Nie istniejesz

Swego czasu w internecie krążył taki memopodobny twór. Lista żali i smuteczków, że świat nie jest tradycyjnie piękny, kobiety niekobiece, mężczyźni zniewieściali, nikt nikogo nie kocha i nikt nie umie utrzymać związku, zwieńczony pointą, że “podmiot liryczny” w takim świecie nie chce żyć. 

Przepraszam, że nie przytoczę  tu całości, trochę szkoda mi na tego gniota miejsca, poza tym być może kojarzycie.

Na początku tekst był anonimowy, potem doklejono do niego sylwetkę smutającego Keanu Reevesa (co mi już zazgrzytało, bo on taki znowu tradycyjny nigdy nie był, umawiał się w końcu z trans kobietą), w finale okazało się, że słowa wypowiedział jakiś imam (ale nawet to nie jest pewne w labiryncie internetu).

Tekst był szerowany na wszystkie strony, lajeczki leciały wodospadem, “pozamiatane”, “zaorane”, “przejebane”.

Trochę się dziwiłam, kto z moich znajomych onanizował się tymi słowami, bo były to osoby z gruntu mało “konwencjonalne”. Całkiem możliwe, że człowiek potrzebuje prostych prawd, prostych podsumowań i objawień. Niestety relatywizm traktowany jest jako coś złego, a nawet niemoralnego, bo trzeba się opowiedzieć po którejś ze stron.

Jeszcze dawniej była moda na wyśmiewanie “facetów w rurkach”, z grzywkami emo, z tunelem w uchu. Taki niemęski osobnik, jechali po nim od prawa do lewa, nagle każdej wyzwolonej hetero kobiecie przeszkadzało “zniewieścienie dzisiejszych mężczyzn”, bo one by chciały takiego z zasadami, twardego, w mundurze, z brodą albo z siekierą. Co to da w ryj jak ktoś jej napyskuje (oczywiście ktosiowi, nie jej).

I trzecia anegdotka.

Czytałam ostatnio książkę, w której fragmencie narrator frustrował się na “szarą masę”. “Po co żyjesz?”, tak pisał. Że miałkość. Że rozmowy o niczym. Że bezpodstawna radość, jak tu ból istnienia. Że plotki w autobusie.
Musiałam na chwilę zamknąć (koniec końców bardzo przyzwoite) dzieło.

778bb338417461-5760f990d9cc3

Czy czujemy się lepsi porównując do innych. Może lubimy sobie pouogólniać: o, to szara masa, a tu ja z krwi i kości. Tu wymoczek w obcisłych spodniach, jak on tego mamuta zabije. Tu prawdziwa miłość, przyjaźń, wierność i czarno białe zasady jak ze starych filmów z Clintem Eastwoodem.

Wiecie, zdarzyło mi się kilka razy w życiu być podsumowaną. Że jestem nudziarą, bo nie noszę czuba na głowie. Że nie mam prawdziwych problemów, bo ktoś ma coś gorzej. W sumie prawie codziennie jesteśmy szantażowani złotymi myślami memopodobnymi na fejsbuku. Że “współczesny człowiek”, “Pokolenie Y”, “problemy pierwszego świata”, “millenialsi”, “dzisiejsza młodzież”. Emocjonalni zakładnicy uogólnień. 

Do czego zmierzam.

Nie istniejemy w cudzych głowach.

Związek nie rozpadł się “bo w dzisiejszych czasach nie ma wartości”, tylko dlatego, że nie chcieliście nad nim pracować. Albo jedna osoba nie chciała. Może to nie była miłość.

Dzisiejsze kobiety nie “ubierają się jak dziwki”, tylko jak chcą. I nic nikomu do tego. Jedne zakrywają- dewotki. Odsłaniają- prostytutki. Może niech się ubierają dla siebie, a nie dla publiczności.

Podobnie “chłopięta w rurkach”. Może mają ochotę spotkać inną dziewczynę lub chłopaka z długą grzywką na pół twarzy i razem pod kocem słuchać “The Cure”. Nic nikomu do tego.

Może ta “szara masa” po prostu odpoczywa od dzieci plotkując z sąsiadką z autobusie. Może cały dzień użerała się z petentami w okienku.

Wszyscy możemy mieć: długi, ojca alkoholika, matkę chorą na raka, brata, z którym się nie dogadujemy, szefa, który drze pałę, poczucie niskiej wartości, porażki, bite dziecko za ścianą, rozlatujący się związek, milion różnych problemów niezależnie od tego, co obca osoba widzi przelotem.
Nie istniejemy dla siebie. Istnieją jakieś proste slogany, uogólnienia, rymowanki z wklejonym zdjęciem aktorki i dopisanym “jeśli się zgadzasz, podaj dalej”. “Lewaki” i “prawaki”. “Cioty”. “Dziwki”. “Bezmyślne stada owiec”. 

Spotykając, słuchając kogoś, może na początek nie zakładajmy za wiele.

Leave your comment