Jak odkryłam internet i się zdziwiłam

Technologia często mnie przerasta. Byłam przedostatnim człowiekiem na Ziemi, który kupił sobie smartfona. Dotykowego. Przez długi czas przychodziłam do operatora i oferta telefonów z przyciskami coraz bardziej zawężała się do takich dla niedowidzących staruszków. Aż po prostu pewnego dnia nie miałam wyboru (a musicie mi uwierzyć, że ja katuję komórki- topię, zbijam, psuję, wsadzam nie tak kartę i nie mogę wyjąć). Także tak nieekologicznie wychodzi, że muszę co jakiś czas zmienić telefon i nie pomagają nawet gumowe etui, klapki i inne panierki.

Nie umiem też za bardzo w internety. Do dziś nie mam maila w telefonie, latami nie potrafiłam sobie zgrać poczty firmowej z gmailem, miesiąc temu odkryłam, że są aplikacje plannery pracy. Jeszcze rok temu zapisywałam wszystko w “analogowym kalendarzu”, nosiłam więc ze sobą taka cegiełkę w torebce i dostawałam coraz większej skoliozy.

Ale nie o tym.

Jestem takim bardzo prymitywnym użytkownikiem Youtuba. Na przykład rzucą w Lidlu świeżą makrelę, to ja wpisuję “mackerel recipe” i już po chwili gotuję sobie z pulchną Koreanką coś pysznego. 

Bywa,  że chcę zrobić jakiś wymyślny makijaż, to wchodzę na tutoriale. Albo akurat wspominam podróże do Azji, to oglądam vlogi ludzi którzy tam żyją. Czasem recenzje filmów i książek, albo podcasty blogów popkulturalnych, które czytam.

Nie inaczej było wczoraj wieczorem. Łóżko, kołderka, kieliszek winka, bita śmietana ze spraju w paszczę (no wiem, że niektórych to obrzydza, ja uwielbiam), do tego filmy o rysownikach mangi, potem o Japonii. 

Czasem pokazuje mi jutub z boku takie “polecane”, “popularne”. Pokazał i tym razem. Na obrazku ładna blondyneczka. Milion wyświetleń, 30 milionów lajków, pierdyzylion komentarzy. Tytuł filmu: “Czy jestem bogata”.

Ja mam w ogóle taki dziwny lęk klikania rzeczy, których nie znam (może to się łączyć z oporami technologicznymi). W sumie wyszło na to, że uzasadniony, ale raz się żyje, myślę- zobaczę o co tu chodzi, co się podoba.

Klik.

84

Pani (taka dosyć znerwicowana) odpowiadała na pytania swoich widzów. Prowadzi vloga lajfstajlowego. Film trwał 20 minut. Wytrwałam 10. 

Z tych 10 minut straconego życia dowiedziałam się, że nie ma przyjaciół i nie chce ich mieć, bo ludzie zawodzą. Że lubi luksus i pieniądze, a jak ktoś mówi, że nie lubi to kłamie, albo niech będzie bezdomny (“bezdomni, haha, są wolni”), że nie zadaje się z ludźmi biedniejszymi niż ona bo jej zazdroszczą i że facet ZAWSZE ma za nią płacić, bo to są tradycyjne wartości, które ona wyznaje, a nie jakieś feministyczne bzdury.

Wyłączyłam. Spojrzałam na komentarze. Dzieci z gimnazjum/ liceum zachwycone, “tak tak, sama prawda, takie życie, zaorane, jesteś świetna”.

Aż chciało się ich wszystkich przytulić i pogłaskać.

Nie kłamię, pieniądze nie są najważniejsze, dopóki mam za co zapłacić rachunki, włożyć jedzenie do lodówki i raz na jakiś czas pojechać sobie na wakacje, to naprawdę nie ma takiej rzeczy, która po zakupie dałaby mi jakieś poczucie szczęścia. 

Droga do takiego stanu umysłu była długa, bo kiedy człowiek wchodzi w dorosły świat z wieloma kompleksami (że z małego miasta, albo mało zarabia, nie ma tego i tamtego), to stara się je właśnie nadrobić statusem materialnym. Stara się kupić sobie poczucie własnej wartości, bo to jest najprostsza droga. Wiem po sobie, jak ciężko sprawić by ludzie cię lubili, przeważnie wychodzi dopiero w momencie, w którym czujesz się dobrze sam ze sobą i już nie zabiegasz o to wszystko.

Oglądałam jakiś czas temu (ponownie, bo za pierwszym razem byłam zbyt młoda, żeby coś z tego zrozumieć) “Trzy kolory: Niebieski”. Po wszystkich tragediach i perypetiach bohaterów, Kieślowski serwuje nam na zakończenie “Pieśń nad pieśniami”. Łzy leciały mi po brodzie, szyi, prawie po kolana. Dla wyznawców “tradycyjnych wartości” przypomnę: “Gdybym mówił językami ludzi i aniołów a miłości bym nie miał stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”.

 

Leave your comment