturalnych, które czytam.

Nie inaczej było wczoraj wieczorem. Łóżko, kołderka, kieliszek winka, bita śmietana ze spraju w paszczę (no wiem, że niektórych to obrzydza, ja uwielbiam), do tego filmy o rysownikach mangi, potem o Japonii. 

Czasem pokazuje mi jutub z boku takie “polecane”, “popularne”. Pokazał i tym razem. Na obrazku ładna blondyneczka. Milion wyświetleń, 30 milionów lajków, pierdyzylion komentarzy. Tytuł filmu: “Czy jestem bogata”.

Ja mam w ogóle taki dziwny lęk klikania rzeczy, których nie znam (może to się łączyć z oporami technologicznymi). W sumie wyszło na to, że uzasadniony, ale raz się żyje, myślę- zobaczę o co tu chodzi, co się podoba.

Klik.

84

Pani (taka dosyć znerwicowana) odpowiadała na pytania swoich widzów. Prowadzi vloga lajfstajlowego. Film trwał 20 minut. Wytrwałam 10. 

Z tych 10 minut straconego życia dowiedziałam się, że nie ma przyjaciół i nie chce ich mieć, bo ludzie zawodzą. Że lubi luksus i pieniądze, a jak ktoś mówi, że nie lubi to kłamie, albo niech będzie bezdomny (“bezdomni, haha, są wolni”), że nie zadaje się z ludźmi biedniejszymi niż ona bo jej zazdroszczą i że facet ZAWSZE ma za nią płacić, bo to są tradycyjne wartości, które ona wyznaje, a nie jakieś feministyczne bzdury.

Wyłączyłam. Spojrzałam na komentarze. Dzieci z gimnazjum/ liceum zachwycone, “tak tak, sama prawda, takie życie, zaorane, jesteś świetna”.

Aż chciało się ich wszystkich przytulić i pogłaskać.

Nie kłamię, pieniądze nie są najważniejsze, dopóki mam za co zapłacić rachunki, włożyć jedzenie do lodówki i raz na jakiś czas pojechać sobie na wakacje, to naprawdę nie ma takiej rzeczy, która po zakupie dałaby mi jakieś poczucie szczęścia. 

Droga do takiego stanu umysłu była długa, bo kiedy człowiek wchodzi w dorosły świat z wieloma kompleksami (że z małego miasta, albo mało zarabia, nie ma tego i tamtego), to stara się je właśnie nadrobić statusem materialnym. Stara się kupić sobie poczucie własnej wartości, bo to jest najprostsza droga. Wiem po sobie, jak ciężko sprawić by ludzie cię lubili, przeważnie wychodzi dopiero w momencie, w którym czujesz się dobrze sam ze sobą i już nie zabiegasz o to wszystko.

Oglądałam jakiś czas temu (ponownie, bo za pierwszym razem byłam zbyt młoda, żeby coś z tego zrozumieć) “Trzy kolory: Niebieski”. Po wszystkich tragediach i perypetiach bohaterów, Kieślowski serwuje nam na zakończenie “Pieśń nad pieśniami”. Łzy leciały mi po brodzie, szyi, prawie po kolana. Dla wyznawców “tradycyjnych wartości” przypomnę: “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów a miłości bym nie miał stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”.

 

(nie) cierpliwość

To będzie taki trochę coming out. 

Kiedy byłam dzieckiem, lekarze ciągle mówili, że mam nadpobudliwość psycho- ruchową. No ale to były mroczne lata osiemdziesiąte i nikt nie słyszał o terapiach, psychologach, ważne było żeby dostać meblościankę albo miejsce w sanatorium. Jeśli chodzi o potrzeby duszy, to obowiązywała postawa pt. “chyba w dupie ci się poprzewracało”.

Także myślałam sobie całe życie, że coś ze mną jest nie tak. Że się tak potwornie męczę na lekcjach (co doprowadziło od sporadycznych nieobecności w podstawówce, do regularnych wagarów w liceum; kiedy inni uciekali ze szkoły, aby się napić piwa nad rzeczką, ja po prostu oglądałam tv, czytałam książkę, albo gotowałam w domu; jeśli nie mogłam akurat być u siebie, to po prostu spacerowałam po mieście).

Nie rozumiałam dlaczego z każdej imprezy wychodzę o 22:00, bo już mam dość. Dlaczego nie potrafię po prostu usiąść do tych lekcji i ich odrobić. Dlaczego odpływam myślami i nic nie pamiętam z rzeczy, które do mnie mówią. Że kiedy ogarnia mnie jakaś emocja, to jest ona niepowstrzymana i nie potrafię sobie racjonalizować rzeczy, które mnie spotykają. Dlaczego wciąż nawalam i zawodzę innych mimo, że nie ma przeszkód abym nie dotrzymała zobowiązań. Że nie potrafię wgłębiać się w przyjaźnie i z nikim nie wytrzymuję za długo i za często, że męczy mnie kiedy jestem z kimś dłużej niż godzina- dwie.

82
Jako nastolatka byłam tym wszystkim tak sfrustrowana, że zaczęłam uprawiać medytację zen. Wkurwiła mnie po kilku razach.
Jako osoba dorosła po każdym spędzie rodzinnym, kiedy siedzi się przy stole dłużej niż godzina- dwie, muszę iść spać, bo jestem tak wykończona. W początkach mojej pracy byłam przekonana, że jestem jakaś głupia, że zaczynam wszelkie projekty dobrze i porządnie, a kończę tak, że wstyd pokazać i się przyznać.
Przez te lata w kilku dziedzinach (zwłaszcza jeśli chodzi o organizację pracy), w mękach udało mi się opanować pewne rzeczy, jeśli gdzieś wyjeżdżam, pakuję się dobę przed i wygląda to mniej więcej tak, że chodzę pół dnia po całym domu i zbieram różne rzeczy na jedną kupę, bo na bank zapomnę.
Nauczyłam się mówić “najpierw pomyślę i wrócę z odpowiedzią”, bo wiem, że moje impulsywne działanie jest najczęściej skrajnie głupie. Potrafię rzucić wszystko i szorować piekarnik, bo akurat w tej sekundzie mnie wkurza, że jest przypalona kratka.
Jednocześnie jak coś robię to na sto procent, co owocuje przewrażliwieniem na krytykę, bo “dałam z siebie wszystko”.
Człowiek z ADHD się spala. To nie zawsze wygląda tak, że latasz jak wariat i śpiewasz na głos w tłumie. Często po prostu nie możesz utrzymać koncentracji, męczysz się, frustrujesz. Wszystko kosztuje dużo wysiłku, proste rzeczy jak odpowiedzenie na długiego maila.
Robię listy i odhaczam zadania, bo bym ugrzęzła.

Kończę ten wywód, bo mnie męczy 🙂

Porno

Wczoraj zrobiło mi się bardzo smutno. Obejrzałam dwa pierwsze odcinki nowego serialu dokumentalnego na Netflixie, który jest podobno kontynuacją “Hot girls wanted” (nie wiem, bo tego akurat nie widziałam), o tytule “Turned on”.

Netflixowe serie mają podobną konstrukcję, czy to “Chef’s table”, czy “Abstract”, tematy są podane w bardzo atrakcyjnej formie, mocnej emocjonalnie, to dokumenty, które dają mnóstwo rozrywki i bardzo wciągają.

Przeważnie łykam wszystkie odcinki za jednym razem poświęcając na to pół niedzieli z michą popcornu/ spaghetti/ marząc o wielkiej pieczonej świni, kiedy oglądam historie kucharzy.

Tym razem było inaczej i muszę sobie zrobić przerwę, zanim usiądę do odcinka trzeciego.

Nie spodziewajcie się w tym filmie odważnych scen erotycznych, opowiada o seksualności bez mięsa na stole i robi to bardzo dobrze.

Oczywiście, te programy są pełne uproszczeń i podkreśleń, ale przekaz płynie bardzo smutny. Porno sex nie jest w ogóle sexy. Nie jest kinky. Nie jest przyjemny.

Bardzo podobał mi się fragment z Ericą Lust, która stara się kręcić filmy pornograficzne dla kobiet, uwzględniające ich poczucie estetyki i potrzeby. Smutne refleksje, że w ogólnodostępnej pornografii i erotyce nie ma zaspokajania kobiety. Seks pełny jest przemocy, wręcz podręcznikowo pokazuje “jak gwałcić i upokarzać”.

Sami twórcy pornografii mówiący, że dostają zlecenia przekraczające coraz więcej tabu. Bo w świecie setek tysięcy darmowych filmów trzeba się czymś wyróżnić, najczęściej brutalnością, gdzie standardowy stosunek zaczyna się od traktowania kobiety jak szmatę, a kończy na topieniu jej głowy w kiblu. Czy tutaj już naprawdę chodzi o podniecenie?

Niedawno napisałam w komentarzu na którymś fajpejdżu lgbt, że pornografia “lesbijska” nie jest skierowana do lesbijek. Panowie się zdziwili, dużo kobiet przyznało mi z miejsca rację. Tak, lesbijki najczęściej nie wyglądają jak striptizerki z długimi tipsami i najczęściej nie kręci ich lizanie dildosów i wkładanie sobie do waginy różnych przedmiotów o rozmiarach “maczuga herkulesa”. 

74a

Miałam kiedyś kolegę, który był bardzo ciekawy “jak kobiety to robią”. Rozczarowałam go, że zupełnie nie wygląda to jak na pornolach, żeby obejrzał sobie jakieś erotyczne sceny “L word”, bo to by było bliżej życia.

Był taki film “Kids are all right”, a w nim dwie kobiety uprawiające sex do gejowskiego pornosa. Wcale mnie to nie dziwi, bo te o paniach to czyste fantasy..

Teraz sobie pomyślałam, że temat nie dotyczy tylko kobiet homoseksualnych. Pornografia nie jest dla kobiet. Połowa ludzkości nie jest brana pod uwagę w sprawach seksu. Dlatego mężczyźni w filmach erotycznych najczęściej są mało atrakcyjni. Dlatego rzadko prowadzą jakąkolwiek grę wstępną, dlatego nie ma miłości francuskiej na kobiecie. I nie chodzi o to, że pornografia kobieca ma być “delikatna i erotyczna”, ale żeby uwzględniała w jakikolwiek sposób kobiecą przyjemność.

Tak sobie myślę, że jeśli wielu współczesnych nastolatków napatrzy się na te wszystkie sceny przemocy seksualnej na kobietach karykaturalnie wymodelowanych udanymi i nieudanymi operacjami plastycznymi, to czy jakikolwiek stosunek odbyty z normalną dziewczyną w realnym życiu dorówna intensywnością temu co w internecie.

Nie chcę wyjść na dewotkę, myślę, że coś jest nie tak z naszym społeczeństwem, kiedy matka “wywalająca” cyca karmiąc swoje dziecko bardzo nam przeszkadza, kiedy irytuje nas trzymanie się za rękę dwóch gejów, pocałunek dwóch kobiet czy drag queen śpiewająca hity Edyty Górniak, a nie przeszkadza masturbacja do lolity gwałconej przez trzech chłopa na youpornie.

Planeta Polska

Czytałam kiedyś w jakiejś mądrej książce psychologicznej (zdaje się była to “Inteligencja emocjonalna”) taką historyjkę: wycieczka dzieci z Tybetu przyjechała sobie do Europy na jakieś (nazwijmy to) “kolonie”. Jechały autobusem, kiedy do środka wleciała pszczoła. Pszczoła bzyczała na szybie, miotała się, jak to pszczoła, biła główką w szkło. Nagle spotkał ją los typowy w takich przypadkach- kierowca gazetą zakończył pszczeli żywot w kilka sekund. Dzieci wpadły w spazmy płaczu nie rozumiejąc dlaczego tak się stało.

Nie tak dawno temu moja dziewczyna miała sytuację, gdzie olała w pośpiechu człowieka potrzebującego pomocy. Dręczyły ją wyrzuty sumienia, opisała to na fejsbuku. Wysypały się komentarze pół na pół, od takich, że przykra sytuacja, ale przynajmniej na przyszłość będzie czujna i że fajnie, że ma refleksję, po te które nazwę “wyparciem”, kiedy komentujący pisali, że nie można zbawić świata, przejmować się wszystkim, że nie można być za wszystko odpowiedzialnym.

Wiecie, tak sobie myślę, że jeśli z danego doświadczenia mamy się czegoś nauczyć, to przede wszystkim powinniśmy je zrozumieć. Nie unikać i uciekać- “to nie moja sprawa/ wina/ interes”, nie zasłaniać się fałszywie pojętą asertywnością, tylko przyjrzeć się “dlaczego tak się czuję w tej sytuacji”. Asertywność nie wyklucza empatii.

Jako Polacy mamy jeden z najniższych wyników jeśli chodzi o poziom współodczuwania w społeczeństwie na świecie. Często sobie myślę, że bardzo przydałyby się nam jakieś warsztaty z medytacji, z wizualizacji.

Nie spotykamy Innego. Jesteśmy w bardzo wyjątkowym położeniu jako naród, jednym z nielicznych, gdzie praktycznie nie przewijają się obywatele o innym kolorze skóry, pochodzeniu, wyznaniu. Dlatego zbiorowo nie rozumiemy postawy Skandynawów czy Hiszpanów organizujących wielkie marsze ZA przyjmowaniem uchodźców. Bo nie kupujemy na co dzień warzyw u Alego,  nie ścinamy włosów u Ling, nasze dzieci nie bawią się z małym Basharem. 

Mądry człowiek powie: “Boję się muzułmanów, boję się o życie moich bliskich”. Z tego punktu można już myśleć jak sobie z tym poradzić. Dlaczego boisz się Syryjczyka bardziej niż wypadku samochodowego? Masz dużo większe szanse stracić zdrowie lub życie na drodze. Niż raka? Niż utopienia się po alkoholu w jeziorze podczas wakacji?

Niemądry będzie krzyczał “muzułmanie to mordercy”. Nie rozwiąże niczego. Nakręci tylko skalę wzajemnej nienawiści.

67

Zawsze dziwiła mnie internetowa wzajemna agresja wegetarianie vs mięsożercy. Dlaczego nie dopuszczamy u siebie w głowach innego wyboru życiowego niż nasz. Ja wiem dlaczego jem mięso (umiarkowanie), moja żona wie dlaczego go nie je. Ani ja nie katuję jej zachwytami nad tatarkiem, ani ona mnie zdjęciami zarzynanej świnki.

Dlaczego u “nas” to taka paląca kwestia ta cała aborcja? Bo nie potrafimy zaakceptować cudzego wyboru, którego konsekwencji my nie ponosimy. 

Widziałam wielką burzę w odpowiedzi na post na fejsie u Hakierki. Dlaczego wyzywamy kogoś od najgorszych, dlaczego Naród ucieka się do pogróżek, życzy śmierci, gwałtu itd? Bo nie potrafi zaakceptować, że ktoś ma inne zdanie? Dlaczego to inne zdanie tak nas boli? W jaki sposób myśli danej osoby wpływają na Twoje życie? 

Mało empatyczne społeczeństwo, gdzie niby “gość w dom, Bóg w dom”, ale przecież to nieprawda, bo nawet najbliższych często byśmy utopili w łyżce wody.

Nawet w środowiskach “liberalnych” dominuje narracja, że “ja nie chcę żeby mnie pomylili z tymi pedałami z piórkiem w dupie”. W jaki sposób cudze piórko świadczy o Tobie? Będę bronić każdej półnagiej cioty na Paradzie Równości do ostatniej krwi, bo o ile nie łamie prawa, to ma prawo sobie wytatuować tęczę na czole i to nie jest powód do agresji. Powodem do reakcji powinno być przyzwalanie na mordowanie dzieci na Bliskim Wschodzie w imię amerykańsko- europejsko- rosyjskich wojenek o ropę.

Nie jesteśmy “najfajniejszym narodem świata”, nie mamy takiej sztuki jak Włosi czy Francuzi, takiego dziedzictwa jak Chińczycy, kuchni jak Japończycy, kasy jak Amerykanie, przemysłu jak Niemcy. Ale wiecie, są małe kraje, gdzie żyje się dobrze, bo obywatele mają przyjazny i pozytywny stosunek do świata. Małe państwa bez złoży naturalnych, stawiające na młodość, na opiekę, współodpowiedzialność, na edukację i rozwój technologii. Imperialne zapędy i mniemanie w kraju wielkości stanu Ameryki skazują nas na śmieszność.

Bardzo mnie smuci ten świat, ten kraj, najchętniej wystrzeliłabym się w jakiś kosmos. 

Każdy spotkany człowiek to nowa czysta karta, nie wiesz co jest pod jego tatuażami, kolorem skóry, nakryciem głowy. Jeśli jest dobry dla ludzi i zwierząt, to daj mu kurwa żyć.

Bez sumienia

P. boli głowa. Zaczyna się od pulsującego sygnału w skroniach, sztywnienie schodzi na kark. Po kilkunastu minutach czuje każdy nerw w zębie, w oczodołach płonie. Wysyła swojego męża do apteki/ do żabki/ na stację benzynową. 

“Przykro mi, nie sprzedajemy tutaj leków przeciwbólowych. Klauzula sumienia nam zabrania. Leki prowadzą do uzależnień, można spowodować nimi samobójstwo, wrzody żołądka i zgagę. Poza tym ból uszlachetnia, tak nam mówi nasz Zbawiciel”

 


 

K. i T. urządzają urodziny koleżance. Wieszają serpentyny, układają playlistę, zamawiają tort. Solenizantka odstawiona, goście zaproszeni. Przed imprezą jadą do Tesco, ładują na wózek zgrzewki piwka, kartony wina, jakieś Igristoje na toast. Osiemnastkę ma się tylko raz.

“Przykro mi”- mówi pani na kasie. “Niezgodne by było z moim sumieniem sprzedać alkohol. Powoduje wzrost przemocy domowej, wypadki, bójki, przestępstwa. Ludzie po alkoholu stają się agresywni, sikają na placach zabaw. Wpadają w nałóg i niszczą życia swoje i bliskich”.

 


 

M. po drugiej operacji usunięcia torbieli na jajnikach dostaje od lekarza receptę na terapię hormonalną. Od okresu dojrzewania ciągną się kłopoty ginekologiczne, miała tak matka, miała ciotka. Wbrew zapewnieniom medyków- żadna z kolejnych ciąż nie uregulowała sytuacji, wręcz nastąpiło nasilenie, co skończyło się wycięciem macicy i przedwczesną menopauzą u rodzicielki. M. przerażona taką wizją udaje się do apteki.

“Niestety, tu panuje klauzula sumienia. Nie sprzedajemy antykoncepcji hormonalnej, jest to sprzeczne z Wolą Boską. Kobiety chcą łykać hormony aby puszczać się bezkarnie na prawo i lewo, a my je przed tym ratujemy”.

 


 

R. ma problemy seksualne. Może nie dbał wystarczająco o dietę, może za mało ruchu w młodości, za dużo siedzenia za biurkiem. Może to dużo stresu i zmartwień dziećmi, kredytami. Żona R. po 50-tce przerodziła się w huragan miłości. W końcu mają dom dla siebie, wolny czas, nie muszą chodzić na żadne wywiadówki. W radiu leciała reklama środka wspomagającego erekcję. R. udaje się do apteki, gdzie słyszy, że to grzech i sumienie nie pozwala sprzedać tych środków, a ta niemoc to Wola Boska.

 


 

D. i L. od pięciu lat czekają na dziecko. Przepraszam- nie czekają, w sumie to intensywnie nad tym pracują. Na początku po prostu kochali się gdzie i jak popadło zdając się na los. Z czasem szczegółowa aplikacja wyliczała im ten moment, kiedy mają iść do łóżka. Kolejne etapy gorączkowego mierzenia temperatury co rano, wróżenia z fusów wyimaginowanych objawów ciążowych, nienawiści do kolejnych znajomych zachodzących w ciąże, bioenergoterapeutach, kłótniach, rezygnacji, wakacji, lekarz zaleca im naprotechnologiczne cuda wsparte modlitwą, jedyną słuszną drogę poczęcia naturalnego. Nikt nie wie, że D. ma niedrożne jajowody i jedyne co pomoże jej zajść w ciążę, to zapłodnienie pozaustrojowe.


 

Dwie z powyższych sytuacji to prawda. Zgadnij które.

 

Syndrom Marty

Z góry przepraszam, że polecę chrześcijańskim motywem. Zawsze wkurzała mnie ta historia. O Marcie i Marii.

Skrótowo, dla tych, co nie na bieżąco: Marta usługuje, gotuje, sprząta, Maria siedzi i słucha nauczań. Na prośbę o pomoc nasza bohaterka dostaje beszty, że ważniejszy jest “pokarm duszy”. 

Mam ochotę powiedzieć za nią: “To się nim nażryjcie”.

Marty biegają za potrzebami innych. Towarzystwo się wygodnie rozsiada, magicznie zjawia się przed nim kawka/ herbatka/ wino/ zupka/ może obiadek/ może coś słodkiego? Świetnie się bawią, rozmawiają, tylko ta głupia Marta pilnuje czy każdy ma pełno w kieliszku, wymyka się do kuchni, żeby się nie przypaliło.

Marty matka tak miała, więc Marta w wieku nastoletnim bezlitośnie gardzi tymi zachowaniami. Bo przecież ważniejszy jest “pokarm duszy”, a nie czy “dołożyć komuś kotlecika”.

Marta ma potrzeby- są to potrzeby innych. Potrzeby ich komfortu. Nawet nie zorientuje się jak mijają lata, a powtarza za swoją matką mantry o tym, że jej jest dobrze, że proszę się nią nie kłopotać, że ona cicho posiedzi sobie i nie będzie zawadzać.

Marta śni o tym, że ktoś kiedyś wstanie i powie: “Marto, usiądź, czego się napijesz”, ale przecież dobrze wie, że nikt nie naprawi jej desperackiej potrzeby zasłużenia sobie na miłość.

Nie umie powiedzieć “nie”. Zresztą w wieloletnim funkcjonowaniu w ten sposób, nikt już Marty nie traktuje jako człowieka, któremu wyczerpują się bateryjki, bo Marta jest świetna w “braniu się w garść”, zaciskaniu zębów. Raz na jakiś czas wybuchnie na innych swoją frustracją. A na Martę można się złościć. Marty partnerzy, dzieci, przyjaciele dają sobie wolną rękę w festiwalu niechęci, którą nasza bohaterka łyka garściami. W końcu Marty rzadko trzaskają drzwiami i mówią “dosyć”.

734e4441776951-57b401099b216

Marcie można wszystko powiedzieć. O, w tej kwestii można naprawdę na nią liczyć. Zawsze sprawi, że komuś poprawi się samopoczucie. Np. przez porównanie się z nią. Można napomknąć, że Marta ma brzydkie kafelki w łazience, albo, że powinna wreszcie wyrzucić ten sweter. 

Marta, pomimo zapieprzania i zaangażowania, jak każdy kołcz przykazał, wszystko robi źle. Ma syndrom pt. “w którą stronę się nie obrócisz, zawsze z tyłu dupa”. Oczywiście wszelkie sygnały, że Marta nie wyrabia, albo nie potrafi, to jest bulszit, bo nikt nie pamięta że Marta jest człowiekiem. Marta to wielofunkcyjny robot do zadowalania i bycia cicho. Kiedy Marta prosi o pomoc, to jak w naszej przypowieści, nikt nie chce się zajmować jej banalnymi sprawami.

Przyjeżdża Marta do swojej matki i znowu jej nienawidzi. “Mamo usiądź i porozmawiaj ze mną”. Ale przecież wie, że są z tej samej gliny, że te głupie, nic nieznaczące czynności pomagają jej “zasłużyć” na miłość.

Bo Marty ani jej matki nikt nie kocha. Są o tym szczerze przekonane. Kiedy strzelisz do Marty z pistoletu, ona sama skieruje w swoją stronę armatę.

Marta ma fantazje, że wsiądzie do pociągu byle jakiego, wyrzuci komórkę, dowód, że pójdzie przed siebie gdzieś w las i będzie tam żyła między wilkami w szałasie. Kiedy jeden z nich zapuka do drzwi, zapyta “czy mogę poczęstować kawą, czy woli pan herbatę?”.

Widzialne

Nigdy nie byłam typem aktywistki. W rozmowach z ludźmi o różnej orientacji często pojawia się pytanie, wątpliwość dotycząca “obnoszenia się”. 

Ze strony osób heteroseksualnych, których preferencje są społecznie przezroczyste, wyraźne jest niezrozumienie, że ktoś się skupia na tym, z kim wchodzi w związek. Domyślnie, kiedy inni widzą obrączkę na moim palcu, zakładają, że mam męża. Prawo większości, prawdopodobieństwo trafienia jest dużo większe.

Wśród osób LGBT, które “nie lubią się obnosić” tłumaczę to po prostu strachem. Hej, patrzcie, jestem taki jak wy, nie biegam z piórkiem w tyłku.

Z tym, że nie.

Nie jesteśmy tacy sami ze względów nie tylko prawnych, nie tylko jeśli chodzi o narażenie na przemoc, na obelgi, na przykrości. Jesteśmy inni, bo często się zdarza, że nasze związki i relacje wyglądają inaczej, wielu z nas ma rodziny z wyboru, bo prawdziwe ich odrzuciły, bo funkcjonujemy w bańkach społecznych, kiedy nie uczestniczymy pełnoprawnie w świecie, który nas otacza (choćby celebracje świąt, walentynek, najróżniejszych okazji, które pomijają istnienie par/ rodzin nieheteroseksualnych).

Znam absolutnie absurdalne z mojego punktu widzenia sytuacje, gdzie “mama dziecka mieszka z ciocią” i dziadkowie o tym nie wiedzą, albo homoseksualnych mężczyzn zamieszczających zdjęcia z koleżankami sugerujące, że to są ich jakieś podboje. Nie potępiam, bo empatyzuję.

63 

Współczuję, że strach jest tak duży, że trzeba oszukiwać najbliższych, że pośród rodziny i kolegów z pracy ktoś czuje się na tyle źle, że żyje w kłamstwie.

Wiele osób LGBT, które znam, a które przechodziły proces samoakceptacji, przechodziło również terapię. 

Terapia ma wielkie zęby i się jej boimy, bo jeśli nie zdobędziemy się na szczerość, to nic nam nie da. Kiedy staniemy ze sobą twarzą w twarz i powiemy, że tak boję się, tylko wtedy będziemy w stanie naprawić sytuację. Zgrywanie chojraka “ja nie muszę obwieszczać całemu światu z kim sypiam” to fajne maskowanie strachu. Stawianie swojego związku jako czegoś nieważnego, czegoś “przy okazji” w życiu.

Doskonale wiem jak można się spinać, kiedy inni się gapią. Albo wydaje nam się, że się gapią. Jak wygląda życie w stresie, kiedy trzeba się bronić, udowadniać, że jestem “jedną z nich”.

Wiecie, w pewnym momencie to jest nie do zniesienia, jest takie “fuck it”. I mam więcej szacunku do drag queen w kozakach w panterkę niż do tych “na paradę nie chodzę, bo nie lubię epatować”. Bo “obnoszenie się” wymaga w cholerę odwagi, to jest narażenie się na zniewagi i przemoc, ale pozostanie wiernym sobie. Nie udowadnianie “jestem jak wy”, nie jestem i nie muszę.

Mogę mieć irokeza. Mogę żyć w otwartym związku. Mogę mieć swoją tęczową rodzinę. Mogę być gejem z Tinderem w komórce. Mogę mieć jedną dziewczynę przez całe życie. Mogę mieć tatuaże, albo koszulkę w cipki. Mogę też być przegiętą ciotą albo umięśnioną ciotą. Mogę nie znać sexu z facetem. Mogę mieć raz mężczyznę raz kobietę. I kij komukolwiek do tego.

Nie wiedziałam do końca dlaczego prowadzę tego bloga. Chyba po to, aby gdzieś powiedzieć to na głos.

Neurotyczna lista przebojów

Ciężkie jest życie neurotyka.

Lubię wysokie rejestry, lubię jak coś mnie pierdolnie w głowę, Aronofsky’ego, Luhrmanna, zmontowane amatorsko sceny z ulubionych filmów pod emocjonalne ścieżki dźwiękowe (mistrzyni).

Skrzypce w soundtrackach. Komiksy o relacjach rodzinno- związkowych. Seriale takie jak “Love”, “Girls”, “Lovesick”, “Easy”, “Shameless”.

Sztukę z wiwisekcją, kiedy nie wystarczy, że jest ładne albo śmieszne, albo ciekawe, ale kiedy wchodzi w serce i wypruwa jak na kozetce to, co w środku.

38

Inspirujące ilustracje.

Toma Odella, jak śpiewa o miłości, smutne filmy o smutnych chłopcach i dziewczynach, ciemne dusze. Filmy z Brie Larson (nie tylko Room, ale jeśli nie widzieliście Short Term, to nadrabiajcie).

Josepha Gordona Levitta w wersji młodej i nieśmiałej.

Łatwość do popadania w przesadę, w kicz, w emocjonalne przegięcia. 

Ale wiecie, dzięki tej popkulturze można w życiu być zrównoważoną dorosłą osobą, bez większych dramatycznych przygód.

Kobiecość

Długo nie czułam się kobietą. Śpieszę wyjaśnić, że to nie to, że czułam się mężczyzną- czułam się dziewczyną.

Przez sporą część mojego dorosłego życia myślałam sobie, że kobieta to ktoś, kto ma odpowiednie atrybuty kobiecości. Miseczkę D, obcasy, dzieci i męża, postarzający makijaż, ułożone włosy, chodzi z elegancką torebką, roztacza wokół siebie matczyno- opiekuńczą atmosferę, chodzi (wyrywa się) na “babskie wieczorki” w otoczeniu innych kobiet, kiedy piją “kobiece drinki” i plotkują o swoich mężach.

Nie wyobrażałam sobie, że to ja, bo przekaz od komedii romantycznych po magazyny kobiece jest taki, że kobieta to zestaw jakichś konkretnych cech.

Miałam niedużo po dwudziestce, skończyłam studia, zaczynałam pracę, kiedy znalazłam się w obcym świecie. Nowe koleżanki z nowego miasta wychodziły za mąż, urządzały wieczorki panieńskie, zapraszały na parapetówki, gdzie panowie w salonie oglądali możliwości nowego telewizora/ głośnika/ “chujwieczego męskiego”. Panie w kuchni z lampką wina chichrały o jakichś ploteczkach. Były kobiety, byli mężczyźni i byłam ja.

Z łazienki dzwoniąca do swojej dziewczyny z komunikatem S.O.S., HELP, RATUNKU.

Na odtrutkę chodziłam na “branżowe imprezy”. Spotykałam tam wygłodniałe, wygolone istoty niemieszczące się w moim ówczesnym pojmowaniu świata, głośne anarchofeministki, których się bałam, androginiczny świat, od którego odstawałam całą swoją osobą.

Nie miałam nigdzie miejsca, byłam nikim, bezdomna duchowo dziewczyna.

Na jakiś czas wchodziłam między jedno stado wron, żeby pokrakać jak one, za chwilę zmieniałam front i próbowałam dopasować się w kolejne. 

61

Myślę, że przez długi czas borykałam się z tą kobiecością, bo brakuje nam tzw. “role models”, z których możemy czerpać. Mamy patrzeć na eleganckie piękne panie, zawsze dążące do “ładności”, możemy też się zbuntować i pokazać społecznym normom figę z makiem, ale nie każdy lubi czuć na sobie spojrzenia i wystawiać się na komentarze. 

Dopiero z czasem zaczęłam przebywać w towarzystwie kobiet, które były takie, jakie chciały. Heteroseksualnych nie przejmujących się konwencją, nie odgrywających kobiecego teatrzyka pt: “och my kobiety musimy udawać takie bezradne, żeby mój misio poczuł się ważny, choć tak naprawdę to wszystkim zarządzamy”. Poznałam samodzielne fajne laski, które chciały fajnego seksu bez udawania gwiazdy porno, będące sobą z własnymi wadami i zaletami, lubiące swoją pracę i takie, które mają zainteresowania. Poznałam homoseksualne kobiety, które były osobą o innej orientacji, a nie kimś u kogo orientacja kieruje życiem (po angielsku jest taki fajny zwrot “person who happens to be gay”). 

To był moment, w którym nauczyłam się myśleć o sobie “kobieta”, bez tych wszystkich atrybutów z checklisty wyobrażeń serialowych. 

Ostatnio przeczytałam na fejsbuku artykuł o autorce logo Strajku Kobiet. Dziewczyna wykonała coś, co stało się symbolem ogólnoświatowym. Pierwsze komentarze pod linkiem w Wysokich Obcasach dotyczyły jej wyglądu. Od innych “kobiecych” kobiet. “Jak może się tak oszpecać”. 

Naprawdę, w artykule o kobiecej pracy najważniejsze jest jak kobieta wygląda. Sroczki zadziobią tą, która im nie pasuje. Bo stylówka za mało “femme”. 

Kobietą jest każda, która się nią czuje. Anna Grodzka, Angelina Jolie, Ellen Degeneres, Bridget Jones. 

A ta, która jej tego odmawia, to zwykła idiotka i w sumie smutna osoba, dla której o czyjejś wartości stanowi to, czy podpada pod ogólnomęskie gusta.