O winie

Niestety nie o napoju bogów, nie o wytrawnym, nie o niedajboże słodkim czy półsłodkim, nie o tym czy pić w kieliszkach, czy w lampkach, nie o primitivo barwiącym zęby na fiolet, po którym strach sięgnąć po szczoteczkę, nie o kwaśnym i brońcie mnie- nie o truskawkowym.

O winach w głowach będzie, jak uderzają, komu uderzają i po co, a kto ich nie ma. Chaotycznie i bez sensu, bo nie jestem psychologiem, a tak po prostu siedzę i myślę niczym Beata Kozidrak, coś mi się przydarza, to próbuję zrozumieć i różne rzeczy z tego wychodzą. 
Nigdy nie wiem czy mam rację. Często coś tam mi się wydaje, mam jakieś poglądy, które łatwo obalić rozsądnym argumentem i potem tylko wiem, że nic nie wiem.

Zdarza się, że nawalę, że coś zrobię źle, muszę się uderzyć w pierś, w policzek, posypać głowę popiołem i przywiązać do pala, niech kamienują. Mam ten okropny stan, kiedy zrypię sprawy, że kwitnie w mózgownicy “to wszystko moja wina, jestem beznadziejna, już nigdy więcej czegoś tam nie zrobię, nie będę próbować, poddaję się”, i tak oto wina przeradza się w poczucie krzywdy- proszę mnie żałować, gdyż jestem nieudacznikiem niezamierzonym.

Ale- zdarza mi się też zareagować jak dorosły człowiek, przeprosić i wyciągnąć wnioski na przyszłość, zastanowić nad sobą bez taplania się w bagienku miłych ciepłych samokrytycznych myśli.

Najbardziej jednak mnie wkurza, kiedy spotkam coś, co się nazywa “nonapologizing”. Zjawisko wykrzywionej asertywności, dawniej zwane przez nauczycieli w podstawówce: “wszyscy winni, tylko nie ona”.

Kiedy ktoś zamiast powiedzieć: przepraszam, nawaliłem, bezczelnie i prosto w twarz mówi “przykro mi, ale..”, “co mogłam zrobić..” oraz najgorsze: “przykro mi, że tak się czujesz”.

Niby przykro, niby przepraszam, ale umywam ręce, no sorry co ty chcesz, nie moja sprawa a najlepiej to nie przesadzaj, tylko zastanów się nad swoją reakcją.

77

Wzburzyło się to we mnie po reakcji na kradzież moich obrazów, natomiast jest to mechanizm znany i lubiany, szczególnie upowszechniany przez treningi biznesowe, NLPy i inne takie sztuczne gadki na liniach telemarketingowych. 

Nawala firma- wkurwiłeś się, piszesz reklamację i dostajesz w nagrodę nie normalne ludzkie “przepraszam”, rekompensatę i pocztówkę z kokardą i czekoladką. Serwuje ci się “przykro nam, że doszło do tej sytuacji, zapewniamy, że nasza firma dba o dobro swojego klienta”. 

Czujesz się wtedy jak chory na umyśle histeryk pieniacz z “problemami pierwszego świata”, bo zepsuł się telefon i co się przejmujesz tak telefonem, ludzie cierpią na świecie głód, a pani po drugiej stronie kabla, przecież nic z tym telefonem nie ma wspólnego. Możesz pojechać do fabryki w Chinach zachodnich, niedaleko pustyni Gobi, odnaleźć ośmioletnie dziecko składające produkt za dolara miesięcznie i do niego skierować swoją tłustą zachodnią pretensję.

Czasem tęsknię za starym dobrym poczuciem odpowiedzialności, obowiązku, tym nieasertywnym, gdzie mówi się “przepraszam, zachowałem się jak chuj, co mogę zrobić aby ci to wynagrodzić”. Kiedy na chwilę tak naprawdę opuszczamy przyłbicę i przyjmujemy, że nie jesteśmy idealni, że potrafimy w dorosły sposób zaakceptować konsekwencje swojego zachowania.

Boimy się zakłócić swoją równowagę, wybić z rytmu, zobaczyć rysę na własnym charakterze, zasłaniamy się gadkami kradzionymi z biura obsługi klienta i rozkładamy bezradnie ręce. Po drugiej stronie stoi frustracja, bo bardzo trudno o przebaczenie, o oczyszczenie bez skruchy.