Syndrom Marty

Z góry przepraszam, że polecę chrześcijańskim motywem. Zawsze wkurzała mnie ta historia. O Marcie i Marii.

Skrótowo, dla tych, co nie na bieżąco: Marta usługuje, gotuje, sprząta, Maria siedzi i słucha nauczań. Na prośbę o pomoc nasza bohaterka dostaje beszty, że ważniejszy jest “pokarm duszy”. 

Mam ochotę powiedzieć za nią: “To się nim nażryjcie”.

Marty biegają za potrzebami innych. Towarzystwo się wygodnie rozsiada, magicznie zjawia się przed nim kawka/ herbatka/ wino/ zupka/ może obiadek/ może coś słodkiego? Świetnie się bawią, rozmawiają, tylko ta głupia Marta pilnuje czy każdy ma pełno w kieliszku, wymyka się do kuchni, żeby się nie przypaliło.

Marty matka tak miała, więc Marta w wieku nastoletnim bezlitośnie gardzi tymi zachowaniami. Bo przecież ważniejszy jest “pokarm duszy”, a nie czy “dołożyć komuś kotlecika”.

Marta ma potrzeby- są to potrzeby innych. Potrzeby ich komfortu. Nawet nie zorientuje się jak mijają lata, a powtarza za swoją matką mantry o tym, że jej jest dobrze, że proszę się nią nie kłopotać, że ona cicho posiedzi sobie i nie będzie zawadzać.

Marta śni o tym, że ktoś kiedyś wstanie i powie: “Marto, usiądź, czego się napijesz”, ale przecież dobrze wie, że nikt nie naprawi jej desperackiej potrzeby zasłużenia sobie na miłość.

Nie umie powiedzieć “nie”. Zresztą w wieloletnim funkcjonowaniu w ten sposób, nikt już Marty nie traktuje jako człowieka, któremu wyczerpują się bateryjki, bo Marta jest świetna w “braniu się w garść”, zaciskaniu zębów. Raz na jakiś czas wybuchnie na innych swoją frustracją. A na Martę można się złościć. Marty partnerzy, dzieci, przyjaciele dają sobie wolną rękę w festiwalu niechęci, którą nasza bohaterka łyka garściami. W końcu Marty rzadko trzaskają drzwiami i mówią “dosyć”.

734e4441776951-57b401099b216

Marcie można wszystko powiedzieć. O, w tej kwestii można naprawdę na nią liczyć. Zawsze sprawi, że komuś poprawi się samopoczucie. Np. przez porównanie się z nią. Można napomknąć, że Marta ma brzydkie kafelki w łazience, albo, że powinna wreszcie wyrzucić ten sweter. 

Marta, pomimo zapieprzania i zaangażowania, jak każdy kołcz przykazał, wszystko robi źle. Ma syndrom pt. “w którą stronę się nie obrócisz, zawsze z tyłu dupa”. Oczywiście wszelkie sygnały, że Marta nie wyrabia, albo nie potrafi, to jest bulszit, bo nikt nie pamięta że Marta jest człowiekiem. Marta to wielofunkcyjny robot do zadowalania i bycia cicho. Kiedy Marta prosi o pomoc, to jak w naszej przypowieści, nikt nie chce się zajmować jej banalnymi sprawami.

Przyjeżdża Marta do swojej matki i znowu jej nienawidzi. “Mamo usiądź i porozmawiaj ze mną”. Ale przecież wie, że są z tej samej gliny, że te głupie, nic nieznaczące czynności pomagają jej “zasłużyć” na miłość.

Bo Marty ani jej matki nikt nie kocha. Są o tym szczerze przekonane. Kiedy strzelisz do Marty z pistoletu, ona sama skieruje w swoją stronę armatę.

Marta ma fantazje, że wsiądzie do pociągu byle jakiego, wyrzuci komórkę, dowód, że pójdzie przed siebie gdzieś w las i będzie tam żyła między wilkami w szałasie. Kiedy jeden z nich zapuka do drzwi, zapyta “czy mogę poczęstować kawą, czy woli pan herbatę?”.

Kobiecość

Długo nie czułam się kobietą. Śpieszę wyjaśnić, że to nie to, że czułam się mężczyzną- czułam się dziewczyną.

Przez sporą część mojego dorosłego życia myślałam sobie, że kobieta to ktoś, kto ma odpowiednie atrybuty kobiecości. Miseczkę D, obcasy, dzieci i męża, postarzający makijaż, ułożone włosy, chodzi z elegancką torebką, roztacza wokół siebie matczyno- opiekuńczą atmosferę, chodzi (wyrywa się) na “babskie wieczorki” w otoczeniu innych kobiet, kiedy piją “kobiece drinki” i plotkują o swoich mężach.

Nie wyobrażałam sobie, że to ja, bo przekaz od komedii romantycznych po magazyny kobiece jest taki, że kobieta to zestaw jakichś konkretnych cech.

Miałam niedużo po dwudziestce, skończyłam studia, zaczynałam pracę, kiedy znalazłam się w obcym świecie. Nowe koleżanki z nowego miasta wychodziły za mąż, urządzały wieczorki panieńskie, zapraszały na parapetówki, gdzie panowie w salonie oglądali możliwości nowego telewizora/ głośnika/ “chujwieczego męskiego”. Panie w kuchni z lampką wina chichrały o jakichś ploteczkach. Były kobiety, byli mężczyźni i byłam ja.

Z łazienki dzwoniąca do swojej dziewczyny z komunikatem S.O.S., HELP, RATUNKU.

Na odtrutkę chodziłam na “branżowe imprezy”. Spotykałam tam wygłodniałe, wygolone istoty niemieszczące się w moim ówczesnym pojmowaniu świata, głośne anarchofeministki, których się bałam, androginiczny świat, od którego odstawałam całą swoją osobą.

Nie miałam nigdzie miejsca, byłam nikim, bezdomna duchowo dziewczyna.

Na jakiś czas wchodziłam między jedno stado wron, żeby pokrakać jak one, za chwilę zmieniałam front i próbowałam dopasować się w kolejne. 

61

Myślę, że przez długi czas borykałam się z tą kobiecością, bo brakuje nam tzw. “role models”, z których możemy czerpać. Mamy patrzeć na eleganckie piękne panie, zawsze dążące do “ładności”, możemy też się zbuntować i pokazać społecznym normom figę z makiem, ale nie każdy lubi czuć na sobie spojrzenia i wystawiać się na komentarze. 

Dopiero z czasem zaczęłam przebywać w towarzystwie kobiet, które były takie, jakie chciały. Heteroseksualnych nie przejmujących się konwencją, nie odgrywających kobiecego teatrzyka pt: “och my kobiety musimy udawać takie bezradne, żeby mój misio poczuł się ważny, choć tak naprawdę to wszystkim zarządzamy”. Poznałam samodzielne fajne laski, które chciały fajnego seksu bez udawania gwiazdy porno, będące sobą z własnymi wadami i zaletami, lubiące swoją pracę i takie, które mają zainteresowania. Poznałam homoseksualne kobiety, które były osobą o innej orientacji, a nie kimś u kogo orientacja kieruje życiem (po angielsku jest taki fajny zwrot “person who happens to be gay”). 

To był moment, w którym nauczyłam się myśleć o sobie “kobieta”, bez tych wszystkich atrybutów z checklisty wyobrażeń serialowych. 

Ostatnio przeczytałam na fejsbuku artykuł o autorce logo Strajku Kobiet. Dziewczyna wykonała coś, co stało się symbolem ogólnoświatowym. Pierwsze komentarze pod linkiem w Wysokich Obcasach dotyczyły jej wyglądu. Od innych “kobiecych” kobiet. “Jak może się tak oszpecać”. 

Naprawdę, w artykule o kobiecej pracy najważniejsze jest jak kobieta wygląda. Sroczki zadziobią tą, która im nie pasuje. Bo stylówka za mało “femme”. 

Kobietą jest każda, która się nią czuje. Anna Grodzka, Angelina Jolie, Ellen Degeneres, Bridget Jones. 

A ta, która jej tego odmawia, to zwykła idiotka i w sumie smutna osoba, dla której o czyjejś wartości stanowi to, czy podpada pod ogólnomęskie gusta.

O związkach

Temat, który w polskim internecie jest mało rozwinięty (bo po angielsku można nawet przeczytać specjalistyczne poradniki). 

Związki pomiędzy kobietami.

Za każdym razem przeżywam irytację, kiedy widzę, co nam pokazuje popkultura w tym temacie. Zazdroszczę gejom większego wyboru dzieł skierowanych do nich. Sytuację można podsumować: “o nas, bez nas, nie dla nas”.

Rozumiem, że może lesbijki, czy kobiety biseksualne to stosunkowo niewielka grupa odbiorców, ale mam trochę dosyć tej słabizny na ekranie (w książkach, poza romansami i erotyką, to w ogóle praktycznie temat nie ruszany).

Mamy albo jakieś wystylizowane sople lodu, a’la “Carol”, albo absolutnie aseksualne panie w średnim wieku- “Kids are all right” (oczywiście bohaterkę rozbudza mężczyzna). Albo nastolatki “próbujące sobie”, przeważnie bez żadnej chemii (niezliczone seriale). No i oczywiście wampy rzucające się na siebie, aby widz płci męskiej “popatrzył”.

Dobre filmy mogę policzyć na palcach jednej dłoni (“Służąca” dała radę, “Heavenly creatures”, “Fucking Amal”).

Ale odchodzę tu od tematu.

57

Zakładam, że w związkach LGBT jest podobnie jak w związkach hetero- w zależności od pochodzenia partnerów, od środowiska, od wykształcenia, od tego co ich łączy, romans czy stare kapcie, może być bardzo różnie.

Są też rzeczy specyficzne, wynikające z faktu, że mamy dwóch mężczyzn i dwie kobiety. 

Jestem w relacji ponad 10 lat.  Wzięłyśmy ślub w UK. Było wesele na Kaszubach, tort, fajerwerki, szampan i tańce do rana.

Były wzloty i upadki, ale zawsze wiedziałam, że to jest ten “dom”, moje miejsce, moja osoba.

Wiem, że jest wiele modeli wieloletnich związków, łatwo wpaść w pułapkę “siostrzeństwa”, gdzie kobiety z czasem zaczynają bardziej się przyjaźnić niż kochać.

Ja wyszłam z założenia, że partnerka nie jest moją koleżanką, i w tym chyba leży nasz sukces. 

Nie zwierzamy się sobie ze wszystkiego, mamy po części osobne paczki przyjaciół i inne zainteresowania. Nie zrastamy się.

Długo na to narzekałam, teraz traktuję to jako pole do podtrzymywania tzw. “chemii”.
Wydaje mi się, że przez to, że społeczeństwo traktuje dwie kobiety w związku jako coś niegroźnego, aseksualnego, część par przybiera właśnie taką pozę. Łatwiej wtedy o akceptację środowiska, nikt nie robi problemów, można bezboleśnie egzystować z sąsiadami i rodziną, trochę jakby udając dwie “ciotki- stare panny”, które razem sobie żyją.

tumblr_oh6u27l31f1vcdl4po1_1280

Myślę sobie, że wtedy można niechcący przenieść ten wizerunek z zewnątrz do środka, do domu, do codzienności.

Jest to w jakimś sensie stawianie się na pozycji kogoś “gorszego” w społeczeństwie, starych panien z kotem, odbieranie sobie prawa do bycia istotą seksualną, spełnioną w relacji fizycznej.

Powiem Wam, że to bardzo wyzwalające, kiedy moje przyjaciółki opowiadają o swoich facetach i ja w tej samej manierze wyrzucam zwierzenia o żonie. Kiedy one zachwycają się jakimś aktorem, ja wygłaszam podobne opinie o aktorce.

Wydaje mi się, że lesbijki często unikają takich tematów w heteroseksualnym środowisku, trochę się “kastrują” na własne życzenie, bo kobieta mówiąca o seksie jest wyzwaniem, a kobieta, która jest “psem na baby”, to w ogóle skandal, babochłop i wynaturzenie. Kiedy jednak przełamie się te bariery, potem wszystko wychodzi naturalnie, bo mamy takie samo prawo do ekspresji jak każdy.

I pamiętajcie, droga do sukcesu w związku, to zawsze mieć ostatnie zdanie: “przepraszam kochanie, miałaś rację”.

1 dzień

Tylko tutaj, szok i niedowierzanie, niepowtarzalne materiały, exclusive, włączcie parental protection, mokry sen Krystyny Pawłowicz, Wasze życie nie będzie już takie samo, seks, rozpusta, podejrzane substancje.

Dzień z życia jałowego związku. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

 

7:00. Niezidentyfikowane narkotyki.

03

7:20. Szatańskie ćwiczenia jogi.

04

8:00. W tym internecie to pewnie same bezeceństwa.

05

8:30. Twórczość promująca homoseksualizm.

06

10:30. Dziki seks na pobudkę.

07

11:00- 18:00. Dzień poświęcony na dywersję państwa polskiego pod przykrywką pracy biurowej

11

19:00. Kolacja z wrogich niemieckich produktów z niemieckiej sieci dyskontów.

13

20:00. Indoktrynacja.

12

22:30. Wyjątkowo dziś bez trójkątów, czworokątów i wykorzystywania dzieci/ kotów/ nieboszczyków.

14