Warszawo

Wysiadłam z pociągu z dwiema torbami. Trochę ubrań, kosmetyki, bardziej przypominało to wycieczkę niż przeprowadzkę. Gdzieś pod skórą miałam wrażenie, że to na chwilę, że uszczypnijcie mnie, zamiast strachu czułam desperację.
To mogło być 12 lat temu. Nikt nie miał gps’a, google mapsa, internet w telefonie był kosztowną zabawą. Pamiętam komórkę z klapką, jaka mi wówczas towarzyszyła.
Miałam papierową mapę miasta.
Sprawdzałam wcześniej w komputerze rozkład autobusów i kombinowałam (połączenia same się nie synchronizowały). Rysowałam kolorową kredką na mapie, albo przepisywałam do notatnika.
Do pierwszej “prawdziwej” pracy miałam bardzo daleko. Jechałam ponad godzinę w jedną stronę, w tłumie, ściśnięta jak śledź w puszcze z rolmopsami. Spoconymi, zmęczonymi i skacowanymi rolmopsami.
Spanie w warunkach polowych. Pieniędzy wystarczyło na połowę łóżka w pokoju dziennym. Na łazienkę bez pralki i wiecznie zasyfioną kuchnię, w której można było prędzej zwymiotować z obrzydzenia, niż zrobić sobie posiłek.
Pijackie weekendy, kończące się kacem gigantem. Poczucie wolności. Jabłka na śniadanie, obiad i kolację pod koniec miesiąca. 

Pamiętam, że czułam się powolna, ociężała. W supermarkecie ludzie popychali mnie wózkami. W metrze zniecierpliwieni trącali bez słowa. Wszyscy strasznie stresowali się na obsługę, na głos wyrażali niezadowolenie, kłócili się z obcymi i dla mnie to była egzotyka.
Ale też zagadywali do siebie, łatwiej niż w rodzinnym mieście było kogoś poznać na koncercie, w barze, w sklepie.

Kolejne mieszkania, coraz lepsze. Własny pokój, święty spokój, własny porządek i swój bałagan. Moje krzesło, przytargane ze śmietnika. Moje książki na półkach dające namiastkę domu. Mój garnek. W końcu nikt mi nie podbiera kosmetyków, nikt nie zostawia uwalonych talerzy na tydzień, nie muszę martwić się, że z czyjegoś pokoju śmierdzi. 

Był właściciel, który pijany spał pod drzwiami, bo zapomniał, że już tu nie mieszka, że wyprowadził się do Belgii. I jego straszne obrazy, które zdejmowałyśmy jak tylko wychodził. I stolik- pień, nazwany przez nas “mrocznym pniem na kółkach”, z którego śmiałyśmy się z gośćmi. Weekendy spędzone w łóżku, w końcu bez obawy, że ktoś wpadnie do pokoju.

79bf8743150247-57e4dd80f22a2-1

Były szafki, które same się otwierały w nocy.

I korki strzelające, gdy włączyło się na raz pralkę i laptopa.

Było spanie wśród pudeł, w jednym pokoju z kotem, przez kilka miesięcy oczekiwania na odbiór swojego mieszkania.

Kilka lat na materacu położonym na podłodze w bloku, w dzielnicy, której nie potrafiłam ocenić czy się opłaca, czy warto tam kupować, po prostu było niedrogo. 
Rzeczy na piwnicznych regałach z Ikei. Lata z meblami przytarganymi z wystawek. Własne obrazy na ścianach.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz, niechcący przyznałam się do tego miasta. Na Openerze w Gdyni ktoś mnie zapytał skąd jestem i ku mojemu zdziwieniu z ust wypadło: “z Warszawy”. 

Rysowali mi tutaj stary samochód, który był na obcych rejestracjach, a teraz na wyjeździe boję się, że porysują mi obecny, bo jest na warszawskich. Na Śląsku słyszałam przez okno, że kto to stoi na tych blachach pod blokiem.

Po dwóch- trzech latach przestałam już przyjeżdżać o każdej możliwej okazji do rodzinnego miasta. Po pewnym czasie okazało się, że tu mam więcej przyjaciół, że tu wracam do domu, stąd wyjeżdżam w obcość. Zapominam nazwy ulic i nie wiem jak gdzieś trafić w Białymstoku, już tam nie pasuję, nie rozumiem, może za szybko chodzę i za dużo się stresuję, może nabrałam trochę tej stołecznej bezczelności, i jak ktoś mówi “centrum”, to widzę centrum Warszawy. 

Nie wiem po co miałabym chcieć więcej. Wracam z Tokio czy Londynu i to prawda, że Warszawa staje się mała, pusta i bardzo postsowiecka, ale tu wiem jak się rozpychać łokciami, kiedy się poddać, gdzie można popłakać, a gdzie wypić krwawą mary.