Polka

Dzień dobry, tu Polka.

Nie wyjechałam, jestem, trwam. Dlaczego?- bo chcę. Bo mogę. Bo jak ktoś mi mówi- Nie podoba ci się to wypierdalaj, to ja mu odpowiadam- Nie.

Bo jak w rodzinie dzieje się źle, to się nie ucieka, a próbuje naprawić.  

Bo niby dlaczego mam zostawić swój dom, swoją pracę, najbliższych i dalszych, bo jakiś łysol, którego pradziadek boso kopał kartofle w nocy, żeby jego pan nie widział, nie będzie mi mówił gdzie mam żyć i co mam mieć wpisane w paszporcie. Bo to tak samo moje miejsce jak i jego.

Bo mam zmieszaną krew jak w koktajlu, gdzie prosecco współgra z whisky, sokiem z jeżyn i wisienką kandyzowaną na dnie.

Moja babcia co drugie słowo mówiła po rosyjsku, ale zawsze tam, na Podlasiu była u siebie. Dziadek był socjalistą z powołania, bo widział niesprawiedliwy przedwojenny świat, a potem front pokazał mu piekło od którego trzęsły mu się ręce ilekroć słyszał język niemiecki w telewizji. Uciekali, stracili rodziny, zostali rozdzieleni na dziesięciolecia z najbliższymi, palono im domy i wsie, widzieli rozstrzelanych sąsiadów.

Drugi dziadek na piechotę po wojnie szedł odbudowywać Warszawę tylko po to, aby jacyś “lokalni patrioci” na forach internetowych jego wnuczce ubliżali od słoików i wieśniaków.

Tu nadaje Polka, od dwunastu lat żyjąca w związku z kobietą.

fc2d9045298783-582c0dacdf4be

Polka, która ma w dowodzie i w paszporcie wpisaną narodowość, potwierdzoną stemplem, wypaloną pod skórą miłość do ziemniaka i kapusty, nostalgię za śnieżną zimą i palącym latem, za zapachem gnijących jabłek i świergotem wróbli. 

Polka, która nie wyznaje Boga Ojca, która wstydzi się za Jedwabne, za pogromy kieleckie. Polka, która nie doświadczyła “szarmanckiego traktowania” tradycyjnych Polaków, co najwyżej próby obmacywania w autobusach i wulgarne uwagi na temat wyglądu.

Jej polskość jest nienachalna. W hostelach w Tajlandii zapytana skąd jest zawsze tłumaczyła gdzie jej kraj leży i jak wygląda, bo mało kto był świadomy tego zakątka świata. W Wietnamie taksówkarz zaśpiewał jej “sto lat” i chwalił wódkę. W Japonii upewniali się czy przypadkiem nie “Holland”. Francuzi reagowali “Polish people are hard working”, Anglicy się krzywili, Włosi podrywali. Z dystansu Kaczyński, Pawłowicz i Duda nie mieli żadnego znaczenia, bo na okładkach hiszpańskich dzienników był np. Putin albo Trump.

Polka bez poczucia krzywdy, ze świadomością szans, których nie mieli jej przodkowie. Która nie wyjechała do UK, do Niemiec, do Kanady. Która tu płaci podatki Państwu plującemu jej w twarz i każącemu się utylizować w jakimś kominie pod Krakowem.

Polka, która nie potrzebuje czuć dumy ze sportowych osiągnięć obcych ludzi, bo jest dumna ze swojej pracy i z tego ile sama zbudowała mimo braku “znajomości”, koneksji, bogatego taty. 

Która cieszy się ilekroć polski film wygra Oscara albo palmę, budynek- Pritzkera, gra się sprzeda w milionach egzemplarzy, a naukowiec przyczyni do przełomu w medycynie.

Polka nie cieszy się gdy widzi race, nie podnoszą jej wartości transparenty o czymś tak przypadkowym jak rasa czy tożsamość, to nie są “osiągnięcia”, nie zarabia się pieniędzy ani szacunku na byciu białym katolikiem. Życie nie staje się lepsze z powodu “czystej krwi”, nie jest się bardziej kochanym przez bliskich bo się poszło do kościoła. Bo znajdźcie mi kogoś kto nie ma we krwi Ślązaka, Kaszuba, Mazura, Litwina, Ukraińca, Tatara, Niemca. I zróbcie z tych ludzi nową Polskę, może wyjdzie Wam coś wielkości Monako. Zakaz wjazdu “obcym” i wyjazdu “swoim”. Zróbcie sobie raj beze mnie.

 

O winie

Niestety nie o napoju bogów, nie o wytrawnym, nie o niedajboże słodkim czy półsłodkim, nie o tym czy pić w kieliszkach, czy w lampkach, nie o primitivo barwiącym zęby na fiolet, po którym strach sięgnąć po szczoteczkę, nie o kwaśnym i brońcie mnie- nie o truskawkowym.

O winach w głowach będzie, jak uderzają, komu uderzają i po co, a kto ich nie ma. Chaotycznie i bez sensu, bo nie jestem psychologiem, a tak po prostu siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak, coś mi się przydarza, to próbuję zrozumieć i różne rzeczy z tego wychodzą. 
Nigdy nie wiem czy mam rację. Często coś tam mi się wydaje, mam jakieś poglądy, które łatwo obalić rozsądnym argumentem i potem tylko wiem, że nic nie wiem.

Zdarza się, że nawalę, że coś zrobię źle, muszę się uderzyć w pierś, w policzek, posypać głowę popiołem i przywiązać do pala, niech kamienują. Mam ten okropny stan, kiedy zrypię sprawy, że kwitnie w mózgownicy “to wszystko moja wina, jestem beznadziejna, już nigdy więcej czegoś tam nie zrobię, nie będę próbować, poddaję się”, i tak oto wina przeradza się w poczucie krzywdy- proszę mnie żałować, gdyż jestem nieudacznikiem niezamierzonym.

Ale- zdarza mi się też zareagować jak dorosły człowiek, przeprosić i wyciągnąć wnioski na przyszłość, zastanowić nad sobą bez taplania się w bagienku miłych ciepłych samokrytycznych myśli.

Najbardziej jednak mnie wkurza, kiedy spotkam coś, co się nazywa “nonapologizing”. Zjawisko wykrzywionej asertywności, dawniej zwane przez nauczycieli w podstawówce: “wszyscy winni, tylko nie ona”.

Kiedy ktoś zamiast powiedzieć: przepraszam, nawaliłem, bezczelnie i prosto w twarz mówi “przykro mi, ale..”, “co mogłam zrobić..” oraz najgorsze: “przykro mi, że tak się czujesz”.

Niby przykro, niby przepraszam, ale umywam ręce, no sorry co ty chcesz, nie moja sprawa a najlepiej to nie przesadzaj, tylko zastanów się nad swoją reakcją.

77

Wzburzyło się to we mnie po reakcji na kradzież moich obrazów, natomiast jest to mechanizm znany i lubiany, szczególnie upowszechniany przez treningi biznesowe, NLPy i inne takie sztuczne gadki na liniach telemarketingowych. 

Nawala firma- wkurwiłeś się, piszesz reklamację i dostajesz w nagrodę nie normalne ludzkie “przepraszam”, rekompensatę i pocztówkę z kokardą i czekoladką. Serwuje ci się “przykro nam, że doszło do tej sytuacji, zapewniamy, że nasza firma dba o dobro swojego klienta”. 

Czujesz się wtedy jak chory na umyśle histeryk pieniacz z “problemami pierwszego świata”, bo zepsuł się telefon i co się przejmujesz tak telefonem, ludzie cierpią na świecie głód, a pani po drugiej stronie kabla, przecież nic z tym telefonem nie ma wspólnego. Możesz pojechać do fabryki w Chinach zachodnich, niedaleko pustyni Gobi, odnaleźć ośmioletnie dziecko składające produkt za dolara miesięcznie i do niego skierować swoją tłustą zachodnią pretensję.

Czasem tęsknię za starym dobrym poczuciem odpowiedzialności, obowiązku, tym nieasertywnym, gdzie mówi się “przepraszam, zachowałem się jak chuj, co mogę zrobić aby ci to wynagrodzić”. Kiedy na chwilę tak naprawdę opuszczamy przyłbicę i przyjmujemy, że nie jesteśmy idealni, że potrafimy w dorosły sposób zaakceptować konsekwencje swojego zachowania.

Boimy się zakłócić swoją równowagę, wybić z rytmu, zobaczyć rysę na własnym charakterze, zasłaniamy się gadkami kradzionymi z biura obsługi klienta i rozkładamy bezradnie ręce. Po drugiej stronie stoi frustracja, bo bardzo trudno o przebaczenie, o oczyszczenie bez skruchy.

 

Po sezonie

Odkąd przeczytałam “Drwala” Witkowskiego miałam takie marzenie o kurorcie poza sezonem. Historia zatoczyła koło, siedzę w Mielnie, jest koniec października, owinięta w koce jak naleśnik, z leżaka zapadam się w “Wymazane” tego pisarza.

Wjeżdżałyśmy przez miasto duchów. Zamknięte sklepy, restauracje, wszystkie stoliki i krzesła w ogródkach zebrane na kupki, powiązane łańcuchami, śpią pod kołderkami folii.

Z rzadka neon, że 24h alkohole, pali się światło, zbłąkany wędrowiec może podążać za fatamorganą obiecującą piwo Żubr, Okocim i Nalewkę Babuni.

Pod pensjonatem Ameba facet w waciaku nieśpiesznie zamiata liście, nigdzie nie uciekną, opuszczone place zabaw nie irytują go rozwrzeszczaną klientelą siedmio-, ośmio-  dziewięciolatków.

Mewy skapitulowały, skurczone w sobie obserwują nas bez nadziei. Nie będzie kradzionej frytki, resztek fląderki wygrzebanych ze śmietnika.

Dwa stragany rzuciły wyzwanie światu i sprzedają jeszcze resztkami sił czapki z pomponami, podróby emu wysadzane klejnotami w kolorach flagi brytyjskiej, szalo-poncza z chińskiego akrylu.

Plaża jest pusta, od czasu do czasu przewijają się obywatele zaprzyjaźnionej Republiki Niemiec, raczej tacy w wieku porozrodczym. Spacerują, wdychają jod, szukają ostatniej kawiarni na promenadzie serwującej zupę dnia, zestaw dnia, specjalnie dla nich rozmrażającej to, co zostało po szaleństwach lata.

W praktycznych butach trekkingowych, w wiatrówkach z dekatlonu, z saszetkami uwiązanymi na szyi patrzą jak polskie niebo miesza się z niebem niemieckim, jak nasze morze staje się ich morzem, a ryby i mewy nie uznają różnic gramatyki i ortografii.125

Na wąskiej ścieżce spotykamy parę z dziećmi, mówimy “dzieniobry”, następnie rejestrujemy ich wystraszony rzut oka na rowery i już wiemy, że spotkanie międzycywilizacyjne trzeciego stopnia zakończone porażką 0:1, domniemaniem polskiej chęci kradzieży niemieckich dwukołowców.

Trochę nam przykro, ale nawet nie tak bardzo, bo mamy widok na jezioro, na chmury i na deszcz, a do tego pakiet “masaż i glinka” w hotelu medical spa, tylko 500 m od naszego domku.

Wchodząc do solankowego basenu, tej zupy wypełnionej wkładką ciał emerytów, opuszczają nast troski z gazet, Kaczyński nas opuszcza, strajki lekarzy i kobiet, ustawy antyaborcyjne, cały bajzel dryfuje gdzieś w pizdu, na dalekiej wyspie oderwanej od kontynentu umysłu.

Wracamy w noc, wesołe smutne miasteczko, czarniejsze niż niebo, wygraża, że w przyszłe lato jeszcze pokaże co to strach przed diabelskim młynem. Jeszcze dzieci będą rzygały po wacie cukrowej w nadmiarze, panowie potracą małe fortuny usiłując ustrzelić plastikową różę dla Nikoli lub Wiktorii poznanej w barze Albatros, emeryci powygrażają na hałas co im nie daje w nocy spać na wczasach.

W hotelach pojedyncze okna wysyłają SOS w ciemność ulic, a wiatr zbiera resztki szyldów o parawanach, ręcznikach, lodach włoskich i przejażdżkach pontonem za 20 zł/h.

Bogactwo

Stasiuk pisał: “On udaje kelnera, ja udaję klienta”.

Udają, że od pokoleń w ich rodzinie noszą te Korsy, Vitony, limitowane serie bawełnianych koszulek po 400 zł sztuka, szytych w Bangladeszu, aligator na trampkach udaje, że grają w tenisa od kołyski, facet na koniu zobrazowany na tiszercie udaje,  że gra w polo została wyssana przez nich z mlekiem matki.

Umawiają się na squasha, jakby to było normalne, że w Polsce po pracy umawia się na squasha.

Każdy jest skądś, tylko tu większość ludzi znikąd, bo wstyd się przyznać do przodków pańszczyźnianych, do zgiętych wpół ze zdjętą czapką i bosymi stopami, dlatego dziś śmieją się z januszy, z sebków i z karyn, bo czują genetyczne plemienne pokrewieństwo i strach zabijają kpiną.

Miasta i wsie wysiedlane co pokolenie nie dały poczucia tożsamości, korzenie wyrywane co wojna, co powstanie, co plaga głodu, wysiedlenia, wędrówki za chlebem.  Koczownicze hordy słowiańskie, dumnie wynoszące “slavic” od “slava”, niechętnie spoglądające na konotację ze “slave” dziś zakrzykują kompleksy kurwami rzucanymi co drugie słowo, bluzgi maskujące pustkę przekazu, chłopskie prawdy pozbawione wątpliwości głoszone z ambony pewności siebie idioty. Kto głośniej krzyczy, ten ma rację, a racja musi być po naszej stronie, pokora jest dla frajerów.

Wypełniają tłumnie centra handlowe, spa i gabinety dentystyczne, między jednym “ja pierdolę” a drugim popijają rozcieńczone prosecco. 

Zimą apres ski all inclusive, grzaniec od 8 rano dawkowany do północy w równych transzach, najebani rzucają kurwami na włoskich stokach, we włoskich trattoriach śpiewając hej sokoły czekają na zejście lawiny, która pochłonie ich na zawsze i już nie będą musieli wkładać tego wysiłku w pokazywanie, że oni są Europejczykami, że tu przyjechali, bo ich stać. Zamawiają butelki wina i po pierwszym kieliszku zwracają kelnerowi, aby się przypodobać towarzystwu, że byle czego to nie tkną, że znają tę grę.

W samolocie do Bangkoku przewracają oczami, że “znowu z Polakami”, jakby była jakaś różnica upić się ginem z tonikiem w Emiratach, a najebać browarem wyciągniętym zza pazuchy w Rayanie.

Przeglądają kolorowe magazyny, które powiedzą im, czego mają nakupować, przewracają strony naklejonymi, utwardzonymi światłem i wyfrezowanymi pazurami w kolorze ombre mięta z limonką. Robią kwaśnie miny niezadowolenia z obsługi, bo przeciez klient nasz pan, a w tym kraju nasz pan to pan feudalny, a podwładny to chłop pańszczyźniany. Na moment można się zamienić w dręczyciela przodków i odbić genetycznie odziedziczoną krzywdę na recepcjonistce wykonującej umowę dzieło stania za ladą osiem godzin dziennie, na nocne zmiany i w weekendy.

9d3d8641850331-57b6a2222b148

W niedzielę stroją dziedziców w Zara kids miniaturowe sexy outfity przełamane rockowym pazurem i idą do nowego kościoła: restauracji z branczem jesz ile chcesz, kawa i herbata gratis. Z mimozą w dłoni napełnianą niedyskretnie przez kelnerkę, nawaleni od rana pokrzykują “Lili nie biegaj, Lili ubrudzisz swoje lakosty”. Udają, że grają w serialu tvn, albo “Listy do M”.

W tygodniu pozorują, że robią istotne rzeczy budując słupki przychodów, dochodów i odchodów dla akcjonariuszy wielkich koncernów spożywczo- farmaceutyczno- kosmetycznych. Wieczorami zdradzają się na wyjazdach integracyjnych z luksusowymi escorts Tatianami o pseudonimie Cherry, przynosząc chlamydię, rzerzączkę i hifa. Rzucają talerzami z promocji w Duce o kuchnie z wyspą i rozwodzą się z hukiem i alimentami (ku rozpaczy Lili), albo idą na terapię i się ze sobą męczą (ku rozpaczy Lili).

Jak kardaszianki 312 zdjęć w windzie na instagramie, każde w innej “stylizacji”, bo już nikt się nie “ubiera”, każde z kaczym dziobem, miną srającego psa, głowa odchylona w profil, że niby niechcący ta fotka wyszła. Selfi potwierdzeniem istnienia, inaczej cię nie ma. Patrzcie mój ałtfit, zebrane lajki, hasztag taktrzebażyć, komcie “puknąłbym”, “piękna”, “share4share” “lajk4lajk”.

Wieczorem ważna gala, wręczenie nobla czy oskara za nakręcenie reklamy jakiegoś gówna, za słupek sprzedaży jogurtu, za kontrakt reklamowy z Kożuchowską, statuetkę wręcza Tomasz Kamel albo Michał Milowicz w zależności od budżetu. 

Powieś ten dyplom na tablicy korkowej jak w przedszkolu, kiedy pani pochwaliła cię za najładniej wycięte serce- taki organ wewnętrzny, został tam wtedy na ścianie w grupie czterolatków.

Nie czytają o wojnie, czasem wypowiedzą się “głosem rozsądku”, “prawdą pośrodku”, panowie pogódźcie się, bo przyjdą te zombie z Afryki i z Azji i nas rozerwą na strzępy, będą krzyczeć “oddawać audice, gajery, w których nie mieszczę się wyćwiczone z trenerem personalnym łydy, paletki cieni za 300 zł, w barwach jesiennych, dobrze napigmentowane”.

Humor poprawi im pranie mózgu z guru rozwoju osobistego, szkolenia i wyjazdy integracyjne z open barem i konkursami, gdzie można wygrać wycieczkę na Kanary. Porozmawiają z kolegami, że “płacę więc wymagam, a jak mi się podoba to i nie płacę i co mi zrobisz robolu, trzeba było wybrać inny zawód frajerze”.

“Motłoch” gardzi nimi a oni “motłochem”. Oni nie wierzą, że zasłużyliście, wy nie wierzycie, że im bułka z masłem smakuje bardziej niż liść rzodkiewki upstrzony kleksami sosów, jak ptasimi kupami w restauracji z gwiazdką miszelin.

Gdzieś jest granica, za którą odklejają się od rzeczywistości i zaczynają bredzić, że nie każdemu należy się opieka medyczna, leczenie, życie, jedzenie, woda, pokój, telefon komórkowy i szerokopasmowy internet.

Brzydkie chłopaki i dziewczyny spoglądają z murków, z których nie wstali od lat dziewięćdziesiątych na hummery, z których wysiadają nogi w moonbootsach w niedzielę, na cotygodniowy rosół i schabowego u mamy. Patrzą takie same twarze jak wasze, w kształcie kartofla, nienauczone konturowania i pielęgnacji wieloetapowej kosmetykami z sefory i myślą, że złapaliście Pana Boga za stopy. Oni i wy zapominacie często, że życie jest za darmo. Że miłość dziecka jest za darmo. Że wschód słońca nic nie kosztuje. Szum wiatru w lesie nie robi różnicy dla stanu konta. Że wtulenie się we włosy ukochanej osoby nie ma nic wspólnego ze zdolnością kredytową.

O lęku

Ten weekend był dla mnie czasem nadrabiania seriali. Nie będzie to żadna recenzja, a próba uchwycenia głębszego tematu jaki urodził mi się w głowie po dwóch wieczorach oglądania.

Byłam rozerwana między trzema pozycjami: tzw. guilty pleasure- RuPaul’s Drag Race, czwarty sezon Transparent i siódmy American Horror Story- Kult.

Pierwsze reality show pominę, bo to jest inna waga, czysta rozrywka pod kieliszek wina, mrugnięcie okiem i zanurzenie się w kampowym sosie.

Transparent to najmądrzej i najlepiej napisana historia w telewizji od lat. Nie mogę wprost uwierzyć, że twórcy nie zwątpili w inteligencję widza i nie zastosowali żadnych prostych łopatologicznych schematów, że zostawiają drzwi otwarte do indywidualnego przeżywania losów żydowskiej rodziny z LA. 

Serial zaczyna się coming outem ojca/ męża. Ujawnia, że całe życie czuł się kobietą. O ile wątek transpłciowości zajmuje dużo miejsca i można pokazywać go każdemu, kto się chce zorientować w tej tematyce, bo opowiada o osobach trans z szacunkiem, ale bez nabożnego cackania się, bez zarzucania nas sloganami, o tyle jest jednym z wielu zagadnień pojawiających się w scenariuszu. 

Przede wszystkim uderza mnie jak świetnie zostali napisani bohaterowie, co pozwala na zobaczenie wielowymiarowości każdej ludzkiej historii. Są sympatyczni i antypatyczni jednocześnie, każdy z nich ma swoją historię w zanadrzu, kawałek po kawałku odkrywamy co ich kształtowało, co kryje się za tą neurotyczną rodziną.

Dla mnie to serial o dziedziczeniu traumy, o niemożności przerwania zbiorowego poczucia nieszczęśliwości, jednoczenie się wokół trudnych rzeczy, które na dotykają. Rodzina Pfeffermanów wygląda jak obraz pod mikroskopem, jak rozedrgane komórki, na chwilę przylegające do siebie, zaraz się odbijają i natykają na kolejne. Mimo bliskości, ostatecznie każdy z nich zostaje sam ze sobą, każdy musi się przejrzeć we własnym lustrze, bo nie ma takiej możliwości, aby ktoś inny (choćby kochał ich najbardziej na świecie) mógł ich naprawić. 

To, co zostaje po obejrzeniu tego małego arcydzieła, to poczucie, że jesteśmy zdani sami na siebie, mimo ciasnych więzów łączących nas z innymi, tylko my możemy zmagać się z demonami w swoich głowach. Nikt nas nie uratuje, nie wykona za nas tej pracy, złapać się innej osoby można tylko na chwilę, bo ona też prawdopodobnie potrzebuje pomocy. Nigdy nie poznamy siebie nawzajem do końca, to co widzimy to tylko wierzchnia warstwa osoby matki, ojca, siostry, pod którą kryją się rzeczy dla nas niedostępne.

2e1e1a40974739-5794769e1c874

Tak naprawdę, najbardziej mną sponiewierał nowy sezon American Horror Story. Z serią Ryana Murphyego mam tzw. love/ hate relationship. Dwa pierwsze sezony były doskonałe, pierwszy raz widziałam coś takiego, horror, który by mnie poruszył. Potem nastąpiła długa droga w dół i po serii z czarownicami porzuciłam tę pozycję. 

Ostatnio z polecenia zaczęłam oglądać sezon siódmy, na razie jestem po dwóch odcinkach, ale poza tym, że jakoś bardzo straszny nie jest, dotyka czegoś, co jest aktualne.

Akcja zaczyna się, kiedy w USA wybory wygrywa Trump. Mamy parę kobiet, które są małżeństwem, mają synka, duży dom i miłe życie. Po ogłoszeniu wyników, jedna z nich zaczyna doznawać paranoi, jej lęki są bardzo silne, przestaje odróżniać prawdę od urojeń (choć w tej serii mogą to nie być zwidy, ale potraktujmy sprawę symbolicznie), traci całkowicie poczucie bezpieczeństwa, traci rozum.

I teraz chciałabym do czegoś Wam się przyznać. Wiem, że sporo osób na sytuację w Polsce mówi: żadna władza nie jest wieczna, odpycha od siebie wizje państwa totalitarnego, w którym pewne mniejszości przestają być obywatelami. 

Ja nie czuję się bezpiecznie. Zakrywamy to wszystko oczywiście dowcipami o Pawłowicz, o wzroście Kaczyńskiego, o Misiewiczach. Ale pamiętam, że kiedy widziałam zdjęcia z przemarszu nacjonalistów w moim rodzinnym Białymstoku, nie mogłam spać. 

Raz na jakiś czas po takim przypadku gorączkowo myślę, czy to już ten moment, kiedy pakujemy walizki. Czy mamy uciekać. Boję się i ten strach ma realne wielkie oczy. Boję się, że nastąpi ten moment, kiedy ktoś mnie zwyzywa. Kiedy ktoś zacznie nas bić. Kiedy przyjdą i zrobią sobie z nami co chcą. I państwo nie tylko nas nie obroni, ale zachęci oprawców. Boję się, że w krótkim czasie nasze życie zacznie wyglądać tak, jak życie społeczności LGBT w Rosji. Że jesteśmy współczesnymi Żydami i nasi przyjaciele i sąsiedzi nie okażą nam łaski, że będziemy szukali pojedynczych “sprawiedliwych”, którzy się przeciwstawią.

Dużo mówi się o symetrii, że kij ma dwa końce, prawda leży pośrodku. Ale ja nie wiem, czy taki prawicowiec nie może spać z lęku, że mu pobiją dziecko za jego poglądy.
Był taki mem, gdzie bardzo fajnie wyśmiano “symetrię” debaty publicznej: “Pozwólcie nam żyć” i kontra: “Pozwólcie nam mówić jak macie żyć”.

Oglądałam pierwszy odcinek, kiedy bohaterka wariowała ze strachu i widziałam swoją cząstkę, która siedzi gdzieś tam głęboko i rzadko jest dopuszczana do głosu. Boję się ją pokazać, bo wtedy nie będę mogła zaklinać rzeczywistości, strach stanie się oficjalny. Ile z nas żyje od dwóch- trzech lat w takim lęku. Ilu z nas zaczęło omijać szerokim łukiem panów w wyklętych koszulkach, cicho siedzieć, kiedy “oni” głośno dają upust swoim rasistowskim poglądom. Ilu z nas chojracko rzuca, że “bez przesady”, że “Unia nie pozwoli”. Ilu z nas szuka nienawiści do nieistniejących w Polsce muzułmanów, aby na chwilę się zjednoczyć we wspólnej sprawie niechęci, ciesząc się, że znaleziono “czarniejszego Murzyna”. 

Boję się. Niezależnie czy jest to lęk uzasadniony czy nie, obecnym czasom udało się uruchomić wewnątrz mnie instynkt ucieczki.

Granica

Podobno prawdziwa asertywność, to nie tylko mówienie “nie” i stawianie granic. Podobno szczerze asertywny człowiek potrafi zachować równowagę pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami innych. I nawet, kiedy się “poświęca”, to robi to świadomie, dobrowolnie i doskonale wie dlaczego, przez co nie czuje się nadużyty.

Podobno, bo ja, jak wiele osób miałam i mam ogromny problem z tak zwaną asertywnością. 

Jest to w jakimś sensie choroba cywilizacyjna naszego kręgu kulturowego. W języku angielskim powiemy do kogoś “take out the trash, please”, albo “could you take out the trash?”. W języku polskim najczęściej usłyszymy “trzeba wynieść śmieci” (jak często jesteście świadkami pytania, z dodanym “proszę” na końcu?).

To samo będzie w pracy, w związku, bardzo często jesteśmy zaplątani w sytuacje pasywno- agresywne, gdzie tak naprawdę nie ma opcji odmowy, jest założenie, iż się domyślimy i wykonamy żądaną czynność. 

W jakiś sposób przedstawia nam to stan ducha społeczeństwa, na każdym zakręcie czai się niewypowiedziana pułapka oczekiwań, rodziny są dysfunkcyjne w skali masowej, kiedy od dziecka uczymy się aby wybiegać naprzód życzeniom rodziców, nie mamy opcji odmowy, nie ma opcji uzasadnienia, tak naprawdę nie ma nawet zwykłego “proszę”, w pracy, kiedy klient/ szef złości się na nas, że sami nie domyśliliśmy się czego by od nas chciał.

No i żyjemy sobie jak tacy “telepaci”, raz się uda, a raz nie, groźbą są wymówki, fochy, obrażanie się, kłótnie. 

Muszę przyznać, że co jak co, ale z asertywnością zawsze miałam ogromny problem (jak wiele, WIELE osób w moim otoczeniu).

Bunt dwu- trzylatka polega na tym, że odkrywa słowo “nie”. I jak je sobie przyswoi, to korzysta ile może. Wypróbowuje granice rodziców i otoczenia, na ile może sobie pozwolić, ale przede wszystkim szuka własnych ram- co lubi, czego nie, określa tożsamość na zaprzeczeniu.

Kiedy odkrywasz słowo “asertywność”, stajesz się takim trzylatkiem, “nie” smakuje jak ambrozja, “mogę ale nie muszę”; w środowisku, gdzie dotąd grałaś wspólnie w jedną grę taka postawa nagle budzi niezrozumienie, złość, wrogość, “do tej pory robiła wszystko bez piśnięcia, a teraz mówi, że nie chce”. Problem w tym, że dopiero, kiedy otoczenie nauczy się, że odmowa jest w ogóle opcją, wtedy można zagrać “tak”.

7a74c340443945-577f69b996e90

Przeczytałam ostatnio artykuł o 10 rzeczach które kradną człowiekowi energię. Na pierwszym miejscu było otaczanie się ludźmi, którzy potrzebują cię tylko do tego aby się poskarżyć, wylać swoje żale, poobmawiać innych. Długo byłam takim koszem na śmieci na cudze emocje. Bo nie wypadało komuś odmówić wsparcia, jak jest w ciężkiej sytuacji. Skończyło się dla mnie tym, że byłam wiecznie rozdrażniona, przytłoczona sprawami innych, jednocześnie nie zostawało zbyt dużo miejsca na moje problemy. Oczywistością był fakt, że można do mnie zadzwonić i dwie godziny stękać o swoim partnerze/ rodzinie/ koleżankach. Aż w końcu przelało się cudze bagno.

Koniec, the end, więcej się nie zmieści. Wieczne uwikłanie w problemy, które mnie nie dotyczyły wykraczało znacznie poza pomoc przyjacielską, nie chodziło o to, że inni potrzebowali czegoś konkretnego, po prostu wyczyszczali się jak na spowiedzi i szli sobie zadowoleni dalej. A do mnie przyklejała się coraz grubsza warstwa lepkiej mazi ich życiowego syfu.

Przejmowałam się rodziną i bliskimi, ratowałam na siłę tych, którzy tego ratunku nie chcieli, żądali tylko uwagi, snopka światła na scenie ich życia. Nawet nie żądali- to było oczywiste, że takich rzeczy będąc osobą bliską się nie odmawia.

Miałam kilka sygnałów alarmowych, gdy powinnam wiedzieć, że halo- coś tu nie gra, kiedy ja potrzebowałam pomocy, nagle ze względu na dramy wokół nie mogłam o nią prosić. Odpowiedzialność za innych i ich nieszczęścia zaczęła przerastać odpowiedzialność za samą siebie.

Pierwsze oznaki buntu były dramatyczne. Pierwsze “nie” smakowało jak ambrozja. Pierwsze fochy, pierwsze plotki, zaznałam kilku trzaśnięć drzwiami, kłótni i obraz. Byłam już tak przekonana do tego, że “ain’t nobody’s bitch” to moje nowe motto wytatuowane na czole, uwzględniałam nawet iż zostanę sama bez przyjaciół i rodziny. Wstrzymanie kilku kontaktów przyniosło profity zdrowotne, poważnie- mniej choruję, lepiej się czuję, wyglądam ładniej. Zawsze drażniły mnie teksty w stylu “pokochaj siebie”, bo ich nie rozumiałam, teraz wiem, że pierwszym krokiem jest “szanuj się, dziewczyno”.

Może kiedyś będę na tyle mocna, że znowu dam radę dawać, z tym, że na moich warunkach i w moich granicach.

Sprzymierzeńcy

Wszyscy wiemy jak wygląda wściekła homofobia. Badania mówią, że Polacy są w sumie podzieleni pół na pół w swojej tolerancji dla LGBT. 

Doświadczenie negatywne jest bardzo proste, ktoś wyzywa, pluje, bije, hejci w internecie, nosi te swoje koszulki, twarz wykrzywia obrzydzeniem, zatyka uszy dzieciom, używa słowa na P.

Czasem dużo bardziej załamują mnie tzw. “sprzymierzeńcy”. Oprócz chwalebnych “normalnych” postaw, gdy czujesz się po prostu człowiekiem i nie ma żadnych sensacji, zauważyłam cały katalog reakcji będących często tak naprawdę zawoalowaną homofobią, pod płaszczykiem “neutralności” i “tolerancji”.

Żeby nie przedłużać, macie tu swego rodzaju bestiarium, na kogo możecie się natknąć dokonując codziennych małych “coming outów”.

***

Łaskawca.

To chyba najpopularniejszy typ. Zaczyna zdanie od “Nie mam nic przeciwko gejom, ale..”. Idzie dalej cała wyliczanka na co by pozwolił a na co nie, jakich praw by Tobie udzielił, zna potrzeby Twojego związku, wie jakie papiery możesz podpisać i jaką spółkę założyć, aby wstąpić prawnie w związek paramałżeński. Często też usłyszysz, że “są w tym kraju ważniejsze rzeczy”, że nie możesz mieć dziecka, bo “jak przeżyje bez ojca/ matki”, “inne dzieci nie dadzą mu żyć”. Ma wszystko poukładane, na temat walki o równe prawa wie więcej niż prezes KPH, a parady tylko “zniechęcają do Was normalnych ludzi”. 

Aha- lubi używać słowa “normalność” w kontrze do pojęć “gej” i “lesbijka”.

***

Dobry chrześcijanin.

Podtyp Łaskawcy. W Biblii napisali o Sodomie i Gomorze, ale Jezus nauczał, aby wszystkich ludzi kochać, więc on pochyla się nad Tobą z miłosierdziem. Nie będzie krzyczał, że “do gazu”, on się będzie za ciebie modlił. Taktownie wyśle Ci linka do terapii, zaproponuje opcję celibatu. Poczujesz się przy nim jak grzesznik z klubu sado- maso, kiedy wspomnisz o swojej ostatniej randce. Chrześcijanin będzie traktował Cię z takim samym politowaniem, jak rozwodników i samotne matki, wpędzał w poczucie winy i grzechu pod płaszczykiem troski.

***

Taktowny.

Typ często występujący w rodzinach. Przemilczy wszystko. Nie zapyta o imię Twojej partnerki/ partnera, wstydliwie spuści oczy, gdy zobaczy jak rozmawiasz ze swoją dziewczyną. Zamiast “Wy”, uparcie będzie mówił tylko “Ty”, zignoruje dodanie do zaproszenia Twoją połówkę, nie będzie jej składał życzeń urodzinowych, przy wspólnych znajomych i rodzinie będzie mówił tylko o Twojej pracy i wycieczkach, nigdy nie wspominając nawet imienia osoby, z którą spędzasz życie. Niby nie robi Ci krzywdy, ale czujesz w jego towarzystwie wstyd za to kim jesteś, jego “dyskrecja” zapędza Cię do szafy i masz ciągle wrażenie, że robisz coś złego, tajnego, ukrywasz się niczym złodziej- fetyszysta nylonowych majtek na bazarze w biały dzień. Gdy wspominasz o swoim partnerze, następuje gwałtowna zmiana tematu poprzedzona chwilą zakłopotania.

***

Ciekawski.

Jest przeciwieństwem “Taktownego”. Gdy wspominasz, że masz dziewczynę/ chłopaka, oczy rozświetla mu błysk tysiąca atomówek. Znalazł skarb i go łatwo nie wypuści. Musi wszystko wiedzieć z “pierwszej ręki”, bo przypadkiem za mało jest stron w internecie poświęconym LGBT, za mało artykułów, wywiadów i historii. Spotkał geja/ lesbijkę, więc “eksperta” od tematu. Drążenie przy wielkanocnym stole w stylu “a kiedy przyprowadzisz kawalera”, “czy się z kimś spotykasz”, które przeżywają singielki po trzydziestce, to małe piwo w porównaniu z zestawem pytań od “Ciekawskiego”. Musi wiedzieć wszystko, jak się poznaliście, jak jest w gejowskim klubie, czy bierzecie ślub za granicą, poutyskuje z Wami na poziom tolerancji w społeczeństwie, jakby już prawie sam był homoseksualny. Czasem sprawa idzie dalej, co prowadzi nas do kolejnego typu:

14457390_975098879284918_7191301087574057246_n

***

Erotoman.

Erotomana najczęściej spotykają pary kobiece. Widział dużo pornografii i chciałby skonfrontować swoje przekonania z rzeczywistością. W lżejszej formie zada Ci szereg niedyskretnych technicznych pytań, mimo, że kurwa mać, poznaliście się 3 minuty temu przez znajomego znajomego na jednej imprezie. W gorszym wypadku zaproponuje Ci siebie, trójkąt, “spróbuj z facetem”. Jeśli zdarzy Ci się chwycić za rękę swoją dziewczynę, Erotoman z drugiego kąta sali będzie przesyłał przeciągłe spojrzenia. Kiedy zniknie na dłuższą chwilę w łazience, to pamiętaj, żeby nie podawać mu dłoni. Obrzydzenie kontaktu z tym osobnikiem będziesz zmywać z siebie przez kilka dni.

***

Niepewna.

Kobieta, która “chciałaby spróbować, ale się boi”. Czasem kryptolesbijka, czasem dla swojego “misia”, który “z kobietą by jej pozwolił”. Czasem szukająca potwierdzenia swojej atrakcyjności. 

Będzie się przed Tobą prężyć, flirtować jak z mężczyzną, często oczekiwać zachowań typowo męskich, że jej postawisz drinka, powiesz, że jest ładna, otworzysz drzwi. Uwięziona w patriarchalnych rolach, nie umie się zachować w relacji z kobietą. Nie będzie potrafiła potraktować Cię jako koleżankę, czasem naopowiada dookoła głupot, że “chyba Ci się podoba”, albo, że “ją podrywałaś”. Nie potrafi nie traktować siebie jako obiektu seksualnego. Doprowadza to do żenujących sytuacji, gdzie idziesz z kimś na piwo, a zostajesz wrobiona w pseudorandkę.
Czasem trafi taka niepewna na kobietę, którą zaciągnie do łóżka jako eksperyment, potem będzie się zwierzać “I kissed a girl and I liked it”, zostawiając za sobą kompletnie skonfundowaną uczestniczkę jej eksperymentu.

***

Przyjaciółka geja.

Gej to obok torebki Birkin najbardziej pożądane akcesorium sezonu. Z gejem wspólnie maluje się paznokcie, geja się ciągnie do sklepu, żeby mówił, jak chudo wygląda w tej sukience, gej sprząta jej rzygi i zmywa roztarty tusz do rzęs, kiedy razem opijają jej kolejny nieudany związek. Gej nie ma osobowości, poza tym, że ma być zabawny, ma wysłuchiwać jej narzekań na facetów, być niegroźnym substytutem dla wszystkich męskich drani, z którymi się umawia. Bridget Jones miała swojego geja i ona też musi mieć. Gówno ją obchodzi, że z powodu swojej orientacji gej przez całą szkołę dostawał wpierdol, że nie rozmawia z matką od pięciu lat, a od trzech chodzi na psychoterapię, od dwóch bierze antydepresanty, a od roku myśli o wyjeździe z tego kraju, bo się tu udusi. 

W Azji

Jedzie się Siódemką. Jak u Szczerka, tylko w odwrotnym kierunku, na Kraków.

Trzeba skręcić w las bilbordów. Zanurzyć się w to wysypisko ogłoszeń po polsku, chińsku, wietnamsku, rosyjsku. Że suknie ślubne, że przewozy tanio, godny zaufania kantor. Hurt-detal, tax free, tłumacz przysięgły. Raj rajstop, militaria 24h, e-papierosy bez cła, alkohole import eksport, galeria biustonoszy.

Liczymy dziury w drodze, które omijamy i te, w które wjeżdżamy. Kluczymy pomiędzy hulajnogami załadowanymi po sufit ofoliowanymi paczkami, arabsko wyglądającymi panami ciągnącymi piramidy Cheopsa na paletach, skośnookimi dziećmi z tornistrami, zgrabnie jadącymi slalomem na rowerach pomiędzy górkami śmieci a samochodami z przyciemnianymi szybami.

Parkujemy pod blaszakiem, wiatr przewraca trupy opakowań po udanym handlu, resztki po nieudanych posiłkach, to co wypadło z dziury kraciastej torby wiezionej w pośpiechu na bazar.

W halach z labiryntu majtek 100% plastik tanio, pomiędzy bielizną zdjętą wprost z ciał aktorek porno, dostarczoną bez przystanku na manekiny, mijając najprawdziwsze sztuczne futra odnajdujemy drzwi do Nieba.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Jest jak w barze Społem we wczesnych latach 90-tych. Wszyscy jedzą zupę, więc trzeba zamówić zupę. Zupę 2 razy poprosimy. Z ciasteczkiem.

-Z kuczakiem czy woowiną?

Kobieto, nie wystawiaj mnie na próbę, przecież znam prawidłową odpowiedź, nie próbuj ze mną tych sztuczek. Frajerzy zamawiają z menu, ale my wiemy, co tu się święci.

Jak u Stasiuka, męska wyprawa, tyle że kobieca, w nieznane dzikie rejony, zamiast scyzoryka mamy paznokcie z brokatem, zamiast terenówki- suzuki w kolorze czerwonym, zamiast wódki pitej z nakrętki po oleju opałowym- butelkę nestea szykującą nasze żołądki na ucztę. Eksplorujemy ten Wschód nie ruszając paszportów z szuflad, nie kłócąc się z pogranicznikami, zaznajemy “obcego” z instagramem w komórkach gotowym do użycia w każdej chwili.

Przynoszą nam miski parującego wszechszczęścia, placki rozpadającego się mięsa, nałożone hojną ręką, taplają się niczym foczki w zatokach.

-Cytrynaa, czosnek..

No pewnie, że tak.

Za nami trzech panów Polaków, z rozmowy wynika, że to ich ulubione śniadanie, “siły mam po tym na cały dzień”. W duchu kiwam im głową, przytakuję tak głośno, jak tylko da się w myślach.

Milkniemy, jemy, kubki smakowe piszą odę. Co tam odę. Arię piszą. W trzech aktach. Osobno dla rosołku, osobno dla mięsa, dla makaronu. I epilog dla ciasteczka maczanego w wywarze.

Radykalnie

Ostatnio wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat outowania znanych osób. Jak to w tego typu przypadkach- nikt nikogo nie przekonał, już od czasów Flinstonów wiadomo, że na fejsie racjami strzela się na oślep.

Chwilę potem wpadł mi w oko wywiad z Repliki z Piotrem Grabarczykiem o siedzeniu w szafie w showbiznesie. O tych gejach, o których wiemy, że nimi są, a którzy wypowiadają się na wszystkie możliwe tematy ważne społecznie, skąpiąc wsparcia prawom LGBT. I o tych, którzy zgrywają heteryków z kociakami u boku na co większych galach. O lesbijkach jak zwykle cicho, wiadomo, że lesbijki nie istnieją.

I powiem Wam, że się wkurzam, że na stare lata robię się coraz bardziej skrajna, że popularność też zobowiązuje, jeśli bywanie na ściankach i medialna obecność pomagają zarobić komuś na chleb, to niech chociaż nie szkodzi nam wszystkim, którzy żyjemy swoimi małymi życiami. Ukrywanie się przez osoby będące na świeczniku, celebrytów, dziennikarzy, polityków nie jest neutralne. Puszcza w świat przekaz, że homoseksualizm nie istnieje (bo jest niewidoczny), a jeśli istnieje, to jest wstydliwy.

I jeszcze pół biedy jeśli ktoś “ceni swoją prywatność”, ale kiedy takie osoby wprost robią kariery (szczególnie polityczne lub dziennikarskie) na szkodzeniu tęczowym braciom i siostrom, to jest to wstrętna hipokryzja.
Bo wiecie, czternastoletni chłopiec żyjący w zgodzie ze sobą ma więcej odwagi niż jeden z drugim stary dziad, dorosły człowiek z pieniędzmi, władzą i kontaktami, który boi się pokazać, że woli mężczyzn. Niż wielka dziennikarka prężąca dekolty w obawie, że prawda odebrałaby jej męską publiczność. 

Rodzice są odpowiedzialni za swoje dzieci, powinni świecić im przykładem, swoje postawy przekazywać potomstwu. Mało kto z nas ma homoseksualnych rodziców, nie mamy wzorca, jak być dumnym, jak wierzyć w siebie, jak nie dać się nienawiści.  

10

Naprawdę korona z głowy by nie spadła, gdyby jakiś aktor czy piosenkarz od czasu do czasu upomniał się o SWOJE prawa, gdyby przeszedł się na Paradę Równości, sprzeciwił homofobicznym żarcikom prowadzącego talk show.

Gdyby nie tylko pojedynczy nastolatek gej, ale też jego rówieśnicy z klasy, zobaczyli ilu nas jest, co reprezentujemy, że możemy tworzyć dobre filmy, dobrą muzykę, prawo tego kraju, że możemy być lubiani, normalni, sympatyczni, ile istnień można w ten sposób uratować. Ile w ludzkich głowach zmieniła niezłomna i szczera postawa Roberta Biedronia, który na pewno mógłby łatwiej zrobić karierę nie “obnosząc się”, a wybrał prawdę, wybrał szacunek do samego siebie.
To jest odpowiedzialność, która idzie za pewnymi funkcjami społecznymi. Jeśli jesteś aktorką lub celebrytką, to fajnie jest się udzielać w fundacji na rzecz zwierząt, robić charytatywne zbiórki na dom dziecka, wziąć udział w jakimś evencie na badania nad rakiem piersi. Czy różnej maści celebryci nie czują się zobowiązani, aby zrobić coś dobrego dla “swoich”, pomóc tym niewidzialnym, biednym, z małych miejscowości, zaszczutym.

Wymagam od tych na świeczniku przejęcia pewnego rodzaju funkcji “role model”. Jestem na tyle radykalna, że uważam, że powinni się outować, a ci, którzy szkodzą powinni liczyć się z byciem wyoutowanym, bo konsekwencje ich nienawiści do samych siebie ponoszą zwykli zjadacze chleba, bez władzy i pieniędzy, którzy nie mogą schować się za plecami ochrony BORu.

Kup sobie szczęście

Ostatnio się wkurzyłam. 

Co rano do kawy czytam blogi lajfstjlowe, czasem trochę o modzie (aczkolwiek coraz mniej, bo rzadko już można spotkać szafiarki, które dadzą “zwykłym dziewczynom” jakieś rozsądne budżetowo i jakościowo rozwiązania, częściej zaczynają wyglądać jak wieszaki obłożone wszystkim, co akurat miało metkę LV czy Prada i przyszło do nich w sponsorowanej paczce z bukietem absurdalnie drogich wiechci w pudełku).

Czytam sobie i się zapętlam. Już tu byłam. I have memory to this place. To już grali.

Kolejna Japonka wydała książkę o tym jak wypierdolić ze swojego życia ulubioną ramkę z jednorożcem z czasów liceum i zacząć się ubierać w 3 swetry i dwie białe koszulki na zmianę. Kompetencją Japonek piszących o sprzątaniu jest fakt, że są Japonkami. A w Japonii (urojonej) to wiadomo- hoho, tam to mają porządek, wszystko na miejscu, z ulicy można jeść i nawet jak 21 na 100 tys. obywateli popełnia samobójstwo, to przecież tylko w minimalistycznym pokoju wyłożonym odkurzonymi matami, bez kabli walających się po podłodze, z majtkami wyprasowanymi i złożonymi w żurawia origami w specjalne szufladki z Muji.

Już nie wystarczy być Duńczykiem żeby być szczęśliwym, dobrze być też Polakiem, bo recepta na polskie nieszczęścia też ukazała się w księgarniach. Do tego kup se dziadu KOLOROWANKĘ dla dorosłych, masz tu świecowe kredki i zapitalaj na kolanie zamiast zmienić pracę na mniej stresującą, albo pójść z mężem na terapię.

Z cyklu literatury sponsorowanej na blogach dowiesz się, że planując macierzyństwo musisz nabyć stos książek z przeciwstawnymi sobie poradami, wywiady z “kobietami sukcesu”, które Ci nie powiedzą, że hajsy to się robi stosując umowa o dzieło plus niepłatne urlopy dla swoich pracowników, zamiast tego będą stękać jak to się odważyły mimo 5 dzieci i trzydaniowych obiadów dla męża wziąć kredyt, otworzyć fabrykę śpiochów (bo właśnie zostały po raz kolejny matką, a jak się jest matką, to się wie wszystko na temat projektowania konfekcji niemowlęcej, dlatego każda matka u progu zwolnienia z korpo stoi przed wyborem drogi życiowej polegającej na produkcji “dizajnu dziecięcego” i opychania innym desperatkom świecąco- dzwoniących pieluch za 2 stówy).

Jeśli książki to za mało, to zawsze możesz odmienić swój los i zapłacić komuś żeby Cię zmotywował. Masz zupełnie bezsensowną pracę, to sobie pokrzyczycie w pełnej sali “mogę wszystko!”, “ambitne stawiam sobie cele!”, “dedlajny kocham!” i już od razu, jak w kościele, jest sacrum, jest wyższy sens, dusza nakarmiona. I jedynie “trener” liczy pieniążki, bo kiedy wracasz i spoglądasz na skrzynkę mailową, to nie za wiele się zmieniło, dalej drą ryja, że na już, asap, chyba żartujesz, że wychodzisz o 17, weekend to dodatkowy czas, wyśpisz się po śmierci, praca to pasja.

119

WYDAJE MI SIĘ, że ten, kto szuka motywacji na tego typu płatnych spędach i w podręcznikach, ma gdzieś w głębi siebie poczucie, że się marnuje. To nie jest tak, że każdy ma być kardiochirurgiem i tylko wtedy jego życie ma sens, kiedy ratuje innych. Praca może Ci dawać poczucie spełnienia, bo np. pomagasz komuś wybudować dom, o sens pracy nie pytają ci, co widzą jej namacalne efekty- uszyłaś sukienkę, naprawiłaś samochód, upiekłeś tort. Komuś smakowało, ktoś jest zadowolony. Pomaga, jeśli Ci zapłacono. A może po prostu jesteś dobrym fachowcem i praca nie jest wysiłkiem i sobie kosisz pieniądze jak żyto na Podlasiu przed wojną, potem jedziesz na Bali i spoko. 

W obecnych czasach dużo natomiast jest takich “wymyślonych zawodów” (bez obrazy, ale jednak), polegających na zarabianiu dla udziałowców wielkich korporacji. Spoko, jak ktoś widzi na prezentacji Power Pointa szybujące słupki i odczuwa satysfakcję, ale myślę, że to nie jest stan wieloletni (co potwierdzają współczynniki nałogów, alkoholizmu, narkomanii i samobójstw wśród maklerów, wysokiego szczebla managerów itd). Dlatego międzynarodowe korporacje coraz częściej wyglądają jak przedszkola dla dorosłych, jakoś muszą radzić sobie z wypaleniem swoich pszczółek. “Masz pograj w Playstation w robocie”, “idź na masaż”, “pojedź na szkolenie na Kanary”. Dlatego praca managera od proszku do prania jest wyceniana wyżej niż praca pielęgniarki lub nauczyciela- bo w przeciwieństwie do nich nie ma większej misji i na dłuższą metę tylko pieniądze są w stanie do niej zagonić.

Spoko, mam wielu znajomych, którzy świetnie się bawią w tych wielkich firmach i chwała im, szczęścia życzę, dla kogoś jednak powstają te msze święte samorozwoju i motywacji.

Już pomijam przypadek, kiedy zwyczajnie swoją pracę lubisz. Tu żaden Doktor M. Ci niepotrzebny.

Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że cała strefa internetu lajfstajlowego, to już tylko taka grubo zawoalowana reklama. Czasem nawet bez ściemy czytamy, co mamy sobie kupić, co jest musthavem, bez czego nie da się żyć. Szminki za 200 zł, buty za 800, bo metka z drzewkiem, byle gówniany t-shirt za 300, gdyż nad lewym cyckiem jest malutki znaczek krzyczący światu, że Cię stać. Sami sobie podajemy ten pokarm łyżkami do ust.
Żeby nie było, że jestem jakaś święta i odporna, lubię czasem wydawać kasę dla przyjemności. Najczęściej na książki (nie żałuję niczego), na żarcie na mieście zdecydowanie za dużo (shut up and take my money Nocny Markecie). Kosmetyki kupuję nienajtańsze, ale też nie z najwyższej półki, bo kieruję się mottem mojej dawnej znajomej: “na mordzie się nie oszczędza”. Natomiast nie widzę większego sensu aby mieć 3 palety z cieniami do powiek- mam jedną w brązach, i zużywam ją chyba trzeci rok, ma ze 20 kolorów, i nie wiem, jakim cudem blogerki są w stanie doprowadzić kilkanaście tego typu produktów do końca (prawdopodobnie wyrzucają lub rozdają). Mam 3 szminki. Z 5 lakierów do paznokci, z czego 2 dostałam, i tak najlepiej się wygląda w czerwonym. Podkładów mam kilka, bo się szybko opalam i ciągle coś jest za jasne albo za ciemne. Tusz do rzęs, puder, róż, eyeliner, rozświetlacz i bronzer. I to wszystko jak na osobę, która uwielbia “robić sobie twarz”. Z pielęgnacji to mam żelazną zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku dopóki nie zużyję tego co mam. Nie chcę wyrzucać kremów za 100 zł, wystarcza mi przeważnie na pół roku, czasem na rok.
Jak widzę ceny szmat szytych w Chinach w sieciówkach, to dostaję zawału. Ilekroć jestem w mniejszym mieście lub miasteczku idę na ciucholandy i wierzcie mi, chodzę ubrana w COSa, Sisleya, Ralpha Laurena, za kilkadziesiąt zł mam wór pięknych ubrań z jedwabiu, merynosa i angory. I przynajmniej jest ekologicznie.

Nie kupuję poradników. Jeśli coś jest nie tak z moim życiem, to są przyjaciele, rodzina, terapia, miesięczne kryzysy, które wykorzystuję na dojście do własnych wniosków. Bo droga jest ważna, jeśli ktoś chce Ci ją skrócić, to na mecie okaże się, że medal nie jest twój, a po maratonie na cudzym grzbiecie nie masz w sobie ani krzty siły, aby przebiec następny. 
Bo szit się nie kończy. Nie ma takiego momentu, żeby usiąść i sobie powiedzieć: już się nażyłem, już rozwiązałem swoje problemy, już jestem piękna, mądra, wszystko widziałam i wszystko zrozumiałam. Teraz zbieram owoce. 
Czasem nawet jest trudniej, bo poprzeczka się podnosi, życie spuszcza nam na głowy kolejne bomby, jeśli nie radzisz sobie na jednej wojnie, to za każdym razem, kiedy ktoś strzela będziesz szukał na to kołcza?

Droga na skróty jest kusząca, łatwiej wziąć amazoński narkotyk i nagle “zrozumieć swoje życie”, ale kiedy idziesz na jakiś szczyt, to nie zapomnij podziwiać widoków. Nie zapomnij upaść, otrzeć sobie kolan, zmęczyć się, popłakać, że już nie możesz i przyjąć ręki przyjaciela, który Cię podniesie, dzięki takiej trasie poznasz go pośród innych. A jak już wejdziesz na tę górę i się ucieszysz, pamiętaj, że za nią czeka następna i tak w nieskończoność.