Po sezonie

Odkąd przeczytałam “Drwala” Witkowskiego miałam takie marzenie o kurorcie poza sezonem. Historia zatoczyła koło, siedzę w Mielnie, jest koniec października, owinięta w koce jak naleśnik, z leżaka zapadam się w “Wymazane” tego pisarza.

Wjeżdżałyśmy przez miasto duchów. Zamknięte sklepy, restauracje, wszystkie stoliki i krzesła w ogródkach zebrane na kupki, powiązane łańcuchami, śpią pod kołderkami folii.

Z rzadka neon, że 24h alkohole, pali się światło, zbłąkany wędrowiec może podążać za fatamorganą obiecującą piwo Żubr, Okocim i Nalewkę Babuni.

Pod pensjonatem Ameba facet w waciaku nieśpiesznie zamiata liście, nigdzie nie uciekną, opuszczone place zabaw nie irytują go rozwrzeszczaną klientelą siedmio-, ośmio-  dziewięciolatków.

Mewy skapitulowały, skurczone w sobie obserwują nas bez nadziei. Nie będzie kradzionej frytki, resztek fląderki wygrzebanych ze śmietnika.

Dwa stragany rzuciły wyzwanie światu i sprzedają jeszcze resztkami sił czapki z pomponami, podróby emu wysadzane klejnotami w kolorach flagi brytyjskiej, szalo-poncza z chińskiego akrylu.

Plaża jest pusta, od czasu do czasu przewijają się obywatele zaprzyjaźnionej Republiki Niemiec, raczej tacy w wieku porozrodczym. Spacerują, wdychają jod, szukają ostatniej kawiarni na promenadzie serwującej zupę dnia, zestaw dnia, specjalnie dla nich rozmrażającej to, co zostało po szaleństwach lata.

W praktycznych butach trekkingowych, w wiatrówkach z dekatlonu, z saszetkami uwiązanymi na szyi patrzą jak polskie niebo miesza się z niebem niemieckim, jak nasze morze staje się ich morzem, a ryby i mewy nie uznają różnic gramatyki i ortografii.125

Na wąskiej ścieżce spotykamy parę z dziećmi, mówimy “dzieniobry”, następnie rejestrujemy ich wystraszony rzut oka na rowery i już wiemy, że spotkanie międzycywilizacyjne trzeciego stopnia zakończone porażką 0:1, domniemaniem polskiej chęci kradzieży niemieckich dwukołowców.

Trochę nam przykro, ale nawet nie tak bardzo, bo mamy widok na jezioro, na chmury i na deszcz, a do tego pakiet “masaż i glinka” w hotelu medical spa, tylko 500 m od naszego domku.

Wchodząc do solankowego basenu, tej zupy wypełnionej wkładką ciał emerytów, opuszczają nast troski z gazet, Kaczyński nas opuszcza, strajki lekarzy i kobiet, ustawy antyaborcyjne, cały bajzel dryfuje gdzieś w pizdu, na dalekiej wyspie oderwanej od kontynentu umysłu.

Wracamy w noc, wesołe smutne miasteczko, czarniejsze niż niebo, wygraża, że w przyszłe lato jeszcze pokaże co to strach przed diabelskim młynem. Jeszcze dzieci będą rzygały po wacie cukrowej w nadmiarze, panowie potracą małe fortuny usiłując ustrzelić plastikową różę dla Nikoli lub Wiktorii poznanej w barze Albatros, emeryci powygrażają na hałas co im nie daje w nocy spać na wczasach.

W hotelach pojedyncze okna wysyłają SOS w ciemność ulic, a wiatr zbiera resztki szyldów o parawanach, ręcznikach, lodach włoskich i przejażdżkach pontonem za 20 zł/h.

Tajne miejsca

W tym roku wakacje nie rozpieszczają i nie chcą się udać. Pocieszam się, że to początek lata i staram nie poddawać już na wstępie.

Miało być polskie morze i Radiohead na Openerze, rybka na Rewie, wyspa Sobieszewska, o której śnię już od dłuższego czasu, piach, książki i rysunki.

Zamiast tego wyszła Warszawa.

Postanowiłam wykorzystać ten cudowny czas bez pracy i zrobić Wam mini poradnik, gdzie spędzić czas wokół stolicy i jednocześnie poczuć się jak w kurorcie.

W poniższym przypadku w kurorcie z lat 90-tych. 

Byś może to sentyment z dzieciństwa, pragnienie poczucia przez sekundę tego, co się czuło mając 8 lat, biegnąc z poobdzieranymi kolanami przez krzaki, kiedy nikt nie słyszał o kleszczach, a pająków używało się do straszenia co bardziej wrażliwych dzieci. Kiedy stopione lody spływały po rękach i brodzie, badyl ze sznurkiem to łuk, a kapelutek czy chustkę z głowy zdejmowało się zaraz po zniknięciu z zasięgu rodzicielskiego oka.

Zalesie Górne znajduje się tuż za Piasecznem, z Warszawy podróż samochodem zajmuje około 30 minut (widziałam też autobusy miejskie, więc na pewno jest jakiś przystanek). 

Cały interes kręci się wokół stawów usytuowanych w lesie. 

87

Znacie na pewno ten klimat, który świetnie odtwarzają książki Witkowskiego- podupadły kurort przed/ po sezonie, gdzie nie istnieje bhp, toaleta to krzaczki, pojedynczy panowie z wędką medytują na brzegu, w zaroślach pary w wieku moich rodziców ochoczo oddają się miłości, kilku znudzonych nastolatków okupuje pomost.

Można wynająć kajak albo rower wodny. My oczywiście w kształcie łabędzia. Jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wziąć rozwód, a potem powtórny ślub, to przysięgam, że do ołtarza popłynę na rowerze wodnym w kształcie łabędzia. Cała na biało. Hanka Bielicka zzielenieje w zaświatach z zazdrości.

Grupa licealistów w wynajętej atrapie kadilaka przepływała obok nas z gracją słuchając na cały regulator Edith Piaf, także pewna dawka abstrakcji jest nie do uniknięcia w tego typu miejscach.

Z brzegu stawu można łatwo niezbyt głęboką wodą dostać się na zalesioną wysepkę.  Jest też niedaleko tzw wake park, powiew hipsterskiej stolicy w tym zapomnianym przez bywalców plaż nad Wisłą miejscu. 

Jeśli chodzi o gastronomię, to zdecydowałyśmy się na żelazny punkt kurortów letnich- frytki i colę. Z nieznanych mi powodów smażone ziemniaki z dużą ilością soli na plaży zamieniają się w najpyszniejsze danie na świecie. Wprawdzie są też ze 2 food trucki, ale nie po to jechałam do lasu żeby obżerać się bao z kimchi jak na Nocnym Markecie.

Ludzie Warszawy, jeśli jak ja cenicie sobie proste przyjemności wczasów roku 1991-go, niestraszne Wam komary, przemrożone lody i rzeźby dinozaurów wyglądające zza zarośli- Zalesie Górne jest dla Was.

Równowaga

Wszystko co słyszeliście o “hygge” to prawda. Dania jest bezczelnie przytulna. Jedziesz autostradą i ani jednego bannera, tylko zieleń, pola, elektrownie wiatrowe, śliczne drewniane chatki, im bliżej morza tym ładniejsze zajazdy z wywieszonymi flagami, wydmy bez śladu papieru toaletowego, chusteczek, podpasek, puszek po piwie, petów, czyste plaże, po których nie strach chodzić boso, można najwyżej nadepnąć na kraba lub muszlę okładniczka, dziwna cisza, przerywana szumem fal. Nie ma disco, nie ma sztucznych palm, nic nie udaje Copa Cabana, nie poskaczecie na dmuchanym zamku, nie popływacie na bananie, nie poćwiczycie aerobicu z gwiazdą. 

Możecie usiąść na piasku, otworzyć książkę (jak akurat nie pada), zrobić zdjęcie latarni morskiej, zjeść frytki albo hot doga z drewnianego domku. 

I wiecie co, nie ma nudy. Od przestrzeni prostują się myśli, od wiatru plączą się włosy. 

5a201f38166321-5757b5c8f3393

Kiedy tam trafiłam, w Warszawie akurat szalała Parada równości, największa w historii, trochę żałowałam, że nie dane mi było przemaszerować. 

Dla odmiany duńska wieś żyła innymi sprawami- świętem narodowym, długim weekendem, które obchodzono ku mojemu zdziwieniu nie racami, pochodami, bitwami na kostkę brukową, nie dymem i krzykiem i bez policji. Duńczycy wychodzili sobie rodzinami na spacer, na jarmark i do restauracji. 

Dzieci miały wolne od swoich wiejskich szkół wyjętych z katalogu dobrej minimalistycznej architektury. 

A ja skołowana myślami krążyłam wokół potopu szwedzkiego i zastanawiałam się dlaczego okupacja skandynawska nie przetrwała do dziś. Może jeszcze nie jest za późno? Może jeszcze nas najadą?

Zima

Sama sobie nagrabiłam, wykrakałam i jestem chodzącym dowodem na to, że “uważaj czego sobie życzysz, bo się spełni” ma zastosowane w rzeczywistości.

Miałam kiedyś 20 lat i jakoś tak się stało, że pojechałam na Sylwestra do Paryża.

17

Pojechałam tam autokarem (błąd). Prawie bez pieniędzy (większy błąd). W dodatku z grupą kościelną (największy błąd. Aczkolwiek mieli fajne darmowe jedzenie w puszkach, np chilli con carne, w dodatku wydawali je ciepłe, załączali bułeczkę i masełko, nie ma więc co narzekać na kilkanaście godzin odśpiewywania “Barki” w ciągu podróży).

18

Wsiadałam do wehikułu w Białymstoku, wyjmując nogi z zasp śniegu po pas. Wysiadłam w deszczowym Paryżu, z zielonymi krzaczkami na skwerach, ptaszkami ćwierkającymi na placykach i deszczem o temperaturze 10 st. Celsjusza.
Nie muszę dodawać, że moja puchówka i kozaki były bardzo nie na miejscu w tym miejscu.

20

Mimo, że już wtedy byłam dawno po rewolucji wiary (w zasadzie “niewiary”), pomyślałam sobie- Boże, jeśli ci wariaci z autokaru jakimś cudem mają rację i istniejesz, to daj nam takie zimy.

Także tak, to przeze mnie, moja wina, to co się teraz dzieje. Tydzień śniegu wystarczy, a ja w ekstazie.

Druga część tego przydługiego wywodu to zima nad morzem. Miałam wystarczająco dużo szczęścia i sprytu aby się “wżenić” w trójmiejską rodzinę.

19

Niektórzy szukają partnera z pieniędzmi, koneksjami, dobrym posagiem, ja znalazłam żonę w Gdyni.

Każdy urlop mam zagospodarowany i z ulgą przyjmuję brak konieczności planowania noclegów pół roku przed wakacjami. 

Zimą Bałtyk kocham najbardziej. Mało ludzi, grzane piwo, wredne łabędzie. Czegóż chcieć więcej od życia?

21