Ucieczki

To był wiek dzikości serca, siedem, albo osiem lat na karku.

Czasy, gdy nikt nie montował fotelików w samochodach, o pasach bezpieczeństwa na tylnym siedzeniu można było pomarzyć. 

Do szkoły chodziłam z sąsiadką, która była w tej samej klasie. Nikt nie kosił trawników, wiosna nieokiełznana ręką człowieka zagarniała ile mogła mleczami, stokrotkami, pokrzywą i kłującym ostem. Muchy latały wokół jarzeniowych lamp w malowanych farbą olejną klasach, dzieci zdzierały kolana ślizgając się po linoleum, które zastępowało poważne posadzki.

Po latach szkoła się dziwnie skurczyła i nawet (niegdyś wysypane żużlem, dziś zamienionym na piankę) boisko wydawało się tycie.

Za szkołą znajdowała się górka. Zimą wyślizgana jak tafla lustra przez które prześwitywało błoto i kamienie. Kto miał sanki, zjeżdżał na sankach. Inni na kurtkach i kartonach, odważni “na stojaka” na własnych butach. Ja, jako jedna z nielicznych na osiedlu posiadałam łyżwy, czego konsekwencją był mało inteligentny zjazd na figurówkach. Skutek, mimo, że spektakularny, jednak niezakończony żadnym złamaniem, nie nauczył mnie zbyt wiele w tym temacie, wobec czego tego typu akcje regularnie się powtarzały.

Latem chodziliśmy “za górkę”. Za górką były krzaki, w krzakach były śmieci, butelki po denaturacie, skamieniałe prezerwatywy i skórki od chleba. Między odpadkami płynęła sobie kanałem, górnolotnie nazwanym przez lokalsów “rzeczką”, woda.

***

Zosia była moją antytezą. Ja brunetka, ona blondynka. Ja z rodzeństwem, ona jedynaczka. Tradycyjna rodzina u mnie kontra rozwiedziona matka i ojczym z importu o dźwięcznym imieniu Luigi u niej. Zero kasy w kieszeni, za to kanapka i jabłko w plecaku versus wypadające z portfela pieniądze i zapiekanka na obiad. Dyscyplina przeciw braku kontroli.
Tak się jednak sprawy potoczyły, że zostałyśmy przyjaciółkami. Stan ten trwał od początku podstawówki, po ósmą, ostatnią klasę, kiedy to Zosia poszła do zawodówki, a ja do liceum i nasze drogi rozeszły się na zawsze. 

01
Przerobiłyśmy za to w ciągu tych kilku lat wiele stopni zażyłości, od nagrywania sobie (mi) odcinków Czarodziejki z Księżyca, kiedy jedna miała szlaban (ja), po pomaganie w pisaniu klasówek (jej). “Miała na mnie zły wpływ”, to słyszałam od rodziców i niejednokrotnie nasze akcje kończyły się zakazem znajomości, rozsadzeniem w ławce i potajemnym pisaniem listów na lekcjach.

***

Wracając do rzeczki. “Wiatr odnowy wiał, darowano resztę kar, znów się można było śmiać”. Komunizm dopiero skonał i nawet dzieci czuły powiew wolności.

W ramach powyższego zaplanowałyśmy z Zosią Wielką Ucieczkę.

Siedząc na kępie traw i mocząc bose stopy w kanale, w którym o dziwo rozwijało się życie w postaci kijanek, wypakowałyśmy moje kanapki z folii aluminiowej, wysypałyśmy pieniądze Zosi i liczyłyśmy na co nam wystarczy. Dla mnie to było bogactwo, majątek, bo jedyna waluta, jaką wówczas obracałam, to drobne otrzymane od dziadka w celu zakupienia chrupek Fritos bądź gumy Turbo.

Zosia miała klucz na szyi, zapewniała, że u niej w domu i tak nikogo nie ma, więc możemy się tam zakraść, zabrać namiot i potrzebny ekwipunek.

Klucz na szyi był dla mnie totemem nieosiągalnym do około dziesiątego roku życia. Wcześniej po prostu wchodziłam do domu, w którym czekała na mnie babcia z obiadem. Jeśli nie mogła być, szłam do sąsiadki, koleżanki mojej mamy, i ona robiła mi kanapki, puszczała z kasety video kreskówkę, dopóki ktoś z rodziców nie wrócił.

Plan ucieczki zakładał wędrówkę przez świat z namiotem, kradzież jedzenia z działek i ogródków, spanie w lasach, aż dotrzemy do ciepłych krajów i tam zamieszkamy nad morzem. Wyobraźnia podsuwała nam raj wolności absolutnej, gdzie nie ma dorosłych, życie w wiecznej zabawie i słońcu.

Pech chciał, że ledwie po godzinie- dwóch zjawiła się moja rodzicielka, cała ugotowana. Gdy zauważyła, że Mania, z którą zazwyczaj wracałam ze szkoły jest w domu, wszczęła alarm poszukiwań, prawie już dzwoniąc na policję, straż pożarną i pogotowie.

Koniec naszego planu był tragiczny- na mnie czekał pas, na Zosię czekały puste ściany.