Kup sobie szczęście

Ostatnio się wkurzyłam. 

Co rano do kawy czytam blogi lajfstjlowe, czasem trochę o modzie (aczkolwiek coraz mniej, bo rzadko już można spotkać szafiarki, które dadzą “zwykłym dziewczynom” jakieś rozsądne budżetowo i jakościowo rozwiązania, częściej zaczynają wyglądać jak wieszaki obłożone wszystkim, co akurat miało metkę LV czy Prada i przyszło do nich w sponsorowanej paczce z bukietem absurdalnie drogich wiechci w pudełku).

Czytam sobie i się zapętlam. Już tu byłam. I have memory to this place. To już grali.

Kolejna Japonka wydała książkę o tym jak wypierdolić ze swojego życia ulubioną ramkę z jednorożcem z czasów liceum i zacząć się ubierać w 3 swetry i dwie białe koszulki na zmianę. Kompetencją Japonek piszących o sprzątaniu jest fakt, że są Japonkami. A w Japonii (urojonej) to wiadomo- hoho, tam to mają porządek, wszystko na miejscu, z ulicy można jeść i nawet jak 21 na 100 tys. obywateli popełnia samobójstwo, to przecież tylko w minimalistycznym pokoju wyłożonym odkurzonymi matami, bez kabli walających się po podłodze, z majtkami wyprasowanymi i złożonymi w żurawia origami w specjalne szufladki z Muji.

Już nie wystarczy być Duńczykiem żeby być szczęśliwym, dobrze być też Polakiem, bo recepta na polskie nieszczęścia też ukazała się w księgarniach. Do tego kup se dziadu KOLOROWANKĘ dla dorosłych, masz tu świecowe kredki i zapitalaj na kolanie zamiast zmienić pracę na mniej stresującą, albo pójść z mężem na terapię.

Z cyklu literatury sponsorowanej na blogach dowiesz się, że planując macierzyństwo musisz nabyć stos książek z przeciwstawnymi sobie poradami, wywiady z “kobietami sukcesu”, które Ci nie powiedzą, że hajsy to się robi stosując umowa o dzieło plus niepłatne urlopy dla swoich pracowników, zamiast tego będą stękać jak to się odważyły mimo 5 dzieci i trzydaniowych obiadów dla męża wziąć kredyt, otworzyć fabrykę śpiochów (bo właśnie zostały po raz kolejny matką, a jak się jest matką, to się wie wszystko na temat projektowania konfekcji niemowlęcej, dlatego każda matka u progu zwolnienia z korpo stoi przed wyborem drogi życiowej polegającej na produkcji “dizajnu dziecięcego” i opychania innym desperatkom świecąco- dzwoniących pieluch za 2 stówy).

Jeśli książki to za mało, to zawsze możesz odmienić swój los i zapłacić komuś żeby Cię zmotywował. Masz zupełnie bezsensowną pracę, to sobie pokrzyczycie w pełnej sali “mogę wszystko!”, “ambitne stawiam sobie cele!”, “dedlajny kocham!” i już od razu, jak w kościele, jest sacrum, jest wyższy sens, dusza nakarmiona. I jedynie “trener” liczy pieniążki, bo kiedy wracasz i spoglądasz na skrzynkę mailową, to nie za wiele się zmieniło, dalej drą ryja, że na już, asap, chyba żartujesz, że wychodzisz o 17, weekend to dodatkowy czas, wyśpisz się po śmierci, praca to pasja.

119

WYDAJE MI SIĘ, że ten, kto szuka motywacji na tego typu płatnych spędach i w podręcznikach, ma gdzieś w głębi siebie poczucie, że się marnuje. To nie jest tak, że każdy ma być kardiochirurgiem i tylko wtedy jego życie ma sens, kiedy ratuje innych. Praca może Ci dawać poczucie spełnienia, bo np. pomagasz komuś wybudować dom, o sens pracy nie pytają ci, co widzą jej namacalne efekty- uszyłaś sukienkę, naprawiłaś samochód, upiekłeś tort. Komuś smakowało, ktoś jest zadowolony. Pomaga, jeśli Ci zapłacono. A może po prostu jesteś dobrym fachowcem i praca nie jest wysiłkiem i sobie kosisz pieniądze jak żyto na Podlasiu przed wojną, potem jedziesz na Bali i spoko. 

W obecnych czasach dużo natomiast jest takich “wymyślonych zawodów” (bez obrazy, ale jednak), polegających na zarabianiu dla udziałowców wielkich korporacji. Spoko, jak ktoś widzi na prezentacji Power Pointa szybujące słupki i odczuwa satysfakcję, ale myślę, że to nie jest stan wieloletni (co potwierdzają współczynniki nałogów, alkoholizmu, narkomanii i samobójstw wśród maklerów, wysokiego szczebla managerów itd). Dlatego międzynarodowe korporacje coraz częściej wyglądają jak przedszkola dla dorosłych, jakoś muszą radzić sobie z wypaleniem swoich pszczółek. “Masz pograj w Playstation w robocie”, “idź na masaż”, “pojedź na szkolenie na Kanary”. Dlatego praca managera od proszku do prania jest wyceniana wyżej niż praca pielęgniarki lub nauczyciela- bo w przeciwieństwie do nich nie ma większej misji i na dłuższą metę tylko pieniądze są w stanie do niej zagonić.

Spoko, mam wielu znajomych, którzy świetnie się bawią w tych wielkich firmach i chwała im, szczęścia życzę, dla kogoś jednak powstają te msze święte samorozwoju i motywacji.

Już pomijam przypadek, kiedy zwyczajnie swoją pracę lubisz. Tu żaden Doktor M. Ci niepotrzebny.

Od pewnego czasu mam takie wrażenie, że cała strefa internetu lajfstajlowego, to już tylko taka grubo zawoalowana reklama. Czasem nawet bez ściemy czytamy, co mamy sobie kupić, co jest musthavem, bez czego nie da się żyć. Szminki za 200 zł, buty za 800, bo metka z drzewkiem, byle gówniany t-shirt za 300, gdyż nad lewym cyckiem jest malutki znaczek krzyczący światu, że Cię stać. Sami sobie podajemy ten pokarm łyżkami do ust.
Żeby nie było, że jestem jakaś święta i odporna, lubię czasem wydawać kasę dla przyjemności. Najczęściej na książki (nie żałuję niczego), na żarcie na mieście zdecydowanie za dużo (shut up and take my money Nocny Markecie). Kosmetyki kupuję nienajtańsze, ale też nie z najwyższej półki, bo kieruję się mottem mojej dawnej znajomej: “na mordzie się nie oszczędza”. Natomiast nie widzę większego sensu aby mieć 3 palety z cieniami do powiek- mam jedną w brązach, i zużywam ją chyba trzeci rok, ma ze 20 kolorów, i nie wiem, jakim cudem blogerki są w stanie doprowadzić kilkanaście tego typu produktów do końca (prawdopodobnie wyrzucają lub rozdają). Mam 3 szminki. Z 5 lakierów do paznokci, z czego 2 dostałam, i tak najlepiej się wygląda w czerwonym. Podkładów mam kilka, bo się szybko opalam i ciągle coś jest za jasne albo za ciemne. Tusz do rzęs, puder, róż, eyeliner, rozświetlacz i bronzer. I to wszystko jak na osobę, która uwielbia “robić sobie twarz”. Z pielęgnacji to mam żelazną zasadę, że nie kupuję kolejnego kosmetyku dopóki nie zużyję tego co mam. Nie chcę wyrzucać kremów za 100 zł, wystarcza mi przeważnie na pół roku, czasem na rok.
Jak widzę ceny szmat szytych w Chinach w sieciówkach, to dostaję zawału. Ilekroć jestem w mniejszym mieście lub miasteczku idę na ciucholandy i wierzcie mi, chodzę ubrana w COSa, Sisleya, Ralpha Laurena, za kilkadziesiąt zł mam wór pięknych ubrań z jedwabiu, merynosa i angory. I przynajmniej jest ekologicznie.

Nie kupuję poradników. Jeśli coś jest nie tak z moim życiem, to są przyjaciele, rodzina, terapia, miesięczne kryzysy, które wykorzystuję na dojście do własnych wniosków. Bo droga jest ważna, jeśli ktoś chce Ci ją skrócić, to na mecie okaże się, że medal nie jest twój, a po maratonie na cudzym grzbiecie nie masz w sobie ani krzty siły, aby przebiec następny. 
Bo szit się nie kończy. Nie ma takiego momentu, żeby usiąść i sobie powiedzieć: już się nażyłem, już rozwiązałem swoje problemy, już jestem piękna, mądra, wszystko widziałam i wszystko zrozumiałam. Teraz zbieram owoce. 
Czasem nawet jest trudniej, bo poprzeczka się podnosi, życie spuszcza nam na głowy kolejne bomby, jeśli nie radzisz sobie na jednej wojnie, to za każdym razem, kiedy ktoś strzela będziesz szukał na to kołcza?

Droga na skróty jest kusząca, łatwiej wziąć amazoński narkotyk i nagle “zrozumieć swoje życie”, ale kiedy idziesz na jakiś szczyt, to nie zapomnij podziwiać widoków. Nie zapomnij upaść, otrzeć sobie kolan, zmęczyć się, popłakać, że już nie możesz i przyjąć ręki przyjaciela, który Cię podniesie, dzięki takiej trasie poznasz go pośród innych. A jak już wejdziesz na tę górę i się ucieszysz, pamiętaj, że za nią czeka następna i tak w nieskończoność.

Przypadki

Kobieta jest w tak permanentnym stanie zagrożenia, że przestaje zwracać uwagę na “środki ostrożności”, które stosuje na co dzień.

Uczy się tego od dziecka.

Pamiętam pierwszy raz. Miałam może 6-7 lat. Byłam sama w domu. Pukanie do drzwi. Mama kazała sprawdzać w wizjerze. Odsunęłam blaszkę, oko wcelowałam w szklaną soczewkę. Ktoś ją zasłonił ręką od drugiej strony.

“Kto tam?”. Milczenie i pukanie. Ktoś wszedł do klatki, piął się po schodach. Z drugiej strony drzwi mężczyzna szybko pobiegł na górę. 

W podstawówce miałam problemy zdrowotne, jeździłam do sanatorium dla dzieci. Miesięczne turnusy wypełnione były gimnastyką, okładami borowinowymi, zupą mleczną i wydawaniem kieszonkowego na pierdoły. I strachem przed fizjoterapeutą “Jajcusiem” (jak go nazywałyśmy). Dotykał, macał, podnosił bluzki, wchodził do przebieralni i zrywał ręczniki z dziewczęcych ciał. Robiłam wszystko, aby do niego nie trafić, wolałam mordercze ćwiczenia z żyletą odliczającą bezlitośnie “raz! dwa! trzy!” podczas gimnastyki korekcyjnej. Dziewczyny skarżyły się wychowawcom. Reakcją było wzdychanie, przewracanie oczami i ewentualnie zmiana w grafiku ćwiczeń.

W liceum wieczorami chodziłam na angielski. Nie miałam daleko, na piechotę 15 minut do szkoły. Fakt, że o pewnej godzinie ulice średniej wielkości miasta wymierały. Była zima, chodnik pokrywała lodowa skorupa, moje plecy puchowa wielka kurtka, na nogach miałam modne wówczas trapery. Na mojej trasie pojawiło się kilku panów, po alkoholu, zaczęli mnie ciągnąć za ubranie.

Że uciekałam to mało powiedziane. Spierdalałam jak nigdy w życiu. Na szczęście byli pijani i powywalali się na lodzie. Na szczęście nastoletnia moda wyposażyła mnie w buty o grubej gumowej podeszwie. Później na angielski chodziłam z nożem w kieszeni. Koleżanka mi powiedziała, że gdybym go użyła, trafiłabym do więzienia. Wolałam świat zza krat.

33

Wydaje mi się, że to nie są jakieś wyjątkowe historie. Kiedy jako dorosła kobieta zaczęłam wspominać z koleżankami, z moją mamą, miały do opowiedzenia mnóstwo podobnych scenariuszy.

Ostatnio trwa kampania “uświadamiająca” kobiety, że mają pilnować drinka, albo że mają się przyzwoicie ubierać. 

Rozczaruję twórców tych reklam i “mądrych rad” w internecie- kobiety od dziecka wiedzą, że mają się bać mężczyzn. Że mają nie wracać same. Że w nocy powinny się trzymać oświetlonych miejsc. 

W ani jednej z opisanych sytuacji ani ja, ani moje koleżanki w podobnych warunkach, nie zachowywałyśmy się i nie wyglądałyśmy w seksualny sposób. Najczęściej byłyśmy dziećmi, młodymi dziewczynami, uwrażliwionymi przez rodziców co do tego jakie środki ostrożności podejmować na co dzień.

Ja bym chciała, aby społeczeństwo i państwo stanęło po stronie ofiar i mówiło na głos: za gwałt, za molestowanie seksualne pójdziesz siedzieć na 10-20 lat. I że państwo to prawo wyegzekwuje. 

Przeraża mnie, że musimy uczyć małe dziewczynki, że mają się bać. Bać się powinien mężczyzna. Może odwróćmy rolę i od przedszkola małym chłopcom powtarzajmy, że napaść na cudze ciało jest zła, że za to spotyka kara.