Odpowiedzialność

Każdy jest teraz ekspertem od wychowywania dzieci, szczególnie cudzych, ale na potrzeby tego wpisu (który nie do końca będzie o dzieciach) posłużę się swoją opinią na podstawie artykułu, który ostatnio przeczytałam.

Pani psycholog wypowiedziała się, że gdy chwalimy dziecko, róbmy to konkretnie. Na przykład nie mówimy “jesteś wspaniała czy piękna”, tylko- “ładnie napisałaś literki, ślicznie ci w tej sukience” itd.

Znam dorosłych przetrenowanych tą pierwszą metodą- rodzice wmawiali im, że są świetni, nie za bardzo wiadomo dlaczego, idą przez świat roztaczając wokół siebie niczym niepoparty narcyzm. Nie musieli “zapracować” na pochwały, więc każde pierdnięcie z ich ust było przyjmowane z zachwytem jak złoto. 
Oczywiście gdzieś tam można dojść na pewności siebie, ale moim samozwańczym zdaniem to prowadzi do innej rzeczy, bardzo już szkodliwej: do budowania siebie kosztem innych.

***

Wyobraźcie sobie taką sytuację: nie jesteś zbyt mądra, nic szczególnego nie potrafisz, nie masz osiągnięć sportowych, nie grasz na żadnym instrumencie, z matmy tróje, podobnie z hiry, z zainteresowań to na ścianie wisi plakat jakiegoś boysbandu. Ale mama mówiła ci, że jesteś cudem. Idziesz między ludzi, a tam ktoś startuje w olimpiadzie z biologii, ktoś rysuje, są dziewczyny ładniejsze, są mole książkowe albo medaliści w międzyszkolnych zawodach skoku o tyczce.

Są też grubi i pryszczaci, są biedniejsi niż reszta klasy, są dzieciaki z aspergerem, co tak śmiesznie się zachowują i łatwo się z nich ponabijać.

I gdybyś tak kogoś kopnęła, to może poczułabyś się silniejsza, wyróżniająca się czymś. Ale kopać nie można. Za uderzenie, bójkę, za strzał z liścia można dostać naganę, można mieć problemy na wywiadówce.
Zostają słowa, a za to nikt nie pociągnie do odpowiedzialności.

Można o kimś napisać w internecie, że jest pedałem i jak się powiesi na sznurówkach, to on “nie wytrzymał, był zbyt słaby”. 

Otyłej dziewczynie zamienić życie w piekło i odciąć się od odpowiedzialności za jej sznyty na dłoniach.

Śmiać się, kiedy ktoś płacze.

Narysować jakieś gówno i puścić do internetu nie dbając o koszt cudzej psychoterapii.

Zasłaniać się “wolnością słowa” bez stanięcia twarzą w twarz z odpowiedzialnością, kiedy ktoś przez ciebie żyje w lęku o swoje “ciapate” dzieci. 

Można nie odwiedzić pobitego obcokrajowca, kiedy z mównicy sejmowej grzmi się o “wrogach ojczyzny”. Nie widzieć wybitych zębów, połamanych kości, posiniaczonych twarzy.

89

Moi rodzice nauczyli mnie wiele rzeczy- dobrych i złych. Z dobrych: poczucia, że nie jestem pępkiem świata. Że nie można zabrać innemu dziecku łopatki i walić mu nią po głowie. Znęcać się nad słabszym. Budować swojego poczucia wartości na trupach.

Często nie bierzemy odpowiedzialności za to, co się wydobywa z naszej paszczy, z tweetów, statusów i opinii.

Wolność słowa niczym się nie różni od wolności czynów. Mam prawo iść ulicą i nic nie krępuje mojej nogi przed kopnięciem kogoś, ale jeśli to zrobię, zjawi się policja. Jeśli inny człowiek nie radzi sobie z gównem moich słów, to nie jest sam sobie winny bo jest słaby, bo nie jest “emocjonalnym Rambo”, który ma wszystko gdzieś- to jest moja wina, jestem zwykłym dręczycielem.

Jeśli ktoś na głos w miejscu publicznym rozprawia o “czarnuchach i pedałach”, albo ostatnio trochę mniej modnych “Żydach”, to ma 90% szans, że w zasięgu tych bredni znajdzie się osoba, którą to dotknie. I nie świadczy to źle o ofierze, bo to nic złego być “czarnuchem, pedałem i Żydem”, to ten biały katolik nie ma sobą nic do zaprezentowania światu i musi znaleźć kogoś gorszego od siebie.

***

W liceum była w mojej klasie taka “trójca” dziewczyn, które poza blond włosami i przekonaniem o własnej zajebistości niezbyt wiele miały do zaoferowania. A ponieważ ich wypełnione lakierami do paznokci z Avonu życie musiało być bardzo nudne, urozmaicały sobie czas plotkami, wyzwiskami i gnębieniem.  

Ja miałam paczkę 3 przyjaciółek i wielu znajomych spoza klasy, więc powstał azyl od ich wstrętnych wpływów. 
Życie zweryfikowało, że ten pryszczaty chłopak, który się nigdy nie odzywał w obawie przed wyśmianiem, dostał się na fajne studia i okazało się, że ma wiele do powiedzenia, wyszydzana metalówa przyszła na studniówkę z ciachem, nie odrywającym od niej zakochanych oczu, w opozycji do zsuwających się pod stół w poalkoholowe drzemki partnerów blondynek. 

Mam nadzieję, że te osoby, które się samookaleczały bo były zbyt “grube i brzydkie” już nie spotkały w swoim życiu tak toksycznych ludzi.

Dżungla

Czytałam wczoraj wieczorem wywiad z Orhanem Pamukiem. Było tam wspomnienie o jego ojcu, który uważał, że ludzi inteligentnych cechuje świadomość, że nie wiedzą wszystkiego najlepiej.

Plotka to danie sobie prawa do osądzenia cudzego życia i postępowania, jednocześnie bez znajomości uwarunkowań, niuansów, często nawet prawdy.

Plotkarz nie ma nic do zaoferowania własną osobą, dlatego sprzedaje innych. Miecz jest obosieczny, bo kiedy słuchasz i potakujesz różnym wymyślonym bzdetom, możesz być stuprocentowo pewna/ pewny, że o Tobie pójdą w świat dokładnie takie same bujdy.

Są plotki i ploteczki. Do tych drugich zaliczam jakieś niewinne małe sensacyjki: kto z kim się całował, kto pijany usnął pod stołem, kto umieścił śmieszne zdjęcie na fejsie. Relacje z wydarzeń, bez ściemy, wymyślania komuś intencji, powodów, dopisywania znaczeń. Rzeczy, których nie wstydzisz się oplotkowanej osobie powiedzieć w twarz nie są niczym strasznym, ot życie towarzyskie.

44f07543150247-57e4dd80f3316Gorzej, kiedy ktoś zbija kapitał społeczny na nieszczęściach lub problemach innych osób. Rozpowiadanie cudzych tajemnic, powierzonych w zaufaniu, “rozpracowywanie” cudzych związków, nadawanie na czyichś partnerów, pieprzenie na prawo i lewo o terapiach innych, ich zawirowaniach finansowych, zdrowotnych. 
Nie wiedziałam, że ludzie mogą być sobie tak nieżyczliwi, dopóki nie trafiłam niechcący w wir matczynych obmawiań i pomawiań. Ta za mało się zajmuje dzieckiem, ta jest przyssana do potomka, ta o siebie nie dba, inna imprezuje zamiast siedzieć w domu i pilnować gówniarza, o mężach i partnerach, co “pomagają”, albo i nie.

Czułam się jakbym zanurzyła się w jednym wielkim szambie.

Wzajemne oceny, zaglądanie sobie do łóżek, misek, życia, kibla, z czego co najmniej połowa to gównoprawdy.
Mam taką refleksję, że ludzie szczęśliwi nie muszą tego robić. Że plotkują i obmawiają ci, którzy szukają kogoś do porównania, kto jest gorszy, głupszy, brzydszy, biedniejszy, tylko po to, żeby zrobić sobie dobrze jego kosztem.
Czasem to jest niezwykle pochlebiające- nagle ktoś zaczyna się zwierzać z osobistych spraw- swoich i innych ludzi, pyta Cię o opinię, czujesz, że zostałeś obdarowany zaufaniem. Do momentu, kiedy się orientujesz, że te historie idą dalej w świat, zaczynają żyć własnym życiem i zmieniać się w jakieś piramidalne kłamstwa.

Troska o bliskich to powiedzieć im w twarz o swoich wątpliwościach, porozmawiać z nimi (a nie z obcymi ludźmi, którzy nie mają prawa do osądów), i jeśli jest potrzeba- zaproponować pomoc. Reszta to toksyny.

Już nigdy nie będzie takiego lata

Skończyło się gwałtownie i bez ostrzeżenia. Było jak z reklamy coca-coli. 

Jechałyśmy samochodem, wokół zielone, wieś kaszubska, z głośników Bogusław Linda recytował hymn do musztardy. Wszystko było tak nasycone latem, że bałam się utopić w tym krajobrazie.

Młodość, wino, kąpiel w jeziorze o zachodzie słońca, tak stereotypowa, że mogłaby być sceną z filmu konkursowego na Sundance Festival. W przyzwyczajonej do smogu głowie szumiało od nadmiaru tlenu, włosy pachniały dymem ogniska. Brakowało tylko kogoś z gitarą, albo bębenkiem.

Piękno lata jest cudowne, bo ulotne. Poczucie tego, że zaraz się skończy, że nie jest go dużo, pomaga mi wykorzystać każdą sekundę. Zwijam się z żalu kiedy muszę pracować, zamiast leżeć na kocu z książką pod moim ulubionym drzewem w parku. 

112

Nigdy nie poddawałam się sezonowym dołkom. Kiedy chlapa, łyso, pogoda jakby diabeł się powiesił, znajduję plusy: mogę bez wyrzutów sumienia kłębić się pod kocami z książką, robić maratony serialowe nie bojąc, że jakaś przygoda ucieka, bo nie chciało mi się wyjść z domu. 

Mam swoją strategię “skandynawską”, gdy nie myślę o tym, aby “przetrwać”, ale wykorzystać ten czas. Najwięcej na basen chodzę właśnie jesienią i zimą, jest to jedyne miejsce, gdzie możesz się rozebrać i wciąż będzie ciepło. W saunie robię sobie mini spa, wychodzę jak po wakacjach.

Może to głupio zabrzmi, jak rada cioci Władzi na imieninach- ubieram się ciepło. Siąpi, wieje, piździ, wkładam dodatkowy podkoszulek, wielgachny szalik, wełniane skarpety, nie sterczę wtedy na przystanku jak zmokła wrona. Szczerze mówiąc wolę nawet “modę” jesienno- zimową, bo mogę cokolwiek mam na sobie zakryć płaszczem, czapką, nie muszę się martwić, że akurat wychodzę do sklepu w górze od piżamy.

Czekam do Świąt. Od września słucham Christmas songs. Kiedyś byłam Grinchem, dużo zmieniło się, gdy poczułam, że rodzinne święta mogą być fajne i bez spiny, że można nie przegiąć z żarciem, niekoniecznie trzeba siedzieć jak za karę przy stole, że fajnie jest napić się wspólnie wina, pograć w planszówki, porzucać śniegiem.

A jak jest bardzo źle- kupujemy bilet do ciepłego na Ryana czy Wizza i lecimy na kilka dni. Odświeżenie natychmiastowe. 

Ożenek

Podobno ceremonie u Biedronia to taki hit, jak świeżaki w Biedrze albo prosecco w Lidlu. Każdy może wziąć ślub z Biedroniem. Każdy oprócz jego partnera.

Na ślubach kręcą mi się łzy w oczach, nie do końca są to łzy wzruszenia, często goryczy. 

Nie wiem jak czuje się Biedroń, kiedy patrzy na te wszystkie rodziny świętujące miłość, a potem wraca do domu, do “pana nikogo”. Nie wiem co sobie myślą pary, które na mają fajny event ze sławnym i lubianym politykiem, event podszyty nierównością i niesprawiedliwością. 

Kiedy ja widzę nagrania krążące po internecie, jest mi zwyczajnie przykro.

Nie czekałyśmy na zmianę prawa w Polsce. Nie chcę mieć zdjęć ślubnych z balkonikiem i siwymi włosami uniesionymi trwałą dla objętości. Nie chcę być częścią pary staruszek, które w internecie młodym wyciskają łzy w oczach, że całe życie razem, na przekór polityce, a teraz oto, u schyłku mogą się pobrać. Łzy kapią na klawiaturę, szery lecą, tęcza i jednorożce.

Chciałam wyjść w ładnej koronce, szpilkach, z kwiatami, zatańczyć z teściem na parkiecie, zatańczyć z teściową na parkiecie, zrobić “gorzko gorzko” bez potrzeby wyjmowania sztucznej szczęki i nie wymierzać sobie szampana, bo insulina skacze.

Spakowałyśmy kiecki, wraz z tabunem uchodźców ekonomicznych z Polski pofrunęłyśmy do Londynu, rozwrzeszczane bachory i pijani Janusze nie zmącili nam nastroju.

Denerwowałam się jak walnięta, makijaż nie tak, włosy nie halo, zgubiłam kosmetyk, moja narzeczona wisiorek, prawie się pokłóciłyśmy i już chciałam wracać.
Wyszło słońce na skołtunionym angielskim niebie, w urzędzie puścili nam Barryego White’a, było na luzie, z żartami, śmiechem, ze łzami, szampanem, triumfalnym marszem przez muzułmańską dzielnicę (ludzie się uśmiechali, o zgrozo), obiadem we włoskiej restauracji prowadzonej przez Polaków (którzy gratulowali- można? można).
Potem wesele na Kaszubach, takie jak chciałam, na trawie, z lampionami, boho style, en vogue, hipstery biorą ślub i puszczają fajerwerki, a zamiast białego misia słuchają The Ting Tings, piją prosecco i zapewniają wege catering.

111

W internetowych dyskusjach pojawiają się pytania “po co ludzie lgbt chcą brać śluby”. 

Całe życie towarzyszą nam różne ceremonie przejścia. Od prymitywnych ludów z buszu, po maklerów Nowego Jorku, dzielimy swój czas na etapy, rozdziały. Po to mamy chrzciny lub “pępkowe”, osiemnastki, kinseniery, obrzezania, bar micwy, i przede wszystkim- śluby.

Symboliczne określanie się w społeczeństwie, komunikowanie sobie i innym ważnego etapu w życiu. Oto jestem, świętujcie ze mną, uznajcie ten przełomowy moment. 

Oczywiście, że można różne rzeczy zapisać u notariusza. Można założyć spółkę z o. o. Można kupić sobie prywatne ubezpieczenie dla par. Można nosić w portfelu tysiąc świstków na wszelki wypadek. Tylko to nie zmieni nas od wewnątrz.

Symboliczne potwierdzenie przynależności do drugiej osoby, określenie swojej rodziny, powiedzenie “teraz to jest mój dom”, poczucie się “dorosłą”, to są rzeczy ważniejsze niż jakikolwiek papier o dziedziczeniu trzech kotów, dwóch komputerów i samochodu. Już nie ma dylematu kim jestem, gdzie przynależę, to wszystko zostało potwierdzone ceremonią, pokazane innym podczas uroczystości, tego już nie można kwestionować.
Już nie czuję się gówniarą, zyskałam świadomość kontroli własnego losu, własnych wyborów, dom, poczucie bezpieczeństwa. Ona jest moja, ja jestem jej.

Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara. 

Poczytaj mi mamo

-Po co ci głowa? 

-Jem niom.

Było już bardzo dużo utyskiwań na temat stanu czytelnictwa. Od takich trochę zabawnych (przynajmniej dla mnie) akcji typu “nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, po statystyki z horroru, mówiące o tym, że 80% Polaków z literatury to najbardziej ceni sobie memy i statusy internetowe (ale tylko poniżej 3 linijek).

Nie kupuję tłumaczeń, że ktoś “nie ma czasu”, albo jest zbyt zmęczony. Z czytaniem jest jak ze sportem, kiedy się zaniedbasz, pierwsze 2-3 treningi bolą jak skurwysyn. Ale gdy nie używasz organu- zanika z prędkością trudną do nadrobienia.

Masz czas chodzić po galerii (handlowej, bo przecież nie takiej ze sztuką). Masz czas oglądać piętnasty sezon serialu o smutnych dziewczynach albo rozkładających się zwłokach mordujących ludzi. Masz czas drugą godzinę przewijać stronę Zary w poszukiwaniu promocji. Masz czas plotkować na fejsie. Nie bądź hipokrytą- powiedz, że ci się nie chce.

Nie chce się bo to wysiłek, a trud wynika z tego, że nie “trenujesz”.

Można oczywiście czerpać wiedzę o świecie z nagłówków, bo po kliknięciu okazuje się, że “wyczerpałeś limit darmowych artykułów”, a przecież nie chce ci się teraz płacić za dostęp, więc “Szok i niedowierzanie” w tytule pozwalają ci wyrobić opinię.

Można o świecie nie wiedzieć nic. Można żyć bez znajomości historii wojny w Wietnamie, biografii Beksińskiego, nie wiedząc kto to Stasiuk, a Nike to marka obuwia a nie nagrody literackie.

dfac5f41003153-5795bd1faa458

Myślę, że to bardzo przyjemne życie, głupota i nieświadomość to 90% lekkiej i miłej egzystencji.

Z książkami jest też jak z jedzeniem. Na początku może i przyjemnie walnąć sobie fast fooda, ale kiedy rozsmakujesz się w śmierdzących serach, dobrym winie i ostrygach, to nie przełkniesz już maczka tak łatwo. Może na kacu po imprezie, albo podczas okresu w dresie, z pryszczem na twarzy.

Czasem zdarza mi się wrzucić taką “literacką golonkę” na ruszt, guilty pleasure, człowiek się zeszmaci i obiecuje, że nigdy więcej. Do następnego razu.

Czytanie może cię zmaltretować psychicznie. Wystawiasz się jak ofiara. Na przykład takie “Małe życie” Yanagihary to przeokropny szantaż emocjonalny. Albo się mu poddasz i spłyniesz łzami, albo rzucisz z wściekłością książką o ścianę.

Książka może cię wprowadzić w stan depresyjny, w stan beznadziei, jak wszystko co wydała na świat Swietłana Aleksiejewicz. 

Lektura może sprawić, że zmienisz zdanie na jakiś temat, może cię zrazić lub przekonać do różnych rzeczy. Może wywołać poczucie dyskomfortu. Możesz mieć gulę w gardle, możesz nie spać, jak ja po “Ciemno, prawie noc” Joanny Bator.

Możesz zmienić postrzeganie otaczającej cię rzeczywistości, zacząć zwracać uwagę na rzeczy, które dotąd były przezroczyste (polecam Springera).

Całkiem możliwe, że poczujesz się głupi, bo nie rozumiesz, albo nie nadążasz. 

Nigdy nie fetyszyzowałam druku, nie wąchałam roztoczy egzemplarzy z biblioteki, ani trującej chemii wprost z drukarni. Lubię jak sobie stoją na półkach, jest w tym satysfakcja zbieracza. Moje OCD nie pozwala mi porzucić książki nieskończonej i nawet, jeśli się męczę, to raczej doczytam. Nie mam wyrzutów, aby szmiry wystawić na śmietnik, nie widzę w książkach żadnej nietykalnej świętości.

Bez książek jednak, jak bez sztuki, można ślizgać się bezmyślnie po świecie, niczego nie rozumiejąc, nie pragnąc nawet dowiedzieć się, jaką historię kryją w sobie inni ludzie. Jak inaczej, niż poznając różne punkty widzenia, różne wrażliwości, światy, można wykształcić w sobie krytyczny umysł zdolny do jakiejkolwiek refleksji?

słabość

Są ludzie, którzy, kiedy spotka ich jakaś niesprawiedliwość, krzywda, prowadzą wokół kampanię bycia ofiarą.

Szukają współczucia, opowiadają wokół, wszem i wobec, często sobie podkoloryzują, czekają na ojojojki, głaski, solidarność, potwierdzenie własnych racji. Czyszczą się od środka.

W zależności od historii dostaną różny poziom wsparcia, jeśli ktoś ma skłonności mitomańskie- pobłażliwe machnięcie ręką. Czasem sępy, pijawki i plotkarze pojawiają się po dawkę mięsa, aby puścić dalej w świat.

Ja mam tak, że ilekroć spotka mnie podłość, to się wstydzę. Nie potrafię o tym mówić, bo nie lubię być ofiarą. Współczucie mnie krępuje i mam ochotę uciekać. Potem gangrena rozwija się spokojnie w mojej duszy zatruwając wszystko dookoła. Gnije ci ręka- utnij. Z raną w sercu już tego nie zrobisz tak łatwo.

Całe moje rysowanie- malowanie, potem pisanie zaczęło się jako lek na niepokój. Był to okres, kiedy czułam się bardzo źle, wykorzystana, zbrzydzono mi coś, co w zamyśle miało być piękne, dostałam po tyłku plotkami, na głowę wylało mi się wiadro pomyj.

Żeby nie zwariować, bo wszystko zmierzało w tym kierunku, po dwóch tygodniach bezsennych nocy zaczęłam przelewać na papier to, co w środku. Nie potrafiłam przyjąć wsparcia od bliskich, nie umiałam powiedzieć jak źle się czuję, jak bardzo bolało, bo to oznaczałoby słabość, a tkwiło we mnie przekonanie, że kiedy pokażę swój stan, to jakieś zło na świecie wygra. Zamykały mi się klapki na innych ludzi, przestawałam dzielić się tym, co dobre i tym co złe, bojąc się tego, że znowu dostanę pięścią w odsłonięty brzuch.

87621437194643-57382f5800031

Oczywiście to wszystko brzmi bardzo emocjonalnie, ale tak właśnie się wtedy czułam. Tylko rysunek dawał mi jakieś poczucie prawdy, miejsce, gdzie bez wstydu mogę wyrzucić to, co mnie dręczyło.

W tamtym czasie w pamiętniku naszkicowałam dziewczynę z dziurą w ciele, z której kanalikami przez skórę wydobywał się czarny pył.

Myślę, że kiedy uderzy się człowieka w jego najczulszy punkt, to nie ma miejsca na dystans, zdrowe emocjonalne asertywne reakcje, szybkie “przepracowanie” sprawy. Kiedy inni wykorzystają twoje problemy do błyszczenia podczas rodzinnych obiadków i pseudoanalizy typu plotkarskiego- tracisz zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, wiarę w siebie.

Dlatego matki krwiożerczo się kłócą o swoje dzieci. Ludzie z dysfunkcyjnych rodzin bronią ojca i matki do ostatniego trupa. Słuchacze Rydzyka dadzą się za niego pokroić. Osoba homoseksualna siedząca w szafie ilekroć usłyszy coś o pedałach w sklepie, będzie prawie wymiotować ze stresu. 

Wystarczy precyzyjna szpilka w ten jeden punkt i człowiek rozpada się na kawałki. Ich składanie to praca od nowa za każdym razem, gdy pojawi się choćby cień wspomnienia.
Podobno dwie rzeczy leczą rany: dystans i czas. W moim przypadku chyba czas na dystans.

Nie istniejesz

Swego czasu w internecie krążył taki memopodobny twór. Lista żali i smuteczków, że świat nie jest tradycyjnie piękny, kobiety niekobiece, mężczyźni zniewieściali, nikt nikogo nie kocha i nikt nie umie utrzymać związku, zwieńczony pointą, że “podmiot liryczny” w takim świecie nie chce żyć. 

Przepraszam, że nie przytoczę  tu całości, trochę szkoda mi na tego gniota miejsca, poza tym być może kojarzycie.

Na początku tekst był anonimowy, potem doklejono do niego sylwetkę smutającego Keanu Reevesa (co mi już zazgrzytało, bo on taki znowu tradycyjny nigdy nie był, umawiał się w końcu z trans kobietą), w finale okazało się, że słowa wypowiedział jakiś imam (ale nawet to nie jest pewne w labiryncie internetu).

Tekst był szerowany na wszystkie strony, lajeczki leciały wodospadem, “pozamiatane”, “zaorane”, “przejebane”.

Trochę się dziwiłam, kto z moich znajomych onanizował się tymi słowami, bo były to osoby z gruntu mało “konwencjonalne”. Całkiem możliwe, że człowiek potrzebuje prostych prawd, prostych podsumowań i objawień. Niestety relatywizm traktowany jest jako coś złego, a nawet niemoralnego, bo trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron.

Jeszcze dawniej była moda na wyśmiewanie “facetów w rurkach”, z grzywkami emo, z tunelem w uchu. Taki niemęski osobnik, jechali po nim od prawa do lewa, nagle każdej wyzwolonej hetero kobiecie przeszkadzało “zniewieścienie dzisiejszych mężczyzn”, bo one by chciały takiego z zasadami, twardego, w mundurze, z brodą albo z siekierą. Co to da w ryj jak ktoś jej napyskuje (oczywiście ktosiowi, nie jej).

I trzecia anegdotka.

Czytałam ostatnio książkę, w której fragmencie narrator frustrował się na “szarą masę”. “Po co żyjesz?”, tak pisał. Że miałkość. Że rozmowy o niczym. Że bezpodstawna radość, jak tu ból istnienia. Że plotki w autobusie.
Musiałam na chwilę zamknąć (koniec końców bardzo przyzwoite) dzieło.

778bb338417461-5760f990d9cc3

Czy czujemy się lepsi porównując do innych. Może lubimy sobie pouogólniać: o, to szara masa, a tu ja z krwi i kości. Tu wymoczek w obcisłych spodniach, jak on tego mamuta zabije. Tu prawdziwa miłość, przyjaźń, wierność i czarno białe zasady jak ze starych filmów z Clintem Eastwoodem.

Wiecie, zdarzyło mi się kilka razy w życiu być podsumowaną. Że jestem nudziarą, bo nie noszę czuba na głowie. Że nie mam prawdziwych problemów, bo ktoś ma coś gorzej. W sumie prawie codziennie jesteśmy szantażowani złotymi myślami memopodobnymi na fejsbuku. Że “współczesny człowiek”, “Pokolenie Y”, “problemy pierwszego świata”, “millenialsi”, “dzisiejsza młodzież”. Emocjonalni zakładnicy uogólnień. 

Do czego zmierzam.

Nie istniejemy w cudzych głowach.

Związek nie rozpadł się “bo w dzisiejszych czasach nie ma wartości”, tylko dlatego, że nie chcieliście nad nim pracować. Albo jedna osoba nie chciała. Może to nie była miłość.

Dzisiejsze kobiety nie “ubierają się jak dziwki”, tylko jak chcą. I nic nikomu do tego. Jedne zakrywają- dewotki. Odsłaniają- prostytutki. Może niech się ubierają dla siebie, a nie dla publiczności.

Podobnie “chłopięta w rurkach”. Może mają ochotę spotkać inną dziewczynę lub chłopaka z długą grzywką na pół twarzy i razem pod kocem słuchać “The Cure”. Nic nikomu do tego.

Może ta “szara masa” po prostu odpoczywa od dzieci plotkując z sąsiadką z autobusie. Może cały dzień użerała się z petentami w okienku.

Wszyscy możemy mieć: długi, ojca alkoholika, matkę chorą na raka, brata, z którym się nie dogadujemy, szefa, który drze pałę, poczucie niskiej wartości, porażki, bite dziecko za ścianą, rozlatujący się związek, milion różnych problemów niezależnie od tego, co obca osoba widzi przelotem.
Nie istniejemy dla siebie. Istnieją jakieś proste slogany, uogólnienia, rymowanki z wklejonym zdjęciem aktorki i dopisanym “jeśli się zgadzasz, podaj dalej”. “Lewaki” i “prawaki”. “Cioty”. “Dziwki”. “Bezmyślne stada owiec”. 

Spotykając, słuchając kogoś, może na początek nie zakładajmy za wiele.

Zorientowani

Orientacja inna niż heteroseksualna wymaga deklaracji. Zawsze mnie to lekko irytowało, że coś jest domyślne, a każdy, kto się w tych pojęciach nie mieści, musi się społecznie ometkować, żeby inni wiedzieli o co chodzi.

Bycie z kobietą często ustawia Cię na pozycji otwartej. Otwartej na propozycje.

Na przykład heteroseksualnej dziewczynie w heteroseksualnym związku niezwykle rzadko będą składane propozycje trójkątów czy innych figur geometrycznych. Zakłada się, że jej związek jest monogamiczny, a partner po takich słowach może zwyczajnie dać w ryj.

Nawet nie wiecie ile razy zdarzyło mi się usłyszeć od obcych ludzi oferty zupełnie jednoznaczne. Czasem nawet nie poprzedzały ich słowne zapytania, a od razu przechodzono do czynów, bez zbędnych ceregieli. Ha- nikt nawet mi kolacji nie zaproponował, a już leci z łapami!

Jest jakiś magiczny pornograficzny mit, wzięty z bajek dla dorosłych na różnych fantastycznych internetowych stronach, że jak spotykasz nieheteroseksualną kobietę, to następuje akcja. Innymi słowy używasz sobie innej osoby do zrealizowania erotycznej fantazji.

tumblr_ocwzxs7jmn1vcdl4po1_1280

Wystarczy, że w towarzystwie pojawiają się słowa: “moja dziewczyna”, “moja partnerka”, a w głowach co poniektórych, jak u Pomysłowego Dobromira, zapala się żaróweczka. 

Ja rozumiem, że są związki otwarte, związki poliamoryczne i jakie tam chcecie spektrum ludzkich relacji. Ale może zanim ktoś złoży propozycję nie do odrzucenia, warto się dowiedzieć, czy taka osoba przypadkiem nie jest w związku monogamicznym? 

Już nie mówiąc o tym, że jeśli, drogi mężczyzno, spotykasz lesbijkę, to odwrotnie niż w pornografii i piosenkach Kazika- może ona nie mieć ochoty na twoje dodatkowe końcówki?

Do tego dochodzi cała sprawa biseksualizmu. 

Szczerze mówiąc, ja już nawet nie używam słowa “biseksualność” w towarzystwie, bo działa ono jak zaproszenie do łóżkowych eksperymentów.
Hej, nawet jeśli ktoś jest panseksualno- biseksualno- transseksualno- cotamjeszcze seksualny, to wcale nie oznacza, że musi mieć ochotę na czyjekolwiek nagie pośladki w swoim łóżku, tylko dlatego, że pod wpływem wina, niczym kuracjusze w Ciechocinku zerwani ze smyczy domowych starych kapci, zaczynacie toczyć ślinę swoich fantazji.

Jeśli wiesz, że dziewczyna ma faceta, to podbijanie do niej na pewno uważasz za głupie. Co sprawia, że w sytuacji, gdy “cel” jest w związku z kobietą, rozpatrujesz te propozycje jako naturalne? Albo co gorsza- zachęcasz swoją dziewczynę do takiego podboju, bo “z kobietą to nie zdrada”. A może podejdź do geja i zaproponuj mu trójkącik? I don’t think so.

To sprawia, że kobiety są trochę traktowane jak coś “do używania”. Że związek kobiety z kobietą to nie jest dla wielu prawdziwa relacja, tylko takie sobie wygłupy. 

A ponad wszystkim- może nie jesteś aż takim ciachem, za jakie się uważasz.

 

 

Kobiety

Jest duszno i dosyć ciemno. Z tym pierwszym energiczna blondynka radzi sobie przebiegając przez całe pomieszczenie z odświeżaczem powietrza.

Sterty kolorowych szmatek spadają z wieszaków, nikt nie traci czasu na podnoszenie.

 

-Zna pani angielski?

-Trochę.

-Przetłumaczy mi pani, co na tej koszulce, żeby stara baba z czymś głupim nie chodziła po mieście.

-“Bądź spokojny i ciesz się Wiedniem”

-A to dobrze.

 

Od czasu do czasu zaplącze się osobnik męski. Ukierunkowany na wieszak ze spodniami albo koszulami. Wchodzi, łapie, przykłada do bioder, krytycznym wzrokiem spogląda na metkę. 5 zł to tanio czy drogo? 

Czasem przywlecze go żona. Grzebie, wyciąga, wyławia, stoi niecierpliwie pod przymierzalnią. “Już włożyłeś? Pokaż no się. Tu się podłoży i będzie super”.

tumblr_odn1hqw4bw1vcdl4po1_1280

 

Świeżo upieczone matki zastanawiają się, czy na roczne dziecko nie za duża ta sukienka. 

-Jak za duża to podrośnie, byleby nie za mała.

Czy tą plamkę da się odprać, czy to bawełna, a bywają czasem kombinezoniki?

 

Dwie dziewczyny pod kotarą. 

-Dżoana! Mam coś dla ciebie! Espeszaly for ju!

-No, pokaż jak wyglądasz. O! Super! Znaczy w tłoku ujdzie!

-Odsłoń trochę te nogi!

 

-Proszę pani, ja będę tu przed panią stała, tylko jeszcze zapomniałam zobaczyć tamte wieszaki, zaraz wracam.

 

-Spojrzy pani na metkę, czy to można do pralki? Nie wzięłam dziś okularów.

 

W kasie zaradna i żwawa sprzedawczyni zachwala, że we wtorki wszystko po 2 zł, w każdą sobotę dostawa.

-Widzi pani, wyszłam dziś po bułki, a wracam z garniturem Hugo Boss.

-Hugo Boss? Ale mnie pani wkurzyła! Pokaże pani! No rzeczywiście! Kurde, powinnam teraz policzyć trzy razy tyle!

-Od razu dzień mi dobrze się zaczął.