Miasto

To bardzo dziwne, ale Białystok poznaję po zapachu. 

Mam niewiele powodów, by tam wracać. Znajomych zostało kilku. Rodzice wyprowadzili się do swojego wymarzonego domku na wsi. Dla mnie to miasto duchów. Miejsce- wehikuł czasu. Niby nic mnie już z nim nie łączy, a kiedy zbliżam się do pierwszych zabudowań, dostaję natychmiastowej migreny, która utrzymuje się przez cały pobyt.

W świadomości ogólnopolskiej Białystok od pewnego czasu stał się symbolem faszyzujących klimatów. Trudno go skojarzyć z czymś charakterystycznym, zawsze miałam tam poczucie braku tożsamości, nie udało się wytworzyć wspólnoty, lokalnej dumy z pozytywnych rzeczy, z którą można by było się utożsamiać. Podstawy do takich odczuć, Białystok miał bardzo porządne. Silna wielokulturowość, nawet wielonarodowość, lokalny koloryt, który mnóstwo zawdzięczał mniejszościom ze wschodnimi korzeniami. Niestety, kiedy obecnie triumfujące ideologie próbują to wyprzeć, wygonić, z miasta nie zostaje nic w sferze duchowej.
Nie ma na czym oprzeć więzi społecznej. Goni ten Białystok za hipsterską warszawską modą na ślepo, otwierając burgerownie z kilkuletnim opóźnieniem, małpując wielkomiejskie dekoracje lofciarskich lokali ziejących pustką, serwując kiepskie steki zamiast pyz i babki ziemniaczanej.

Gdybyż to chciało się dowartościować to, czego nie ma Warszawa, Poznań, Kraków i Gdańsk, bez udawania, że “tu jest jak na Powiślu”, gdybyś przestał się wstydzić swojego miękkiego akcentu, żydowskich korzeni, prawosławnych świątyń, tatarskiej kuchni. Nie robił z tego wyłącznie skansenu na comiesięcznym jarmarku. Nie wysilał się tyle zamazując swojskość wielgachnymi centrami handlowymi, w których kupują wyłącznie Białorusini i Rosjanie. 

69

Białystok pachnie samotnością. Kiedy idę wieczorem przez miasto, mimo, że “saturday night”, poza deptakiem przy głównym rynku nie spotykam żywej duszy. To miejsce charakteryzuje to, czego nie ma. 

Z domu wychodzi się “po coś”. Szybko wysikać psa. Wyjść do konkretnego sklepu. Podjechać na plac zabaw. 

Nie ma żuli okupujących murki i ławki. Nie ma sąsiadek plotkujących na ulicy. Nie ma młodzieży włóczącej się pijanym krokiem po zaułkach. Okularników z książką na ławkach. Niezobowiązującej rozmowy z obcym człowiekiem w barze. Kontaktu między dwiema matkami odprowadzającymi dziecko do przedszkola.
W Białymstoku usłyszałam, że życie towarzyskie jest tylko na filmach. W tym mieście tak się tego doświadcza.

Kiedy spacerujesz wieczorem pustymi ulicami, wszystkie głosy, pojedyncze samochody, dźwięk teleturnieju oglądanego przy otwartym oknie, docierają tak mocno, że czujesz się jak na haju. Więzi międzyludzkie ograniczają się do ciasnych grupek najbliższych, a na ulicy staramy się siebie nie zauważać. Stąd trzeba wciąż wyjeżdżać, żeby nie czuć się samotnie. Tożsamość ograniczyła się do cepelii i chleba ze smalcem, a wartość kulturowa, odrębność, są chowane ze wstydem pod hasłem “wiejskości”.
Nie wiem co zrobić w swoim sercu z Białymstokiem.