Winne przyjemności

Oglądałam Kirsten Stewart na laptopie, zapijając tanią łiski Grant’s z Lidla w promocji (na szczęście z okazji Świąt przeceniają wszelką wódę), film był nudny, więc przewijałam w międzyczasie fejsa, instagrama, stalkowałam gwiazdy na Pudelku i dopadł mnie wyrzut sumienia. Jeden. Dopadł na chwilę, spowodowany “spojrzeniem na siebie z zewnątrz”, ale za chwilę go uciszyłam, w imię “akceptacji własnych słabości” i “docierania do prawdziwego ja”.

To się nazywa “guilty pleasures”, ale ja nie mam wyrzutów sumienia. 
Wokół jest tyle autokreacji, idealnych zdjęć, gdzie nawet bigos wygląda fotogenicznie, a nie standardowo- jak wymioty w misce, leży sobie na pięknym talerzu obok koca, bombki i książki o rozwoju osobistym, ja mam odruch “w tył zwrot, naprzód marsz”.
Kiedy Ci kaktus usycha, pralka wypluła ulubiony sweter w stanie skurczonym tak, że możesz go podarować czterolatkowi, odpadł lakier od paznokci ukazując wcześniejsze warstwy, jak przekroje skorupy ziemskiej w podręczniku geografii, bo nie chciało Ci się zmywać, więc dokładasz i dokładasz, kiedy na obiad zjadasz popkorn z mikrofali, a na basen nie idziesz, bo nie chciało Ci się ogolić nóg (od dwóch tygodni), to nie dołuj się, tylko kilkadziesiąt osób w naszym 35- milionowym kraju ma statusy zaczynające się od “poniedziałkowy poranek w Nowym Yorku, zostawcie łapkę w górę”.

Średnio widzę kupowanie marmurowego blatu do kuchni tylko po to, żeby kubek z kawą wyglądał na nim ładnie na zdjęciach, przynoszę więc ulgę Wam wszystkim śpiącym w niedopasowanej piżamie, wychodzącym do sklepu w czapce przykrywającej tłuste włosy i płaczącym na 2398861 odcinku Mody na Sukces. Przynoszę listę “wstydu”, czyli, co w życiu daje mi radość, a jest daleko od udawanego świata smutnych pozerów.

15

Zacznę z grubej rury- w każdy poniedziałek rano oglądam Kardaszianki. Jestem uzależniona. Patrzę na ten botoks, na te problemy z dupy, na to pławienie się w hajsie, z którym ci ludzie nie wiedzą już co zrobić, co jeszcze kupić, co wyrzucić, co przechlać i wciągnąć, żeby jakoś ten nadmiar zużyć. A on napływa i ich podtapia Niagarą zielonych papierków, brylantów i złotych łańcuchów. I wiecie co mi w tym robi dobrze- że oni wcale nie są szczęśliwsi niż my. Patrzę sobie na ten obraz pod mikroskopem, na te ich rozwody, uzależnienia, kolonoskopie i porody i daje mi to proste szczęście. 

Drugą pokrewną przyjemnością jest oglądanie vlogów o malowaniu się. Ja nie jestem jakoś bardzo zaawansowana w makijażu, szczerze mówiąc, ponad 5-10 minutowy standard, pacnąć podkład, tusz, coś na policzek, i jak mam więcej czasu to szminkę, nie chce mi się wychylać. W jakiś sposób obserwowanie, jak panie nakładają na siebie kolejne warstwy, jest wciągające. Robią to z taką powagą, jakby to było rzeczywiście ważne, używają słów “tym cieniem można budować”, “róż jest dobrze napigmentowany”, “w tę bazę warto zainwestować”. Przysypane tonami szminek, błyszczyków, rozświetlaczy, latami nie robią nic innego, tylko się malują. I to jest fascynujące. 
Teraz zaczął się sezon na otwieranie kalendarzy adwentowych na vlogach i ja mam takie przeczucie, że to wszystko wyląduje w koszach na śmieci. Niech ktoś zrobi otwieranie kalendarzy z alkoholem. Live. Całych na raz. Oglądałabym.

Jak jesteśmy już przy ważnych tematach z internetu- kłócenie się na fejsie. Mój boże. Niech no pojawi się temat aborcji na Wysokich Obcasach. Nie da się powstrzymać tej lawiny. A weź i mnie przegadaj, do ostatniego trupa. Nie powinnam, ciśnienie skacze, ale mój mały wewnętrzny fejsbukowy patrol nie potrafi odpuścić. Nie śpię, bo kłócę się o prawa kobiet. Nałóg. Internetowy obywatel. 

Z interakcji międzyludzkich to lubię niezobowiązujące rozmowy ze starszymi paniami. Najczęściej w warzywniaku, albo na ciucholandzie. Lgniemy do siebie. Ostatnio moja mama mi powiedziała, że jestem mentalnym emerytem. Trudno, biorę to na klatę, proud to be old.

W temacie bazarów- lubię wydawać pieniądze na straganach. Żyłkę przekupy odziedziczyłam po dziadku, który mnie zabierał na targ w dzieciństwie. Mało kupowaliśmy- jakiś flek do buta, żarówkę, jabłko, ale co się dziadek nagadał, natargował, to jego. I mi tak zostało, sorry sprzedawcy w Marrakeszu, nie chciałam wam tego robić.

Żeby nie było za słodko, to zwierzę Wam się, że czerpię dużą satysfakcję z “mrocznych myśli”. Pewnie jest na to jakaś nazwa zaburzenia, ale kiedy mi źle, to sobie wyobrażam jak umarłam i wszyscy płaczą i “mają za swoje, mogli być dla mnie mili, a teraz wącham kwiatki od spodu”. Pogrzeb mam zaplanowany od a do z, gdyby ktoś pytał, to mogę wysłać szczegółowe instrukcje pochówku. Fajnie by było, gdyby się zjawił Benedict Cumberbatch i uronił łzę, że szkoda, że mnie nigdy nie poznał.

A jeśli jesteśmy przy mroku, jak jadę samochodem i leci “Nothing else matters” Metalliki, to śpiewam. I płaczę.

 

3 thoughts on “Winne przyjemności

Leave your comment