Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.

Granica

Podobno prawdziwa asertywność, to nie tylko mówienie “nie” i stawianie granic. Podobno szczerze asertywny człowiek potrafi zachować równowagę pomiędzy swoimi potrzebami, a potrzebami innych. I nawet, kiedy się “poświęca”, to robi to świadomie, dobrowolnie i doskonale wie dlaczego, przez co nie czuje się nadużyty.

Podobno, bo ja, jak wiele osób miałam i mam ogromny problem z tak zwaną asertywnością. 

Jest to w jakimś sensie choroba cywilizacyjna naszego kręgu kulturowego. W języku angielskim powiemy do kogoś “take out the trash, please”, albo “could you take out the trash?”. W języku polskim najczęściej usłyszymy “trzeba wynieść śmieci” (jak często jesteście świadkami pytania, z dodanym “proszę” na końcu?).

To samo będzie w pracy, w związku, bardzo często jesteśmy zaplątani w sytuacje pasywno- agresywne, gdzie tak naprawdę nie ma opcji odmowy, jest założenie, iż się domyślimy i wykonamy żądaną czynność. 

W jakiś sposób przedstawia nam to stan ducha społeczeństwa, na każdym zakręcie czai się niewypowiedziana pułapka oczekiwań, rodziny są dysfunkcyjne w skali masowej, kiedy od dziecka uczymy się aby wybiegać naprzód życzeniom rodziców, nie mamy opcji odmowy, nie ma opcji uzasadnienia, tak naprawdę nie ma nawet zwykłego “proszę”, w pracy, kiedy klient/ szef złości się na nas, że sami nie domyśliliśmy się czego by od nas chciał.

No i żyjemy sobie jak tacy “telepaci”, raz się uda, a raz nie, groźbą są wymówki, fochy, obrażanie się, kłótnie. 

Muszę przyznać, że co jak co, ale z asertywnością zawsze miałam ogromny problem (jak wiele, WIELE osób w moim otoczeniu).

Bunt dwu- trzylatka polega na tym, że odkrywa słowo “nie”. I jak je sobie przyswoi, to korzysta ile może. Wypróbowuje granice rodziców i otoczenia, na ile może sobie pozwolić, ale przede wszystkim szuka własnych ram- co lubi, czego nie, określa tożsamość na zaprzeczeniu.

Kiedy odkrywasz słowo “asertywność”, stajesz się takim trzylatkiem, “nie” smakuje jak ambrozja, “mogę ale nie muszę”; w środowisku, gdzie dotąd grałaś wspólnie w jedną grę taka postawa nagle budzi niezrozumienie, złość, wrogość, “do tej pory robiła wszystko bez piśnięcia, a teraz mówi, że nie chce”. Problem w tym, że dopiero, kiedy otoczenie nauczy się, że odmowa jest w ogóle opcją, wtedy można zagrać “tak”.

7a74c340443945-577f69b996e90

Przeczytałam ostatnio artykuł o 10 rzeczach które kradną człowiekowi energię. Na pierwszym miejscu było otaczanie się ludźmi, którzy potrzebują cię tylko do tego aby się poskarżyć, wylać swoje żale, poobmawiać innych. Długo byłam takim koszem na śmieci na cudze emocje. Bo nie wypadało komuś odmówić wsparcia, jak jest w ciężkiej sytuacji. Skończyło się dla mnie tym, że byłam wiecznie rozdrażniona, przytłoczona sprawami innych, jednocześnie nie zostawało zbyt dużo miejsca na moje problemy. Oczywistością był fakt, że można do mnie zadzwonić i dwie godziny stękać o swoim partnerze/ rodzinie/ koleżankach. Aż w końcu przelało się cudze bagno.

Koniec, the end, więcej się nie zmieści. Wieczne uwikłanie w problemy, które mnie nie dotyczyły wykraczało znacznie poza pomoc przyjacielską, nie chodziło o to, że inni potrzebowali czegoś konkretnego, po prostu wyczyszczali się jak na spowiedzi i szli sobie zadowoleni dalej. A do mnie przyklejała się coraz grubsza warstwa lepkiej mazi ich życiowego syfu.

Przejmowałam się rodziną i bliskimi, ratowałam na siłę tych, którzy tego ratunku nie chcieli, żądali tylko uwagi, snopka światła na scenie ich życia. Nawet nie żądali- to było oczywiste, że takich rzeczy będąc osobą bliską się nie odmawia.

Miałam kilka sygnałów alarmowych, gdy powinnam wiedzieć, że halo- coś tu nie gra, kiedy ja potrzebowałam pomocy, nagle ze względu na dramy wokół nie mogłam o nią prosić. Odpowiedzialność za innych i ich nieszczęścia zaczęła przerastać odpowiedzialność za samą siebie.

Pierwsze oznaki buntu były dramatyczne. Pierwsze “nie” smakowało jak ambrozja. Pierwsze fochy, pierwsze plotki, zaznałam kilku trzaśnięć drzwiami, kłótni i obraz. Byłam już tak przekonana do tego, że “ain’t nobody’s bitch” to moje nowe motto wytatuowane na czole, uwzględniałam nawet iż zostanę sama bez przyjaciół i rodziny. Wstrzymanie kilku kontaktów przyniosło profity zdrowotne, poważnie- mniej choruję, lepiej się czuję, wyglądam ładniej. Zawsze drażniły mnie teksty w stylu “pokochaj siebie”, bo ich nie rozumiałam, teraz wiem, że pierwszym krokiem jest “szanuj się, dziewczyno”.

Może kiedyś będę na tyle mocna, że znowu dam radę dawać, z tym, że na moich warunkach i w moich granicach.