Poranek z hipokrytą

Śledziłam tę dyskusję od jakiegoś czasu. Piasek i jego muzyka to guilty pleasure okresu dojrzewania. Niby nigdy nie kupiłam kasety/ płyty, ale jak leciał w radio, czy na szkolnej dyskotece “Niecierpliwy”, to przytrzymywałam rzęsami łezki wzruszenia. Te piosenki, mimo, że takie, no co by nie mówić, czasem trochę kiczowate, zawierały w sobie jakąś podskórną dawkę smutku. Jak się potem okazało, nie bez kozery pojawiło się przeczucie niespełnionej miłości zawartej w tekstach.
Pana Andrzeja wyałtowano, pisały pudelki i inne takie. W owym czasie byłam już osobą dorosłą, zajętą życiem zawodowym i z (wyrobionym w miarę) własnym gustem muzyczno- literackim, więc zupełnie przeszło mi to koło nosa.

Jakiś czas temu pisałam tu na blogu co myślę o celebrytach- szafiarzach, wszelkich lizusach systemu opresyjnego wobec nich, udających “jestem jednym z was”, przy okazji krzywdząc tzw. “szarego człowieka”. 
Panie Piasku, w czasach, gdy Pan siedział sobie w ciepłym apartamencie, kitrając przed światem boy-toyów i przeglądając Grindra czy co tam teraz jest modne do uprawiania seksu, w Pańskich kochanych Kielcach, w których zaczynał Pan w zespole Mafia, dwie zakochane w sobie dziewczyny popełniły samobójstwo. O czym Maria Peszek napisała piosenkę, a gazety (w tym Wyborcza) podały informacje o “przyjaciółkach”, z “niewiadomych przyczyn”. Bo homofobia jest u nas wciąż niewystarczającym powodem aby udowodnić opresję. Systemową. Ogólnospołeczną.

No i czytam sobie wywiad z gwiazdorem, dławię się kawą i wkurwiam. 

“Moja publiczność jest taka.. normalna. To zwykli ludzie, dla których wartością jest rodzina, miłość, poukładany świat”. 

Wie Pan dla kogo wartością jest miłość, rodzina i poukładany świat? Dla tych co mają jaja nie siedzieć w szafie i swoją miłość, związki i rodzinę traktują priorytetowo, nie godząc się na sprowadzanie ich do pokątnego seksu w knajpianych kiblach, chcą tę miłość pokazać światu, “machać tą flagą”, iść z komunikatem, że to jest “normalne” i nie wstydzą się siebie.

Był taki antybohater w filmie “Django”, czarnoskóry niewolnik broniący porządku ustalanego przez jego białych panów. Tak samo zachowują się kobiety “antyfeministki”. Stary i lubiany mechanizm wyparcia, spojrzenie w lustro “tak, to ja jestem tą osobą dyskryminowaną” może budzić silny dyskomfort i sprzeciw, lepiej być przecież w jednej drużynie z większością, z silniejszym.

Dalej Pan Andrzej mówi, że “nie wstydzi się wierzyć w Boga”. Rozumiem, że w kraju, w którym w każdym urzędzie, szkole, w sejmie wisi krzyż, gdzie na każdym rogu stoi wielgachny kościół, wiara w Boga jest czymś, co trzeba ukrywać przed prześladowaniami? No brawo, gratuluję tej “odwagi”. Nie no, nie ma to jak iść “pod prąd”.

Gratuluję również, że wzrusza Pana Puszcza Białowieska i broni Pan sądów, a już ci “machający flagą” ze zniczami po kolejnym dzieciaku, który się zabił z powodu homofobii nie.

Dlaczego mnie to wkurza? Niech sobie Piasek ma poglądy jakie chce, przecież jest wolność słowa.

Dlatego, że te wszystkie bzdury wystawia w kontrze do aktywizmu LGBT, że jawi się jako “zdroworozsądkowy obrońca wartości”, czyli “hej, jestem gejem, ale bronię heteronormy, taki fajny ze mnie równiacha”.

To żadna odwaga być oportunistą, opowiadać w gazetach rzeczy utwierdzające uprzedzenia. To jest właśnie ten model “normalnego niewychylającego się geja”, którym straszą nas homofobi na forach internetowych, jako przeciwwagę do “zboczeńców na paradach”. Czyli w domu po kryjomu.

Gdyby nie “machający flagami”, to dziś Pan Piaseczny miałby teczkę w prokuraturze, albo żonę i dzieci, a po nocach szukałby męskiego przyrodzenia w klopie na Placu Trzech Krzyży. Jest Pan więc winny tym ludziom bezgraniczny szacunek za swoje życie, bo dla takich nadstawiali swojego karku i latami znosili upokorzenia, aby Pan mógł dziś cieszyć się wolnością. Bo jawne bycie sobą, mimo narażenia się na przemoc to jest odwaga, na jaką niewielu stać.