Po śniegu

Wszystko zaczęło się od tego, że nie zdążyłam zmienić opon na zimowe.
Szósta rano, ciemność wpychała mnie z powrotem pod kołdrę, w głowie szumiał kodeinowy kac po tabletkach na kaszel. Za oknem spadło białe. Płatek po płatku lądowało na planecie Ziemia, zacierając ślady życia. 
Z moim stanem oskrzeli komunikacja miejska wydawała się biletem ekspresowym do krainy powikłań, destynejszyn angina, koklusz i gruźlica.

Korzystając z niewiarygodnych technologii szpiegowskich GPS zamówiłam więc Ubera.
– O, Suzuki Ignis- zagaiłam- Ale się stęskniłam, kiedyś takim jeździłam, fajne autko.
Tu nastąpiła dłuższa i mało istotna, acz sympatyczna rozmowa o japońskich samochodach, kosztach naprawy i hurtowniach z tanimi częściami.
– Ja tam lubię śnieg, jak porządnie napada- zmienia temat mój drajwer, na oko lat 21, miła twarz, uśmiechnięte oczy.
– Ja też, mogłabym mieszkać w Skandynawii i nic a nic mi to nie przeszkadza.
– Też bym mógł, ale teraz to chyba bym nie chciał.
– A dlaczego?
– Wie pani, z tymi ciapatymi..
Nastąpiło porozumiewawcze spojrzeniu w lusterku, sugerujące, że nadajemy na tej samej fali, że on wie, że ja wiem, tymczasem ja nie wiem. W tym geście zawarta była myśl o wspólnej platformie, o jedności, o nici porozumienia.
– Pieprzenie, prędzej dadzą mi w twarz na Pradze niż tam, pojechałby pan samemu się przekonać.

Dalsza droga upłynęła w niezręcznym klimacie, napięciu i ostrożnym doborze słów, aby się wzajemnie nie pozagryzać w tym Suzuki. “Krwawa jatka w uberze sprowokowana przez muzułmańskich imigrantów”- tak by brzmiały nagłówki.

129

W drogę powrotną zabrała mnie taksówka.

Wturlałyśmy się z koleżanką do auta zasapane, zmarznięte, z przemoczonymi butami i rzęsami przyklejonymi do szkieł okularów.
– Wie pan, trochę się nabiegałyśmy, bo pomyliłyśmy taksówki.
– O, to nieźle się dzień zaczyna.
– Nieźle to się już wcześniej zaczął, bo nie zmieniłam opon, a tu napadało.
– To dobrze, że pani myśląca i nie wyjechała, ile już dzwonów na mieście. Wie pani, ludzie nie wierzą w takie rzeczy i jeżdżą na letnich. Że spisek firm produkujących opony. Teraz same spiski. Antyszczepionkowcy, ludzie głupieją, szukają wrogów, ziemia płaska, geje im przeszkadzają, cyrk za darmo.

Uśmiechnęłam się pod nosem, dalsza rozmowa to ciąg polecania sobie “chińczyków” i pizzerii, opowieści o mieszkaniach, cienkich ścianach, włoskich wakacjach.

Po południu, pracując przed komputerem w słuchawkach miałam audycję radiową, której tematem były “przekonania”.
To, jak bierzemy swój punkt widzenia za ogólnoobowiązującą normę, za coś uniwersalnego. Kiedy nie dopuszczamy możliwości, że ten drugi człowiek może mieć zupełnie inny kod, że ma do niego prawo, nawet jeśli wywołuje to w nas dyskomfort.
Egocentryzm kulturowy pozwala nam widzieć własną słuszność, nasze postępowanie jako jedyne właściwe.

Zrodziła się we mnie wątpliwość, że jeśli wychodzimy z pozycji jedynej normy, to nie ma miejsca na rozwój, kiedy przekonania nie pozwalają nam na nawiązanie relacji z innymi, są strategią nieskuteczną w postępowaniu w społeczeństwie, bo de facto nie dostajemy wtedy tego, czego chcemy, przeciwna strona się po prostu zamyka.
W żadnej z tych rozmów nikt nie zapytał “A co pani sądzi o (niech będzie) ‘ciapatych’?”, “co pani sądzi o antyszczepionkowcach?”. Mógłby wtedy powstać jakikolwiek dialog, nawet przepychanka na argumenty, ale z miejscem na inne zdanie. Gdy się rozstajemy, każde obstając nadal przy swoim, to przynajmniej nie w poczuciu, że między nami jest betonowy mur nie do przeskoczenia.