Dzień

Stanisław obudził się o świcie. To była pora dnia, którą najbardziej cenił- ciszę, spokój, tak zwaną chwilę dla siebie, zanim rzeczywistość postawi go na nogi, zawlecze do szeregu i zrobi musztrę.
Jego żona Alicja przewracała się na drugi bok, wydając dźwięki zadowolonego z siebie hipopotama- innymi słowy chrapała tak, że wszystkie włosy stawały dęba na jej bujnie porośniętych nogach.
W ciemności zrobił sobie kawę, piętnaście minut spoglądania przez okno, zanim się zacznie.
Pierwszy był Dziedzic. Dobudzić toto bez awantury graniczyło z cudem, a Stanisław w cuda nie wierzył, wierzył w silną konsekwencję. Dlatego nie ugiął się ani na moment, gdy Dziedzic zaproponował na śniadanie ciastka w czekoladzie, argumentując “a mama mi pozwala”. Stanisław machnął ręką zniecierpliwiony, notując wczorajszy wieczór, gdy jego żona, lekko zawiana po imprezie integracyjnej, obiecywała wszelkie cuda świata płaczącym dzieciom. A dzieci płakały, bo znowu mama zapomniała o przedstawieniu w szkole, z czego wynikła seria negocjacji, przekupstw i przyrzeczeń.

Mała Księżniczka wyleciała jak z procy, demonstracyjnie ogłaszając, że nie ma pracy domowej na plastykę, więc zamiast wrzucić kanapkę na ruszt, Stanisław spędził ostatnie dziesięć minut poranka na wyklejaniu Pani Jesieni z liści juki, bazylii oraz laurowych Kamis. 
Nie zdążył się nawet ogolić, na szczęście poprzedniego wieczora wyprasował rzeczy swoje i Alicji, gdy w drzwiach pojawiła się jego żona. Całe szczęście kupił jej nowe rajstopy w dużych paczkach i nie chodziła już w tych pozaciąganych.

-Czy możesz dziś zawieźć dzieci do szkoły? Mam ważne zebranie, mój awans może od tego zależeć- odezwała się na dzień dobry.

-Tylko wezmę samochód, ok?

-Wiesz przecież, jak na mnie patrzą koleżanki, kiedy podjeżdżam autobusem, to tylko cztery przystanki, dasz radę! I tak masz po drodze.

Stanisław znał tę rozmowę, nawet nie drążył tematu, wiedział, że kolejna, taka sama kłótnia o to, czyja praca jest ważniejsza, będzie tylko stratą kolejnych cennych minut.

Alicja wyleciała jak z procy, bez śniadania, rzucając, że zje na stacji benzynowej, a on pomyślał tylko, że znowu na kolację będzie miał zeschnięte kanapki- niedojadki.

Po wczorajszym wieczorze dzieci były trochę nie do ogarnięcia, co znaczyło, że w autobusie znowu wszyscy patrzyli na niego wilkiem. Jakaś kobieta przez telefon wyraziła swoje niezadowolenie, że “bachory nie dają jej porozmawiać, więc zadzwoni później”, inny “perfekcyjny ojciec” karcąco wykrzywiał usta w kurzą dupkę, a jakiś stary dziad uraczył go poradą, że “powinien pilnować swoich dzieci”. “Dzięki kurwa za naukę, sam bym na to nie wpadł”, pomyślał Stanisław i tylko złapał Dziedzica za kaptur w ostatniej chwili, chroniąc go przed wyrąbaniem głową w kasownik.

W drodze do pracy, uwolniony od potomstwa spoglądał tępo przez okno autobusu na Warszawę, usiłując w myślach zorganizować porządek tego dnia.

Wtem kolano. Złożył nogi bliżej jedna drugiej. Znowu kolano. Nogi w lewo, poranna gimnastyka. Szybkie zerknięcie ponad prawe ramię. Na siedzeniu obok rozmościła się wygodnie paniusia, lat około 50, dezodorant to taki dinozaur z okresu jury, brudnymi pazurami dłubała sobie w zębie. Rozkrok przekroczył dawno neutralne 45 stopni, niebezpiecznie zbliżał się w stronę szpagatu.

163

Stanisław poczuł mdłości, wysiadł dwa przystanki wcześniej. 

-A co pan taki smutny, uśmiechnie się!- usłyszał za plecami. Słowa wypadały z paszczy przystankowej żulicy, od 9 rano z obowiązkową puszką piwa “Mocne Dębowe” oraz wiszącym bezwładnie szlugiem z jej warg. -Ja znam sposób, żeby ci poprawić nastrój, chłopaczku! Niezłą masz dupę!- rechot towarzyszył Stanisławowi, zanim żulica znalazła sobie następnego chłopaka do zaczepek, padło na piętnastoletniego blondynka ze słodką grzywką, zupełnie czerwonego na twarzy w reakcji na “awanse”.

W pracy jak zwykle: “Staszku przynieś to, Staszku skseruj, Staszku skarbku zanieś to do księgowości”. Żadna z tych rzeczy nie należała do jego obowiązków, ale wiedział, że przy odmowie zyska miano gbura i na dłuższą metę nikt nie będzie chciał awansować “niemiłego” mężczyzny. Nie w firmie złożonej głownie z kobiet.

Koleżanki znad komputerów, na których ekranach jako tapety poustawiały zdjęcia jędrnych męskich pośladków (oczywiście implanty, naturalne tyłki są takie nieatrakcyjne) przerzucały się historyjkami z wczorajszej imprezy (na którą on nie poszedł, bo teatrzyk szkolny). Która spiła kolegę, która się z kim przelizała, kto jest sztywniakiem i nie chciał zatańczyć “przytulanga”.

Po lanczu poszedł do szefowej “po prośbie”, zadzwonili ze szkoły, że Mała Księżniczka wymiotuje i trzeba ją zabrać.

-Dlatego właśnie nie lubię zatrudniać mężczyzn, ciągle im dzieci chorują. Ale co zrobić, ktoś musi nam ubarwiać to biuro, służyć za ozdobę w miejscu pracy. Człowiekowi też należy się czasem, żeby sobie popatrzyła, nie?- i tu nastąpiło mrugnięcie okiem i rzut oka na rozporek Stanisława.

Na szczęście szefowa pozwalała czasem pracownikom płci męskiej na takie zwolnienia, ZUS płacił, uff, kobiety nie mogły liczyć na tego typu czas z dziećmi.

Wieczorem, kiedy już zrobił kolację i położył spać potomstwo, zjawiła się Alicja. Padła na łóżko wykończona. Chciał jej opowiedzieć o dniu, jednak powstrzymało go donośne chrapanie. Dziś nie będzie seksu, z czego się nawet ucieszył, bo przestał brać zastrzyki hormonalne, po których puchnie mu całe ciało, a jego małżonka “nie lubi” prezerwatyw. Wizja kolejnego potomka wprawiała go w spazmy, także nie kochali się prawie wcale, poza dniami niepłodnymi wyliczonymi przez aplikację, trudno było o miłość. Podejrzewał czasem, jak jego temperamentna żona zaspokaja swoje potrzeby, ale nic nie mówił, bo ze względu na dzieci (i na niską ściągalność alimentów) rozwód to byłaby ostatnia rzecz jakiej potrzebował.