Szmaty

Był sobie piątek. Nie byle jaki- czarny, zwany finezyjnie “black frajdejem”. Oznaczało to, że fejsbuk atakował mnie “ogłoszeniami sponsorowanymi”, wszelkie polubione strony miały “wyjątkowe promocje”, a blogi doradzały na prawo i na lewo czego nakupować, na co nawydawać, żeby było “mądrze”, z “sensem”, w co “zainwestować” (umówmy się “inwestowanie to jest na giełdzie, w nieruchomości, albo w sztukę, definicją inwestycji jest wzrost wartości naszego zakupu, “inwestycja” w paletkę cieni zwróci się nam tylko w wypadku bycia profesjonalną charakteryzatorką lub makijażystką). 

W tym całym hałasie i chaosie mało kto kontemplował sens owego wydarzenia, jeśli już, to dostawał łatkę hejtera, buntownika, antysystemowca.

Lubię ubrania. Nie dla mnie jest minimalizm pod tytułem “kup jeden super płaszcz za tysiąc złotych, będzie do wszystkiego”. Ja muszę mieć do wyboru 4 płaszcze. I puchówkę. I parkę. I kurtkę “do lasu”. I  skórzaną. Dżinsówkę. Trencz. Tak działa mój mózg, że lubię się odpieprzyć, spojrzeć w lustro z zadowoleniem, poprzymierzać.

Nie odnajduję się w filozofii “inwestowania” w “lepsze” ciuchy. Owszem, mogę się zawziąć i nazbierać 2 kafle na coś z Vitkaca czy Zalando, przy normalnych zarobkach z tzw. “pracy umysłowej” to nie są nieosiągalne kosmosy. Z tym, że wolę pojechać do Barcelony na trzy dni, albo przepierdolić to beztrosko w dwa łikendy na Nocnym Markecie.

Kiedyś byłam leniwą bułką, dostawałam regularną pensję na etacie i dobrze było do biura ubrać się dobrze. No to hyc, najprostsze rozwiąznia- do centrum handlowego, haemy, zary i klokhousy. To było 10 lat temu. Wiecie ile ubrań mi zostało z tamtych czasów? Zero. Wielkie, okrągłe, tłuste nic.
Wiecie, co moja mama ma w szafie z ubrań ze swojej młodości? Tonę ciuchów. Na moich połowinkach w ogólniaku wystąpiłam w jej sukience sylwestrowej. Siostra zakosiła aksamitną małą czarną z lat 80tych. Skórzane sandałki z pierwszej pracy rodzicielka nosi do dziś.

Na początku reklamowałam te obdarte, sprane, powykręcane badziewiaki. Potem kilka razy zdarzyło mi się kupić ciuch “polskiej niszowej marki”, ale umówmy się- aby tak się ubierać, trzeba mieć w sobie tego ducha minimalizmu, że właśnie “jeden porządny sweter”. Ja tak nie umiem, chcę mieć czerwony, szary, w ciapki, zielony, z golfem i w serek.

I tu nastąpi oda do szmateksów.

Są ludzie, którzy twierdzą, że “nic tam nie da się znaleźć”, że oni nie lubią grzebać. 
Kupowanie na szmateksach to jest polowanie, wymaga otwartego umysłu i wzroku sokoła, który dostrzegł myszkę w trawie z wysokości 30m. Ale też widzę, że z biegiem lat “odzież używana” staje się coraz mniej używana. Często lądują tam końcówki kolekcji ze sklepów, i to takich marek, że głowa mała.

Ja mam kilka strategii, gdyby ktoś chciał się tanio ubrać i skorzystać z mojego wieloletniego doświadczenia, to zapraszam na porady.

90

Po pierwsze- nie nastawiaj się na nic konkretnego, korzystaj z okazji. Wizyta w ciucholandzie to przygoda. Bardziej niż jako zakupy, traktuję to jak polowanie. Gdzieś tam, z tyłu głowy mam listę rzeczy, które bym chciała, ale ta lista rozkłada się w czasie. Budowanie garderoby z taniej odzieży to proces. Jeśli latem trafi Ci się płaszcz z merynosów, to go bierz. 

Po drugie- regularność. Ja po prostu wchodzę sobie po drodze po bułki, albo kiedy idę “przewietrzyć głowę”. Wpadam, przerzucam wieszaki i po 10 minutach wychodzę. Ostatnio tak właśnie upolowałam parkę Fjalraven i buty Ugg.

Po trzecie- bądź wybredna. Nie bierz z wieszaka sieciówkowych metek. Nie musisz kupić 10 rzeczy, bo są tanie, wystarczy jedna, ale taka, która rzeczywiście jest super. Ja patrzę na składy, jestem już tak rozpieszczona, że jak widzę, że sweter ma 20% wełny, to go odwieszam, zainteresuj się metkami, stawiaj na jakość- angora, kaszmir, jedwab.

Po czwarte- oszacuj czy się opłaca. Nie chodzi o to, żeby utonąć w morzu ciuchów, ale czy rzeczywiście to jest fajne, czy tego chcesz, ciucholand to trening asertywności. Czasem jakaś rzecz ma małą wadę i da się ją naprawić (np moje Uggi były trochę “złachane”, ale uprałam je, wypchałam ręcznikami, zakonserwowałam sprajem i odzyskały normalny kształt). Ale bywa, że plamy nie da się odprać, albo nie warto, bo pralnia chemiczna będzie droższa niż kupno nowej bluzeczki.
Trafił mi się kiedyś komplet Hugo Bossa- marynarka ze spódnicą, kosztował 30 zł, ale miał za długie rękawy. Jednak super jakość, nowy, z metką, opłacało mi się skrócić u krawca i zapłacić za pranie, łącznie wyszło 150 zł. Kupcie Hugo Bossa za 150 zł.

Po piąte- szukaj zadupia. Często łowię, kiedy jestem w małej miejscowości, czy na wakacjach, czy w pracy. Lokalni klienci nie zwracają uwagi na te same rzeczy, najczęściej do takich miejsc zaglądają starsze panie, albo matki szukające ubranek dziecięcych. Otwiera się ocean możliwości. W Bytomiu kupiłam Conversy, w Siedlcach Sisleya, w Białymstoku Lacosta, w Lidzbarku GAPa, w Grójcu Ralpha Laurena.
Ta sama zasada dotyczy wielkiego miasta- chodź na lumpeksy poza głównymi ulicami, jesteś na osiedlu u koleżanki, wejdź do takiego sklepu między blokami, ceny będą niższe, towar mniej przebrany.

Po szóste- dowiedz się jakie są dni dostawy. Jak mam trochę kasy, to idę w dzień wymiany towaru. Jest drożej, ale są super rzeczy. Warto znać dzień wyprzedaży, często tuż przed zmianą jest promocja w stylu “wszystko za złotówkę”. Warto wskoczyć na 10 minut i poprzewracać, mam z takiego eventu niemiecką kurtkę z kaczym puchem w środku (a ponieważ mam pralko- suszarkę, mogłam ją wyprać w domu).

Po siódme- grzeb w butach i torebkach. Klientki często tam nie zaglądają, można wyłowić skarby. Buty można umyć, wymienić wkładkę, skórzaną torebkę traktuję pastą do butów i jest jak nowa. Kupuję tylko ze skóry naturalnej, bo to jest moim zdaniem bardziej ekologiczne, taka rzecz będzie mi służyła do końca życia, skajowe wywala się po dwóch sezonach, nie da się ich naprawić, przepolerować. Mam świetne zamszowe kozaki i właśnie stuknął im 11 rok życia ze mną, dwa razy wymieniałam fleki.

Po ósme- noś ze sobą smartfon. Często na lumpach są rzeczy nieznanych u nas marek- niemieckich, brytyjskich, skandynawskich. Jak widzę, że coś porządnie wygląda, to guglam. Potem okazuje się, że to norweska firma produkująca profesjonalny outdoor po kilka kafli kurtka.

Także zachęcam do kupowania w odzieży używanej. Black Friday trwa tam cały rok, jest ekologiczniej, można znaleźć perły i nie wyczyścić portfela do cna. Jeśli dodatkowo ktoś lubi nietypowe i dziwne rzeczy (ostatnio kupiłam siostrzenicy kostium jednorożca), to tam znajduje się kopalnia wszelkich skarbów.