O jedzeniu

Wkrótce bachanalia, Tłusty Czwartek. Mam potrzebę napisania o jedzeniu.

Wczoraj rozmawiałam w towarzystwie o podróżach tanim kosztem i pomyślałam sobie, że gdybym miała wyjechać gdzieś z puszkami mielonki i patrzeć przez szybę na wszystkie wspaniałości na bazarach, w restauracjach i knajpkach, chyba wolałabym nie wyjeżdżać wcale.

Zdarzało nam się spać w wieloosobowym pokoju na piętrowych łóżkach, nie przywozimy żadnych pamiątek z naszych wojaży, często rezygnujemy z droższych biletów wstępu do jakiegoś oceanarium albo zamku.

Ale zawsze dobrze zjemy. 

Przestawiamy się na tubylczy tryb, unikamy starówkowej gastronomii. W Wietnamie na śniadanie wielka micha zupy na ulicy. W Barcelonie ciacho i kawa w dzielnicy muzułmańskiej (albo churros z czekoladą wśród staruszków). W Berlinie w zatłoczonej knajpie wielgachne kanapki. W Tajlandii talerz owoców popijany wodą z kokosa. Na Malcie.. “English breakfast” na tłusto (no dobra, tu długo tak nie wytrzymałyśmy i szybko przestawiłyśmy się na domowe sposoby).

Kiedy wysiadam z samolotu najbardziej nie mogę się doczekać tego wszystkiego, co spogląda w moim kierunku ze straganów. Dymiących, pachnących, wysypujących się stosów szczęścia.

7a74c340443945-577f69b996e90

Jem wszystko. Jem mięso. Nie w dużych ilościach- w domu może raz na tydzień. Całe dzieciństwo spędziłam na wsi i jestem pogodzona z łańcuchem życia i śmierci w przyrodzie. Przeszkadza mi masowe traktowanie zwierząt, kupujemy więc eko jajka, eko mleko, teraz staram się wyszukiwać eko mięso (choć ze względu na to, że moja żona mięsa nie je, najczęściej zamawiam w knajpach). 
Do tematu odżywiania podchodzę całościowo, nie lubię traktowania jedzenia jak lekarstwa, łykania tego co “zdrowe”, wydzielania sobie składników, wiem co mi robi dobrze a co źle, ale nie zrezygnuję we Włoszech z mozarelli, bo nie po drodze mi z laktozą. 

Jem sezonowo. Czyli nie kupuję truskawek w grudniu. Jeśli nie chcemy szkodzić przyrodzie, minimalizować straty, to nie możemy wybierać, że “mięsa nie zjem, ale w oleju palmowym się wykąpię, do tego ubiorę się w tani badziew, wyprodukowany na przemocy i krzywdzie, który po roku wyrzucę”. Tak ogólnie, to jest to trudne. W każdej sferze można być po prostu świadomym i starać się wybrać coś, co najmniej szkodzi. 
Na przykład ostatnio szukam kosmetyków, które można przelać z torebek do butelek, aby nie produkować tyle śmieci. Piję wodę z kranu. 
Nie da się mieć wyrzutów sumienia cały czas.
Bardzo lubię chodzić do restauracji. Kiedy ktoś mnie obsługuje. Zawsze zamawiam rzeczy, których nie chce mi się robić w domu. Sałatkę to mogę skleić w 10 minut we własnej kuchni, więc raczej pozwolę sobie na wątróbkę.

in_vietnamese_restaurant_by_seaofgray-da9fwj4

Uwielbiam wietnamskie. Wszystko. Jeżdżę regularnie na wycieczki do Wólki Kosowskiej i tam to już spałaszuję nawet koźlinę we krwi. Nie obrzydza mnie nic, mało tego, uważam, że z szacunku dla zwierzęcia, które pozbawiliśmy życia, aby zjeść, nic nie można marnować. 
Wegetarianie pytają mnie, czy sama zabiłabym zwierzę. Jeśli byłabym głodna- tak. 

Szanuję cudzy wybór rezygnacji z mięsa. Ja mogę tylko ograniczyć, to by była dla mnie tortura nie móc zjeść ramenu w Kioto.

Gotowanie to przyjemność, ale też zwykła czynność. Nawet jak jestem zmęczona, nie mam problemu żeby coś upichcić na szybko. Zmywanie to inna historia.
Mogłabym podsumować swój stosunek do jedzenia jako hedonistyczno- świadomy. Nie jem, żeby dostarczyć sobie składników, żeby coś uzyskać (figurę, cerę, witaminy). Jem, bo mi smakuje. Wolę być głodna niż zjeść coś niedobrego. W fastfoodzie jestem dosłownie raz na pół roku, z okazji jakiegoś bardzo złośliwego PMS. Kiedy je się smacznie na co dzień, nie ma pokusy. 
Kiedy mam stresujący okres- chudnę, zapominam żeby się nakarmić.

c5d13537853905-574e8b6016a72

Staram się nie szkodzić naturze, ale wiem, że o ile nie mieszka się na samowystarczalnej farmie, to jest to bardzo trudne. Kiedy nie ma się kilku tysięcy złotych do wydania w eko- sklepie co miesiąc, to też wymaga sporo przemyślenia.
Smacznego.

Miłość

Jutro Walentynki. Przeczytałam niedawno, że podczas pocałunku, świeżo zakochana osoba ma tyle serotoniny, co mózg kogoś z zaburzeniami obsesyjno- kompulsywnymi. 

Bez większych ceregieli: walentynkowe kartki.

47

48

Radio Nostalgia

Tu Radio Nostalgia. Nadajemy wiadomości sprzed dwudziestu lat. Gdy wszystko było piękniejsze, coca-cola taka zimna i pożywna, a reprezentacja pięknie nam grała.

Był taki odcinek South Park, gdzie pojawiły się jagódki- Member Berries. Namiętnie powtarzały: “Member Goonies?”, “Member Yoda?” itd. Osoby, które zjadły owoce, zamiast interesować się teraźniejszością, zagłębiały się w wyidealizowane obrazy przeszłości. Choroba pokolenia lat 80-tych i 90-tych.

Pamiętamy te wszystkie super rzeczy, to gorące lato, granie w gumę, kasety video, komiksy, te lody “prawdziwe”. Pewnie dużą część swojej popularności serial “Stranger Things” zawdzięcza właśnie tej najntinsowej tęsknocie.

26977d40094399-577242b8eee9c

Stawiamy pomniki wspomnieniom z prostej przyczyny: byliśmy młodzi i nie dotyczyły nas horrory zarabiania na życie, nawet bieda była malownicza, bo z perspektywy dziecka może nam się kojarzyć z tym, że dostaliśmy podróbkę Barbie, a nie z niezapłaconymi rachunkami. Nie wiedzieliśmy co to kredyt. Przed dorosłym się uciekało, przed szefem/ klientem nie możemy.

Bo w bandzie dzieciaków jest szczerość, naiwność, są proste relacje, a między dorosłymi lawirujemy, wstrzymujemy emocje, podejrzewamy. 
To nie jest tęsknota za napojem z foliowego woreczka, tylko za młodym ciałem i duchem, którym byliśmy. Chęć ucieczki przed dorosłością w świat prostych zasad, w zdrowie, w zabawę, w brak odpowiedzialności.

Powiem Wam, że świat mnie trochę przytłacza i ja też coraz częściej łykam taką jagódkę.

 

Bajka

Wychowałam się na rosyjskich baśniach. Pamiętam grube książki z ładnymi, realistycznymi ilustracjami. Strony pomazane przeze mnie i moje rodzeństwo kredkami.

Opowieści miały przedziwne morały, zawsze mnie zaskakiwała niesprawiedliwość tych historii. Głupi Iwanuszka szczęściem wygrywający życie. Żebrak bez rozumu zdobywający fuksem bogactwo. Gotowane na wolnym ogniu i pożerane dzieci. Mądre żony idiotów wyposażające ich w różne atrybuty, które pomagają im przeżyć. Okrutni rodzice wysyłający swoje potomstwo na śmierć. Głód. Rozbójnicy. Zamieć.

272a5d41454965-57a6ed44d76fe

Do kompletu w tamtych czasach krążyły baśnie braci Grimm, nieokrojone cenzurą, pozostawiające w naszych umysłach koszmary nocne. Ludożerców i obdzieranie ze skóry. Ćwiartowanie, siekanie i duszenie.

W czasach wczesnej podstawówki zaliczyłam również spotkanie z Thorgalem (oraz Szninklem, którego zupełnie nie zrozumiałam). Także nagość i przemoc od dziecka sączyła się do mózgu. 

aa858e41454965-57a6ed44d7002

I wiecie co, nie czuję się znieczulona. Wręcz przeciwnie- będąc dorosła, bardzo trudno mi się patrzy na krwawe sceny na ekranie. Styczność z obrazkowym seksem może uchroniła nas od pruderii, nauczyła co to ciało w czasach, w których nie było czegoś takiego jak wychowanie seksualne (czy tam do życia w rodzinie, chociaż to akurat pewnie nie pomaga).

Nie wiem czy to dobra lekcja- że przemoc jest bezsensowna i niesprawiedliwa, że biedni umierają z głodu, a głupi zyskują bogactwa. Z pewnością ta o dobrodziejstwach posiadania mądrej żony jest przydatna.

8058b341454965-57b016a46b8b2

Kiedy patrzę na moich znajomych, którzy dziś są rodzicami, wydaje mi się, że jest im o wiele trudniej niż naszym matkom i ojcom. Oglądałam z tatą “Terminatora” w wieku ok 8 lat i nikt się nie dziwił. W wieku 9 lat sama przeczytałam całego “Władcę Pierścieni”. Nikt nie pilnował, które książki są dla nas właściwe. Stały na półce, to braliśmy. Bawiliśmy się w mordowanie, to udawaliśmy, że się zabijamy. Nikt naszych rodziców nie oceniał, żaden ekspert im nie mówił, że są niewydolni wychowawczo, nikt nie zastanawiał się nad naszą psychiką, lękami.

Nie jestem fanką narracji “sentymentalnej” pt. “za moich czasów było lepiej, wyrośliśmy na ludzi”, “pętaliśmy się do nocy po podwórku z kluczem na szyi, dostawaliśmy pasem, jedliśmy chleb z cukrem i wszystko z nami ok”, itd.

46a78941454965-57b016a46be2d

W sumie to zazdroszczę trochę dzisiejszym dzieciom, że mają tyle uwagi, miłości i troski. Patrzę jak wyrastają na fajne, niezakompleksione, pewne siebie i asertywne osoby. Takie, które mają świadomość, że nie wolno męczyć zwierząt, że mrówka czuje, że kot może nie mieć ochoty na zabawę.

Cały ten wywód wziął się z tego, że znalazłam kilka powyższych rysunków, wykonanych kilka miesięcy temu. Inspirowały mnie właśnie stare ilustracje baśni z lat dziecięcych.

Lubię

Mały słownik rzeczy ulubionych.

Najbardziej lubię siedzieć rano w mojej yukacie przywiezionej z Japonii, pić kawę z mlekiem do porannej gazety.
Poranki mam bardzo ciche i spokojne, żona śpi do późna, koty, jak się im da paszy, zalegają na grzejnikach i poduszkach. Często w piżamie/ dresie wyskakuję po gazetę i wracam pod koc.40

W maju mam urodziny, mój miesiąc idealny, nawet deszcz mi nie przeszkadza jeśli się zdarzy. Odzyskuję energię, dużo wagaruję, chodzę nad Wisłę, do lasu.41

Piwonie odurzają jak muzyka. Posłuchajcie.42

O ile jest taka możliwość, chodzę na łyżwy w każdy weekend. Lodowisko mam dosłownie pod domem, urząd dzielnicy otworzył darmowe pod szkołą. Najlepiej jeździ się rano, jestem wtedy często sama, inni śpią.43

Rzadko się mocniej umaluję, zaraz wszystko zjadam i rozmazuję. Ale bardzo lubię “coś ze sobą zrobić” na wyjście.

W prezentach czasem dostaję małe zawieszki lub naszyjniki. Jestem bardzo przywiązana do faktu, że coś wisi mi na szyi.44

Happy people

Po “zrywach” szczęścia, towarzyskości, “radosności”, zazwyczaj następują u mnie długie milczące doły, urozmaicone zagłębianiem się w depresyjne filmy i muzykę.

Leży sobie taki strzępek na kanapie, ogląda z projektora “Closet monster“, wyskrobuje popcorn ze szczelin sofy, od rana słucha Toma Odella albo Radiohead. I cierpi dramatycznie. Rysuje smętne obrazki. Albo nie rysuje wcale “bo to nie ma sensu i ma za mało talentu”.

39

Może dlatego tak rzadko chodzę na imprezy, do przyjaciół, “do ludzi”. Za każdym razem jest to odchorowywane “kacem”, jakbym musiała zapłacić za ten wysiłek w towarzystwie. 
Wielokrotnie postanawiałam sobie, że będę bardziej otwarta, miła, wesoła. Rekordowo wytrzymuję w tym postanowieniu może dobę. 

Jeśli mnie kiedyś potkasz i będę “do rany przyłóż”, a następnego dnia nastąpi reset i jedyne, co wyduszę to “cześć”, nie miej do mnie żalu.

Nienajlepsza wersja siebie

Jestem leniwa. Bywa, że nie sprzątam przez tydzień. Albo dwa. Bywa, że wagaruję w pracy. Że nie chce mi się umyć włosów i wkładam czapkę. Że mam zaniedbane paznokcie. Że zjem czipsy na kolację. Że odwołam spotkanie, bo mi się nie chce. Że nie dotrzymam obietnicy. Że zapomnę o urodzinach. Że nie jestem asertywna, tylko wyrzucam z siebie jak leci. Albo, że się obrażę. Nie wszystkich ludzi lubię, często czuję się niekomfortowo w towarzystwie pewnych siebie i przebojowych. Na imprezach sprawdzam instagrama, bo boję się zagadać. Rzucam głupimi żartami, które wbijają szpile. Trudno mi się głębiej z kimś zaprzyjaźnić, bo boję się, że mnie odrzuci. Relaksują mnie newsy o Kim Kardashian. Robię sobie selfie, których nie wrzucam, żeby sprawdzić jak naprawdę wyglądam, bo zapominam. Bardzo źle przechodzę PMS.

tumblr_oci5vubh8s1vcdl4po1_1280

Jestem pracowita. Potrafię się zmobilizować i dotrzymywać zobowiązań. Nie spóźniam się. W miarę regularnie ćwiczę. Codziennie zmywam makijaż i nie zasnę be umycia zębów. Dobrze gotuję. Pokonuję strach przed spotkaniami i wychodzę do ludzi, nawiązuję rozmowy. Potrafię rozładować sytuację dowcipami. Selekcjonuję znajomości i potrafię odrzucić destrukcyjne. Dużo rysuję, mimo, że mam dużo pracy. Dużo czytam i oglądam dobre filmy. Od trzynastego roku życia regularnie prowadzę dziennik. Nie liczę zbytnio na innych i sama potrafię o siebie zadbać, nie przerzucam na nich moich problemów i cierpień. Nie oczekuję od ludzi, że będą wokół mnie orbitować. Nie plotkuję. Jestem lojalna. Mam spoko figurę. Jestem zadowolona z tego co mam, nie zazdroszczę. Życzę innym dobrze. Lubię moją rodzinę i przyjaciół, akceptuję wiele ich słabości. 

W dobie kołczy, poradników, motywacyjnego bulshitu, haseł “kochaj siebie” mówionych do lustra, oderwania od rzeczywistości, narcyzmu, “wybitnych jednostek”, mam swoją receptę na codzienność. Znaj siebie. Pozwól sobie na przeciętność i na słabość. Walcz z tym, z czym Ci źle.

Darmowy coaching tylko tu.

Szafa

Przedstawiam Wam gotowy przepis na to, jak bezproblemowo, bez dramatu, potu i łez wyjść z szafy i do niej nie wrócić.

Powodów aby to zrobić jest mnóstwo. Od samotnych świąt w otoczeniu cioć i babć dopytujących się o “kawalera” na horyzoncie, po wykluczanie się samemu z najróżniejszych towarzyskich eventów, niezręczne akrobacje językowe w rozmowach w pracy, przedziwne przemykanie się byleby ktoś nie zagadał o te wakacje, na których właśnie byliśmy.

Życie w stresie, w tajemnicy jest nie tylko niezdrowe dla psychiki, również nie działa pozytywnie na Wasz związek, poczucie “ukrywania się” sprawia, że sami wrzucamy się w rolę kogoś kto robi coś złego, coś perwersyjnego.

Szczególnie ciekawie wygląda to na fejsbuku, gdzie widzę kontrast między znajomymi “wyoutowanymi”, a tymi, którzy się ukrywają.

Trochę straszno, trochę śmieszno, kiedy widzisz zdjęcia z wakacji z jedną osobą na nich, jakieś neutralne statusy o wizytach w knajpach (samemu). 

Wiem, że są introwertycy, którzy nie dzielą się niczym, bo im tak dobrze, bo nie mają potrzeby pokazania jak leżą pod palmą, spędzają urodziny, czy piją wieczorne winko. I ok, jeśli to wynika po prostu z osobowości, niezależnie od orientacji. Wielu z nas ma jednak odruch społecznego przeżywania szczęścia i to właśnie, mimo krytyki, dają nam media społecznościowe. Ja sobie myślę, że to musi nieźle dławić, kiedy siedzi w Tobie chęć podzielenia się czymś, pokazania jakiegoś skrawka swojego życia, kawałka radości lub smutku z codziennych wydarzeń, i tak się cenzurujesz, że nie przechodzi Ci to przez gardło (lub klawiaturę).

Recepta: wywalić lub zablokować osoby, które mogą nam zaszkodzić. Są opcje w ustawieniach, gdzie wiadomo kto co widzi. 
Inna sprawa jest taka, że najczęściej mylnie osądzamy stan rzeczy. Przeważnie wygląda to tak, że ci ludzie (co do których mamy pewność o ich homofobii), kiedy się o tym dowiedzą, nie są w stanie powiedzieć nam tego wszystkiego w twarz. Twardziel w internecie, dupa w prawdziwym świecie. Życie sensacji jest krótkie i po dwóch tygodniach zazwyczaj już nie ma tematu.

31

Drugim punktem jest naturalność tego jak my się z tym wszystkim zachowujemy. 

Ponieważ w większości nie mamy napisanego na czole “HOMO”, coming outu dokonujemy codziennie, w każdej możliwej sytuacji, gdzie jesteśmy “nowi” towarzysko. Dużo łatwiej by było, gdybyśmy byli pomalowani na zielono, wyjaśniłoby to wiele z góry, a na ulicach zrobiłoby się wiosennie niczym na irlandzkim pastwisku.

Nie każdemu trzeba od razu składać wielkie wyznania, tłumaczyć się dlaczego tak jest i najlepiej od razu załączać stos fachowych opracowań na temat homoseksualizmu.

Najlepszą robotę odwalają proste, krótkie, oczywiste komunikaty, z którymi nie zostawiamy pola dyskusji. Bo ja nie pozwalam innym rozważać mojego związku, wyborów i życia. 

Wystarczy powiedzieć “byłam z dziewczyną na wakacjach”, “mój chłopak tez świetnie gotuje”. W 50% rozmowa idzie dalej, powiedzmy w 49% padnie pytanie: “masz dziewczynę/ chłopaka?” (na które odpowiadamy twierdząco i to wystarcza), w 1% ktoś będzie dalej wyciągał temat i jedyne, co można zrobić to mu powiedzieć, żeby sobie doczytał, jeśli odczuwa tematem jakąś fascynację.

Nie tłumaczymy się z naszego życia. Hetero nie pytają nas, kiedy i z kim mogą się spotykać. Na jakich warunkach i w jakich układach. 

I wiecie co, kiedy jest w danym środowisku przejrzysta sprawa, dużo się zmienia w świadomości ludzi. Mniej pozwalają sobie na homofobię, na durne teksty, na szykany.

A jeśli rzeczywiście macie wokół siebie wściekle nienawistnych ludzi, to- kaman, have some self respect, czas zmienić towarzystwo. Nigdy nie zrozumiem otaczania się ludźmi, którzy nami gardzą, jak coś mi śmierdzi to wychodzę, a nie wdycham. 

Nie jestem niczyją mamą ani terapeutką, aby go uczyć kultury i empatii.

Media społecznościowe dają nam wielką szansę na coming out. Zamieszczamy jedno zdjęcie z “Misiakiem/ Misiaką” i niech sobie pogadają kilka dni- tygodni, a zdziwicie się ile dodatkowo otrzymacie wsparcia.

I co ważne- to wszystko trzeba zrobić szybko, nie wolno dusić się latami w “tajemnicach” i “sekretach”, bo staje się to dużo trudniejsze. I najgorsze jest potem odkręcanie kłamstw.

Tako rzecze ciocia dobra rada.

It get’s better.

Skam

Raz na jakiś czas kompletnie mi odbija.

Znajduję sobie serial albo piosenkę i zarzynam do nieprzytomności. 

Ostatnio tego typu zachowanie wzbudził u mnie norweski serial młodzieżowy “Skam”.

Młodzieżą nie jestem, ale na punkcie trzeciego sezonu dosłownie oszalałam.

28

W amerykańskich seriach jest ten okropny zwyczaj, że 16-stolatki są grane przez umięśnionych trzydziestolatków i wymalowane jak na rozdanie oscarów wybujałe babony po liftingach.

Tu mamy trądzik, chude klaty, rozmazane oko, cały urok młodości.

Myślę, że autorzy tego typu produkcji znają ten chwyt, w pewnym momencie włączają do akcji tragiczną historię gejowskiej pary, a za chwilę mają internet zawalony gifami uwielbienia, fanpejdżami, tumbrlami itd.

29

Coś zaskoczyło między mną a tą historią.

Może to nawiązania do ukochanego w latach szczenięcych filmu Baza Luhrmanna “Romeo i Julia”, może to główni bohaterowie, zagrani tak cudownie realistycznie, może tragiczna love story, która mnie wciągnęła. 

Sposób pokazania romansu między dwoma chłopcami, tej pierwszej wielkiej miłości, strachu, uczuć które przerastają- wszystko w dziesiątkę, strzał w moje serce.

27

Zrobiłam kilka ilustracji w temacie.

Wiecie jak to jest, posmutane, posłuchane płaczliwych piosenek, szczypta neurotyzmu, szczypta pretensjonalności, odrobina tęsknoty za młodością- i voila!. Trochę emocjonalnie, ale do diabła z tym, taka tematyka zasługuje na nieco melancholii.

Do tego dorzucam przepiękny trailer jaki powstał do serii. Enjoy.

 

Moonlight

Dziewczyno, jeśli miałaś szczęście (bądź pecha) być nastolatką w barwnych latach 90-tych, na pewno oprócz niewątpliwych uroków grandżowych flanel, boysbandów, nagrywanych kaset magnetofonowych oraz wideo, ruskich gierek a’la tetris czy wyścigówki, o rozlewających się ekranach, mody na mulinę w warkoczykach, na pamiętniki “złote myśli”, kalendarzy nastolatka, Bravo Girl i Jeziora Marzeń, dopadła Cię w jakimś stopniu Czarodziejka z Księżyca.

Nie wiem, jakie otumaniające podprogowe przekazy Japończycy włożyli do tego serialu, ale zarówno w Polsce, jak i na świecie, dziewczynki w wieku 12-18 lat dotknął absolutny szał.

Co tu dużo mówić- gdyby nie Sailor Moon, całkiem możliwe, że ja nigdy bym nie zainteresowała się komiksem, a z rysowania po prostu bym “wyrosła”. 

Najgorszą karą był szlaban na odcinek (w sumie mało skuteczną, bo zastępy koleżanek zaraz po epizodzie- który zresztą nagrywały na kasety video- dzwoniły ze szczegółowym streszczeniem). 

26

Ja przepraszam bardzo- ja pisałam LISTY (takie papierowe) z innymi fankami z całej Polski, jak również ze świata (miałam koleżanki z Hiszpanii, Luxemburga, Stanów, a nawet z Japonii).

Wysyłałyśmy sobie rysunki, kserówki obrazków (internet był raczkujący, więc jakikolwiek magazyn ze zdjęciem Czarodziejek był zmaltretowany w punktach xero). Kolportowałyśmy między sobą kasety magnetofonowe z piosenkami z serialu (jakim cudem to przedostało się z Japonii, przecież bez torrentów, tego nie wiem, sieć dilerska jest tajemnicza, niezbadana i nieskończona).

Jedne były “team Mamoru”, inne “team Three Lights”, jeszcze inne “team Haruka”. No ludzie, Haruka! Ryczałam jak nienormalna, przewijając w kółko scenę śmierci Sailor Uranus i Neptun.

Serial się skończył, moje Moonies pracują dziś w korporacjach, szpitalach, mają własne firmy, są redaktorkami, rysowniczkami, naukowcami na uniwersytetach. I tylko kiedy mignie mi na Fejsbuku jakiś plecaczek z Luną, powstrzymuję się, aby nie kliknąć “kup teraz”.