Na terapii

Nigdy za bardzo nie działały na mnie poradniki. Raczej wywoływały frustrację niemożnością wprowadzenia ich w życie.

To chyba przewaga doświadczania nad wiedzą.

Depresję miałam tylko raz, i to w odpowiedzi na mocne wydarzenia, z którymi inaczej nie potrafiłam sobie poradzić. 
Mimo pesymizmu, który prowadzi mnie przez życie, nie jestem osobą depresyjną. Nawet jak jest źle- wstaję z łóżka, robię różne rzeczy, radzę sobie z codziennością. Kiedy pojawiają się gorsze momenty, raczej unikam myślenia o nich. Taki mechanizm, może nie jest zbyt dobry, bo nie rozwiązuje niczego, za to pozwala mi spać spokojnie. W lżejszych wypadkach wygląda to tak, że kiedy wisi nade mną pająk, to ja go omijam wzrokiem aż sam odejdzie. Nie wchodzimy sobie w drogę.
Kiedy mam sytuację konfliktowo- kryzysową z innym człowiekiem, po prostu go unikam aż się rozejdzie po kościach.

Miałam jednak sporo problemów, które ciągnęły się od czasów dzieciństwa, marnując mi (podobno) najpiękniejsze chwile młodości, nie pozwalając cieszyć się życiem, gdy wchodziłam w dorosłość. 
Nie układałam sobie przez to trwałych, zdrowych relacji z ludźmi, najeżona kolcami odpychałam każdego, kto mógł być blisko. Sama sobie do lustra nie potrafiłam powiedzieć ani jednej miłej rzeczy. W zasadzie egzystowałam nie wiadomo po co, bo z tego wszystkiego nie miałam zbyt wiele przyjemności.

W Polsce powszechny jest wstyd mówienia o terapii. Oczywiście, co chwila zdarza się wysyp opowieści o depresjach sławnych osób, pisarzy, muzyków, blogerów, dziennikarzy, ale są to historie oderwane od szarej rzeczywistości, gdzie człowiek zastanawia się co do garnka wrzucić i czy go nie wypieprzą z pracy w następnym miesiącu, więc dla wielu to czysta egzotyka.
Oprócz poważniejszych problemów psychicznych, depresja jest czymś, co “usprawiedliwia” pójście po pomoc.

Ja poszłam, bo potrzebowałam się naprawić. Bo źle mi było z sobą. Z tym, jak sobie radzę i nie radzę z różnymi rzeczami, bo sama siebie wkurzałam. Bo nie potrafiłam przełożyć mądrości poradnikowych na własne zachowanie. Bo bałam się, że zacznę tracić ludzi, na których mi zależało, na własną prośbę.

Wydaje mi się, że szczególnie w Polsce, wiele elementów terapeutycznych po prostu przydałoby się uczyć w szkołach. Kiedy już przekopiesz tę tonę gówna spod dywanu własnego umysłu, zaczynasz widzieć, co się dzieje dookoła. W jakie gry próbują z tobą pogrywać ludzie bliscy i obcy, jak wymuszają różne rzeczy, wywołują poczucie winy lub obowiązku, jak nie szanują granic.

Kiedy po raz pierwszy udało mi się bardzo trudną i konfliktową sprawę w pracy załatwić w asertywny sposób, gdzie nie czułam się w końcu wykorzystana ani zgnojona- kupiłam sobie drogie wino i wypiłam je wieczorem w łóżku przy świecach. Byłam z siebie dumna, że się obroniłam, jednocześnie nie rzucając nożami na oślep, nie odpłacając głupimi pyskówkami i agresją.

151

Na co dzień jesteśmy nauczeni czuć się winnymi (zjedz zupkę, mamusia tak się starała). Albo się poddajemy tym szantażom, i nieszczęśliwi zapełniamy cudze dziury w sercach, albo atakujemy w samoobronie każdego, kto się nawinie z jakimiś oczekiwaniami. 

Po terapii zaczynasz to widzieć. Zaczynasz się szanować. Bronić siebie, nie dawać skakać po sobie każdemu, kto ma na to ochotę. Ale uczysz się też dawać, bo wiesz, że ofiarujesz tyle ile chcesz, że nikt ci nie wyrwie siłą więcej niż masz.

Dla mnie terapia zawsze miała tę przewagę nad kołczingiem czy podręcznikami, że daje ci czas na zrozumienie, czas na trening i pracę, na dochodzenie do wniosków samemu. Kiedy na przykład uczysz się rysować, to dużo dłużej zajmie ci ćwiczenie ręki z modela, poznawanie wszystkich zasad. Jasne że szybciej można coś przekalkować, efekt będzie spektakularny i natychmiastowy, tylko de facto nie działa, kiedy musisz improwizować w sytuacji bez podkładki.

Większość z nas, w tym pięknym kraju nie wychowała się w domach, gdzie rodzice byli odpowiedzialnymi dorosłymi, zapewniającymi nam poczucie bezwarunkowej miłości, akceptacji, bezpieczeństwa, którzy w dorosły sposób załatwiali swoje konflikty, byli czuli i dostępni. Takie były czasy, komunizm, transformacja, wielu przegrało, potomkowie pokolenia zranionego wojną. Mam wrażenie, że zdrowego podejścia do dzieci uczy się dopiero moje pokolenie trzydziestolatków, że dopiero część dzisiejszych dzieci będzie w stanie funkcjonować w świecie bez kompleksów, szanując siebie i innych, bez tej dziury nie do zasypania. I może one nie pójdą na terapię. 

Nam, starym dupom wychowanym często na pasku stosowanym jako środek na wszelką niesubordynację, polecam “kozetkę”. Dla samych siebie.

(nie) cierpliwość

To będzie taki trochę coming out. 

Kiedy byłam dzieckiem, lekarze ciągle mówili, że mam nadpobudliwość psycho- ruchową. No ale to były mroczne lata osiemdziesiąte i nikt nie słyszał o terapiach, psychologach, ważne było żeby dostać meblościankę albo miejsce w sanatorium. Jeśli chodzi o potrzeby duszy, to obowiązywała postawa pt. “chyba w dupie ci się poprzewracało”.

Także myślałam sobie całe życie, że coś ze mną jest nie tak. Że się tak potwornie męczę na lekcjach (co doprowadziło od sporadycznych nieobecności w podstawówce, do regularnych wagarów w liceum; kiedy inni uciekali ze szkoły, aby się napić piwa nad rzeczką, ja po prostu oglądałam tv, czytałam książkę, albo gotowałam w domu; jeśli nie mogłam akurat być u siebie, to po prostu spacerowałam po mieście).

Nie rozumiałam dlaczego z każdej imprezy wychodzę o 22:00, bo już mam dość. Dlaczego nie potrafię po prostu usiąść do tych lekcji i ich odrobić. Dlaczego odpływam myślami i nic nie pamiętam z rzeczy, które do mnie mówią. Że kiedy ogarnia mnie jakaś emocja, to jest ona niepowstrzymana i nie potrafię sobie racjonalizować rzeczy, które mnie spotykają. Dlaczego wciąż nawalam i zawodzę innych mimo, że nie ma przeszkód abym nie dotrzymała zobowiązań. Że nie potrafię wgłębiać się w przyjaźnie i z nikim nie wytrzymuję za długo i za często, że męczy mnie kiedy jestem z kimś dłużej niż godzina- dwie.

82
Jako nastolatka byłam tym wszystkim tak sfrustrowana, że zaczęłam uprawiać medytację zen. Wkurwiła mnie po kilku razach.
Jako osoba dorosła po każdym spędzie rodzinnym, kiedy siedzi się przy stole dłużej niż godzina- dwie, muszę iść spać, bo jestem tak wykończona. W początkach mojej pracy byłam przekonana, że jestem jakaś głupia, że zaczynam wszelkie projekty dobrze i porządnie, a kończę tak, że wstyd pokazać i się przyznać.
Przez te lata w kilku dziedzinach (zwłaszcza jeśli chodzi o organizację pracy), w mękach udało mi się opanować pewne rzeczy, jeśli gdzieś wyjeżdżam, pakuję się dobę przed i wygląda to mniej więcej tak, że chodzę pół dnia po całym domu i zbieram różne rzeczy na jedną kupę, bo na bank zapomnę.
Nauczyłam się mówić “najpierw pomyślę i wrócę z odpowiedzią”, bo wiem, że moje impulsywne działanie jest najczęściej skrajnie głupie. Potrafię rzucić wszystko i szorować piekarnik, bo akurat w tej sekundzie mnie wkurza, że jest przypalona kratka.
Jednocześnie jak coś robię to na sto procent, co owocuje przewrażliwieniem na krytykę, bo “dałam z siebie wszystko”.
Człowiek z ADHD się spala. To nie zawsze wygląda tak, że latasz jak wariat i śpiewasz na głos w tłumie. Często po prostu nie możesz utrzymać koncentracji, męczysz się, frustrujesz. Wszystko kosztuje dużo wysiłku, proste rzeczy jak odpowiedzenie na długiego maila.
Robię listy i odhaczam zadania, bo bym ugrzęzła.

Kończę ten wywód, bo mnie męczy 🙂