Dziadek

Często mi się śni.
Siedzi w fotelu albo na wersalce przykrytej wzorzystym kocem. Ich mieszkanie jest zalane słońcem, na podłodze leży dywan w perskie wzory, na ścianach wyblakłe tapety. Czas odmierza zegar zamknięty w kryształowej kuli.
W witrynie komody kurzy się szkło, którego nikt nie używał, bo w ich domu nie pijano nalewek z karafki w kształcie ryby. Nie pijano alkoholu w ogóle.

Poza kilkoma łupami z czasów komunizmu, we wnętrzach panował minimalizm i filozofia zero- waste. Moi dziadkowie byli jej prekursorami. 
Dziurę w swetrze zaszywano, na spodnie zawsze można dać łatkę.
Codziennie odbywano kursy do sklepu po kilka plasterków wędliny i dwie bułki.

W snach siedzą uśmiechnięci, a ja odczuwam ulgę, że jednak są, że zaszła jakaś pomyłka i zmartwychwstali. A może nigdy nie odeszli.
Kiedy się budzę, jestem wdzięczna za to spotkanie.

Nie każdy miał takiego dziadka, który po prostu BYŁ. Za którego plecami można się schować, aby uniknąć kary. Który wspólnie składa koniki z kasztanów. Klei latawce.
Czyta na głos kronikę kryminalną z gazet, aby ustrzec wnuki przed złym światem.
Zabiera na bazar, do ogródków działkowych, gdzie polewamy się zimną wodą z węża.
Który pomaga przejść przez dziurę w siatce na poligon wojskowy, aby nakarmić wspólnie kaczki zasiedlające tamtejszy staw.

144

“Dziadku, nie idź tak szybko”. (kiedyś)
“Maria, gdzie tak pędzisz”. (dziś)
Odziedziczyłam po nim to, że nie potrafię chodzić powoli.

Prosiłam go, żeby pokazywał mi medale. Wiązał się z tym cały rytuał przymierzania ciężkiej od orderów marynarki.

Palcem wyczuwałam przez skórę jego szyi tkwiące tam od czasów wojny odłamki.

Latem wychodzili na ławeczkę przed blokiem, grali w karty z sąsiadami.

“Pani B.! Ma pani złotego męża!”

Kilka razy krople łez wypełniały jego niebieskie oczy.
Jak opowiadał o wojnie.
Gdy przyszłam pokazać swój dyplom inżyniera.
Kiedy któreś w wnucząt osiągało sukces.

Przetopili ruskie złoto i na osiemnastkę dostałam bransoletkę z wygrawerowanym napisem.

***

Na koniec powiedział: “Idzie do mnie, moja piękna żona”.
A to babcia w chustce na głowie przesuwała się krok po kroczku z balkonikiem.

***

A potem ich nie było.
I do dziś, po latach, nie rozumiem, że nie mogę wejść do tego mieszkania, opowiedzieć o swojej pracy, o Warszawie, pogrzebać w starych zdjęciach, posłuchać co u sąsiadów.

Biało

Nie wiem, czy to wydarzyło się naprawdę.

Z dzisiejszej perspektywy trzy miesiące śniegu wydają się mitem wyciągniętym z jaskiń prastarych Słowian, bajaniami pt. “kiedyś to były zimy, że hej”.

Budził mnie odgłos drewnianej łopaty, szorstko sunącej po betonie. W ciemnościach dozorcy wykonywali żmudną pracę, efekty posypywali piaskiem jak cukiernik tort wiórkami kokosowymi. 

Śnieg kojarzy mi się z całą gamą dźwięków.

Skrobanie szyb samochodów grzejących się na parkingach przy włączonych silnikach. Pisk zmarzniętych pasków klinowych.

Tupanie na klatce, ilekroć ktoś wchodził na budynku. Otrzepywanie na wycieraczkach butów, czapek i szalików. 

Cicha noc przerywana skrzypieniem zmarzniętego puchu, ugniatanego krokami przechodnia.

***

Na specjalne okazje miałyśmy małe królicze futerka. Żałuję, że nie mam w nim żadnego zdjęcia, musiałyśmy wyglądać jak łaciate zwierzątka.

Na codzień pikowane poliestrowe, skrajnie niewygodne kombinezony na szelkach. Do tego jednopalczaste rękawice na sznurku, który się rozciągał od wilgoci, przez co łapki wisiały po kolana.

Byłam małym Eskimosem, który rozróżniał wiele rodzajów śniegu. Każde dziecko wiedziało, co oznacza żółty, dlatego trzeba było starannie wybrać miejscówkę na orzełka.

Wielkie tłuste mokre kawałki lecące z nieba łapaliśmy na język.

140

Zmrożony, lśniący jak brokat pyłek często krył pod spodem ślizgawkę. Dzieci jeździły, dorośli klęli kiedy dali się złapać w tę pułapkę, co nieraz kończyło się złamaniem.

Breja zbierająca się wokół wydeptanych ścieżek, jak tor przeszkód ciemne kopczyki do przeskakiwania.

Taki, z którego da się ulepić bałwana i ten zbity w kamienie, z którego trafienie śnieżką oznacza siniaki.

Hodowałam wzory na szybie. Zwykłe, nie mrozoodporne szkło pokrywało się lasem gwiazdek i lodowych paproci. Wyobrażałam sobie małe krasnoludki wychylające się z tych białych “krzaków”.

Chuchałam na okna i na parze pisałam palcem zaklęcia. Rysowałam serca.

Nie wiem, czy tez tak macie, że przy pierwszym śniegu myślicie marzenie. Do dziś w to wierzę i praktykuję.

***

Uwielbiałam wracać po zabawie z podwórka, w domu zdejmowaliśmy przemoczone ubranie, włosy od wilgoci i czapek sterczały na wszystkie strony. Czasem trzeba było włożyć przemarznięte stopy do miski z ciepłą wodą.

I nie wiem, czy bardziej tęsknię za zimą, czy za dzieckiem, którym byłam.

Ucieczki

To był wiek dzikości serca, siedem, albo osiem lat na karku.

Czasy, gdy nikt nie montował fotelików w samochodach, o pasach bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu można było pomarzyć. 

Do szkoły chodziłam z sąsiadką, która była w tej samej klasie. Nikt nie kosił trawników, wiosna nieokiełznana ręką człowieka zagarniała ile mogła mleczami, stokrotkami, pokrzywą i kłującym ostem. Muchy latały wokół jarzeniowych lamp w malowanych farbą olejną klasach, dzieci zdzierały kolana ślizgając się po linoleum, które zastępowało poważne posadzki.

Po latach szkoła się dziwnie skurczyła i nawet (niegdyś wysypane żużlem, dziś zamienionym na piankę) boisko wydawało się tycie.

Za szkołą znajdowała się górka. Zimą wyślizgana jak tafla lustra przez które prześwitywało błoto i kamienie. Kto miał sanki, zjeżdżał na sankach. Inni na kurtkach i kartonach, odważni “na stojaka” na własnych butach. Ja, jako jedna z nielicznych na osiedlu posiadałam łyżwy, czego konsekwencją był mało inteligentny zjazd na figurówkach. Skutek, mimo, że spektakularny, jednak niezakończony żadnym złamaniem, nie nauczył mnie zbyt wiele w tym temacie, wobec czego tego typu akcje regularnie się powtarzały.

Latem chodziliśmy “za górkę”. Za górką były krzaki, w krzakach były śmieci, butelki po denaturacie, skamieniałe prezerwatywy i skórki od chleba. Między odpadkami płynęła sobie kanałem, górnolotnie nazwanym przez lokalsów “rzeczką”, woda.

***

Zosia była moją antytezą. Ja brunetka, ona blondynka. Ja z rodzeństwem, ona jedynaczka. Tradycyjna rodzina u mnie kontra rozwiedziona matka i ojczym z importu o dźwięcznym imieniu Luigi u niej. Zero kasy w kieszeni, za to kanapka i jabłko w plecaku versus wypadające z portfela pieniądze i zapiekanka na obiad. Dyscyplina przeciw braku kontroli.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że zostałyśmy przyjaciółkami. Stan ten trwał od początku podstawówki, po ósmą, ostatnią klasę, kiedy to Zosia poszła do zawodówki, a ja do liceum i nasze drogi rozeszły się na zawsze. 

01
Przerobiłyśmy za to w ciągu tych kilku lat wiele stopni zażyłości, od nagrywania sobie (mi) odcinków Czarodziejki z Księżyca, kiedy jedna miała szlaban (ja), po pomaganie w pisaniu klasówek (jej). “Miała na mnie zły wpływ”, to słyszałam od rodziców i niejednokrotnie nasze akcje kończyły się zakazem znajomości, rozsadzeniem w ławce i potajemnym pisaniem listów na lekcjach.

***

Wracając do rzeczki. “Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać”. Komunizm dopiero skonał i nawet dzieci czuły powiew wolności.

W ramach powyższego zaplanowałyśmy z Zosią Wielką Ucieczkę.

Siedząc na kępie traw i mocząc bose stopy w kanale, w którym o dziwo rozwijało się życie w postaci kijanek, wypakowałyśmy moje kanapki z folii aluminiowej, wysypałyśmy pieniądze Zosi i liczyłyśmy na co nam wystarczy. Dla mnie to było bogactwo, majątek, bo jedyna waluta, jaką wówczas obracałam, to drobne otrzymane od dziadka w celu zakupienia chrupek Fritos bądź gumy Turbo.

Zosia miała klucz na szyi, zapewniała, że u niej w domu i tak nikogo nie ma, więc możemy się tam zakraść, zabrać namiot i potrzebny ekwipunek.

Klucz na szyi był dla mnie totemem nieosiągalnym do około dziesiątego roku życia. Wcześniej po prostu wchodziłam do domu, w którym czekała na mnie babcia z obiadem. Jeśli nie mogła być, szłam do sąsiadki, koleżanki mojej mamy, i ona robiła mi kanapki, puszczała z kasety video kreskówkę, dopóki ktoś z rodziców nie wrócił.

Plan ucieczki zakładał wędrówkę przez świat z namiotem, kradzież jedzenia z działek i ogródków, spanie w lasach, aż dotrzemy do ciepłych krajów i tam zamieszkamy nad morzem. Wyobraźnia podsuwała nam raj wolności absolutnej, gdzie nie ma dorosłych, życie w wiecznej zabawie i słońcu.

Pech chciał, że ledwie po godzinie- dwóch zjawiła się moja rodzicielka, cała ugotowana. Gdy zauważyła, że Mania, z którą zazwyczaj wracałam ze szkoły jest w domu, wszczęła alarm poszukiwań, prawie już dzwoniąc na policję, straż pożarną i pogotowie.

Koniec naszego planu był tragiczny- na mnie czekał pas, na Zosię czekały puste ściany.

 

Wszyscy byliśmy dziećmi

Dzieciństwo to coś do czego się wraca, żeby zrozumieć. Nie tylko nostalgia za oranżadką w proszku i komputerami Amiga.

Lubię sobie podkolorować, idealizować ten czas, bo kiedy jesteś dzieckiem wszystko ma inny smak i barwę. Widzę to po moich siostrzeńcach i siostrzenicach, którzy w muszli szukają głosu małej syrenki, a na wieść o lodach zaczynają skakać z radości.

Późniejsze życie, błędy i decyzje, które traktujemy beztrosko, okoliczności, na które nie mamy wpływu i takie, które zależą od nas, składają się na obrazek człowieka, którym się stajemy.

Była Janina. Zazdrościłam jej zagranicznych ubrań. Mama pracowała we Włoszech. Janina najlepiej na podwórku grała w gumę. Zawsze była trochę “ponad”.

Janina co wieczór w milczeniu prowadziła do domu swojego pijanego ojca. Kiedy była już pełnoletnia codziennie słyszałam przez ścianę z jej ust przekleństwa w stronę nietrzeźwego rodzica. Janina wyjechała i odcięła się od rodziny.

Była Marta. Marty rodzice pracowali w Stanach Zjednoczonych. Marta miała zawsze mieszkanie tylko dla siebie. Marzyłam, żeby jak ona mieć tyle przestrzeni i wolności. Nosiła w kieszeniach pieniądze, ja co najwyżej drobniaki na gumę do żucia. Czasem do Marty zaglądali dziadkowie. Marta była grzeczna i miała dobre oceny.

Rodzice Marty się rozwiedli zostawiając jej wspólne mieszkanie. Marta wyszła za mąż, urodziła dzieci. Z mężem pili dużo alkoholu, brali narkotyki. Teraz są na odwyku, opieka społeczna przekazała potomstwo przyrodniemu bratu Marty.

tumblr_obzrgq46ta1vcdl4po1_1280

Znałam Krzyśka, Ewę, Anetę, Bartka, Marka, Asię, Marcina, Karola i wiele innych dzieci, wrzuconych w dorosłość w czasach, kiedy nie było podręczników wychowywania, komunikacji asertywnej, rodzicielstwa bliskości, zajęć montessori, terapii sensorycznej, ADHD, alkoholik to był żul pijący denaturat, a nie wracający krzywym krokiem tato.

Idealizacja lat 80-tych, 90-tych, często w memach pt. “a pamiętacie jak z kluczem na szyi rozbijaliśmy sobie kolana i nikt nie dzwonił po pogotowie” pomaga nam nie czuć się tak źle z tym, co widzieliśmy, wyprzeć kłótnie za ścianami, bite za bezsensowne “przewinienia” dzieci, agresywne dziesięciolatki męczące zwierzęta, gdy nie było pedagoga/ psychologa do pomocy, brak reakcji na samotność “eurosierot”.

Mówią nam “wyrośliśmy na ludzi”.

Na ludzi nieradzących sobie z życiem, albo wręcz przeciwnie- po trupach dążących do samospełnienia, ludzi zasilających kozetki psychologów, nie potrafiących pozostać dłużej w jednym związku, wybierających związki toksyczne i destrukcyjne, dających się pomiatać przez pracodawców, klientów, pomiatających innymi, których uważamy za mniej zaradnych, albo niżej niż my stojących na drabinie.

Ludzi niewrażliwych na piękno, przyrodę, literaturę, sztukę. Bo nie ma miejsca na te wartości, kiedy w środku ból i cierpienie. 

Na ludzi, dla których pieniądz kupuje szczęście, “haule”, wyprzedaże, musthavy, lacosty i najki zaklejają z ulgą dziury w sercach. 

Wracamy z sentymentem do tych fioletowych łokci i napojów z woreczka, żeby zapomnieć o pasie na tyłku za złe świadectwo. 

Radio Nostalgia

Tu Radio Nostalgia. Nadajemy wiadomości sprzed dwudziestu lat. Gdy wszystko było piękniejsze, coca-cola taka zimna i pożywna, a reprezentacja pięknie nam grała.

Był taki odcinek South Park, gdzie pojawiły się jagódki- Member Berries. Namiętnie powtarzały: “Member Goonies?”, “Member Yoda?” itd. Osoby, które zjadły owoce, zamiast interesować się teraźniejszością, zagłębiały się w wyidealizowane obrazy przeszłości. Choroba pokolenia lat 80-tych i 90-tych.

Pamiętamy te wszystkie super rzeczy, to gorące lato, granie w gumę, kasety video, komiksy, te lody “prawdziwe”. Pewnie dużą część swojej popularności serial “Stranger Things” zawdzięcza właśnie tej najntinsowej tęsknocie.

26977d40094399-577242b8eee9c

Stawiamy pomniki wspomnieniom z prostej przyczyny: byliśmy młodzi i nie dotyczyły nas horrory zarabiania na życie, nawet bieda była malownicza, bo z perspektywy dziecka może nam się kojarzyć z tym, że dostaliśmy podróbkę Barbie, a nie z niezapłaconymi rachunkami. Nie wiedzieliśmy co to kredyt. Przed dorosłym się uciekało, przed szefem/ klientem nie możemy.

Bo w bandzie dzieciaków jest szczerość, naiwność, są proste relacje, a między dorosłymi lawirujemy, wstrzymujemy emocje, podejrzewamy. 
To nie jest tęsknota za napojem z foliowego woreczka, tylko za młodym ciałem i duchem, którym byliśmy. Chęć ucieczki przed dorosłością w świat prostych zasad, w zdrowie, w zabawę, w brak odpowiedzialności.

Powiem Wam, że świat mnie trochę przytłacza i ja też coraz częściej łykam taką jagódkę.

 

Bajka

Wychowałam się na rosyjskich baśniach. Pamiętam grube książki z ładnymi, realistycznymi ilustracjami. Strony pomazane przeze mnie i moje rodzeństwo kredkami.

Opowieści miały przedziwne morały, zawsze mnie zaskakiwała niesprawiedliwość tych historii. Głupi Iwanuszka szczęściem wygrywający życie. Żebrak bez rozumu zdobywający fuksem bogactwo. Gotowane na wolnym ogniu i pożerane dzieci. Mądre żony idiotów wyposażające ich w różne atrybuty, które pomagają im przeżyć. Okrutni rodzice wysyłający swoje potomstwo na śmierć. Głód. Rozbójnicy. Zamieć.

272a5d41454965-57a6ed44d76fe

Do kompletu w tamtych czasach krążyły baśnie braci Grimm, nieokrojone cenzurą, pozostawiające w naszych umysłach koszmary nocne. Ludożerców i obdzieranie ze skóry. Ćwiartowanie, siekanie i duszenie.

W czasach wczesnej podstawówki zaliczyłam również spotkanie z Thorgalem (oraz Szninklem, którego zupełnie nie zrozumiałam). Także nagość i przemoc od dziecka sączyła się do mózgu. 

aa858e41454965-57a6ed44d7002

I wiecie co, nie czuję się znieczulona. Wręcz przeciwnie- będąc dorosła, bardzo trudno mi się patrzy na krwawe sceny na ekranie. Styczność z obrazkowym seksem może uchroniła nas od pruderii, nauczyła co to ciało w czasach, w których nie było czegoś takiego jak wychowanie seksualne (czy tam do życia w rodzinie, chociaż to akurat pewnie nie pomaga).

Nie wiem czy to dobra lekcja- że przemoc jest bezsensowna i niesprawiedliwa, że biedni umierają z głodu, a głupi zyskują bogactwa. Z pewnością ta o dobrodziejstwach posiadania mądrej żony jest przydatna.

8058b341454965-57b016a46b8b2

Kiedy patrzę na moich znajomych, którzy dziś są rodzicami, wydaje mi się, że jest im o wiele trudniej niż naszym matkom i ojcom. Oglądałam z tatą “Terminatora” w wieku ok 8 lat i nikt się nie dziwił. W wieku 9 lat sama przeczytałam całego “Władcę Pierścieni”. Nikt nie pilnował, które książki są dla nas właściwe. Stały na półce, to braliśmy. Bawiliśmy się w mordowanie, to udawaliśmy, że się zabijamy. Nikt naszych rodziców nie oceniał, żaden ekspert im nie mówił, że są niewydolni wychowawczo, nikt nie zastanawiał się nad naszą psychiką, lękami.

Nie jestem fanką narracji “sentymentalnej” pt. “za moich czasów było lepiej, wyrośliśmy na ludzi”, “pętaliśmy się do nocy po podwórku z kluczem na szyi, dostawaliśmy pasem, jedliśmy chleb z cukrem i wszystko z nami ok”, itd.

46a78941454965-57b016a46be2d

W sumie to zazdroszczę trochę dzisiejszym dzieciom, że mają tyle uwagi, miłości i troski. Patrzę jak wyrastają na fajne, niezakompleksione, pewne siebie i asertywne osoby. Takie, które mają świadomość, że nie wolno męczyć zwierząt, że mrówka czuje, że kot może nie mieć ochoty na zabawę.

Cały ten wywód wziął się z tego, że znalazłam kilka powyższych rysunków, wykonanych kilka miesięcy temu. Inspirowały mnie właśnie stare ilustracje baśni z lat dziecięcych.