Present perfect

Czytam przedświąteczny internet i mam wrażenie, że panuje ogólnospołeczne przekonanie, że Święta trzeba “jakoś przeżyć”. Tysiąc poradników co kupić, komu kupić, gdzie kupić, za ile kupić. Dominuje elektronika i luksusowe kosmetyki, kaszmirowe szale, notesy za 150 zł, perfumy, albo “zrób to sam” skarpetkowe króliki czy muszelkowe bransoletki.

Podzielę się moją może niezbyt popularną postawą: lubię Święta i lubię dawać prezenty, bo lubię osoby, którym je sprawiam. Nigdy nie potrzebowałam żadnej ściągi, poradnika “co teściowi, co koleżance”. U mnie kolekcjonowanie prezentów zaczyna się na początku grudnia. Mam dużą rodzinę po obu stronach. Do tej “rodzonej” dochodzą partnerzy, coraz więcej dzieci, także nie wyobrażam sobie kupowania dwudziestu produktów typu “zmieść się w stówie”. 

Z racji, że potrafię coś tam narysować, zdarza się, że daję prezenty robione ręcznie, natomiast mieszczą się one w ramach moich umiejętności, nieporadnie wystrugana laurka może być urocza w przypadku dziecka, ale nie porwę się na dłubanie swetra krzywulca, bo i po co komu coś takiego w szafie. Moja teściowa dzierga ładne kapcie, lubię ładne kapcie, ale sama nie zdobędę się na tego typu wyczyn, bo nie życzę nikomu kształtu zdechłych kartofli na stopach.

To, co inni określają jako utrapienie, świąteczną gorączkę, ja celebruję. To chyba jedyna pora roku, kiedy lubię chodzić po centrach handlowych, fajnie mi brzmią Xmas songs w sklepach. Robię sobie listę i odhaczam, szperam, kieruję się intuicją. Czasem są zamówienia na coś konkretnego, ale ja akurat za tym nie przepadam. Dla mnie dawanie prezentu to jest właśnie połączenie tej części “to ode mnie” z “myślę o Tobie”, gdy obdarowujący łączy swoją energię z obdarowywanym. Bo kurczę, jak coś chcę, to sama sobie kupię, a traktowanie świąt instrumentalnie, aby akurat spełnić listę życzeń, w moim przypadku odziera sprawę z romantyzmu.

13234945298783-582c0dacdef5e

Nie jest mi szkoda poświęcić czas na bliskich, na to, żeby znaleźć dla nich coś, co mi z nimi koresponduje. Trzeba tych bliskich tylko lubić i znać. Niektóre podarunki mają charakter symboliczny, “szkoda, że już nie piszesz, kiedyś ładnie pisałaś”- w przypadku oprawionego w skórę notatnika, inne nawiązują do naszych wewnętrznych żartów, czy sytuacji, których reszta świata nie zrozumie. Często daję książki, mam przeczucie, że akurat dana pozycja pasuje mi do tej osoby. Czasem lepszy kosmetyk- “stara, jesteś zaharowana, daj coś dla swojego ciała”. W prezentach lubię to szaleństwo niespodzianki, to że trzeba się otworzyć na okazanie uczuć przez drugą osobę w sposób taki, jaki ona chce nam to dać, utratę kontroli nad tym, co do siebie dopuszczamy. Jedna osoba daje to serce, a druga otwiera swoje, górnolotnie mówiąc.

Ja nie “odbębniam”. Nie musi być dla mnie “bezbolesne”, “łatwe” i “szybkie”. Nie cierpię podejścia “trzeba dać, to hurtem zamówię z allegro 10 zestawów kubków”. 

Daję te prezenty tym, których kocham, może nie zawsze to jest łatwe, ale myślę, że wystarczy włożyć minimum wysiłku w poznanie drugiej osoby, aby wiedzieć np, że nie lubi durnostojek, albo że nie ma wanny więc płyn do kąpieli to średnio. Dla mnie Święta to nie jest okres, gdy wszyscy kupują mi rzeczy z listy, na które było szkoda kasy, tylko pokazujemy, że o sobie myślimy, pamiętamy, staramy się. Zawsze mi przykro, jak dostanę coś “na odpierdol”, chociaż bardzo rzadko to się zdarza, z większości prezentów totalnie się cieszę, bo moim zdaniem na tym polega przyjmowanie czyichś uczuć, “biorę Cię jaki/ jaka jesteś, widzę że się starasz, to ciekawe jak postrzegasz moją osobę, fajnie, że włożyłaś w to serce”. 

List do Świętego Mikołaja piszą dzieci, dorośli mogą przenieść dawanie i otrzymywanie na inny poziom.

Leave your comment