Karma

“Karma is a bitch”, głosi sławne powiedzenie. Zawiera się w nim nutka potrzeby zemsty, odegrania się za krzywdy.

Ostatnio był modny temat “imprezy informatyków”. Cały internet się z nich wyśmiewał, tymczasem chłopaki po latach wysyłają rakiety w kosmos. “I co hejterzy, jak tam wasze życia na kasach w Biedronkach, na budowach w Manchesterze, na kolanach na szmacie”.

Z tym, że niekoniecznie.

Karma nie istnieje w takiej formie, w jakiej chcielibyśmy ją widzieć. Nie ma takiego narzędzia zemsty, że jak ktoś nam otruje psa, to kosmos ześle na niego raka. Hejterzy chłopaków z memów mogą mieć całkiem przyjemne życia, mogą prowadzić firmy i być z siebie głupio zadowolonymi osobami.

Wiecie, że w ankietach większość respondentów uważa się za dobrych kierowców? Podobnie jest z poczuciem, że jest się “porządnym człowiekiem”. Założę się, że nawet “czyściciel kamienic” nie uważa, że robi coś złego. Usprawiedliwienie dla naszego zachowania zawsze się znajdzie. 

Jest w tym pewna “wsobność”, np “chronię własną rodzinę”, to nic, że kosztem innych.
Zarówno w małej skali, jak odbieranie świadczeń, które nam się nie należą (przez co służba zdrowia, opieka społeczna itd wyglądają jak wyglądają), po skalę poza naszym zwykło-śmiertelniczym zasięgiem, obsadzanie synkami i córeczkami wysokich stanowisk.

92203140916575-5791d6502c950

Za tym wszystkim stoi centralne “JA”. O ile nie jest się mnichem buddyjskim wytrenowanym latami we współodczuwaniu, “JA” będzie dominowało, jako instynkt przetrwaniowy. “JA” zje mięso bo lubi, mimo, że istoty czujące cierpią, “JA” zagłosuje na PiS, bo da mu 500 zł co miesiąc, napali śmieciami w kominku, wepchnie się w kolejkę do lekarza, bo jest “bardziej potrzebujące, bardziej się śpieszy”.

Oprócz tych momentów, o których wiem, że postąpiłam samolubnie, albo kogoś uraziłam z własnej głupoty, na pewno zadałam ludziom wiele ran nieświadomie. Z czegoś się naśmiewałam, kłapałam dziobem swoimi “opiniami” bez sensu, postawiłam siebie na pierwszym miejscu.

Z moich obserwacji wynika, że ludzie, którzy w jakiś sposób mnie zranili, też specjalnie nie ponoszą życiowych konsekwencji. Zrobili coś, palnęli, nie zawsze mieli dobrą intencję, czasem po prostu byli idiotami, i moje “JA” tak strasznie cierpiało, kiedy z drugiej strony beztroskie życie toczyło się dalej. Wszechświat nie płakał po moim zranionym “JA”.

Czasem będzie tak, że ktoś nas nie poprosi o wybaczenie, że nie będzie “trudnej rozmowy”, że nie pochyli głowy, nie posypie popiołem, nie przeprosi, nie będzie mu przykro. Często kosmos nam nie zadośćuczyni, zdarza się, że nawet bardziej dokopie, że różne rzeczy przychodzą nam trudno, w bólu, w cierpieniu.

I myślę, że równie często będziemy po tej stronie, gdzie ktoś czeka na naszą pokutę za coś, co powiedzieliśmy, za coś, co komuś odebraliśmy, nawet symbolicznie, za to, że nie udzieliliśmy pomocy, że nie wyciągnęliśmy ręki, że się naśmiewaliśmy, albo wbiliśmy szpilę.

I im szybciej nauczymy się odpuszczać i wybaczać, tym mniej będziemy w Karmie i “równowadze wszechświata” upatrywać rozwiązania wszystkich swoich bolączek.

Poradnia psychologiczna

Pamiętacie takie czasopismo “Dobre Rady”? I reklamę Bożeny Dykiel, gdzie przekonywała, że są “zawsze w cenie”?

Chyba połowa blogów i serwisów, które są skierowane do kobiet to dziś takie “poradnictwo” związkowe, lajfstajlowe, jak przyjąć gości, jak sprzątać, jak żyć.
Do tego dochodzą “opinie”. “Fajne wnętrze, ale dałabym tu kwiatek”, “zerwij z nim, źle cię traktuje”, “ubierz dziecko cieplej”.

Staram się Wam tu nie dawać żadnych rad. Ale pokuszę się o jedną, dotyczącą powyższego: rad udzielamy, kiedy ktoś o nie poprosi.

Wiem, że może to jest radykalna opinia. Bo jak to, zamknąć usta, kiedy tłoczy się milion rozwiązań na cudze życie, cudze szczęście stoi tuż za drzwiami, wystarczy, że je uchylimy i zaleje nas blask wiecznej radości, spełnienia.

Takie “opinie” często kojarzą mi się z zawołaniami pijaczków pod sklepem “co taka smutna, uśmiechnij się”. Wywołują jedynie myśli “co ty wiesz o moich problemach”. 

Jest kilka złotych tekstów, które można usłyszeć w ramach takiego doradztwa. 

“Weź kredyt”, jak nie masz kasy na remont. “Wyluzuj”, gdy starasz się trzeci rok o dziecko. “Nie obrażaj się, trochę dystansu”, kiedy ktoś cię zrani. “Rzuć go”, kiedy mąż wróci trzeci wieczór w stanie nietrzeźwym.

Są sytuacje, face to face, gdy ktoś Wam się zwierza, to może być to jakiś sygnał zaproszenia do opinii. Może, ale nie musi. Czasem przyjaciółka chce tylko się wygadać. Dużo łatwiej byłoby zapytać “jak mogę pomóc”, lub “czy oczekujesz ode mnie jakiejś rady”. Może wystarczy się wspólnie pooburzać, bo to też forma wsparcia.

139

Ale wpieprzając się w czyjeś życie z nieproszonymi butami ryzykujemy dwie rzeczy. Jedna jest mało spektakularna- ktoś się do nas zrazi. Druga, gorsza- ktoś nas posłucha. 

Moi rodzice na przykład zamiast uwierzyć swojej córce, która od 10 lat zajmuje się remontami, dali głos koledze, co “urządził dwa mieszkania”. Teraz otwarcie mi mówią, że żałują, że go posłuchali. Jakieś 30 m2 brzydkich płytek później. I po użytkowaniu nieustawnej kuchni praktycznie bez miejsca na blat.

Dawanie “dobrych rad”, gdy nie jesteśmy w jakiejś dziedzinie kompetentni, znamy tylko kawałek historii, bez kontekstu to duże ryzyko. Ktoś się przez nas rozwiedzie po miesięcznym kryzysie, albo zostanie w związku bez przyszłości. 

Do tego dochodzą opinie, bezpośrednio dotyczące czyjegoś wyglądu, zachowania itd. 

Czasem sobie myślę, że tak, właśnie po to przechodziłam ileś lat terapii, żeby zostać oświecona przez najróżniejsze koleżanki, jaka jestem i jakie błędy osobowościowe tkwią we mnie. Różne analizy i próby uporządkowania, dlaczego coś robię tak a nie inaczej. 

Kiedy słyszę “nie złość się”, gdy jestem smutna. Te wszystkie pierdoły o “cieszeniu się chwilą i nieodpuszczaniu”, gdy akurat mam jakieś poważne problemy. Jak jestem wkurzona, to znaczy że coś mnie wkurzyło, nie potrzebuję do tego analizy dzieciństwa i amatorskiej terapii made in czasopisma kobiece.

Są osoby, którym ufam, albo uważam za kompetentne, wierzę, że dadzą mi dobry feedback i wtedy do nich przychodzę po pomoc.

Chcesz pomóc- zapytaj jak. To jedyna rada, jaką ode mnie usłyszycie. Bądźcie jacy chcecie i nie dajcie się pouczać “ekspertom od cudzego losu”, którym własne złote myśli już tak nie wychodzą w praktyce.